Stwierdziłam, że mogłabym w końcu spisać trochę wspomnień z poprzednich wymian. To, co teraz opiszę, miało miejsce 5 lat temu.
25 maja 2011
Uwielbam się pakować, nie powiedział nikt nigdy. Nie poszłam tego dnia do szkoły, by zdążyć wszystko uprasować i ogarnąć. W moim brzuchu narastało uczucie bezgranicznego podekscytowania - po raz pierwszy jechałam na wymianę, na dodatek do kraju, który nigdy wcześniej nie zapadł mi w pamięć na tyle, bym piszczała z radości na samą myśl. Ale nie mogłam się doczekać, oglądając w internecie krajobrazy Rumunii. Pan od angielskiego zadbał, byśmy chcieli tam pojechać. Miał same dobre wspomnienia związane z tym miejscem i wciąż podkreślał jego wartość, na spotkaniach Comeniusa pokazywał nam galerie zdjęć z Bukaresztu iTransylwanii, a niewiele wspominał o reszcie krajów partnerskich, które na pierwszy rzut oka wydawały się o wiele ciekawsze - Portugalia, Włochy i Turcja? Kto by nie chciał!
Uległam tym namowom, tak jak i większa część grupy. Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób chciało tam jechać. Mieliśmy napisać, gdzie chcielibyśmy trafić. Moje "podanie" podziałało - pewnie nie bez znaczenia było to, że wspomniałam o moim zamiłowaniu do długich podróży.
W perspektywie miałam 24 godziny w busie. Może jestem dziwna, ale nie mogłam się tego doczekać. Zostałam wychowana, jeżdżąc co roku małym seicento do rodziny w Wielkopolsce. W erze, kiedy nie jechało się autostradą przez trzy czwarte drogi. No, tak czy inaczej, długa jazda sama w sobie jest dla mnie wielką atrakcją.
Ale wróćmy do głównego wątku.
Na przerwach (wtedy jeszcze mieszkałam w szkole) wpadała mama, by zobaczyć, czy nie przewróciła się na mnie szafa, kiedy chciałam wyrzucić z niej całą zawartość, albo żeby porwać z ławy zeszyt, który zostawiła tam poprzedniego wieczoru podczas sprawdzania wypracowań. Tęsknię za mieszkaniem nad szkołą. Moi rodzice pewnie też. Już wtedy nie chodziłam tam do szkoły, bo niestety nigdy nie było tam gimnazjum.
Około 18 byłam już pod żółtym budynkiem szkoły. Nie jechała z nami moja najlepsza przyjaciółka, ale właśnie w tym wyjeździe pokładałam nadzieję, by bliżej poznać moje koleżanki. Wyszłam z samochodu z moją siostrą Martą i z rodzicami.
Karolina z równoległej klasy, którą znałam tylko z widzenia, siedziała w samochodzie z jakąś dziewczyną z kręconymi włosami i Pauliną z mojej klasy.
Starsza siostra Karoliny, którą już znałam, bo przyjaźniła się z moją siostrą, podeszła do nas. Przeszło mi przez myśł, by pójść do dziewczyn w samochodzie Karoliny, ale skoro miałam z nimi spędzić kolejną dobę, chciałam pobyć trochę z siostrą i jej przyjaciółką. Zastanawiałam się, gdzie jest Natalka z mojej klasy.
Kiedy dziewczyny wyszły z samochodu, wyraźniej dojrzałam dziewczynę z kręconymi włosami i zrozumiałam, że to jest właśnie Natalka. Zrobiła sobie trwałą? Zakręciła włosy? Zwykle miała je ciasno ściśnięte w kucyk. Potem dowiedziałam się, że zawsze miała kręcone włosy, ale od początku roku szkolnego, czyli kiedy ją poznałam, po prostu tego nie zauważałam. Właśnie przez ten kucyk.
Staliśmy chwilę w grupce i rozmawialiśmy, nadjechali Damian, Bartek, Dominika i Ewelina, czyli ludzie z drugich klas, oraz pan od angielskiego i jego żona, ucząca angielskiego w Hiszpanii - przyjechała do Polski, by wyruszyć z nami do Rumunii. Kto jeszcze? Kamil z klasy Karoliny. I pan dyrektor, czyli jeden z moich ulubionych nauczycieli z gimnazjum. Uczy informatyki.
Myślałam, że usiądę z Natalką, ale bus okazał się... busem, i siedziałam na pojedynczym siedzeniu. Nawet się z tego cieszyłam, bo nikt nie będzie mi się wtryniał z nogami, by ułożyć się do spania. A za mną nikt nie siedzał, więc mogłam odchylić się tak bardzo, że prawie leżałam. I wyciągnąć nogi jak najdalej przed siebie.
Damian siedział za przejściem, więc miałam idealne miejsce do gadania z nim i podziwiania jego poczucia humoru i innych rozlicznych zalet. Jeśli to czytasz, Damian - wszystkie się w tobie podkochiwałyśmy. Ale przeszło nam szybko, a ty studiujesz teraz w Danii, więc... nie bierz tego do siebie, hahahah xD
Jechaliśmy przez Kosarzew, czyli moją wieś, pomachałam szkolnemu boisku i domowi mojej przyjaciółki - sąsiadki. Mój dom - szkoła - był niewidoczny z drogi, ukryty za szpalerem drzew na wzgórzu.
Damian zabrał Paulinie Bravo, śmiał się z horoskopów i artykułów, dorysowywał młodemu Bieberowi czarne zęby, piegi i te sprawy, na głos zaśmiewaliśmy się z fotostory.
Po drodze podziwialiśmy piękny zachód słońca gdzieś nad Sanem, jedliśmy żelki i szałwię z Verbeny, ja słuchałam piosenki Natalii Kills - Mirrors. Na replayu. Wtedy jeszcze używało się mp3 zamiast telefonu ze słuchawkami. Może z wyjątkiem Karoliny, która zawsze miała wszystko pierwsza.
Oczywiście, jakżeby inaczej, chciało mi się siku. Odpięłam pas, bo strasznie cisnął mnie w pęcherz, ale już na Słowacji musiałam go zapiąć.
W końcu zatrzymaliśmy się na stacji. Pan od angielskiego wtedy po raz pierwszy strzelił swoim ulubionym żartem - że kiedy przestaje kołysać, dzieci się budzą. Bo faktycznie, kiedy bus się zatrzymał, wszyscy automatycznie się budzili. Może to dlatego, że byliśmy raczej pół na jawie, pół we śnie. Kierowca kupił winietę na autostradę, a my poszliśmy do toalety.
Potem wszyscy odpłyneli w krainę snu.
Śmieszne, bo nigdy wcześniej nie przejeżdżałam przez Węgry, a chciałam je zobaczyć chociaż przez szybę busa. Niestety, obudziłam się krótko przed granicą Rumunii i zobaczyłam tylko równą jak stół autostradę, wschód słońca i krajobraz przypominający sawannę. Niemniej był to bardzo ładny widok.
Kontrola trwała bardzo krótko. Ktoś otworzył drzwi busa, kierowca podał mu plik już wcześniej zebranych paszportów, facet przejrzał je szybko i oddał. Mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zatrzymaliśmy się na stacji. Pamiętam bardzo dobrze, jak było zimno, a my chodziliśmy w rybaczkach i koszulkach z krótkim rękawem. Było bardzo wcześnie, ale słońce mocno już świeciło. Niewiele czasu upłynęło, zanim zrobiło się gorąco.
Po obu stronach drogi widać było góry, z czasem coraz bliżej nas i coraz większe. Przejeżdżaliśmy przez miasto, które niewiele różniło się od Lublina: podobna architektura, podobne tempo życia, tylko szyldy były w innym języku, a ludzie mieli inną urodę - zdecydowanie bardziej południową. Na każdej latarni powiewała niewielka flaga Rumunii. Zwrócił nam na to uwagę pan od angielskiego (będę go nazywać "panem Angielskim", jak kiedyś powiedziała nasza ulubiona polonistka)
Niedługo potem wjechaliśmy w niekończącą się sieć serpentyn. Jechaliśmy po czymś, co przypominało praskę do ziemniaków - w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.
Nie pamiętam już, czy więcej spałam, czy patrzyłam za okno, ale starałam się zobaczyć tak dużo, jak mogłam. To był dzień pełen niesamowitych widoków. Pamiętam most między dwiemia ścianami głębokiego wąwozu, jazdę brzegiem rzecznego jaru... rzeczy milion razy lepsze niż nudna niemiecka autostrada. W Rumunii szkoda było spać i przegapić takie widoki, podczas gdy w Niemczech grzechem by było się nie zdrzemnąć. Na pewno kojarzycie uczucie, jakie się rodzi podczas jazdy przez Bieszczady, Tatry, Pieniny. U nas to tylko skrawek kraju, a tam tak wygląda ponad połowa.
Pamiętam oczywiście też pustą, rozpadającą się wioskę bliżej północnej granicy i starą kobietę patrzącą się na nasz bus znudzonym wzrokiem. Nie będę udawać, że tego tam nie było, bo to jest wszędzie, także w Polsce.
Kilka godzin przed Bukaresztem wjechaliśmy na autostradę, która i tak była o wiele bardziej interesująca - panele wyciszające bardzo często albo były przezroczyste, albo w ogóle ich nie było, więc wciąż mogliśmy podziwiać krajobrazy.
Do stolicy wjechaliśmy około szóstej, może siódmej wieczorem. Kiedy przebijaliśmy się przez korki, wszyscy poczuliśmy ten szczególny rodzaj motylków w brzuchu, zarezerwowany dla wymiany. Czułam go od tamtej pory jeszcze cztery razy i mam nadzieję, że to nie koniec.
Wiedziałam, że będę mieszkać z Natalką i Karoliną, ale obawiałam się, że sobie z czymś nie poradzę, obawiałam się mówienia po angielsku. Byłam jednak bardzo podekscytowana.
Dojechaliśmy pod szkołę - nie tą, do której chodzili nasi hości, ale jakąś inną - nie mam pojęcia, dlaczego. Może miała większy parking? Nie pamiętam już dokładnie.
Wyszliśmy z busa. Uczniowie goszczący musieli przejść chyba z drugiej strony szkoły, bo dopiero zmierzali w naszą stronę.
Okazało się, że zajmuje się nami trójka: Laura, Edi i Rares, a mieszkanie pożycza nam rodzina innego chłopaka ze szkoły, którego nigdy nie poznałyśmy. Laura, Edi i Rares przedstawili się nam i pojechali do domów, a nami zajęły się mamy Ediego i Raresa. Odstawiły nas do mieszkania, po czym wróciły po pana dyrektora, dla którego albo zabrakło miejsca w hotelu, albo po prostu nikt nam nie powiedział, że będzie z nami mieszkać, tak czy inaczej jakoś bardzo nam jego obecność nie przeszkadzała.
Miałyśmy dwa pokoje - jeden należał do dwunasto- może trzynastoletniego chłopca, a drugi do jego rodziców. Dostał mi się - jakżeby inaczej - ten pierwszy, ale przynajmniej nie musiałam spać w jednym łóżku z Karoliną ani Natalką.
Meble były niebiesko - jasnobrązowe, a na ścianach wisiały plakaty ze Spidermanem i robotami. Ściany były chyba białe, a tuż pod oknem znajdowała się korona drzewa, na którym przępięknie darła mordki chyba z setka ptaków. Nawet nie potrzebowałam nastawiać budzika. Naprawdę się z tego cieszyłam.
Natalka i Karolina udawały, że są zadowolone z pokoju, który faktycznie przedstawiał się lepiej od mojego, ale po kilku dniach spania w jednym łóżku jeszcze bardziej się nie lubiły.
Tego dnia chyba już tylko poszłyśmy spać po męczącej podróży.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś skończyć pisać przynajmniej o Rumunii. Wydarzyło się tam wiele świetnych rzeczy i zawsze będę wspominać to z nostalgią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz