wtorek, 26 maja 2015

Kwiaty we włosach potargał wiatr, jak dogadać się z małpą i jazda ośnieżoną kolejką górską w maju, czyli co humaniści robią w stolicy, czyli drugie podejście do Warszawy

Co ja mam z tymi długimi tytułami? Wybaczcie.
Jaka normalna klasa jedzie na klasową wycieczkę do Warszawy już drugi raz w roku? Nasza. Ach, czekajcie! Nie zaliczamy się, bo o naszej klasie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest normalna. No i jeszcze kilka innych rzeczy powiedzieć o niej nie można. Stop rambling, honey. Ok.
Z tym pomysłem wyskoczył Karol około miesiąc temu. Warszawa. Nie byłam przekonana, no ale co się będę kłócić. Odzywać. Potem "ZOO!" Od jakiegoś czasu chodziła za mną ochota, by wybrać się do zoo, mimo, że nigdy nie lubiłam koncepcji ogrodów zoologicznych. Więc z chęcią pojechałam. Nie miałam wyboru, bo nie było opcji, żebym nie jechała. Mam obsesję na punkcie wycieczek.
Dzień zaczął się o 5:30, kiedy obudziłam się i do 7:00 się szykowałam. O siódmej wyszłam do Biedronki po żarełko na drogę do Wawy, a pół godziny później miałam MPK na dworzec (jechaliśmy pociągiem ^^). Na przystanku czekała już na mnie Asia, która jechała ze mną, bo topografię Lublina zna na trasie szkoła - stancja - księgarnia - Krakowskie - Plaza :P
Dotarłyśmy bez zbędnych zawirowań i ekscesów losu, stanęłyśmy na peronie z grupką obywateli naszej szacownej klasy, musiałam ich na chwilkę opuścić, by udać się do kibelka, gdzie oczywiście okazało się, że akurat muszę mieć problemik z żołądkiem (czy cokolwiek było za to odpowiedzialne). Zawsze przygotowana Asia poczęstowała mnie Stoperanem i szybko mi przeszło ^^ Naprawdę nie wiem dlaczego o tym piszę, czy ja jestem normalna?
Hmm. Nope.
Wsiedliśmy do pociągu. Przez cały czas Marysia z duszą na ramieniu wypatrywała Justyny, która się spóźniała, ale kiedy już siedzieliśmy w przedziale, zobaczyłyśmy ją na peronie, Marysia wyszła po nią, ale, o ile się nie mylę, droga do drzwi była zakorkowana. Wychyliłam się przez okno, pomachałam i tak nas znalazła ^^
Siedzieliśmy w przedziale tak - ja, Marysia, Asia, Ewelina i czterech chłopaków, w większości pasjonatów polityki. A że dopiero co ogłoszono, że Duda został prezydentem, dyskusja była niesamowicie żywa, chłopaki byli w dobrych humorach (wszyscy byli za PiSem). Ja jednak zatkałam się słuchawkami ze względu na moją ignorancję polityczną, ale też i to, że po prostu chciałam posłuchać DZIEWIĘCIU cudownych, nowych piosenek Cimorelli (mixtape Hearts on Fire). Asia uczyła się do sprawdzianu z angielskiego.
W połowie podróży zaczęły się rotacje na korytarzu, wszyscy cisnęli się do okien, by "umyć włosy na sucho", powietrzyć twarz, potargać niemiłosiernie włosy i po prostu poczuć ten train trip vibe. Piotrek kłócił się z Karolem o dostęp do okna jak małe dziecko o zabawkę :P Ja jadłam włosy Marleny i suszyłam ząbki do bocianów.
Bartek z Aśką wdali się w żywą dyskusję o ich ulubionym kraju - Rosji. Chciałam wyciągnąć ją na korytarz do okna, bo była to jej pierwsza podróż pociągiem ever, ale była za bardzo wciągnięta w tą dyskusję. A ja spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakbym... no, jakbym stała przy oknie w jadącym pociągu. Tak, właśnie tak. Nie mam innych słów.
Wysiedliśmy w Warszawie Wschodniej. Szliśmy do zoo przez bodajże Pragę, a potem przez park.
W zoo zauważyłam, że puch dmuchawca jest jakiś podejrzanie gęsty i obfity, a ja zaczynam kaszleć, przy czym mój nos odmawia posłuszeństwa. Tak, jak można się domyślić, moje cudowne uczulenie na topolę, które dwa lata temu jakoś się zmaterializowało pod koniec czerwca, kiedy w Lublinie pyliła topola, tym razem obudziło się pod koniec maja. Czy w Wawie one zawsze pylą w maju? Powiedzcie mi! Kiedy wrociłam do Lbn, żadnego puchu w powietrzu nie było, a naprzeciwko moich okien rośnie kilka tych drzew, co osobiście niemożebnie mnie denerwuje.
Ale wroćmy do wycieczki. Po raz pierwszy od pewnie pięciu czy sześciu lat byłam w zoo. Podobały mi się szczególnie małpy - są fascynujące! Od przesłodkich, ćwierkających pigmejek przez sfochanego szympansa do samotnego goryla, którego towarzyszy nie ma od jakiegoś czasu i niedługo mają wrócić. Są takie ludzkie! To aż przerażające, kiedy przypomnisz sobie serię "Planeta Małp".
Nie wiem, czy się nie mylę, i czy to była prawdziwa glicynia, czy jakaś podróbka, bo wyglądała trochę licho, ale to pewnie ze względu na klimat, ale o czym to ja mówiłam? Ach, tak! Widziałam glicynię. Dodam ją jako pierwsze zdjęcie po tekście notki. Mam absolutną obsesję na punkcie glicynii. Są przepiękne.
Po dwóch godzinach spacerowania między egzotycznymi zwierzętami wyszliśmy z zoo, przeszliśmy przez most na Wiśle, zachaczyliśmy o Plac Zamkowy i poszliśmy Krakowskim Przedmieściem w stronę Saskiego. Gdyby nie ta Wisła i brak Starego Miasta po drodze, mogłabym równie dobrze mówić o Lublinie. Ale zauważyłam, że Wawa jest teraz naprawdę zielonym miastem. Wielki plus :)
Pod grobem nieznanego żołnierza usiedliśmy po popatrzeniu na zmianę warty, a potem przeszliśmy przez Saski w stronę centrum handlowego Blue City. Po kolejnych dwóch kilometrach połowa klasy się zbuntwała i dalej jechaliśmy autobusem.  
Wiedziałam, że Blue City jest wielkie i że wygląda imponująco na zdjęciach, i nie zawiodłam się. To coś jest naprawdę duże.
Zaczęliśmy wchodzić coraz wyżej, i połowa miała wielką rozkminę, dlaczego zmierzamy w stronę strefy kibica klubu przepraszam ale nie pamiętam jakiego. Okazało się, że tam było to kino 5D, do którego szliśmy.
Polegało to na tym, że są cztery fotele, ruszające się w rytm efektów specjalnych (i oczywiście z pasami, bo jakby nie one, ja bym wypadła na sto procent), wiatraczek, duży ekran, i jedna z fajniejszych rzczy, czyli kamera pozwalająca obsługującemu i innym klientom obserwować reakcje oglądających. Ja. Ewelina, Marysia i Justyna chciałyśmy obejrzeć film polegający na tym, że masz bardzo realistyczne wrażenie jechania starą, opuszczoną, nieużywaną, oblodzoną i ośnieżoną kolejką górską. Nazywało się to Snow Rider. Darłyśmy się i piszczałyśmy. Wiedziałyśmy, że ten film we wszystkich wywołuje największe emocje, mimo że trwa tylko trzy minuty. Zostałyśmy o tym uprzedzone. Przede wszystkim: NIE MA CO SIĘ BAĆ. Na początku jest troszeczkę przerażająco, ale po wyjściu chce się jeszcze raz. Ja specjalnie usiadłam na tym fotelu, na którym na poprzednim filmie siedziała Marlena - i najbardziej nią rzucało. Trzymałyśmy się za ręce - z prawej Ewelina, z lewej Justyna, a obok niej Marysia.
Potem, wciąż się trzęsąc i nie mogąc przestać gadać o wrażeniach z kolejki, poszłyśmy coś zjeść - ja, Justyna i Asia w Subwayu, Marysia w North Fish, a Ewelina w Thai woku. Asia się uczyła.
Potem przeniosłyśmy się do Costa Coffee na deser, zamówiłyśmy sobie po kawie czy gorącej czekoladzie (ja), i po ciastku lub bez :P Ja wzięłam cudowne Oreo Cookie Pie, które jadłam we wrześniu w Krakowie i się w nim zakochałam, aczkolwiek oddałam Justynie to, czego nie mogłam zmieścić, bo się zasłodziłam. Aśka nic nie wzięła, tylko się uczyła, a Marysia probowała ją przekonać, by nie robiła tego na wycieczce. Kiedy wreszcie byłyśmy zdolne do tego, by się podnieść, pobieżyłyśmy do New Yorkera. Zastanawiałam się nad kilkoma parami okularów przeciwsłonecznych, ale stwierdziłam, że muszę się po nie wybrać w Lublinie z siostrą. Potem pofrunęłyśmy do Matrasu, ja oczywiście, jak to ja, odłączyłam się od ferajny na chwilę i "zdzwonimy się", pobiegłam do TK Maxa, przez Carry, H&M, Hebe, Rossmana, The Body Shop, jeszcze zahaczyłam o spożywczy, gdzie stwierdziłam, że warszawskie życie wcale takie szybkie nie jest, i tym sposobem znalazłam ferajnę godzinę później, na zbiórce przy wyjściu.
Poszliśmy na dworzec, tym razem zachodni. Tam odbijało nam i tańczyłyśmy kawałki naszej zumby z wuefu na peronie, wymyślałyśmy jakieś dziwne kroki (no dobra, ja, bo Marysia uczy się właśnie układu na w-f, Justyna jest tancerką, a Ewelina tańczy tańce dawne, a Asia... ona się uczyła). Ogólnie robiłyśmy wiochę ^^. Kiedy pociąg się zatrzymał, biegliśmy do odpowiedniego wagonu. Wyprzedziłam prawie wszystkich :D
Tym razem siedzieliśmy praiwe tak samo, tyle że zamiast Piotrka była Justyna, a chłopaki i tak często wychodzili. Ja ciągle czymś częstowałam, bo gdzie ja, tami żarcie, to jasne. Zdjęłyśmy buty i zrobiłyśmy dyskotekę w przedziale, Aśka się uczyła. Było super. Naprawdę super. Była integracja. Graliśmy w mafię. Jakoś za Dęblinem przyszedł do nas nauczyciel od wosu, z którym jechaliśmy jako drugim opiekunem oprócz wychowawczyni. Powąchał powietrze w przedziale i powiedział "Chyba coś wam tu zdechło." Taa, to były te buty. Roześmialiśmy się tak piskliwie, że jakaś bajka :D
Polskie Koleje Powolne tego dnia były zaskakująco punktualne, nie było źle, więc dotarliśmy w miarę planowaną porą do Lublina. Odwieźliśmy Aśkę po drodze. Byłam super zmęczona, ale też bardzo szczęśliwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz