środa, 28 grudnia 2016

Musisz przestać o mnie myśleć - 2

Stałam na skraju łąki, gotowa zawrócić, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Jednocześnie wiedziałam, że tego nie zrobię. Tuż obok potężnych ruin zamku rysujących się na tle ciemniejącego nieba zauważyłam sylwetkę Bernarda. Nie żebym się go nie spodziewała w tym miejscu. Po jego spiętej postawie wywnioskowałam, że również oczekuje mnie tu zobaczyć. Od naszego ostatniego spotkania na spektaklu minęło cztery dni, jednak miałam wrażenie, jakbym nie widziała go od roku. Na twarzy miał bujny zarost, ubrany był w jasne dżinsy i szarą bluzę.

Postawiłam pierwszy krok, trawa zupełnie wygłuszała moje kroki. Bernard był odwrócony plecami do mnie, mimo to z każdym ubywającym metrem dystansu czułam się coraz bardziej obserwowana. Minęłam tabliczkę z napisem "Tu nie straszy. Sprawdzone.", po czym znalazłam się tuż za plecami chłopaka. Odchrząknęłam.

Odwrócił się. Wydawał się na poły zirytowany, na poły uspokojony.

- Serio? Ruiny zamku? - otaksował wzrokiem otoczenie i mnie.

- To nie ja - odparłam, wzruszając ramionami.

- Ja też nie. Ale to twoja miejscowość - nie ustępował.

- Często zupełnie nieświadomie tu trafiam - wzruszyłam ramionami. Nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że byliśmy w tym miejscu.

- Chciałbym powiedzieć, że miło cię widzieć. Bo tak jest. Ale to nie zmienia faktu że muszę przygłuszyć tą wiadomość stwierdzeniem "Musisz przestać o mnie myśleć" - kiedy to mówił, popełniłam błąd spojrzenia mu w oczy, ale potem wbiłam wzrok w ruiny.

Nie odpowiadałam.

- Ty, szaleniec i ruiny zamku, w których nie straszy. To się nie zapowiada dobrze - Bernard zaczął się cicho śmiać.

- Nie myślę o tobie. To ty ciągle wracasz do mojej głowy - nie chciałam, by zabrzmiało to burkliwie, ale chyba mi nie wyszło. Byłam zła, że obarcza mnie winą za podświadomość, skoro na podstawie własnego przykładu doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da się jej wyłączyć.

- Cóż, to działa w obie strony. Wcale nie chcę wracać do twojej ślicznej główki. A, i nie demonizuj mnie tak.

- Ja cię... - zaczęłam, ale stwierdziłam, że może mieć rację. Poza tym, nie chciałam się z nim wiecznie kłócić, skoro nigdy go nie widywałam.

Oboje spojrzeliśmy na ruiny.

- Przecież to bez sensu - zaczął po chwili ciszy.

- Wiem - odparłam, ale zdecydowanie podeszłam do muru, za którym kryła się ciemność. - Jednak żadne z nas nie zrobi tego w samotności. Zsikałabym się ze stachu, a ty tam sam nie wejdziesz.

Wzniósł oczy do góry.

- Nie takie rzeczy się robiło. I to ty tam sama nie wejdziesz.

- To by było takie urocze - rzekłam. - Gdyby było prawdziwe.

- Co masz na myśli?

Posłałam mu wymowne spojrzenie i ruszyłam do wejścia zamku, ukrytego pod konarem drzewa złamanego przez wiatr.

- Nie musisz tego robić - usłyszałam głos Bernarda tuż przy uchu. Czułam, że trzyma się bardzo blisko mnie, by dodać mi otuchy, a może przekonać, bym tam nie wchodziła. Serce biło mi tak mocno, jak zwykło, kiedy był obok. Czułam wdzięczność, że nie wali jak młotem ze strachu, tylko z obecności człowieka, którego kochałam.

- Jestem mu to winna.

- A więc wiesz, kto to jest - w jego głosie wyczułam staranie, by nie zabrzmiało to oskarżycielsko.

- Wiem.

- Powiesz mi chociaż, dlaczego miałabyś być mu cokolwiek winna? - drążył dalej.

- Nie - ucięłam.

- Brzmi bardzo konkretnie.

Zatrzymałam się. Poczułam, jak wpadł torsem na moje plecy.

- Możesz przestać gadać? - odwróciłam się i spojrzałam w jego twarz. Była bliżej mojej, niż kiedykolwiek. - Czy aż tak bardzo się boisz?

Mimo, że wokół panował półmrok, widziałam wszystkie detale jego błękitnozielonych oczu. Jakby gdzieś między nami wyrósł blask bez żadnego źródła. Odsunęłam się trochę, a kąciki jego ust drgnęły.

- Jasne, że się boję. Na przykład tego, że już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak ty - mówiąc to, cały czas wpatrywał się w moje oczy.

- Jeszcze nie umarłam. Mimo że było blisko, kiedy widywałam cię codziennie i nie mogłam z tobą porozmawiać.

- A teraz chcesz, żebym się zamknął - przekrzywił głowę tak samo jak kiedyś.

- Bo ta rozmowa nie powinna trafić do jego uszu. Chodź - zlapałam go za rękę i nie słuchałam protestów i żądań o ujawnienie osoby, która była z nami w tych ruinach. Wystarczająco miałam ochotę odwlec ten moment, bo wiedziałam, że będzie niezręczny.

Wiedziałam, gdzie iść, a skąd, Bóg raczył wiedzieć. Wkrótce dostaliśmy się do piwnic. Bernard już nie prostestował, uważając na ścięte stropy i kawałki murów walające się po podłodze. Z pewnością ta wycieczka po włościach nie była najbezpieczniejsza, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.

Szepnęłam Bernardowi na ucho, by nie zadawał pytań, gdy za drewnianą kratą zauważyliśmy leżące ciało nieprzytomnego chłopaka. A może mężczyzny. Nie potrafiłam wybrać jednego określenia. Był po prostu Julianem, a zastanawianie się nad tym, jak wiele w nim jest z mężczyzny, a ile z chłopaka, mogło mnie przyprawić o ból głowy.

Przypadłam do kraty i wyciągnęłam z kieszeni klucz, po czym zaczęłam majstrować przy kłódce. Odwróciłam się do Bernarda, a on stał kilka kroków za mną, wpatrując się oniemiały w Juliana.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to on? - podszedł i uklęknął obok mnie, po czym wziął kłódkę i klucz w dłonie.

- Wspomnienia. I tak jest ich między nami za dużo.

- Byłem na niego strasznie zły - pokręcił głową, uśmiechając się.

- Muszę przyznać że było to widać - przeniosłam wzrok na jego twarz.

Nie patrzył na mnie. Zajął się kłódką. Nie pytał, jak trafił tutaj Julian, skąd wiedziałam że to on, dlaczego jest w tym stanie, skąd mam ten klucz i skąd wiedziałam, jak tu trafić. Co najbardziej mnie ucieszyło - nie kwestionował powodu, dla którego trafiliśmy tu razem.

Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Już po chwili weszliśmy do zaimprowizwanej celi, chwyciliśmy kolegę pod ramiona i wynieśliśmy, a może raczej wywlekliśmy go z zamku, pewnie lekko narażając jego zdrowie. Ani ja, ani Bernard nie należeliśmy do szczególnych osiłków, jednak Julian nie ważył dużo jak na dwudziestolatka.

Na zewnątrz dalej zachodziło słońce, a my zdecydowaliśmy się złapać autostop do Lublina. Nie mieliśmy czasu na czekanie na busa. Julian dalej był nieprzytomny, Bernard wyraźnie martwił się o kolegę, a ja sama nie wiedziałam, kiedy to się skończy.

Usiadłam na chwilę na poboczu. kiedy Bernard kładł Juliana na trawie, a potem machał na samochody. Nie zdążyłam się nawet podnieść, kiedy zielony sedan zatrzymał się obok nas.

- Do Lublina? - zapytał Bernard. Dostał pozytywną odpowiedź.

Podnieśliśmy Juliana z trawy. Tylne siedzenie było zafoliowane, więc położyliśmy tam chłopaka i musieliśmy zmieścić się obok niego, bo kierowca i jego żona zajmowali dwa przednie siedzenia.

Odwrócili się do nas. A wtedy ich rozpoznałam.

***

Twarz Stanisława zaczęła mi się rozmywać przed oczami, kiedy je otworzyłam, a głos Marii wyblakł tak szybko, jak się pojawił. Jednym zrywem wstałam z łóżka, otworzyłam okno i poczułam, że Bernarda nie ma w mieście. Odetchnęłam głęboko porannym powietrzem. Kopnęłam piętą stos pamiętników, które przeglądałam poprzedniego wieczoru. Szlag by to.

Wyciągnęłam z szafki największy kubek, jaki posiadałam i zrobiłam kawę. Przysięgłam sobie, wpatrując się w jej ciemną głębię, że już nigdy nie zasnę.

wtorek, 27 grudnia 2016

Musisz przestać o mnie myśleć - 1

Wszelkie podobieństwo do zdarzeń lub osób rzeczywistych jest nieprzypadkowe.

- Mogliśmy być tacy jak oni - powiedziałam, wychodząc z teatru.

Bernard spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

- Naprawdę chciałabyś, żeby piekło mieszało się do naszego życia?

Opowiadał nam kiedyś, w pociągu do Krakowa, że kiedyś prawie potrzebował egzorcyzmów. Może w ten sposób chciał, żebym przestraszyła się go i przestała go kochać. Muszę przyznać, że nie zadziałało. Byłam tylko bardziej zdezorientowana, ale dalej kochałam go tak bardzo, że sprawiało mi to fizyczny ból.

Potem zaczęłam się zastanawiać, czy nie wymyślił sobie tego pod wpływem zbyt wielu książek wchłoniętych na przestrzeni tak niewielu lat życia. Ale nie mogłam mu tego powiedzieć. Na ten moment i tak pozostawaliśmy w relatywnie przyjaznych stosunkach.

- Nie mam na myśli piekła - odparłam krótko, bo pod wpływem jego obecności traciłam oddech po wypowiedzeniu pięciu słów. Już czułam pieczenie w okolicy mostka. A może serca.

- Twój niepoprawny optymizm tak bardzo nie mieści się w mojej możliwości postrzegania świata, że wywołujesz we mnie frustrację. Jedynym optymizmem jest to, że wszyscy kiedyś umrzemy.

- Zgadzam się. Wszystkie inne optymizmy z tego wynikają i się w tym zawierają. A ten optymizm zmienny, który jest mi najbliższy, to taki, który wynika z pewności, że dostaniemy się do nieba - mówiąc to, spojrzałam na jego twarz i szukałam na niej kpiarskiego uśmiechu, ale tym razem nie stał przede mną ten Bernard. Stał przede mną ten, którego niegdyś udało mi się poznać w tańcu.

    - Szkoda, że nigdy nie rozmawiałaś ze mną w ten sposób, kiedy jeszcze się znaliśmy - pokręcił głową, spojrzał na budynek teatru i lekko się uśmiechnął. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało, znowu stanęło mi serce. Był taki przystojny, i znów miał na sobie ten sam szary garnitur i błękitną koszulę.

    - Mi też przykro z tego powodu. Ale lepiej późno, niż wcale.

    Chyba chciał się roześmiać z tego żartu zabarwionego smutkiem, ale tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej. Objął mnie i westchnął, wypuszczając ciepły oddech w moje włosy. Miałam wrażenie, że oślepia mnie, pozbawia czucia i ogłusza, jednocześnie wzmacniając te zmysły o tysiąc procent. W jego obecności nic nie miało w sobie logiki.

    - Nie mamy czasu - znowu poczułam jego oddech we włosach. Jego ręce trzymały się mojej talii otulonej czerwoną suknią jak liny ratunkowej.

- Nigdy go nie mieliśmy - odparłam, czując że to już ostatni skrawek postrzępionej wstążki w mojej kieszeni trzyma nas w tym miejscu.

Odsunął się, trzymając mnie już tylko za jedną rękę. Dalej jednak na jego twarzy widniał lekki uśmiech.

- Musisz przestać o mnie myśleć - odezwał się po chwili ciszy wypełnionej szumem miasta.

- Wiem.

Wpatrywałam się w jego oczy i widziałam w nich wszystko, po raz pierwszy od roku. Był koniec stycznia, a ciepły wieczór otulał nas obietnicą zapomnienia tego, co nigdy się nie wydarzyło.

- Muszę iść. Spóźnię się na pociąg - puścił moją rękę i ukłonił się, jeszcze raz wchodząc w rolę wytwornego gentlemana.

Odwrócił się i ruszył w kierunku dworca.

Nie zatrzymywałam go. Nie miałam do tego prawa. Nigdy nie należałam do jego świata, i pogodziłam się z tym już dawno.

***

W takim razie dlaczego przyśnił mi się w ten sposób? Obudziłam się z jednym wielkim pytaniem zamiast umysłu. Nakryłam głowę poduszką, skuliłam się pod kołdrą i zaczęłam śnić o tym, że mieszkam na wieży Trynitarskiej.

***

Obudził się jakby na kacu, nie wiedząc skąd to skojarzenie, skoro nigdy nie doświadczył kaca. Od pewnego czasu nienawidził swoich snów. Były zbyt realistyczne, kolory wibrowały intensywnością, ale co najgorsze, pojawiała się w nich bolesna przeszłość - ludzie, których zostawił daleko -niekoniecznie dawno - za sobą, miejsca i utwory, które mu się z nimi kojarzyły, i niezliczone godziny zmarnowane na pisaniu nieudanych tekstów.

Rozejrzał się dookoła i westchnął z ulgą. Przynajmniej obudził się tam, gdzie zasnął.

To z pewnością było absurdalne, ale miał czasem obawę, że może się nagle obudzić choćby na wieży Trynitarskiej. W jego życiu wszystko było możliwe i to samo wszystko było absurdalne.

czwartek, 28 lipca 2016

Przedział

Znalazłeś po prostu
względnie pusty przedział
I myślaleś że opuściłeś stację
Ale wciąż stałeś
a za oknami
przesuwał się green screen
myślałeś że już będzie wszystko
tak dobrze
tak pięknie
ale potem ujrzałeś
że to tylko efekty specjalne
a prawdziwy świat
zderza się z fikcją
ze złym finiszem
przedział - zacisze na czas podróży
w głąb życia
przestał wystarczać
wysiadłeś w tym samym miejscu
rozejrzałeś się
to była ta sama stacja
co trzy miesiące wcześniej
ten sam żałosny dworzec
a przedział był nieważny
już do końca dni
Wyrzucasz z pamięci schroniska
i ludzi - ostoje
a uczucia - schrony
budzą twój strach
Więc proszę
idź przed siebie
w panoramę miasta
sam

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pociąg

A więc znowu pociąg
nie wyszedłeś z przedziału
by ze mną stanąć przy oknie
upajać się wiatrem
bo bałeś się wiatru
że zbytnio cię porwie
na strzępy
i to już przestała być miłość
krótka ale pełna wzruszeń ramion
uniesień brwi
rozmów z sobą samym
i znowu wstałam o czwartej
i odwróciłam się by spojrzeć
za tobą po raz ostatni
zniknąłeś
rozpłynąłeś się we mgle
rozwianej wschodnim wiatrem
miotany podmuchami
dogasającej niepewności.

Ostatnio w wierszach prześladuje mnie tematyka pociągów, bo dużo nimi jeździłam. Nie uwzięłam się na nie, po prostu bardzo mi pasują do moich przemyśleń.

niedziela, 24 lipca 2016

Peron

Tamten peron pojawił się przed nami
Chciałeś mnie przepuścić
w drzwiach pociągu
może życzyć miłego dnia
i zniknąć we mgle za torami
ale wyskoczyliśmy razem
gnani twoim wschodnim wiatrem.
Ty chciałeś jechać tam gdzie zostało
twoje serce
ja gdziekolwiek
do Berlina, Bełżyc, Biłgoraja
ale zostaliśmy na peronie
próbując utrzymać równowagę
na walizkach.
I mijały mnie pociągi
mogłam do każdego wskoczyć
i mijały cię wagony
patrzyłeś tylko tęsknie na wschód
a ja znowu odwracałam wzrok
wiedząc, że nigdy nie będę nią.
Akle tamte dni
miesiące na peronie
straciłam rachubę
cztery albo trzy
najlepsze i najgorsze
bo miotałam się tkwiąc nieruchomo.
Załatałeś dziurę w moim sercu
Uśmiechnąłeś się
nie mówiąc ani słowa
wsiadłeś do pociągu
tego konkretnego.
Ja gdziekolwiek
znowu
pierwszy lepszy bilet
i tak jadę
wciąż przed siebie

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Nie chwal dnia przed zachodem słońca, czyli co za noc! Kocham i nienawidzę: polska służba zdrowia

Tak, tak. Kto normalny posługuje się opisem czegoś takiego, by przejść do swoich przemyśleń?
Tego dnia byłam zdeterminowana, by zrobić coś fajnego, produktywnego, bo od tygodnia miałam absolutne wakacje, a zdążyłam się tylko nachorować. I to miał być koniec tej słabej passy. Miał, ale nie był.
Ubrałam się ładnie, w musztardowy top, szare spodnie i jasnobrązową kurtkę z imitacji skóry, która jeszcze na mnie pasuje tylko dlatego, że podszewka jest rozpruta.
To była niedziela, cztery tygodnie temu. Poszłam do kościoła, wróciłam do domu na obiad, a potem wyszłam z moją siostrą na lody. Oprócz tego skończyłyśmy w KFC na B-smarcie, a potem w Stokrotce kupiłam sobie daktyle. Dlaczego w szczegółach o jedzeniu? Och, zaraz się dowiesz.
Wybrałyśmy się na koncert wiosenny lokalnego domu kultury, gdzie tańczyła moja koleżanka z byłej klasy. Swoją drogą, to zawieszenie między jedną a drugą szkołą jest zabawne. I będzie trwać dwa i pół raza dłużej, niż takie normalne, wakacyjne. A moja klasa już jest byłą klasą, mimo że mam wrażenie, że rozstaliśmy się przedwczoraj.
Rodzice siedzieli w domu, oboje męczeni jelitówką. Kiedy wracałyśmy do domu, mój tata zadzwonił do mnie, że mama też zaraziła się jelitówką. Pytał, jak się czujemy. Nie wiem, co ze mną jest nie tak, ale wkurzyłam się, bo już wiedziałam, że wywoła to efekt sugestii.
No i w drodze do domu byłam przygnębiona i zła, a mój brzuch czuł się coraz dziwniej.
Poszłam spać, modląc się o to, by ciężkość w żołądku nie chciała wydostać się na zewnątrz. Przewracałam się z boku na bok przez godzinę, po czym poderwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki.
I tak przez następnych kilka godzin pozybywałam się wszystkiego, co wcześniej wylądowało w moim brzusiu. Nie pamiętam jeszcze tak okropnego zatrucia pokarmowego. Byłam zdechła, ale nie mogłam zasnąć. Chciało mi się pić, ale cokolwiek przełknęłam, minutę później już lądowało w sedesie. Wzięłam chyba z pięć leków, ale wszystkie mi uciekły.
I wtedy zaczęła się największa zabawa. Mój tata zadzwonił na pogotowie, gdzie przekierowywali go cztery razy, aż w końcu połączyli z lekarzem w nocnym dyżurze w przychodni. Ten polecił kupić trzy opakowania leków. Moja mama pobiegła do apteki, ale wszystkie te leki po krótkim pobycie w moim żołądku też znalazły się na zewnątrz.
Wtedy miałam już tak dość, że nalegałam, by tata zawiózł mnie do szpitala. Było to około trzeciej w nocy. Wciąż miałam torsje i wymiotowałam już tylko żółcią, albo po prostu tylko mną trzęsło i zdzierałam sobie gardło, bo nie miałam czego zwracać.
Przynajmniej tyle dobrego, że wiem, że nigdy nie będę bulimiczką :P
Byłam już tak zmęczona, że włączył mi się tryb bycia nader rozmownej. Wtedy już nie kontroluję tego, co mówię, i jestem zupełnym przeciwieństwem normalnej siebie. A może w jakiś sposób nawet jestem fajniejsza xD
W jednym szpitalu powiedzieli nam, że mogliby dać mi kroplówkę, ale lepiej iść na zakaźny na inną ulicę, bo to może być salmonella. Nie do końca rozumiałam tego doktora, może z powodu tego, że ledwo stałam, a może dlatego, że miał dziwny akcent. Czy tylko mi się coś spaczyło w mózgu?
Pamiętam, że siadając na krześle, ledwo na nie trafiłam. Facet jeszcze coś mówił, a ja powoli odpływałam. Ale udało mi się jeszcze podnieść i dowlec się do samochodu, by przejechać z tatą do innego szpitala w dzielnicy obok.
Tam czekaliśmy pewnie z piętnaście minut, bo takich przypadków jak ja było tej nocy pięć, a pani doktor jedna. A może czekaliśmy dłużej. Dla mnie wydawało się to wiecznością. Starałam się być przytomna. O dziwo, torsje trochę zelżały. Dopiero kilka minut przed tym, jak pani doktor przyszła, znowu zadzwoniłam dzwonkiem. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak pielęgniarka przewraca oczami na niecierpliwą pacjentkę, a potem, słysząc odgłosy rzygania do siatki, podrywa się z fotela i rozpaczliwie myśli "Oby do siatki, oby do siatki!"
Zdążyłam tylko wykrztusić "Mogę do łazienki?" i pobiec, by reszta wylądowała w sedesie. Obejrzałam się w lustrze. A może tam nie było lustra? Tak czy inaczej, na pewno wyglądałam fatalnie. Że nie wspomnę o tym, w co byłam ubrana - mieszanka dresów, piżamy i wielkich, luźnych skarpet.
Potem rozmawiałam z lekarką, pielęgniarką i tatą przez wieczność, która dla nich pewnie trwała pięć minut. Pani doktor narzekała na tego doktora, który nas przysłał, że nie zadzwonił i nie uprzedził, że nie dał skierowania. Ja tylko patrzyłam na szafkę z jakimiś fiolkami i modliłam się o kroplówkę.
No i byłam też rozmowna. Ze zmęczenia.
Kiedy pielęgniarka wbijała mi igłę w żyłę, zaprezentowałam mojego wewnętrznego superbohatera, ale po pobraniu krwi musiałam wstać i przejść do sali obok. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie widziałam korytarza, wiedziałam, dokąd idę tylko dlatego, że trzymałam się ściany. A potem kiedy chciałam usiąść na łóżko-czymś, za pierwszym podejściem walnęłam w to coś jak Sim w ścianę. Chociaż czy Simy waliły w ścianę?
Za drugim podejściem udało mi się trafić tyłkiem w materac. Pielęgniarka podłączyła mnie do kroplówki i kilka chwil później już poczułam się lepiej. Zapytałam jej, czy będę się czuła mniej sucho, ale jej zmęczenie chyba nie dodawało punktow do rozmowności. Była młoda, nie więcej niż dziesięć lat starsza ode mnie. Odpowiedziała coś w stylu "Pewnie tak" i wyszła.
Miałam trzy butelki do skapnięcia, co zajęło trzy godziny. Potem godzinę czekałam na odłączenie, a następną - na lekarkę. Tak mi się wydaje. Ucięłam sobie kilka krótkich drzemek, bo przy wygodności tego "łóżka" nie mogłam liczyć na wiele. Oczywiście pragnęłam chrapać w niebogłosy przez cały ten czas, ale i tak było to dla mnie cudowne, że nareszcie mogę się przespać. Chociażby odrobinę.
Mój tata siedział obok i nie zmrużył oka przez cały ten czas, chociaż mówilam mu, żeby jechał do domu, a ja zadzwonię po niego, kiedy wyjdę. Tak to chyba jest, jak masz dzieci. Nie myślisz o sobie, kiedy coś im się dzieje.
Przyszła kolejna lekarka i mnie wypisała. Byla niesamowicie miła, jak ta poprzednia, tylko jeszcze bardziej.
I już nic więcej nie potrzebowałam do szczęścia. Tylko jeszcze chciałam przyjść do domu, wypić baniak wody i rzucić się na łóżko.
Wyszliśmy ze szpitala, ja w obszernych spodniach dresowych z Reeboka, bez stanika, w ogromnej koszulce mojego taty z pielgrzymki z lat 80. czy 90., kurtce i bluzie w garści. Drugą dłonią uciskałam gazik w zgięciu łokcia. Moje włosy, umyte poprzedniego wieczoru tuż przed wielkim atakiem wypróżniania, były związane w bardzo, bardzo, bardzo rozwalonego zawijasa-koczka.
Była chyba dziesiąta czy dziewiąta w poniedziałek, więc miasto było w pełnym, sprężnym trybie pracy. Ludzie ubrani zgodnie ze społecznymi normami, umalowane i uczesane kobiety, dobrze ubrani i ogoleni faceci...
I muszę cię zaskoczyć! A może i cię nie zaskoczę - nie czułam się źle wśród tej mieszanki. Może byłam zbyt zmęczona, by w ogóle się tym przejmować, ale przyglądałam się im i zdałam sobie sprawę, jak bardzo mnie nie obchodzi, co oni o mnie myślą. I jak bardzo nie powinnam oceniać innych po tym, jak akurat wyglądają. Poczułam się dobrze z tym, że mam na sobie oversizową koszulkę z podobizną Matki Boskiej Częstochowskiej, a pod koszulką brak stanika. Że mam podkrążone oczy, brak makijażu i dzwonowate dresy, a na tym wszystkim ciepłą kurtkę, mimo porannego upału.
Poczulam się właśnie w taki sposób szczęśliwa.
A potem przyjechałam do domu, spojrzałam na miasto, wypiłam dużą Cisowiankę i położyłam się w moim cudownym łóżku pod moją kochaną kołdrą. I spałam do wieczora. Tego dnia zjadłam tylko i wyłącznie paczkę chrupek kukurydzianych. Potem wypiłam jeszcze więcej wody i wróciłam do łóżka. Spałam. To było cudowne.
We wtorek odbyłam zasłużone lenistwo, a w środę poszłam do dwóch galerii handlowych i Biedronki. Zwykle uwielbiam chodzić, ale tym razem zdechłam. Kiedy wracałam do domu, gadałam do siebie. Potem padłam na kanapę przed telewizorem, jadłam wafle ryżowe i oglądałam serial paradokumentalny. Których nie znoszę, ale potrzebowałam jakiejś płytkiej rozrywki, przy której można ryć ze śmiechu jak neandertal.
Lepsze to od rzygania jak neandertal.
Ten dzień nauczył mnie wielu rzeczy. Nie tylko tego, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale i by faktycznie nie ufać fast foodom. No i nie być pewnym wszystkiego. Bo to całe chorowanie pokrzyżowało mi trochę plany wczesnowakacyjne.
No i wyszło jeszcze coś dobrego! Nareszcie zrobiłam tą morfologię, za którą zabierałam się od dwóch lat.

Przez trudy do gwiazd na przykładzie pewnego humana

Motto naszej klasy, a może raczej temat przewodni, mógłby brzmieć "Przez trudy do gwiazd". I tu bynajmniej nie o ambicje chodzi.
Nie wszyscy mieli ambicje na takim samym poziomie. Niektórzy przedstawiali obraz wielkiego ich przerostu, a ci po drugiej stronie skali nie mieli ich wcale - i wcale nie w sensie negatywnym. Może dlatego tak trudno było mi się wpasować w ten schemat.
Trudno nam było cokolwiek zrobić. Wycieczka na koniec pierwszej klasy przybierała coraz mniejszy zakres i lokalizacje coraz bliższe Lublinowi. Trudno nam było się zebrać i pojechać gdzieś dalej. Dopiero kiedy jedna przedsiębiorcza osoba wzięła wszystko w swoje ręce, pojechaliśmy na wycieczkę dezintegracyjną. A to miejsce miało potencjał - zamiast w wolnym czasie uczestniczyć w podziale, wolałam samotnie biegać po pięknych polach i lasach, więc w gruncie rzeczy nie wspominam źle tej wycieczki. I cieszę się, że przedsiębiorcza osoba nas tam zabrała.
Plusy bycia samowystarczalnym ;)
Pamiętam, jak próbowałam - w stołówce siedziała połowa rozbitej klasy, a ja przyszłam tam z koleżanką, której jeszcze jako jedynej na mnie zależało. I kiedy Marysia powiedziała "Łucja zje z nami śniadanie, ok?", ja pomachałam im paczką musli i żartobliwie powiedziałam "Cześć, jestem Łucja."
Nie śmiali się, tylko spojrzeli na mnie jak na szpiega.
Pełnego zjednoczenia nigdy nie doczekaliśmy, ale w pewnym momencie, może w drugiej klasie, zapadł rozejm. I to wszystko było trudne do osiągnięcia.
Kiedy nadszedł czas planowania studniówki, musieliśmy spiąć się klasowo, szczególnie, że groził nam... brak studniówki dla naszej klasy. Tak to jest, jak chce na nią iść dziesięć osób. Ale bal i cała jego otoczka, przygotowania i strojenie klasy okazały się jednymi z najlepszych rzeczy w moim życiu.
I było to super trudne, żeby wszystkich przekonać. I tak nie poszło sześć osób, ale dwadzieścia to zawsze dwa razy więcej niż dziesięć. Dopiero ogarnianie czołówki i jej realizowanie przyniosło nam tak wiele zabawy, że nawet nie było aż tak wielkim trudem.
I tutaj zaczęło się "do gwiazd".
Polonez mieliśmy cudowny. Efekciarski, ale jednocześnie prosty. Mam wrażenie, że jednocześnie z całym jego dostojnym charakterem, pokazywał naszą młodzienczą energię. Co prawda trochę nam jej miejscami brakowało, ale wykrzesaliśmy to z siebie. Ach, młodzi emeryci życiowi.
Muszę jeszcze wspomieć o tym, jak w piątkę spędziłyśmy 12 godzin w szkole, zamieniając naszą salę w mieszankę pałacu królowej Kier, ogólnych inspiracji Alicją w Krainie Czarów i dużej dawki psychodeli. To były jednocześnie trudy i gwiazdy, bo dzień był cudowny, ale pod koniec zachowywałyśmy się jak naprute zombie, a nie obeszło się bez nerwów i kilku przypadków krzyku Bogu ducha winnych ludzi na Bogu ducha winnych ludzi.
Na pierwsze i pewnie ostatnie wspólne piwo poszliśmy zaraz po tym, jak przestaliśmy być klasą. A było nas tam dziewięcioro. Well.
Więc przez trudy do gwiazd! Przez cokolwiek przechodzi klasa, to się może skończyć. Trzeba tylko troszeczkę chęci i dużo modlitwy.
Było naprawdę słabo. Po pierwszej klasie połowa grupy chciała się przepisać do innych szkół. W tym ja. Ale zostałam, i bardzo dobrze, bo dwa miesiące później do naszej klasy doszła nowa uczennica, która została moją przyjaciółką. I pomyśleć, że mogłam jej nie poznać. I pomyśleć, że mogłam nie mieć takiej cudownej trzeciej klasy.
Ludzie i sytuacje się zmieniają. Dobrze jest czasem wytrzymać coś niemożliwego.