Stałam na skraju łąki, gotowa zawrócić, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Jednocześnie wiedziałam, że tego nie zrobię. Tuż obok potężnych ruin zamku rysujących się na tle ciemniejącego nieba zauważyłam sylwetkę Bernarda. Nie żebym się go nie spodziewała w tym miejscu. Po jego spiętej postawie wywnioskowałam, że również oczekuje mnie tu zobaczyć. Od naszego ostatniego spotkania na spektaklu minęło cztery dni, jednak miałam wrażenie, jakbym nie widziała go od roku. Na twarzy miał bujny zarost, ubrany był w jasne dżinsy i szarą bluzę.
Postawiłam pierwszy krok, trawa zupełnie wygłuszała moje kroki. Bernard był odwrócony plecami do mnie, mimo to z każdym ubywającym metrem dystansu czułam się coraz bardziej obserwowana. Minęłam tabliczkę z napisem "Tu nie straszy. Sprawdzone.", po czym znalazłam się tuż za plecami chłopaka. Odchrząknęłam.
Odwrócił się. Wydawał się na poły zirytowany, na poły uspokojony.
- Serio? Ruiny zamku? - otaksował wzrokiem otoczenie i mnie.
- To nie ja - odparłam, wzruszając ramionami.
- Ja też nie. Ale to twoja miejscowość - nie ustępował.
- Często zupełnie nieświadomie tu trafiam - wzruszyłam ramionami. Nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że byliśmy w tym miejscu.
- Chciałbym powiedzieć, że miło cię widzieć. Bo tak jest. Ale to nie zmienia faktu że muszę przygłuszyć tą wiadomość stwierdzeniem "Musisz przestać o mnie myśleć" - kiedy to mówił, popełniłam błąd spojrzenia mu w oczy, ale potem wbiłam wzrok w ruiny.
Nie odpowiadałam.
- Ty, szaleniec i ruiny zamku, w których nie straszy. To się nie zapowiada dobrze - Bernard zaczął się cicho śmiać.
- Nie myślę o tobie. To ty ciągle wracasz do mojej głowy - nie chciałam, by zabrzmiało to burkliwie, ale chyba mi nie wyszło. Byłam zła, że obarcza mnie winą za podświadomość, skoro na podstawie własnego przykładu doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da się jej wyłączyć.
- Cóż, to działa w obie strony. Wcale nie chcę wracać do twojej ślicznej główki. A, i nie demonizuj mnie tak.
- Ja cię... - zaczęłam, ale stwierdziłam, że może mieć rację. Poza tym, nie chciałam się z nim wiecznie kłócić, skoro nigdy go nie widywałam.
Oboje spojrzeliśmy na ruiny.
- Przecież to bez sensu - zaczął po chwili ciszy.
- Wiem - odparłam, ale zdecydowanie podeszłam do muru, za którym kryła się ciemność. - Jednak żadne z nas nie zrobi tego w samotności. Zsikałabym się ze stachu, a ty tam sam nie wejdziesz.
Wzniósł oczy do góry.
- Nie takie rzeczy się robiło. I to ty tam sama nie wejdziesz.
- To by było takie urocze - rzekłam. - Gdyby było prawdziwe.
- Co masz na myśli?
Posłałam mu wymowne spojrzenie i ruszyłam do wejścia zamku, ukrytego pod konarem drzewa złamanego przez wiatr.
- Nie musisz tego robić - usłyszałam głos Bernarda tuż przy uchu. Czułam, że trzyma się bardzo blisko mnie, by dodać mi otuchy, a może przekonać, bym tam nie wchodziła. Serce biło mi tak mocno, jak zwykło, kiedy był obok. Czułam wdzięczność, że nie wali jak młotem ze strachu, tylko z obecności człowieka, którego kochałam.
- Jestem mu to winna.
- A więc wiesz, kto to jest - w jego głosie wyczułam staranie, by nie zabrzmiało to oskarżycielsko.
- Wiem.
- Powiesz mi chociaż, dlaczego miałabyś być mu cokolwiek winna? - drążył dalej.
- Nie - ucięłam.
- Brzmi bardzo konkretnie.
Zatrzymałam się. Poczułam, jak wpadł torsem na moje plecy.
- Możesz przestać gadać? - odwróciłam się i spojrzałam w jego twarz. Była bliżej mojej, niż kiedykolwiek. - Czy aż tak bardzo się boisz?
Mimo, że wokół panował półmrok, widziałam wszystkie detale jego błękitnozielonych oczu. Jakby gdzieś między nami wyrósł blask bez żadnego źródła. Odsunęłam się trochę, a kąciki jego ust drgnęły.
- Jasne, że się boję. Na przykład tego, że już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak ty - mówiąc to, cały czas wpatrywał się w moje oczy.
- Jeszcze nie umarłam. Mimo że było blisko, kiedy widywałam cię codziennie i nie mogłam z tobą porozmawiać.
- A teraz chcesz, żebym się zamknął - przekrzywił głowę tak samo jak kiedyś.
- Bo ta rozmowa nie powinna trafić do jego uszu. Chodź - zlapałam go za rękę i nie słuchałam protestów i żądań o ujawnienie osoby, która była z nami w tych ruinach. Wystarczająco miałam ochotę odwlec ten moment, bo wiedziałam, że będzie niezręczny.
Wiedziałam, gdzie iść, a skąd, Bóg raczył wiedzieć. Wkrótce dostaliśmy się do piwnic. Bernard już nie prostestował, uważając na ścięte stropy i kawałki murów walające się po podłodze. Z pewnością ta wycieczka po włościach nie była najbezpieczniejsza, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.
Szepnęłam Bernardowi na ucho, by nie zadawał pytań, gdy za drewnianą kratą zauważyliśmy leżące ciało nieprzytomnego chłopaka. A może mężczyzny. Nie potrafiłam wybrać jednego określenia. Był po prostu Julianem, a zastanawianie się nad tym, jak wiele w nim jest z mężczyzny, a ile z chłopaka, mogło mnie przyprawić o ból głowy.
Przypadłam do kraty i wyciągnęłam z kieszeni klucz, po czym zaczęłam majstrować przy kłódce. Odwróciłam się do Bernarda, a on stał kilka kroków za mną, wpatrując się oniemiały w Juliana.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to on? - podszedł i uklęknął obok mnie, po czym wziął kłódkę i klucz w dłonie.
- Wspomnienia. I tak jest ich między nami za dużo.
- Byłem na niego strasznie zły - pokręcił głową, uśmiechając się.
- Muszę przyznać że było to widać - przeniosłam wzrok na jego twarz.
Nie patrzył na mnie. Zajął się kłódką. Nie pytał, jak trafił tutaj Julian, skąd wiedziałam że to on, dlaczego jest w tym stanie, skąd mam ten klucz i skąd wiedziałam, jak tu trafić. Co najbardziej mnie ucieszyło - nie kwestionował powodu, dla którego trafiliśmy tu razem.
Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań.
Już po chwili weszliśmy do zaimprowizwanej celi, chwyciliśmy kolegę pod ramiona i wynieśliśmy, a może raczej wywlekliśmy go z zamku, pewnie lekko narażając jego zdrowie. Ani ja, ani Bernard nie należeliśmy do szczególnych osiłków, jednak Julian nie ważył dużo jak na dwudziestolatka.
Na zewnątrz dalej zachodziło słońce, a my zdecydowaliśmy się złapać autostop do Lublina. Nie mieliśmy czasu na czekanie na busa. Julian dalej był nieprzytomny, Bernard wyraźnie martwił się o kolegę, a ja sama nie wiedziałam, kiedy to się skończy.
Usiadłam na chwilę na poboczu. kiedy Bernard kładł Juliana na trawie, a potem machał na samochody. Nie zdążyłam się nawet podnieść, kiedy zielony sedan zatrzymał się obok nas.
- Do Lublina? - zapytał Bernard. Dostał pozytywną odpowiedź.
Podnieśliśmy Juliana z trawy. Tylne siedzenie było zafoliowane, więc położyliśmy tam chłopaka i musieliśmy zmieścić się obok niego, bo kierowca i jego żona zajmowali dwa przednie siedzenia.
Odwrócili się do nas. A wtedy ich rozpoznałam.
***
Twarz Stanisława zaczęła mi się rozmywać przed oczami, kiedy je otworzyłam, a głos Marii wyblakł tak szybko, jak się pojawił. Jednym zrywem wstałam z łóżka, otworzyłam okno i poczułam, że Bernarda nie ma w mieście. Odetchnęłam głęboko porannym powietrzem. Kopnęłam piętą stos pamiętników, które przeglądałam poprzedniego wieczoru. Szlag by to.
Wyciągnęłam z szafki największy kubek, jaki posiadałam i zrobiłam kawę. Przysięgłam sobie, wpatrując się w jej ciemną głębię, że już nigdy nie zasnę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz