Luźne, rozlazłe myśli wylane na kartkę. (Tekst był pisany w sobotę).
Zwykły, listopadowy
wieczór. To taki miesiąc, który od trzech lat nie ma w sobie nic, co mogłoby
przydać się człowiekowi, jest tak dziwnie wyprany z emocji.
Naprzeciwko w hotelu
kilku przyjezdnych na tym samym piętrze. Przyjechali do Lublina w porze najgorszej
z możliwych – liście już opadły z drzew, a nawet jeśli nie, to są dziwnie
brązowawe, zamiast energetycznie żółte, jak w październiku. Nie pada. Nie świeci
słońce. Nie jest ciepło. Nie jest mroźno. Na zewnątrz nie dzieje się nic, co
mogłoby napawać weną czy jakimkolwiek innym przydatnym uczuciem. W powietrzu
unosi się czekanie. Na co? Święta. Wycieczka do Warszawy. Śnieg, który znudzi
się po dwóch tygodniach i znowu będziemy czekać. Na zieleń. Na ciepło i
tulipany na dzień kobiet.
Ale hotelowi goście, czyż
oni nie są tam razem? Kilku ludzi przyjaźniących się, a może nawet właśnie
zacieśniających więzy głośnym rechotem, który do północy, a może nawet do rana
nie da spać lokatorom sąsiednich pokoi. To zależy, jakie indywidua zebrały się pod
pomarańczowym neonem – literą „H”. Jest sobota, więc czemu nie spontaniczny
weekendowy „trip” do miasta, w którym nigdy się nie było?
Szalona studentka
filologii romańskiej z włosami w kolorze „14 – Ciemny Kasztan” z firmy
jakiejkolwiek, bo ona nie przywiązuje się z zasady. Nawet do marek.
Jest jeszcze jej
przyjaciółka, początkująca vlogerka, która marzy o tym, by „pasja stała się jej
pracą”. Naturalnie nagrywa cały wyjazd, by wrzucić film na kanał i pokazać, jak
można podróżować za pensję skromnej studentki dorabiającej jako opiekunka do
dzieci. Taka, która najczęściej jest tematem spotkań „wyzwolonych” mam przy
kawie w Starbucksie. Oczywiście w pozytywnym świetle, zawsze i wszędzie pani X
opowiada, jak wspaniały kontakt ma wy-w studentka z dziećmi.
Jak moglibyśmy zapomnieć
o „młodej, wolnej i dzikiej” duszyczce, jaką jest ta trzecia, niska laska?
Dlaczego w ogóle tu jest? Przecież jej rodzice są tak bogaci, że mogłaby
nocować w pięciogwiazdkowym hotelu na Starym Mieście. Ale ona za wszelką cenę
nie identyfikuje się z tym, co może mieć, nie jest rozpuszczoną panienką. Mimo
to co tydzień wpada do centrum handlowego i wynosi stamtąd wszystko, co jej się
spodoba, czyli średnio cztery rzeczy. Nikt nie mówił przecież, że nie jest
wybredna, prawda?
W Turcji była dwa razy, w
Grecji też, w Egipcie i w Maroko raz, a na ef be zawsze trafia odpowiedni bagaż
fotek, które stamtąd przywozi. Jest grzeczna i podaje się za wzór dla swoich
przyjaciółek, kiedy coś przeskrobią, ale mówi o sobie „young, wild and free”, i
całuje się z przyjacielem, by następnie uznać, że nie zrobiła nic złego, bo –
po pierwsze – on nie jest jej przyjacielem i ledwo go zna, a – po drugie – była
po kilku piwach.
Kiedy się spotykają, to
wszystko się nie liczy, bo jakimś dziwnym trafem doskonale uzupełniają nawzajem
swoje niedostatki. I dlatego też pewnie razem znalazły się tym w pokoju naprzeciwko
mojego okna.
Chyba znalazłam w tym
listopadowym wieczorze jakieś emocje; tak czy inaczej – coś, co może przydać
się człowiekowi. To wyobraźnia.
Patrz za swoje okno. Nawet
nie musisz poznawać ludzi. Starczy, że sama możesz stworzyć ich historię, nie
mając nawet pewności, że istnieją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz