Przez pierwsze czternaście lat mojego życia mieszkałam na wsi. Potem jeszcze przez trzy lata pragnęłam tylko tego, by tam wrócić. Dopiero rok temu naprawdę przyznałam sama przed sobą, że wcale tego nie chcę. Że możliwość przeprowadzki wcale by mnie nie ucieszyła.
Wychowałam się bez gospodarstwa, miałam ze zwierząt tylko żółwia, a moi rodzice nie utrzymywali się z rolnictwa. Mimo to mieliśmy "działkę" przy domu-szkole, i to dość pokaźną jak na nasze potrzeby.
Odstawaliśmy. Ale nigdy nie czułam się tam jak intruz. Nikt nigdy nie powiedział mi w twarz, że jestem gorsza ani inna, chociaż jak teraz o tym myślę, to jestem pewna, że część ludzi patrzyła podejrzliwie na naszą rodzinę. Cóż, byłam dzieckiem. Miałam własny świat i zmartwienia w postaci tego, że nie podobam się Pawłowi czy też Damianowi, a moje najlepsze koleżanki wyzywają się wzajemnie od "debilek".
Jeszcze trzy lata po przeprowadzce snobowałam się na dziewczynę ze wsi. Pięć miesięcy temu mój kolega z klasy zapytał mnie, czy w weekendy jestem w domu, czy na stancji. Cóż, sama wprowadzałam wszystkich w błąd, więc nic dziwnego, że nie wiedział, że mieszkam z rodzicami na cały etat. Zdzieliłam się wtedy od środka w mózg i poczułam zażenowanie, że tak długo nie mogłam uznać Lublina za swój dom.
W ostatnie ferie pojechałam do przyjaciółki, mojej dawnej sąsiadki. I kiedy jechałyśmy do miasta (bo zabrałam ją ze sobą na dwa dni), nie mogłam doczekać się, kiedy będę w domu. Wieś już dłużej nim nie była.
I tak było z każdym powrotem do Lublina. Może po prostu się przyzwyczaiłam, ale przestałam się snobować na dziewczynę ze wsi. Tym bardziej nie zaczęłam snobować się na miastową. To by było okropne.
Ale za każdym razem, kiedy jestem na wsi, takiej prawdziwej, rolniczej, a nie oszukanej, gdzie już nikt nie uprawia ziemi, czuję się coraz bardziej intruzem. Nawet, jeśli ktoś wie, że wychowałam się na wsi, nie łączy tego faktu z tym, że dobrze znam jej zwyczaje, jej mechanizmy i nie wie, że rozumiem ludzi, którzy tam żyją. Nie wiedzą też tego, że miałam obsesję na punkcie powrotu do mojego zielonego raju. Skąd mają wiedzieć, że połowa moich snów wciąż dzieje się w Kosarzewie?
Ale rani mnie pytanie "Jak ci się podoba na wsi?"
Ja wiem, że to jest odruch albo chęć przerwania ciszy. Ale to nie zmienia faktu, że dźga mnie to w samo serce, w którym moja mała ojczyzna zostanie na zawsze, nie ważne, jak bardzo szczęśliwa bym była w największej aglomeracji świata. Po prostu to z nas nie wychodzi.
Pamiętajmy, że ludzie mają swoje historie i ile jest nas, tyle portretów psychologicznych. A każdy, gdziekolwiek by mieszkał, wychował się i dokądkolwiek chciałby wrócić, jest tak samo człowiekiem, jak ty. Takim samym, mimo że zupełnie innym.
Morze wszędzie szumi tak samo. Po raz kolejny przekonuję się, że to, co w Travemunde powiedziała mi Ewelina, jest uniwersalnym cytatem, który można odnieść do wszystkiego. Nie jestem już dziewczyną ze wsi ani dziewczyną z miasta. Za daleko mi też do kosmoplityzmu. Jestem dziewczyną z Polski. Która czasem ma ochotę emigrować, ale, jak to powiedział nasz katecheta w trzeciej klasie, jak się kogoś kocha, to nigdy nie jest ok.
niedziela, 19 czerwca 2016
Jesteśmy tylko ludźmi, czyli wszyscy Polacy to jedna rodzina, ze wsi czy z Lublina
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz