Miesiąc mnie tu nie było, ale w końcu, już w wakacje znalazłam kroplę weny dla tej tu parodii bloga. Zresztą przed kim ja się usprawiedliwiam? Nieważne. Minione dwa tygodnie upłynęły mi w niespodziewanie beznadziejnym humorze, czułam się jak kompletna porażka. Tak, tak, wiem, że moje porażki nie są mną, ale nawet największy optymista - a musicie wierzyć, że kto jak kto, ale ja optymistką jestem - ma swoje gorsze dni. I trzeba to zaakceptować, chociaż jest to super trudne.
Najgorsze było to, że ten beznadziejny nastrój przypadł na dni tuż przed końcem roku szkolnego, kiedy powinam skakać ze szczęścia. Tydzień temu w sobotę była kolejna osiemnastka - z grona najlepszych przyjaciółek zostałam już tylko ja i Carol, a ona ma urodziny za dwa tygodnie!
Nie dość, że się starzeję, to jeszcze nie potrafię zrozumieć, że to jest najlepszy czas, jak mi wszyscy mówią. To znaczy nie starzenie się, ale to, co jest teraz, czyli osiemnastki i dorastanie. Moje przyjaźnie wykonują gwałtowne rotacje i skomplikowane, nagłe zwroty akcji, za którymi nie potrafię nadążyć. Nie zdałam próbnej matury z matmy, pani krzyczała na mnie pod tablicą, w wyniku czego próbowałam powstrzymać łzy cisnące się mi do oczu, ale to była porażka. Do końca lekcji nie podniosłam na nią wzroku i siedziałam, wgapiona w zeszyt, odpychając od siebie myśli, że i tak wszyscy widzą, jaki ze mnie słabeusz. Myślałam, że jestem silna, ale każdy, nawet najsilniejszy człowiek potrzebuje czasem rozpłakać się tak, by ktoś to widział. Po końcu lekcji pobiegłam do łazienki i zamknęłam się w kabinie, by się uspokoić. Cała się trzęsłam, nie wiem, czy z wściekłości, czy z bezradności, czy dlatego, że uświadmiłam sobie swoją słabość. Po lekcjach, a szczególnie po przygnębiającym 20-leciu międzywojennym na polskim miałam ochotę rzucić się na łóżko, ryczeć i nie wstawać do wakacji. Ale że umówiłam się z przyjaciółkami na kupowanie prezentu tej, ktorej osiemnastka miała odbyć się w sobotę, zmusiłam się do wstania. Zresztą wiedziałam, że poprawią mi humor. Trochę poprawiły, ale tylko te, ktore chciały mnie słuchać. Poszłam potem z Carol na naleśniki z Nutellą, które też niewątpliwie pomogły.
Ale następnego dnia znowu czułam się jak g****. Próbowałam poprawić sobie humor na wszystkie możliwe sposoby. Weekend był trochę lepszy, ale jedna z sytuacji nie wyglądała lepiej, już mniejsza o to, która. Zaczynał się ostatni tydzień przed wakacjami. Wydawało mi się, że jest super, ale we wtorek zaczęłam stresować się zapisami na kurs prawa jazdy, tymi papierami i zaśwadczeniami, tą całą biurokracją i papierologią. Na szczęście szkołę prawka wybrałam dobrą, bo teraz bardzo mi się tam podoba. (OSK LUZ)
Poszłam do urzędu w czwartek, zdjęcie nie takie, powiedziano mi że takie może być, ale przepraszam PANIĄ zdjęcie z lewym profilem odsłoniętym uchem bla bla bla. Zgoda od PANI rodzica i oświadczenie o czymśtam musi PANI podpisać i PANI pesel tutaj proszę.
A więc tak wyglądają koszmary dorosłych ludzi.
Nie wiem, dlaczego aż tak bardzo mnie to wkurza. Mam nadzieję, że uda mi się przywyknąć do tego, że jestem tylko numerem w ewidencji.
W środę był mega zalatany dzień. Próbna podstawowa matura z angielskiego poszła mi świetnie, rozszerzona też nie była zła, a potem pojechałam z Asią do Outlet Center, po czym poszłam na pocztę po imieninową przesyłkę, a potem pojechałam do Plazy po rajstopy i górę od stroju kąpielowego, bo we wtorek bardzo chciałam pójść na basen, ale moja góra od stroju była innego zdania. Kupiłam, skoczyłam do Stokrotki po coś na ząb i poszłam do przyjaciółki. Siedziałyśmy dwie godziny i gadałyśmy, a potem (przynajmniej w definicji moich rodziców) zrobiło się tak późno, że musiałam jechać do domu. Stwierdziłyśmy, że przeprowadzimy się kiedyś na Wyżynę krakowsko - częstochowską, bo tam jest bajkowo i blisko do innych bajkowych miejsc. Proste, hahahahahaha.
W czwartek byłam w urzędzie miasta, ale potem naleśniki z przyjaciółkami ze szkoły (cieszycie się, mamo, tato? mam przyjaciółki w szkole, tak, jak chcieliście) zdecydowanie mnie rozchumrzyły, bo dyskutowałyśmy o wymianie do Niemiec i prezentacji. Mam obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. Poza tym, uwielbiam te dziewczyny. Potem poszłam na basen po raz pierwszy od stycznia. Straszne, co nie? Pływam od dziesięciu lat i kocham to, ale nie mam na to czasu. To znaczy mam, ale nie mogę się zebrać.
Piątek, czyli ostatni dzień roku, upłynął spokojnie. Byłam na zakończeniu i już zdążyłam zatęsknić za Asią, która mieszka tak daleko, że jeśli nie przyjadę - a mnie zapraszała - to zobaczymy się za dwa miesiące. Pojechałam już z zestawem dobrych papierów do urzędu i oddałam je, a kiedy wracałam przez Park Saski, zobaczyłam mojego kolegę z gimnazjum. Powiedzieliśmy sobie cześć, stał z kolegami, którzy zawyli "Uuuuuu, Krzychu!!!" po tym, jak odeszłam. No a potem pojechałam do Tarasów Zamkowych i spotkałam się z Marysią, Justyną i Karoliną. Miałam dziwny, refleksyjno-smutno-radosny nastrój.
Coż mogłam robić w domu? Obejrzałam trochę filmów na YT i ucięłam sobie trzygodzinną drzemkę, podczas której połowa świata myślała, że nie żyję, a połowa, że jestem ranna. A reszta, że się obraziłam. Pięć połączeń nieodebranych i dwa esemesy.
To już chyba był z grubsza koniec beznadziejnej passy. Zaczęły się wakacje, których wciąż nie czuję, ale może to dlatego, że wczoraj i dzisiaj miałam wykłady w LUZie. Są całkiem przyjemne. Jak na razie polecam, Lublin ulica Szkolna.
Nie wiem, po co piszę tego posta, ale chyba głownie po to, żeby powiedzieć komukolwiek kto to czyta, że naprawdę, nieważne że ktoś mówi ci, że jesteś słaby, albo masz gorsze dni. Każdy z nas je ma. Każdy z nas jest człowiekiem. Daj sobie czasem chwilę na odpoczynek, na szczerą rozmowę z kimś zaufanym o tym, co cię trapi, albo na kilka dni czy godzin samotności, odwyku od świata. Ja próbowałam się rzucić w wir spraw do załatwienia i zajęć, ale dla mnie tym razem to nie podziałało. Sposób wracania do siebie nie musi być zawsze taki sam. W końcu warto próbować nowych rzeczy.
Jutro chyba jadę do mojego "hometown", wybaczcie za te anglicyzmy, ale uwiebiam to słowo. Mam nadzieję, że zobaczę się z moją najlepszą od 14 lat przyjaciółką. Poza tym, nie mogę doczekać się września! Tyle rzeczy się szykuje!
Napisanie tej notki zajęło mi dwie godziny. To jest naprawdę męczące! Nie dziwię się tym profesjonalnym blogerkom, że mówią, że to czasem potrafi być naprawdę ciężka praca.
wtorek, 30 czerwca 2015
Gorsze momenty
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz