Motto naszej klasy, a może raczej temat przewodni, mógłby brzmieć "Przez trudy do gwiazd". I tu bynajmniej nie o ambicje chodzi.
Nie wszyscy mieli ambicje na takim samym poziomie. Niektórzy przedstawiali obraz wielkiego ich przerostu, a ci po drugiej stronie skali nie mieli ich wcale - i wcale nie w sensie negatywnym. Może dlatego tak trudno było mi się wpasować w ten schemat.
Trudno nam było cokolwiek zrobić. Wycieczka na koniec pierwszej klasy przybierała coraz mniejszy zakres i lokalizacje coraz bliższe Lublinowi. Trudno nam było się zebrać i pojechać gdzieś dalej. Dopiero kiedy jedna przedsiębiorcza osoba wzięła wszystko w swoje ręce, pojechaliśmy na wycieczkę dezintegracyjną. A to miejsce miało potencjał - zamiast w wolnym czasie uczestniczyć w podziale, wolałam samotnie biegać po pięknych polach i lasach, więc w gruncie rzeczy nie wspominam źle tej wycieczki. I cieszę się, że przedsiębiorcza osoba nas tam zabrała.
Plusy bycia samowystarczalnym ;)
Pamiętam, jak próbowałam - w stołówce siedziała połowa rozbitej klasy, a ja przyszłam tam z koleżanką, której jeszcze jako jedynej na mnie zależało. I kiedy Marysia powiedziała "Łucja zje z nami śniadanie, ok?", ja pomachałam im paczką musli i żartobliwie powiedziałam "Cześć, jestem Łucja."
Nie śmiali się, tylko spojrzeli na mnie jak na szpiega.
Pełnego zjednoczenia nigdy nie doczekaliśmy, ale w pewnym momencie, może w drugiej klasie, zapadł rozejm. I to wszystko było trudne do osiągnięcia.
Kiedy nadszedł czas planowania studniówki, musieliśmy spiąć się klasowo, szczególnie, że groził nam... brak studniówki dla naszej klasy. Tak to jest, jak chce na nią iść dziesięć osób. Ale bal i cała jego otoczka, przygotowania i strojenie klasy okazały się jednymi z najlepszych rzeczy w moim życiu.
I było to super trudne, żeby wszystkich przekonać. I tak nie poszło sześć osób, ale dwadzieścia to zawsze dwa razy więcej niż dziesięć. Dopiero ogarnianie czołówki i jej realizowanie przyniosło nam tak wiele zabawy, że nawet nie było aż tak wielkim trudem.
I tutaj zaczęło się "do gwiazd".
Polonez mieliśmy cudowny. Efekciarski, ale jednocześnie prosty. Mam wrażenie, że jednocześnie z całym jego dostojnym charakterem, pokazywał naszą młodzienczą energię. Co prawda trochę nam jej miejscami brakowało, ale wykrzesaliśmy to z siebie. Ach, młodzi emeryci życiowi.
Muszę jeszcze wspomieć o tym, jak w piątkę spędziłyśmy 12 godzin w szkole, zamieniając naszą salę w mieszankę pałacu królowej Kier, ogólnych inspiracji Alicją w Krainie Czarów i dużej dawki psychodeli. To były jednocześnie trudy i gwiazdy, bo dzień był cudowny, ale pod koniec zachowywałyśmy się jak naprute zombie, a nie obeszło się bez nerwów i kilku przypadków krzyku Bogu ducha winnych ludzi na Bogu ducha winnych ludzi.
Na pierwsze i pewnie ostatnie wspólne piwo poszliśmy zaraz po tym, jak przestaliśmy być klasą. A było nas tam dziewięcioro. Well.
Więc przez trudy do gwiazd! Przez cokolwiek przechodzi klasa, to się może skończyć. Trzeba tylko troszeczkę chęci i dużo modlitwy.
Było naprawdę słabo. Po pierwszej klasie połowa grupy chciała się przepisać do innych szkół. W tym ja. Ale zostałam, i bardzo dobrze, bo dwa miesiące później do naszej klasy doszła nowa uczennica, która została moją przyjaciółką. I pomyśleć, że mogłam jej nie poznać. I pomyśleć, że mogłam nie mieć takiej cudownej trzeciej klasy.
Ludzie i sytuacje się zmieniają. Dobrze jest czasem wytrzymać coś niemożliwego.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Przez trudy do gwiazd na przykładzie pewnego humana
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz