We wtorek wstałam o 5:45, a o 7:08 wyfrunęłam z domu z wielką radością na parking pod Zamkiem, gdzie stał już autobus. Jak usłużnie zauważyła moja koleżanka, z którą siedziałam, mieliśmy 6 minut opóźnienia. O 7:36 ruszyliśmy w kierunku Warszawy. W drodze zdążyłam posłuchać muzyki, wygrać w państwa-miasta i totalnie przegrać w makao. W połowie drogi zorientowaliśmy się, że nie zdążymy do Room Escape, ale na szczęście oni są elastyczni i te kilkanaście minut w niczym nie przeszkodziło. Było naprawdę fajnie! Musiałyśmy wydostać się z pokoju w stylu przygód Indiana Jones za pomocą odnajdywania kłódek, kluczy, kodów i szyfrów. Nic więcej nie napiszę, bo tego trzeba doświadczyć, żeby wiedzieć naprawdę, jak tam jest. I nie chcę nikomu mówić, co trzeba zrobić, bo własnie o to chodzi, by nie mieć pojęcia, co cię tam czeka.
Potem szliśmy do Złotych Tarasów. Tłum ludzi dookoła nas, spiesząca się masa. Wawa jest zupełnie inna niż Lublin, gdzie ludzie chodzą raczej wolno i nie w takiej zbitej kupie. Trzeba uważać, by cię nie porwała, rozdzielając od sora od historii, który na każdej wycieczce prowadzi, jakby miał Google Maps w głowie.
Szukanie Starbucksa obok Złotych zakończyło się niepowodzeniem, mimo szczerych chęci i pytania o drogę ludzi zbyt roztargnionych, by podać właściwą odpowiedź. Nie przyszło nam do głowy, że w Warszawie "obok" znaczy "ulicę dalej". Zgłodniałyśmy i poszłyśmy do Subwaya. Nigdy wcześniej tam nie jadłam, shame on me, bo mój ukochany zespół Cimorelli ciągle tam biega, kręci reklamy, w których śpiewa o kanapkach, i je tam z fanami, a ja nawet nie wiem, jaki sos wybrać xD Tak czy inaczej, kanapka była przepyszna.
Po zjechaniu na dół skoczyłyśmy do Smyka, gdzie zachwycałyśmy się świątecznymi ubrankami dla niemowląt. I jarałyśmy się zabawkami z Frozen - pluszowym Svenem, Olafem, lalką Elsą i Anną. Krótko mówiąc, robiłyśmy "wiochę" w Smyku. Potem byłyśmy jeszcze w jednym sklepie z mega promocjami, ale w sumie nawet nie miałam ochoty na kupowanie ciuchów, i chciałam, by starczyło mi kasy na co innego :)
Po wyjściu ze Złotych poszliśmy do muzeum Chopina, a po drodze z uporem wypatrywałam dużego zielonego napisu "Starbucks Coffee". I, faktycznie, tak jak myślałam, był na samym końcu ulicy. Cóż, poszliśmy dalej, do muzeum.
Było to muzeum multimedialne. Każdy z nas dostał kartę, którą mógł przyłożyć do czytnika, by dowiedzieć się więcej o danym stanowisku. Mieliśmy wolną rękę. Mogliśmy obejść wszystko, nie skupiając się na niczym szczególnie, tu przyłożyć kartę, a tam nie. Mogliśmy spędzić całą daną nam godzinę w pokoju przeznaczonym, cóż... dla najmłodszych zwiedzających, do których zdecydowanie nie należeliśmy. Nie wiem, dokładnie, jakie były tam atrakcje, bo zainteresowanie tymi zabawkami było tak duże, że zwiewałam stamtąd gdzie pieprz rośnie. Nie lubię dopychać się na chama. Za pokojem dla dzieci był już inny klimat. Sklepienia są tam dość wysoko, a całe wnętrze utrzymane w stonowanych kolorach, na parterze i niżej raczej ciemnych z elementami mlecznego światła i szkła, a na wyższych piętrach jaśniejszych.
Z parteru schodzi się do pomieszczeń, które prawdopodobnie są zaadaptowaną piwnicą. Schody są z mlecznego szkła i metalu, co sprawia, że wrażenia z wchodzenia czy schodzenia po nich są zupełnie inne, niż gdyby były zupełnie zwykłe.
To, co najbardziej mi się tam podobało, to było pomieszczenie w tej "piwnicy", gdzie można było założyć wielkie słuchawki i rozkoszować się pięknem muzyki, którą komponował Chopin. Najbardziej podobał mi się "Mazurek a-moll Op. 68 nr 2. Janusz Olejniczak" i jedno preludium.
https://www.youtube.com/watch?v=-dvbiz7iXe4
Naprawdę polecam muzeum Chopina w Warszawie. Jeszcze nigdy żadne muzeum tak bardzo mi się nie spodobało.
Kiedy wyszliśmy, okrężną drogą wróciliśmy do Złotych Tarasów. Pewnie sor chciał nam pokazać kawałek Warszawy :)
I poszłyśmy do Starbucksa, bo już wiedziałyśmy, gdzie jest. Na widok zielonego logo z syreną zaczęłyśmy się jarać. No co ja poradzę! Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce. Pociągnęłyśmy za drzwi wejściowe, nic. Popchałyśmy, nic. Myślałyśmy, że da się wejść od drugiej strony, ale też nic. Wróciłyśmy do frontowych drzwi i akurat ktoś wychodził, więc Marysia podbiegła i złapała drzwi, zanim zdążyły się zamknąć. I weszłyśmy, yeah! Zamówiłam Mocha Frappucino, co tam, że to kawa z lodami, a jest koniec listopada, yolo xD Było naprawdę dobre, ale za średnie zapłaciłam 14 czy 15 złotych. Starbucks aka droga kawa. Kiedy wychodziłyśmy, kupiłam jeszcze złotego talara z czekolady :)
Oczywiście nie obyło się bez "tradycyjnego" zdjęcia. Żadna z nas jednak nie miała i nie ma Instagrama, więc ta druga część obrzędu się nie odbyła. Ale kawa była dobra! Bo tu przecież o to chodzi, prawda?
Po wyjściu z tego najbardziej lansiarskiego miejsca w stolicy (ponad połowa osób miała laptop bądź tablet) poszłyśmy z powrotem do Złotych. Po drodze wstąpiłyśmy do sklepu z bombkami - ręcznie wykonanymi. Były naprawdę piękne, ale bardzo drogie. W Złotych wróciłyśmy do sklepu, w którym byłyśmy wcześniej, ale kiedy wszystkie trzy moje koleżanki poszły mierzyć, odłączyłam się od nich i obeszłam w miarę możliwości i dość bardzo powierzchownie kawałek galerii. Byłam między innymi w Empiku, ale był jakiś mały jak na Warszawę i mało... mało... nie wiem. Lubelski? Może po prostu dziwnie to wszystko tam było zorganizowane, a ja przyzwyczaiłam się do tego, że książki są tu, gazety tam i... po prostu jakiś taki nieprzyjazny był. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi :P Byłam w jeszcze kilku sklepach, gdzie oglądałam kolczyki - ostatnio mam fazę na te z piórami. Kupiłam colę, długiego megażelka, bo takie kojarzą mi się z najfajniejszą wycieczką do Warszawy w gimnazjum, i zaczęłam dzwonić do dziewczyn, bo zbliżała się godzina zbiórki kawałek od Złotych Tarasów (w Warszawie pewnie usłyszałbyś, że obok:).
Dzwonię, dzwonię i dodzwonić się nie mogę, na szczęście w pewnym momencie usłyszałam: "Łucja tu!" i zobaczyłam Marysię, Justynę i Emilkę zjeżdżające schodami w moją stronę.
Po zbiórce i przepychaniu się przez zatłoczone przejście pod ulicą przyszła pora na drałowanie Nowym Światem w kierunku teatru Studio Buffo. I kolejny tłum w raczej małym foyer. A potem magia na scenie. Metro! Siedziałam w pierwszym rzędzie, pół metra od sceny, tak blisko!!! I najbardziej na środku, jak się dało. Kiedy reflektor oświetlił Jana Traczyka grającego Janka, zauważyłam, jakie z niego ciacho. A kiedy zaczął śpiewać, totalnie zdębiałam. Siedział przede mną ideał. Nie żebym stawała się jego psychofanką, ale jest tak przystojny, ma tak niesamowity głos, gra na gitarze i jeszcze ta postać, którą gra... Niesamowite.
Tłum utalentowanych ludzi, ciach, talent i jeszcze raz talent. Ich głosy zgrywają się w tak do głębi przenikającej człowieka harmonii, że płaczesz i śmiejesz się równocześnie. Zarówno w antrakcie, jak i po spektaklu byłam naładowana energią, którą buzowała scena. Za to właśnie kocham musicale - niektórzy mówią, że to bez sensu, bo normalni ludzie nie śpiewają do siebie co pięć minut nowej piosenki, ale rozmawiają ze sobą. To właśnie jest cudowne w musicalach - nienormalność jest normalnością, bohaterowie tańczą razem na ulicy, zamiast patrzeć na siebie obojętnym wzrokiem. To trzeba zobaczyć na żywo, nie ważne jaki musical, ale trzeba doświadczyć tego na żywo, nie tylko przed ekranem (jak np. Mamma Mia, mój ulubiony film, OD LUTEGO BĘDZIE WYSTAWIANY W POLSCE W POLSKIEJ WERSJI JĘZYKOWEJ I JUŻ WIEM CO CHCĘ DOSTAĆ NA OSIEMNASTKĘ!!!!!!!!!!!!).
Mimo całej energii, jaka wybuchała na mnie ze sceny, w drodze powrotnej do Lublina półspałam.
Jednak kiedy kładłam się spać, drżały mi ręce z resztek tego podekscytowania i radości, które ze mnie uchodziły.
To była niesamowicie udana wycieczka :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz