wtorek, 18 listopada 2014

Co się dzieje, kiedy w zwykły listopadowy wieczór siadam nad czystą stroną w zeszycie...

Luźne, rozlazłe myśli wylane na kartkę. (Tekst był pisany w sobotę).


Zwykły, listopadowy wieczór. To taki miesiąc, który od trzech lat nie ma w sobie nic, co mogłoby przydać się człowiekowi, jest tak dziwnie wyprany z emocji.
Naprzeciwko w hotelu kilku przyjezdnych na tym samym piętrze. Przyjechali do Lublina w porze najgorszej z możliwych – liście już opadły z drzew, a nawet jeśli nie, to są dziwnie brązowawe, zamiast energetycznie żółte, jak w październiku. Nie pada. Nie świeci słońce. Nie jest ciepło. Nie jest mroźno. Na zewnątrz nie dzieje się nic, co mogłoby napawać weną czy jakimkolwiek innym przydatnym uczuciem. W powietrzu unosi się czekanie. Na co? Święta. Wycieczka do Warszawy. Śnieg, który znudzi się po dwóch tygodniach i znowu będziemy czekać. Na zieleń. Na ciepło i tulipany na dzień kobiet.
Ale hotelowi goście, czyż oni nie są tam razem? Kilku ludzi przyjaźniących się, a może nawet właśnie zacieśniających więzy głośnym rechotem, który do północy, a może nawet do rana nie da spać lokatorom sąsiednich pokoi. To zależy, jakie indywidua zebrały się pod pomarańczowym neonem – literą „H”. Jest sobota, więc czemu nie spontaniczny weekendowy „trip” do miasta, w którym nigdy się nie było?
Szalona studentka filologii romańskiej z włosami w kolorze „14 – Ciemny Kasztan” z firmy jakiejkolwiek, bo ona nie przywiązuje się z zasady. Nawet do marek.
Jest jeszcze jej przyjaciółka, początkująca vlogerka, która marzy o tym, by „pasja stała się jej pracą”. Naturalnie nagrywa cały wyjazd, by wrzucić film na kanał i pokazać, jak można podróżować za pensję skromnej studentki dorabiającej jako opiekunka do dzieci. Taka, która najczęściej jest tematem spotkań „wyzwolonych” mam przy kawie w Starbucksie. Oczywiście w pozytywnym świetle, zawsze i wszędzie pani X opowiada, jak wspaniały kontakt ma wy-w studentka z dziećmi.
Jak moglibyśmy zapomnieć o „młodej, wolnej i dzikiej” duszyczce, jaką jest ta trzecia, niska laska? Dlaczego w ogóle tu jest? Przecież jej rodzice są tak bogaci, że mogłaby nocować w pięciogwiazdkowym hotelu na Starym Mieście. Ale ona za wszelką cenę nie identyfikuje się z tym, co może mieć, nie jest rozpuszczoną panienką. Mimo to co tydzień wpada do centrum handlowego i wynosi stamtąd wszystko, co jej się spodoba, czyli średnio cztery rzeczy. Nikt nie mówił przecież, że nie jest wybredna, prawda?
W Turcji była dwa razy, w Grecji też, w Egipcie i w Maroko raz, a na ef be zawsze trafia odpowiedni bagaż fotek, które stamtąd przywozi. Jest grzeczna i podaje się za wzór dla swoich przyjaciółek, kiedy coś przeskrobią, ale mówi o sobie „young, wild and free”, i całuje się z przyjacielem, by następnie uznać, że nie zrobiła nic złego, bo – po pierwsze – on nie jest jej przyjacielem i ledwo go zna, a – po drugie – była po kilku piwach.
Kiedy się spotykają, to wszystko się nie liczy, bo jakimś dziwnym trafem doskonale uzupełniają nawzajem swoje niedostatki. I dlatego też pewnie razem znalazły się tym w pokoju naprzeciwko mojego okna.
Chyba znalazłam w tym listopadowym wieczorze jakieś emocje; tak czy inaczej – coś, co może przydać się człowiekowi. To wyobraźnia.

Patrz za swoje okno. Nawet nie musisz poznawać ludzi. Starczy, że sama możesz stworzyć ich historię, nie mając nawet pewności, że istnieją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz