Był poniedziałek, już drugi ranek wymiany. Obudziłam się w pokoju Michelle, na rozkładanej sofie, w otoczeniu mnóstwa przedmiotów. Dobrze czułam się w jej pokoju, przypominającym osobistą galerię życia. Podobnie jak u mnie, na ścianach brakowało już miejsca dla plakatów z Harry'ego Pottera, pocztówek, półek z figurkami, map Śródziemia, napisów, flag UK... Półki zastawione były gęsto pamiątkami, książkami i innym tego typu rozgardiaszem, szafy wyklejone od góry do dołu pocztówkami, na drzwiach wisiał wieszak z torbami - oczywiście jedna z napisem "London", inna z flagą Wielkiej Brytanii. Nie umknęło mojej uwadze to, w jakim t-shircie przywitała mnie Michelle w sobotę - był ozdobiony herbem Hogwartu.
Pewnie ludzie tacy jak moja siostra dostaliby tam oczopląsu, ale ja czułam się jak u siebie. Na poziomie ozdabiania swojej przestrzeni życiowej zdecydowanie zakliknęłyśmy.
Ale wróćmy do tego, że się obudziłam. Byłam przekonana, że jest jeszcze ciemno, ale nie pasowało mi to, że przecież Monika - mama Michelle - miała nas obudzić o 6. A może 6:30? Nie pamiętam dokładnie. Aż tak ciemno nie mogło być, szczególnie, że tam robiło się jasno wcześniej, niż w Polsce. I, ostatecznie, był dopiero koniec września.
Zapytałam Michelle trochę nieprzytomnie, czy jest jeszcze ciemno. Mruknęła podobnie nieprzytomne "No" i odsłoniła zewnętrzne żaluzje, a do pokoju wlało się słońce. Które, nawiasem mówiąc, świeciło mocno, ale tylko w oczy, podczas gdy prawie zupełnie nie grzało. Rano na dworze było przenikliwie zimno, a potem pojawiał się ten rodzaj temperatury, kiedy w kurtce robi ci się gorąco, a kiedy ją zdejmiesz, w samym swetrze jest zbyt zimno.
O niemieckich śniadaniach już mówiłam, więc pominę ten epizod, szczególnie, że mam mało czasu. Za dwa i pół dnia piszę maturę z polskiego. Dlaczego więc piszę teraz notkę o poniedziałku w Niemczech? Ponieważ mózg paruje mi epokami literackimi. No i zawszę chcę pisać w nieodpowiednich momentach.
Do szkoły zawiozła nas Monika. Rodzice Michelle przypadli mi do gustu. Bardzo przypominali moich - wcześniej emerytowany nauczyciel i wciąż pracująca nauczycielka, oboje około pięćdziesiątki. Rodzina stereotypowych Niemców, troszeczkę nudnawa, ale przemiła. Duży, przytulny dom, jedno szesnastoletnie dziecko, dwa Ople, w każdym z dziesięciu dżemów osobna łyżeczka, nawet w łazience na dole patrzą na ciebie ze zdjęcia zrobionego w Neapolu, kiedy załatwiasz swoje potrzeby.
Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Anię, bo poprzedniego dnia w ogóle nie miałam szansy jej spotkać - poszła na mecz z Julią, zamiast na grę miejską, polegającą na spisywaniu połowy odpowiedzi na zadania z Wikipedii, a resztą nawet nie podzielili się z nami - sami zajęli się wszystkim, nawet liczeniem drzew na dziedzińcu Sparrenburgu i okien w starym ratuszu.
W szkole zebrała się w końcu nasza grupa. Integrowaliśmy się, tańczyliśmy belgijkę, graliśmy w zabawną grę, gdzie każdy wylosował przywitanie i musiał znaleźć drugą osobę, która wylosowała to samo. Ja wylosowałam przytulenie, więc po prostu przytuliłam tych, których znałam, i patrzyłam, czy ktoś nie robi tego, co ja. Wysoki i całkiem przystojny chłopak, który ostatniego dnia wymiany okazał się Polakiem z pochodzenia - nikt nie raczył o tym ani mnie, ani Ani, ani Eweliny poinformować - okazał się być drugim "przytulaczem". Więc po prostu podeszłam i go przytuliłam, a on to odwzajemnił. Musieliśmy potem pokazać wszystkie nasze powitania i powiedzieć skąd pochodzą. Nasze było uniwersalne. Pokazaliśmy nasze - i rozległo się "Awwwww...". Tak, to było zapewne urocze :P
Najlepszą grą bez wątpienia było coś, co zmuszało do współpracy. Anna rozkleiła na podłodze od ściany do ściany długi pasek taśmy papierowej, na którym wszyscy staneliśmy w ciasnej linii. Nie mogliśmy z niej zejść, ale musieliśmy ustawić się w kolejności alfabetycznej imion. Więc trzymaliśmy się ciasno, noga przy nodze, ramię w ramię, a kiedy przechodziliśmy, podawaliśmy sobie ręce. Najbardziej bała się Ellen, która miała złamaną rękę i jeden błędny ruch kogokolwiek groził jej upadkiem na tą właśnie rękę. Na szczęscie nic takiego się nie stało. Zapytała mnie, jaka jest moja literka, i kiedy powiedziałam "eł", spojrzała na mnie w konsternacji. No tak. "It's like el" - poprawiłam się.
Tego dnia mieliśmy jeszcze "pracę projektową", podczas której pewnien osobnik doprowadzał Anię do szału, bo krytykował ją za ciche mówienie przy prezentacji, a w niej po prostu dogorywała jakaś infekcja. Wygłosiłam swoje kwestie o jedzeniu w czasach świetności Hanzy i budowie okrętów. Michelle stwierdziła, że poradziłam sobie najlepiej z naszej trójki (osobnik, Ania i ja).
Po pokazaniu nam szkoły mogliśmy wracać do domów. Obiad jadłyśmy tego dnia w domu - ryż na mleku z przecierem jabłkowym - niebo w gębie. Potem zaczęłam negocjować z Michelle wyjście na miasto i potencjalne spotkanie z Vanessą. Dalsze godziny zawierały jechanie do centrum, krótkie spotkanie z Anią, Julią i pewnie kimś jeszcze, ale zupełnie nie pamiętam, kto to był. No i oczywiście były z nami Ewelina i Josefine. W DM kupiłam dwa żele z Balea, Eosa i rozświetlacz. Wszystko niedostępne w Polsce. Michelle spojrzała na mnie z "lol" na twarzy. "Sorry" - powiedziałam - "YouTube geek."
Kupiłyśmy trochę pamiątek.
A potem zadzwoniła do mnie Vanessa i Michelle umówiła się z nią, byśmy mogły się spotkać.
Vanessa była u mnie w poprzednim roku na wymianie. Jest stuprocentową Polką z pochodzenia, ale urodziła się w Niemczech i wychowała na Niemkę. Byłam niesamowicie podekscytowana, że mogę się z nią znowu spotkać. Nie mogłam uwierzyć, że minął już rok, odkąd ją poznałam.
Co więcej, jest chyba jedyną osobą, której palenie potrafię znieść. Nawet jakiś czas po pierwszej wymianie przypominał mi o niej smród papierosów, i mimowolnie się uśmiechałam, zamiast ostentacyjnie się rozkaszleć. Przestałam w ogóle to robić dzięki niej, bo przekonałam się, że nie powinnam oceniać ludzi po pozorach. Co mi do ich płuc.
Zauważyłam ją już z daleka. Szła uśmiechnięta, szybkim krokiem, i od razu mnie przytuliła. Przywitała się też z Eweliną, a potem poznała Josefine i Michelle. Moja hostka lustrowała ją przez jakiś czas wzrokiem i rozmawiała z nią, nawet nie próbowałam zrozumieć, o czym. Niemiecki nie był moją mocną stroną.
W końcu zaczęłyśmy iść w stronę ścisłego centrum i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, co u nas. Po drodze spotkałyśmy nauczycielkę angielskiego z Marienshule, która zajmowała się wymianą. Lubiła Vanessę, a Vanessa ją. Michelle i Josefine też ją znały, więc przez chwilę rozmawiały. Pani W-coś (nie potrafię napisać poprawnie tego nazwiska) ucieszyła się, że spotkałyśmy się z Vanessą, bo skojarzyła, że bylam jej poprzednią hostką.
Vanessa najpierw pokazała mi kawałek miasta, kiedy odłączyłyśmy się od dziewczyn. Po raz kolejny stwierdziłam, że Bielefeld bardzo mi się podoba. Jechałyśmy autobusem, a potem zadzwoniłam do taty Michelle, i powiedziałam. że jestem z Vanessą, która odwiezie mnie potem do domu. Sygnał był strasznie słaby. Musiałam się drzeć, by mnie usłyszał. Tak samo, jak kiedy Vanessa do mnie zadzwoniła.
Szłyśmy przez park, naprawdę ładny i cichy. Obok była szkoła muzyczna, gdzie Vanessa chodziła kiedyś na gitarę, a dalej arena sportowa. Pojechałyśmy kawałek Stadtbahnem i znalazłyśmy się przy uniwersytecie. Tam też bardzo mi się podobało - dalej był już tylko kampus, las, nieliczne domki, obok supermarket. Kolej miejska nawet już, wydaje mi się, dalej się nie ciągnęła.
Poszłyśmy do mieszkania, gdzie Vanessa żyła sobie z rodzicami i bratem. Poznałam ją rok wcześniej w Lublinie i nigdy nie wiązałam jej z innym miejscem, niż Lublin i Kraków, gdzie byliśmy na wycieczce. Dziwnie było poznać ją w jej naturalnym otoczeniu, ale i było to świetne uczucie - jak wiele jest światów na tym... świecie.
Jej rodzice mówili połączeniem śląskiej gwary, czegoś jeszcze - może trochę mazurzenia? - i oczywiście niemieckiego. Ta mieszanka wydawała mi się tak zabawna i fascynująca zarazem, że nie mogłam przestać się im przysłuchiwać. Nie wiadomo było do końca, kiedy zaczynali żartować, kiedy mówić poważnie, a kiedy złośliwie. Była to taka językowa jazda bez trzymanki.
Jej mama pochodziła ze Śląska, a tata z Mazur. Mieli książkę o wsi, z której pochodziła jej mama. Przypomniało mi to publikacje o Krzczonowie, w których tworzeniu pomagali moi rodzice. Czułam się tam, w niemieckim mieście, w ich domostwie swojsko, jak w domu. Vanessa chyba to zauważyła. Zresztą powiedziałam jej o tym, kiedy poszłyśmy do Penny - supermarketu po drugiej stronie ulicy. Kupiłyśmy mleko czekoladowe i coś jeszcze. Kiedy wróciłyśmy, zrobiłyśmy tosty, zjadłyśmy coś na obiad i siedziałyśmy z jej mamą przy herbacie.
Myślę, że po prostu człowiek nosi dom w sobie. Tak jak powiedziała Ewelina, morze wszędzie szumi tak samo.
Na tej wymianie zaczęłam doceniać rolę rodziców. Stęskniłam się za swoimi. Poczułam, że chcę zostać w domu i mimo że wciąż, nawet teraz, dwa dni przed maturą, ciągnie mnie do studiowania w nieznanym mieście, chcę zostać w Lublinie. Ale to tylko taka dygresja.
Obie zdziwiły się, że nigdy nie jadłam flaków, mieszkając od urodzenia w Polsce, podczas gdy oni ciągle je jedzą. Chciały mnie nimi poczęstować, ale nie miałam już miejsca na nic w żołądku.
Nie znałam też ulubionego polskiego piosenkarza mamy Vanessy (cóż, nie moje pokolenie), więc puściła mi jego piosenkę z rozmarzeniem. Opowiadały mi o tym, jak były na Taize, i słuchałyśmy pieśni stamtąd.
Ten wieczór był przemiły. Zdecydowanie na czele listy najlepszych momentów z wymiany. Czułam się wtedy odrealniona, zupełnie niepasująca do rzeczywistości. Jakbym śniła. Ale to była prawda.
Na pół godziny przed moim wyjściem od Vanessy w domu pojawił się jej brat. Zapytał mnie zabawną polszczyzną, jak mi się podoba w Bielefeld. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że bardzo, i że jest o wiele większe, niż myślałam.
Pojawiła się również przyjaciółka Vanessy, Sara, również Polka z pochodzenia, tyle że nawet nie próbowała mówić po polsku, za to rozumiała wszystko. Lepiej niż ja i niemiecki.
Vanessa usadziła mnie na siedzeniu pasażera, Sarę i brata z tyłu, a sama usiadła za kółkiem, i zawiozła mnie do Michelle. W drodze jeszcze rozmawiałyśmy - i nie mogłam uwierzyć, że ten wieczór dobiega końca.
Wysiadłyśmy z samochodu, Vanessa mnie objęła i ja ją, i obie próbowałyśmy nie płakać. Pożegnałam się z jej bratem i Sarą, a potem odwróciłam się i zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi domu Michelle.
Przybiegła, by mi otworzyć, a ja wiedziałam, że spada jej kamień z serca. Niewykluczone, że obawiała się, że nie dotrę do hostów w jednym kawałku.
Oglądałam z nimi trochę serialu - brytyjskiego z niemieckim dubbingiem, ale przez tyle języków słyszanych jednego dnia zrobiła mi się sieczka z mózgu. Nawet nie boląca, ale jakby nieobecna.
Porównywałam moją host family i rodzinę polskich emigrantów, którą poznałam tego dnia. Były zupełnie inne, obie na swój sposób cudowne, ale jednak sercem skłaniałam się ku polskiej.
Wow, ta wymiana naprawdę wielu rzeczy mnie nauczyła. Doceniania różnorodności.
Vanessa od razu wydała mi się szczęśliwsza. Schudła, miała nowe okulary, szerzej się uśmiechała, szła z większą sprężyną w krokach. Czy da się w ogóle tak powiedzieć po polsku? Ale jak to brzmi xD
To dziwne, jak zupełnie przypadkowy człowiek, ktorego spotykasz po raz drugi w życiu, nagle okazuje się dla ciebie taki ważny. I niesamowite. Nie mogę się doczekać trzeciego spotkania. Bo na pewno kiedyś nastąpi.
niedziela, 1 maja 2016
Spotkanie po roku i kawałek Polski w ludziach
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz