Nic we wspomnieniach nie jest uporządkowane. A już na pewno nie w tych. Więc zacznijmy od końca. Od ostatniego dnia ostatniej wymiany.
Nie czułam w Lubece, że jestem jakoś blisko morza. Miasto wyglądało jak wyjęte z bajki. Gotyckie kamienice, bramy i kościoły, największe Stare Miasto na wyspie w Europie. Nie zdążyliśmy zobaczyć tam wszystkiego. Założę się, że w Lublinie by nam się to udało.
Ale to jest już zupełnie inna historia. A może i trochę powiązana, ale zostańmy w Niemczech.
Dopiero rano tego dnia dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Travemunde (z umlautem nad u, wybaczcie, ale naprawdę nie chce mi się szukać go w tej klawiaturze albo wklejać z innych źródeł). Dawnego portu Hanzy, a teraz po prostu portu i dzielnicy Lubeki.
Byłam do granic możliwości podekscytowana. Dowiedzieliśmy się tego - zdaje mi się - podczas śniadania. Kocham niemieckie śniadania. Nie wiem, czy robią to tylko wtedy, kiedy chcą dobrze wypaść przed Polakami, którzy są dla nich wielkim turystycznym rynkiem zbytu, ale wystawiają na stół wszystko, co mają - nigdy nie zapomnę masła orzechowego z firmy Rapunzel. Przyjmę każdą ilość :P Dżemy, kremy czekoladowe, sery, szynki, organiczne pomidorki, ogórki, bułki trzech rodzajów i pięć rodzajów chleba. Nie tylko w schronisku młodzieżowym. W prywatnym domostwie też.
Skoczyłyśmy jeszcze raz do naszego pokoju, by po raz ostatni usiąść na walizkach, rzucić okiem na widok przedstawiający jakieś podwórko i mnóstwo, mnóstwo dachów - może ktoś inny uznałby go za niezbyt ciekawy, ale mi bardzo się podobał. Miał swój klimat.
Ania zatrudniła ktoregoś z chłopaków do znoszenia naszych walizek, co przyjęłam nieznacznym wzniesiem oczu do góry - naprawdę nie były aż takie ciężkie. Dzięki temu, że wyciągnęłam grubszą kurtkę i wzięłam ją potem do autobusu, zmieściłam do bagażu wszystkie osiem opakowań żelków Haribo i Trolli. Ich zakup nie był najmądrzejszym posunięciem, bo są tam droższe, niż w Polsce, ale przynajmniej po powrocie miałam pasujący prezent dla koleżanki kończącej akurat osiemnaście lat, mogącej ze wszystkich słodyczy jeść właściwie tylko żelki.
Sama nie wiedziałam, czy jestem smutna, czy szczęśliwa, że za dwadzieścia cztery godziny będę odsypiać wymianę w swoim własnym łóżku. Cieszyłam się, że wracam do Lublina i z zaskoczeniem stwierdziłam, że to tam jest mój dom. Ale byłam naprawdę przybita, że nie zaprzyjaźniłam się z moją host student, Michelle, tak bardzo, jak rok wcześniej zżyłam się z Vanessą. Przynajmniej oszczędziło mi to łez.
Miałam już też trochę dość tego, że każdą chwilę spędzam z ludźmi. Muszę czasami pobyć w zupełnej samotności, inaczej strasznie się męczę. Jedyne momenty sam na sam ze swoimi myślami miałam pod prysznicem i kiedy poszłam w piątek do schroniska, by odnieść nasze zakupy.
No i nie było bez znaczenia, że po prostu na poprzedniej wymianie integracja była o wiele lepsza.
Jechaliśmy do Travemunde dość krótko. Typowa niemiecka droga, równa jak stół, między dwoma taflami nudnych ekranów dźwiękoszczelnych. Fascynujące. Bardziej zresztą zajmowało mnie to, że oblałam się wodą i miałam na spodniach pokaźną plamę - w idealnym miejscu. Naprawdę wyglądało to, jakbym nie zdążyła do toalety. Na szczęście bardzo szybko wyschłam.
Wysiedliśmy z autobusu i po krótkim spacerze dotarliśmy do portu. To był tylko kanał między dwoma betonowymi nabrzeżami, ale kiedy poszliśmy dalej, port był coraz szerszy, doki coraz większe, a w końcu naszym oczom ukazała się plaża. Prawdziwa, nadbałtycka plaża, taka, jakiej nie widziałam od czterech lat. Za czterdzieści minut mieliśmy spotkać się przy autobusie. Nie było to dla mnie wiele czasu na przywitanie się i pożegnanie z morzem, więc miałam ochotę biec, ale się powstrzymałam. Tylko wyprzedziłam wszystkich o kilka kroków.
Pas piachu był szeroki i ciągnął się daleko w lewo, a po prawej ograniczało go nabrzeże przeradzające się w coś na kształt mola wcinającego się w Bałtyk. Kamienne płyty prowadziły na molo, ale ja z nich zeszłam, by poczuć pod butami grząskość piasku. Wiem ze zdjęć, które robiła wtedy Ania, że przez cały czas szczerzyłam się jak głupi do sera, i parłam naprzód, tam, gdzie morze spotykało się z piaskiem. Na brzegu leżało mnóstwo glonów, ale woda była zaskaująco - jak na Bałtyk - czysta.
Wystrzeliłam i przykucnęłam tuż przy wodzie. Wpatrywałam się w morze i wdychałam jod. Czułam się w jakiś sposób, jakbym wróciła do domu, mimo że po raz pierwszy byłam w Travemunde, w ogóle po raz pierwszy byłam w Niemczech.
Doszłam do wniosku, że morze po prostu takie jest. Ewelina powiedziała, że każde morze szumi tak samo. I nie mogłam się z nią nie zgodzić. Był w tym nie tylko sens dosłowny, ale stwierdziłam też, że chodzi o to, że wszędzie możesz znaleźć jakąś cząstkę domu, że wszędzie jest wszystko, czego potrzebujesz, tylko musisz tego poszukać. Posłuchać tego szumu.
Kiedy wreszcie udało mi się oderwać od gapienia się w fale, znowu przypomniałam sobie, że mam w torbie długopis z nazwą moejgo gimnazjum - symbol przeszłości, w której się babrałam, zamiast odważnie stawić czoła rzeczywistości i poczuć się w niej dobrze.
Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć, a potem wyciągnęłam długopis i już sama poszłam do samego końca mola, tam, gdzie stała niewielka latarnia. Oparłam się o murek okalający nabrzeże i patrzyłam to w głębię Bałtyku, to na ogromny statek wypływający z portu. Długopis trzymałam w rękach nad wodą. W końcu mentalnie i psychicznie opuściłam już do końca przeszłość i wypuściłam długopis z rąk. Zniknął natychmiast, z cichym szelestem, bez wielkiego "chlup". Spojrzałam na ledwie zauważalne kręgi rozchodzące się od tego miejsca i rozbijające z jednej strony o beton, a z drugiej rozpływające z powrotem w tafli wody. Spojrzałam w dal, tak daleko, jak mogłam. Statek odpływał coraz dalej, aż w końcu był tylko maleńką kropką na horyzoncie.
Wróciłam do Ani i Eweliny. Ewelina wiedziała, co zamierzałam zrobić i zrozumiała ten symbol - obie mamy trochę nierówno pod sufitem, chociaż nie powiedziałabym, że nadajemy na tych samych falach.
Musiałyśmy już wracać, i gdyby nie nasze hostki niemalże biegnące przed nami, niewykluczone, że nie znalazłybyśmy drogi w tak ograniczonym czasie. Nawet się nie dowiedziały, jak dużo im zawdzięczamy. Wyciągałam nogi jak mogłam, by nie stracić ich z oczu, ale musiałam się pilnować i odwracać do tyłu, by Ania z Eweliną nie straciły z oczu mnie. Desperację potęgował fakt, że poprzedniego dnia spóźniłyśmy się do muzeum i pani od niemieckiego czekała tylko na nas.
Na szczęście kiedy dotarłyśmy do autobusu całe zziajane i spocone, okazało się, że połowy osób jeszcze nie ma. Nie tylko dla nas czterdzieści minut okazało się zbyt krótkim czasem na spacer po plaży i powrót do miejsca zbiórki.
Pojechaliśmy na obchody 25-lecia upadku muru berlińskiego, z ktorych pamiętam głównie zatłoczone muzeum, piękną pogodę, zatłoczone stragany z piwem, projekcję krótkiego filmu, z którego zrozumiałam mniej więcej dziesięć procent, i zatłoczone budki z jedzeniem. Kupiłam sobie banana w czekoladzie u dziewczyny, która ni w ząb nie potrafiła mówić po angielsku, więc dogadałyśmy się na migi. Banan był dobry, ale polewa miała w sobie zbyt dużo mleka.
I to był ostatni przed dworcem w Lubece punkt programu. Kiedy autobus ruszył, poczułam rozpacz pomieszaną z ulgą i desperacją.
W drodze na dworzec objechaliśmy wyspę ze Starym Miastem - kolejny piękny widok. Wysiedliśmy - Niemcy z torbami, poduszkami i siatkami z jedzeniem. My - polska strona wymiany, jako że mieliśmy wolne ręce, zaoferowaliśmy wszelką pomoc w ciągnięciu walizek. Po dotarciu na peron wszyscy zaczęli się przytulać i co poniektórzy pochlipywać. Mi nie chciało się płakać. Byłam trochę rozdarta, ale coraz bardziej skłaniałam się ku radości, że wracam do Polski.
I wtedy nastąpił najlepszy, bo spontaniczny, punkt programu. To było, szczerze mówiąc, spełnienie jednego z moich marzeń.
Dwie osoby zaczęły tańczyć belgijkę, którą tańczyliśmy wcześniej kilka razy podczas "pracy projektowej" w szkole. Dołączyły do nich inne pary, ale tak na sucho... Więc ktoś wyjął przenośny głośnik Bluetooth i włączył belgijkę, powierzając pani od niemieckiego pieczę nad muzyką i ustawiając ją w środku. Zajeliśmy prawie całą szerokość peronu, okrążając stos walizek i toreb. Ludzie patrzyli na nas zewsząd, co prawda nie było ich tam dużo, ale mieliśmy co najmniej trzydziestoosobową publiczność. Zaczeliśmy tańczyć. To była najlepsza belgijka w moim życiu! Przebija nawet tą ze studniówki.
Kilka osób nas nagrywało. Niestety nie wiem, czy ktoś od nas ma po tym jakąś pamiątkę. Ale i tak nigdy o tym nie zapomnę.
Na końcu biliśmy sobie brawo - nie tylko za belgijkę, ale za całą wymianę. Do aplauzu dołączyli obsrwatorzy z innych peronów. To był pierwszy, prawdziwie nieplanowany flash mob, w którym uczestniczyłam.
Dostaliśmy piętnaście minut na siku, podczas których z braku monet przecisnęłam się z Anią przez bramkę przy automacie do płacenia za toaletę. Takie tam break the rules kiedy bardzo chce ci się siku.
Zrobiłam sobie selfie z Michelle, pomachaliśmy Niemcom ostatni raz i odeszliśmy do autokaru, którym dostaliśmy się z powrotem do Lublina.
Nie chciałam w ogóle spać w drodze. Ani się uczyć. Chciałam jeść, gadać, oglądać filmy, słuchać muzyki. Niestety, tylko ja. Ludzie powyciągali poduszki, koce, podręczniki, zbiory zadań... no cóż. Udało mi się co prawda porozmawiać z chłopakiem z matfizu - o prawie jazdy. On zdał tydzień przed wymianą, a ja wkrótce miałam mieć pierwszy egzamin i wszystko zdać za pierwszym razem - skąd miałam wiedzieć, że praktykę zdam dopiero w lutym? Taaa.
Jadłam przez całą drogę. Kochane niemieckie słodycze. Oglądaliśmy dwa filmy - Jak w niebie i Nietykalnych. Trochę sobie pogadaliśmy. Było w porządku, ale jeszcze raz - integracja rok wcześniej była o wiele lepsza. Miejscami za dobra, bo potem chciałyśmy rzucić się na tory, kiedy Niemcy odjeżdżali. Może i dobrze, że tym razem nikt nie miał myśli samobójczych w imię zatrzymania pociągu. Czy też autobusu.
Kiedy zbliżaliśmy się do granicy, obudziłam Anię. Strasznie się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam wielki znak "Witamy w województwie lubuskim!". Przestawiło mi się coś w oczach i zobaczyłam "lubelskim". Śmiałam się, że już właściwie prawie jesteśmy.
Tak bardzo się cieszyłam! Czułam się taka spokojna i pewna, że chcę zostać w Polsce. Podobnie czuła się moja najlepsza przyjaciółka, ktora wracała z wymiany tego samego dnia, kiedy ja jechałam do Niemiec. Byłyśmy nawet w tym samym landzie, ale trochę się rozminęłyśmy.
Weszłam do sklepu na stacji benzynowej i z wielkim zacieszem na twarzy poprosiłam o Cisowiankę. Aż mi łzy do oczu napłynęły.
Wjechaliśmy do Lublina. Siedziałam jak na szpilkach. Górki Czechowskie, McDonald's, tam się szło do Karoliny, Czechów, Tysiąclecia.
Przywitał nas wielki, nowy billboard z Palikotem, panoszący się między Novą a dworcem. Cóż. Niektórzy stwierdzili, że wracają do Bielefeld. Ale ja nie. Chciałam tylko wylądować w moim własnym łóżeczku.
Ten dzień zdecydowanie wiele zmienił. Pokochałam Lublin i naprawdę nie twierdzę, że wrzucenie długopisu do Bałtyku było dobre dla środowiska naturalnego albo że miało jakiś wpływ na to, że coś się zmieniło.
Po raz pierwszy tak bardzo czułam, że wracam do domu, wjeżdżając do Lublina. Nie miałam wanderlust. Miałam tylko ochotę chodzić i chodzić po moim mieście.
Co nie zmienia faktu, że w Travemunde odczułam wielki sens studiowania w Gdańsku.
To było na tyle na ten ostatni dzień ostatniej wymiany. Pewnie o wielu rzeczach zapomniałam i przypomnę sobie za godzinę. Ale takie są wspomnienia! Totalnie poszarpane.
sobota, 9 kwietnia 2016
Zacznijmy od końca, czyli co się zdarzyło w Travemunde
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz