Dziś po raz pierwszy od dwóch tygodni byłam w szkole! Miałam zapalenie oskrzeli...
Kiedy weszłam do szatni, dowiedziałam się, że jest dziś Free Hugs Day i zostałam przytulona przez prawdopodobnie najbardziej pozytywną osóbkę w naszej szkole, dostałam naklejkę "Hugged :)", którą nakleiłam na sweter i do końca dnia uzbierałam trzy takie naklejki od osób, które mnie przytuliły :) Niektórzy mieli po kilkanaście, ale ja nie jestem z tych co znają wszystkich, niestety :P
Takie akcje są po prostu niezastąpione dla poprawienia ogólnego "szkolnego" humoru. Na dodatek na najdłuższej, dwudziestominutowej przerwie chłopaki z mat-fizu podłączyli magnetofon do kontaktu w ścianie i na cały regulator puszczali takie hity jak "Pokaż na co cię stać" Feela, "My Słowianie", "Bałkanica", "Wiggle Wiggle" (tylko początek, bo kiedy doszło do refrenu, zmienili piosenkę, bo cóż... to nie jest utwór do puszczania w szkole;)). Na koniec puścili "Małe Rzeczy" i wszyscy na korytarzu śpiewali. To była naprawdę pozytywna przerwa, inna od tych nudnych dwudziestominutówek, kiedy siedzisz i zasypiasz z nudów.
Ale wróćmy na chwilę do początku! Kiedy wydostałam się z zatłoczonej szatni i z koleżanką wbiegłyśmy na trzecie piętro do kaplicy na czwartkową mszę, wszystko wydawało się spokojne i idące właściwym rytmem.
Ale ale! W połowie mszy czujnik dymu "myślał", że dym z kadzielnicy to oznaka, że pali się szkoła! Alarm wył tylko chwilkę, ale to starczyło, byśmy po kilku minutach usłyszeli wycie syren czterech wozów strażackich - w tym jednego z drabiną i przygotowanym wężem do gaszenia palącej się placówki. Nasza szkoła jest naprawdę wielka. Kiedy wyszliśmy z kaplicy, na korytarzu już stali rozbawieni sytuacją strażacy. Słyszałam, że za ten upośledzony czujnik będzie wysoka kara (podobno 700 złotych).
Wciąż jest to dla mnie niesamowicie absurdalne, że dym z kadzidła spowodował taki galimatias. Zdaje mi się, że przynajmniej w ostatnich dwóch latach nic takiego się w moim liceum nie wydarzyło, a czujnik był, kaplica i kadzidło są w naszej szkole od zawsze. No cóż, czujnik dymu też może się pomylić, co nie? ;D
Nie miałam ostatniej lekcji - niemieckiego - i wybrałam się do centrum handlowego, ozdoby świąteczne wiszą, szybciej kup prezenty bo nie zdążysz i tak dalej... Ale o to mniejsza.
Byłam tak zmęczona, że weszłam na ruchome schody jadące w moim kierunku i zjechałam z powrotem, myślę, coś jest nie tak! Widok kogoś zjeżdżającego z góry w moim kierunku uświadomił mi, że te właściwe schody są po drugiej stronie. Musiałam być naprawdę zmęczona, bo wcześniej nigdy nie rozumiałam, jak można pomylić strony ruchomych schodów :P
Potem spotkałam się z przyjaciółką, kupiłam kolczyki, ona kupiła czapkę, spodnie i książkę, którą wkrótce mi pożyczy - To KREW OLIMPU!!! Ostatnia część z moim bratem Percym :(
Przegadałam przez telefon 20 minut w drodze powrotnej z moją najlepszą przyjaciółką, spotkałam przyjaciółkę mojej siostry, która zazdrościła mi, że wciąż uczę się w liceum - bo jak się okazuje, studia to dość wyczerpujące zajęcie.
A potem, kiedy wróciłam do domu - wisienka na torcie - przypomniałam sobie hasło do tego bloga, które bezskutecznie próbowałam wczoraj odzyskać.
A więc dzisiejszy dzień był naprawdę zabawny, a wydawało się, że będzie ciężki po dwóch tygodniach totalnego wyłączenia się z życia. Dostrzegłam dziś tak wiele świetnych rzeczy, że nie pamiętam, czy to wszystko. A kiedy przypomniałam sobie hasło... WE ARE THE CHAMPIONS!!!
Tak więc... nawet jeśli myślisz, że czemuś nie podołasz, to przecież życie jest ciągłym iloczynem, sumą czy średnią - nie wiem, jestem cienka z matmy - wzlotów i upadków, a jeśli czujesz, że właśnie jesteś na dole, to jutro może być tylko lepsze. Wiem, że może wydawać się, że to wyświechtany frazes, ale mi już wiele razy życie udowodniło, że najważniejsze to nigdy się nie poddawać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz