Ten post chyba będzie superdługi, więc mniemam, że do końca wytrzymają fani mojego pisania (czyli moje przyjaciółki) i ci, którzy chcieli się dowiedzieć, jak mi minął poprzedni weekend (czyli moje przyjaciółki). Jeśli nią niejesteś i przeczytasz to do końca, to będę wdzięczna i pełna podziwu :)
Tyle się ostatnio rzeczy zadziało i tak szybko mija mi czas, że naprawdę rozsadza mi mózg, kiedy próbuję umiejscowić niektóre wydarzenia w czasie. Ale skupmy się na tym, co działo się ostatnio, bo to chyba najciekawsze i w sumie cały miesiąc na to czekałam. Albo i dłużej, tyle że nie aż tak intensywnie.
W sobotę odbywało się wesele mojej siostry ciotecznej (a może raczej kuzynki, jak to u nich w Wielkopolsce się mówi). W piątek wstałam około szóstej i o ósmej mieliśmy pociąg do Kutna, stamtąd do Poznania, a z Poznania do Budzynia. To jest niesamowite, jak gęsta jest tam sieć kolejowa. Tam do stolicy województwa jedzie się pociągiem, a u nas - busem. Fakt faktem, że to pozostałość po zaborze pruskim, co nie jest jakimś szczególnie pozytywnym aspektem, ale może warto to docenić? Te małe dworce z budynkami z czerwonej cegły niewątpliwie robią klimat :)
Ale wróćmy do Lublina! Pod blokiem mój tata trochę w gorącej wodzie kąpany zawołał, że nie mamy powietrza w przednim kole i musimy jechać taksówką. Wywiązała się dość upierdliwa kłótnia (od razu na początku podróży, auć, ale potem było już w miarę spokojnie). Moja siostra zadzwoniła po taksówkę, po czym mój tata stwierdził, że może jednak tylko tak zaparkował na wystającej płycie chodnikowej i może faktycznie dojechalibyśmy na dworzec. Kłótnia zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa, bo wszyscy oprócz mojej siostry chcieli odwołać taksówkę. Ona twierdziła, że tego nie zrobi, bo "tata musi się nauczyć podejmować konsekwencje własnych wyborów". Jakby tego cyrku było jeszcze za mało, w pewnym stadium kłótni obok nas przechodził mój pan od historii zmierzający do pracy. Moją siostrę też uczył jeszcze w poprzednim roku szkolnym, zna więc naszych rodziców. Darmowe bilety do cyrku rodziny K. po znajomości!!! Oferta jakich mało.
Przyjechała w końcu taksówka, tata nawet się rozchmurzył, wszyscy byli zadowoleni. Pojechaliśmy na dworzec, w drodze leciała z radia piosenka, która była w filmie studniówkowym mojej siostry (Showtek - Booyah feat. We Are Loud & Sonny Wilson), obie zastanawiałyśmy się, co rodzice myślą o tej piosence xD.
Anyway, wysiedliśmy z taksówki na dworcu, pierwsza moja jazda taxi w życiu, i to taka nieoczekiwana, sponaniczna - takie YOLO :P Wtachałam po schodach walizkę, kiedy siostra przejęła moją torbę, zresztą w każdej przesiadce to robiła, a ja tylko ciągnęłam walizkę i nosiłam ją po schodach - tak, to ja tu jestem ta silniejsza. No i Zosia samosia, bo kiedy nie byłam w stanie sama wrzucić jej na górną półkę na bagaże, byłam zła, zgadzając się na pomoc faceta siedzącego obok. Jeden chłopak nawet powiedział do mojej siostry "Chcesz się zabić?" kiedy chciała zdjąć walizkę z półki. No co za! Aż zastygłam, jak to usłyszałam i zamaszyście przewróciłam oczami. To prawda, moja siostra nie wygląda na starszą ode mnie, chociaż jest, i to dwa lata, wdała się raczej w mamę i nie jest jakaś strasznie wielka, no ale bez przesady, takie dziecko, taka kruszynka że jej nie widać to ona też nie jest! Czasem chłopaki nie potrafią znaleźć wlaściwych proporcji między gentlemanem i... no właśnie, złotym środkiem.
Ale znowu odbiegłam od Lublina. Stalsiśmy na dworcu, opóźnienie oczywiście 20 minut, no bo jakżeby inaczej w Polskich Kolejach Powolnych. Siostra kupiła InStyle'a, ktorego jakoś wyjątkowo nie chciało mi się czytać, rodzice się wyglupiali (jak łatwo potrafi zmienić im się humor!).
Do Kutna jechało się spoko. Siedziałam między oknem a całkiem w porządku facetem tak pod trzydziestkę, bym powiedziała. Trochę spałam, jadłam, słuchałam muzyki. Zerwaliśmy się z siedzeń dwadzieścia minut przed "wylądowaniem" w Kutnie przez stan podpaniczny mamy, że nie zdążymy na pociąg przez to opóźnienie. I staliśmy sobie tak przy drzwiach. I staliśmy. Aż w końcu wyszliśmy z pociągu i po krótkiej gonitwie na drugi peron okazało się, że tak dużo ludzi przesiadało się z naszego pociągu do tego do Poznania, że poczekał na nas <3 Nawet nie zdążyłam podziwiać tego naprawdę ładnego dworca, bo szybko odjechaliśmy.
Drugi pociąg miał już takie ustaienie siedzeń, jak autobus, bez przedziałów. Na początku mi się to podobało, bo jeszcze nigdy takim pociągiem nie jechałam, no i było DUŻO miejsca na nogi, ale potem zauważyłam, że nie ma zasłon, a słońce grzało jak w lecie, podczas gdy ja miałam na sobie sweter, a pod nim bokserkę z dziurą na froncie. Moja siostra za to była ubrana w czarną bluzkę, a to ona siedziała od okna. No i przez cały czas stali nad nami ludzie jadący na Pyrkon (festiwal fantastyki, manga i te klimaty, piszę na wszelki wypadek jeśli by ktoś nie ogarniał tego tak samo jak ja ;). I, mówiąc oględnie, robili larum.
Potem stwierdziłam że mam tą dziurę gdzieś, bo jest mała i ja i tak jej nie widzę, jeśli nie chcę, więc zdjęłam sweter i zamieniłam się z siostrą miejscami. Takie tam małe opalanko w pociągu :D
W Poznaniu była kolejna mała kłótnia, bo mimo że moja mama bywa tam najcześciej z nas wszystkich (czyli jakieś dwa razy w roku), oczywiście każdy - włącznie ze mną - "wiedział" lepiej od niej, jak dostać się na peron 4b. Ja byłam tam ostatnio prawie dwa lata temu i nie moglam poznać dworca. Stary budynek, jak wiem z relacji mojej siostry która szybko skoczyła tam w drodze powrotnej, świeci pustkami i wszystko jest pozamykane na cztery spusty, a nowy - to wiem już, bo widzialam - na nowym nie da się przejść, tyle tłumu. Starbucks, piekarnio-ciastkarnia Natura, światowo, a obok galeria handlowa.
W pociągu do Budzynia już nie moglam się doczekać, jak po niecałych trzech latach znowu zobaczę miejsce, w którym spędzałam bardzo fajną i bogatą we wrażenia część każdych wakacji w dzieciństwie. No i po prawie dwóch latach - kuzynki i wujka, mojego chrzestnego. Ciocię widziałam półtora roku temu. No i przecież jeszcze nie znałam przyszłego męża kuzynki!
Przyjechał po nas na dworzec, w drodze nie mogłam oderwać wzroku od widoku za oknem - tak dawno mnie tam nie było! Wszystko zdążyło się zmienić od tamtego czasu.
Pan młody okazał się naprawdę fajny i pasujący do mojej kuzynki. Jego siostra, jedna z dwóch druhen - moja druga kuzynka, siostra panny młodej cztery lata od niej młodsza też była druhną - także okazała się w porządku, a ja z zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę bardzo się zmieniłam, bo kiedyś, zanim ośmieliłam się na tyle, by normalnie z nimi rozmawiać, mijał dzień czy nawet dwa, a teraz przyszło mi to momentalnie. Po obiedzie złożonym ze - strasznie gorących, szczególnie w trakcie obierania - jajek na twardo i co tam jeszcze było? Kompot, sos i ziemniaki. Cioteczna szwagierka obierała :P
Potem kuzynki, przyszły mąż i szwagierka musieli jechać na salę, skończyć dekoracje, dopiąć kilka rzeczy na ostatni guzik i zaporoponowali mi i mojej siostrze, byśmy wybrały się z nimi. Pomogłyśmy im zanosić do samochodów rzeczy i pojechałyśmy ze szwagierką, nawet dobrze nam się rozmawiało. Po dotarciu na salę rozłożyłyśmy na stole dzieci upominki dla nich i kolorowanki, podkładki pod talerze, słodycze i takie tam atrakcje których żartem trochę nam brakowało przy naszych "dorosłych i poważnych" stołach. Ja podjęłam się karkołomnego zadania dopasowywania numerów stolików do nazwisk osób przy nich siedzących i stawiania kartoników z numerkami tak, by było je widać od wejścia. To nie było takie proste, jak mogloby się wydawać :P
Po ogranięciu jeszcze kilku rzeczy wróciliśmy, ja i moja siostra tym razem z młodszą z kuzynek, aczkolwiek rok starszą od mojej siostry. Padałam na twarz po tych pociągach, mimo że kocham sam stan podróży xD Zjadłam bodajże jakąś kolację i jeszcze chwilę pogadałyśmy z panną młodą o tym jak ona padała na twarz w poprzednim tygodniu. Nie dziwiiłam się jej, w końcu ślub, wesele, sukienka, sala, druhny, wynająć warszawę, pogodzić skłócone druhny, jak usadzić gości, batalia o kolor sukienki druhen, jak sobie to wszystko uzmysławiam, to jak przyjdzie czas na mnie, mam ochotę wejść do kościoła, wziąć ślub i wyjechać na tydzień do Włoch zaraz po pieśni na wyjście. Czy coś takiego.
Z nocą nadeszła batalia o kolejność łazienki w obrębie naszej czteroosobowej rodzinki, a potem batalia o - jakżeby inaczej - zgaszenie światła. Od kiedy nie śpimy wszyscy w jednym pokoju, jest to w sytuacjach nadzwyczajnych niemalże awykonalne. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do własnego pokoju, cichego i ciemnego w godzinach mojego snu, że głupie tykanie zegara potrafi doprowadzić mnie do furii. Dzięki Bogu, w pokoju, w ktorym spaliśmy, nie było zegara, był za to budzący się ciągle i gadający tata.
Tak minął piątek!
W sobotę chcialam obudzić się jak najpóźniej, ale oczywiście tata musiał gadać o szóstej, siódmej, ósmej i dziewiątej rano, budząc się kiedy tylko mama kręciła się po pokoju (ona jest rannym ptaszkiem). Nie pamiętam, o której wstałam. Poszłam na górę zjeść śniadanie, po którym panna młoda poprosiła nas o pomoc w wycinaniu kartoników do ozdoby zimnych ogni i pudełek na zapałki. Naturalnie się zgodziłyśmy, czułyśmy się takie potrzebne :))) Próbowałyśmy z gilotyną ale ostrze się ześlizgiwało, więc cięłyśmy nożyczkami. Potem potem potem. Co było potem? Szybki obiadek, pan z sąsiedztwa czy nawet nie wiem skąd dostarczył w garnku dużą porcję pysznych, ciepłych kotletow z ananasem i brzoskwinią na wierzchu. Tata stwierdził wtedy, że my też tak możemy - robić żarcie na zamówienie. Problem w tym, że mieszkamy w mieście wojewódzkim, gdzie konkurencja jest wielka, a nie w niewielkim miasteczku bez prawa miejskiego, gdzie konkurencja jest idealna do rozpoczęcia wyścigu.
Umalowalam się, rozplątałam dwa koczki, z których wyszły najładniejsze loki jakie kiedykolwiek mi wyszły, ubrałam się w sukienkę - niewymagającą prasowania, how cool is that. Wywaliłam na włosy kilogram lakieru, rajstopy, buty, a tymczasem dom kontynuował bycie dworcem, drzwi prawie się nie zamykały, wszyscy przycodzili, wychodzili, biegali, ubierali się, malowali, wszystko! Panna młoda miała tak przepiękną fryzurę, ze nie mogłam przestać na nią patrzeć. Kiedy makijażystka ją umalowała, ubrała się i przygotowała, wyglądała tak cudownie, że aż zachciało mi się płakać. Jeszcze niedawno opiekowala się mną, pilnowala, żebym nie wchodziła za głęboko do jeziora i spinała mi nogawki spodni tak, by nie wplątywały się w łańcuch jej roweru. A teraz jesteśmy takie "stare", ona jest mężatką, a ja za cztery miesiące kończę 18 lat.
Do kościoła jechałyśmy z ciocią - ja, moja siostra i mama. Tata pojechał z wujkiem.
Mimo, że moja mama i ciocia widują się rzadko, bo jakieś dwa razy w roku, no może trzy się czasem udaje wyskrobać, wciąż zachowują się jak siostry, kiedy się widują. Czasem trudno mi uwierzyć, że naprawdę nimi są, bo ich ścieżki rozbiegły się w zupełnie różne strony i żyją zupełnie inaczej, ale mają też mimo wszystko wiele wspólnego i widać między nimi "to coś", tą siostrzaną więź co między mną a moją siostrą. No i tak samo zdarza im się kłócić o pierdoły xD
Ale wroćmy do ślubu. Dotarłyśmy i zobaczyłyśmy mnóstwo krewnych widzianych superdawno, a może nawet nigdy. Jeśli chodzi o większość, to nawet nie mam pojęcia jakie jest między nami pokrewieństwo (córka siostry mamy siostry twojej babci itp itd). W kościele wzdłuż przejścia stały wazony w kształcie walca z wodą i unoszącymi się na niej świeczkami, a do ławek były przywiązane białe kokardy. O tą dekorację była batalia z proboszczem, i to jeszcze w piątek, dzień przed ślubem.
Kazanie było przepiękne. Ksiądz, który udzielał ślubu, był kilka lat na parafii w Budzyniu, ale został przeniesiony do sąsiedniej i przyjechał udzielić im ślubu. Wprowadził luz opowiadaniem o tym, jak panna młoda chodziła w pieluchach itepe itede, i nawet wspomniał moją (a zarazem panny młodej) babcię.
Staralam się nie rozpłakać, ale mialam mokre oczy. Przysięgę powiedzieli tak pięknie, pewnie i nawet głos im się nie załamał, że nie moglam wyjść z podziwu. No, no. Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało?
Po mszy, kiedy nowożeńcy stali i przyjmowali gratualcje, życzenia itepe itede, druga kuzynka uginała się pod ciężarem kwiatow i pomagałyśmy jej je trzymać :D Potem honorowa rundka wokół rynku i jedziem na wesele!
Parking był tak zapchany, że powitanie chlebem i solą zobaczyliśmy sobie z okna samochodu. Można dodać, że była z nami matka panny młodej, na którą nawet nie poczekali. Zabawne, bo na pierwszym weselu, na którym byłam, też jechała z nami matka panny młodej, tyle że przejmowała się o wiele bardziej tym, że może nie zdążyć na powitanie chlebem i solą :P A zdążyła.
Biegania z kwiatami ciąg dalszy, aż udało nam się stanąć na prawie samym końcu kolejki z życzeniami i wziąć kieliszek z szampanem. Swoją drogą, dlaczego szampan na weselu jest tylko na początku? A wódka wlewa się do kieliszka zewsząd, masz wrażenie że nawet z sufitu! A jest taka niedobra. Pierwszy i ostatni raz piłam ją na osiemnastce mojej siostry.
Potem zaczęła się wielka wyżerka. Jedzenie było PYSZNE. Naprawdę. Za to tylko lubiłam wesela - za dobre jedzenie. Bo do tego wesela nie przepadałam za nimi.
Teraz nie mogę się doczekać kolejnego. #changes #dziwne
Anyway, potem zaczęła się zabawa z tańcami i w pierwszej piosence ja i moja siostra wyszłyśmy na parkiet! Jak nie my O.o. Naprawdę dobrze zaczęłyśmy się bawić, a kiedy poszłyśmy do stołu z ciastkami, muffinkami i FONTANNĄ Z CZEKOLADĄ, zakochałam się. Nie chciałam opuszczać mojej nowej miłości i zażądałam takiego urządzenia na urodziny xD Naprawdę, to było coś tak pysznego, że trudno mi było odejść od tego stołu. Najlepsze były pianki, w czekoladę i haps do buzi. Niebo w gębie. Ambrozja i nektar w jednym.
Ale musiałam odejść :'( Tańczyłam, jadłam, wypiłam dwie kawy i dwie lampki wina, jadłam, jadłam, jadłam... rozmawiałam z ciotkami, kuzynami. Jeden z nich do nas takie: "Nie pamiętacie mnie?", amy na to takie bezradnie "eeem... nie". Ale no serio, jego córkę pamiętałam, ale jego nie :P Pewnie mi się jakoś kiedyś obiło u uszy jego imię, ale bez nazwiska, i pewnie dlatego nie miałam pojęcia, kim jest.
Nawet nie wiem o której godzinie, ale pewnie około drugiej tańczyłam sobie z Martą (moją siostrą, dlaczego ani razu nie wymieniłam jej imienia?) i dwóch chłopaków poprosiło nas do tańca, no to my spoko, spoko. Dobrze się tanczyło i rozmawiało, ale nawet nie spytał o imię ani ja go nie spytałam, trzy razy upewniał się, że to skąd jestem to na pewno Lublin, a nie na przykład Lubin (glośno było). On był z Poznania i jak powiedziałam, że chodzę do drugiej liceum, to on takie "a ja pierwsza gimnazjum". Ogólnie spoko koleś. Z dziesięć minut po tym, jak tańczyliśmy, jechał do domu.
Impreza była już super i wiedziałam już, że zmieni moje nastawenie do wesel. Kiedy zrobiło się już naprawdę luźno i została tylko w miarę najbliższa rodzina, zrobilo się jeszcze bardzej weselnie. Z panem młodym tańczyłyśmy do "Rudy się żeni", tyle że w wersji z jego imieniem :P Potem znowu śpiewali coś rockandrollowego, więc wszyscy już nawet nie zważali na to, czy umieją tanczyć, w większości wódka zrobiła swoje xD Świadkowe zaczęły tańczyć w rozczulający sposób, a ktoś uwiecznił to na filmiku telefonem. Przyszła pora na kaczuchy... zaledwie kilka osób ogarniało, jak się to tańczy, więc ubaw był niezły. Zorba była intensywna. Oj, bardzo xD
I w ten sposób dotrwałam żywa i "wide awake" do końca zabawy! I to bardzo udanej zabawy :D Ciocia wiozła nas z powrotem do domu, a potem wracała po wujka, tę jeszcze niezamężną córkę i jej chłopaka.
Nawet zdążyłam się umyć, zanim wrocili. Byłam zombie, a miałam przed sobą pięć godzin spania i cały dzień w pociągach. Żałowałam, że nie mogłam zostać na jeszcze jeden dzień, szczególnie że szykowały się poprawiny.
Nazajutrz rano krzątanina mamy obudziła mnie o dziewiątej, więc godzinę wmawiałam sobie, że śpię. Tak naprawdę nie wiem, czy spałam xD Zjadłam śniadanie, umyłam się i wciąż czułam się i wyglądałam jak zombie. Młodsza kuzynka wstała, by nas pożegnać (starsza nocowała w hotelu przy restauracji). Nie mogłam uwierzyć, że już po wszystkim :(
Około wpół do dwunastej (a może nawet trochę wcześniej) ciocia odwiozła nas na dworzec. Znowu mijałam miejsca tak bardzo kojarzące się z wakacjami, że aż zakręciła mi się łezka w oku. Zastanawialam się, co czuje moja mama, przecież tam właśnie się wychowała i mieszkała w Wielkopolsce przez trzydzieści lat.
Wsiedliśmy do pociągu. Podzieliliśmy wstępnie między siebie pięć czekolad, które wujek wrzucił mi do torby (trzy Milki z Oreo i dwie Milki z nadzieniem truskawkowo-jogurtowym, czyli moje ulubione czekolady :DDD). Ma wujek gust do czekolad, to trzeba przyznać. A może to kuzynki wybierały? Mniejsza z tym :P
Po dość krótkiej, godzinnej jeździe do Poznania wysiedliśmy na peronie 4b. Ja chciałam do łazienki, więc szłam w stronę starego budynku dworca, ale moja siostra upierała się, że w nowym jest za darmo. Poszłam do starego. Potem okazało się, że w nowym wcale nie jest za darmo. Hahaahahaha, kto miał rację?
Kupiłyśmy sobie po kawie z automatu, po kanapce (nie obyło się bez "gwałtownej wymiany zdań", bo moja siostra twierdziła, że za bardzo lubię popkulturę, chcąc spróbować kawy ze Starbucksa: co prawda próbowałam w Warszawie, ale nieopatrznie wzięłam zimną kawę, kiedy na zewnątrz była najokropniejsza pora roku - przedzimie xD). Co prawda, z automatu była pyszna, waniliowa, chociaż normalnej kawy to ja nie znoszę, chyba że muszę się obudzić, na przykład na weselach.
Potem żałowałam, że jednak nie uparłam się na Starbucksa, bo okazało się, że na peronie jednak pojawiła się chrześnica mojego taty mieszkająca w Poznaniu, która popkultury najwyraźniej nie lubi (chociaż może to zamałe słowo), i chyba myśli, że my jesteśmy takie, jak to moja siostra mówi "odtwórczy styl, sneakersy, sweterek, dżinsy i torba". Jakby się nie można było normalnie ubierać O.o. Tak czy inaczej, stwierdziłam, że byłoby śmiesznie, gdybyśmy miały kubki ze Starbucksa w rękach. To by była dopiero popkultura!
Pociąg z Poznania był bezprzedziałowy, na szczęście już nikt nad nami nie stał, i mogłyśmy się w spokoju kłócić xD Nie przesadzam, praktycznie całą drogę się kłóciłyśmy. Raz ja ją smyrałam swetrem, raz ona mnie. Byłyśmy tak rozdrażnione, że rozejm nastąpił dopiero gdzieś na wysokości Dęblina.
Wysiadając w Lublinie, miałam ochotę jak najszybciej zasnąć we własnym łóżku, w pokoju, gdzie nikt nie gada do mnie w środku nocy.
Zeszliśmy w przejście podziemne i, widząc wyjście do miasta, uśmiechnęłam się. Rzadko zdarzało mi się tęsknić z miastem, ale jednak było to najbardziej moje z miast.
Weszłam po schodkach z walizką. Rozglądam się, tatajest, Marta jest, gdzie mama? Pytam taty, pytam siostry, a oni pokazują mi mamę biegnącą po drugiej stronie ulicy i znikającą za załomem kolejnej ulicy. Serio? Okazało się, że mama biegnie do sklepu, bo tata przez całą drogę narzekał, że nie będzie chleba na śniadanie. A teraz stoi i krzyczy, że tu jest sklep, ale mama już go nie słyszy. Rodzice -.-
Kolejny cyrk, tym razem ludzi od cholery dookoła. Tata poszedł do sklepu po chleb, ja z Martą stanęłyśmy niedaleko. I wtedy mi powiedziała, że widziała pana od historii, tego samego, ktory widział piątkowy cyrk. Ten cyrk z niekupionym chlebem też widział. Widocznie ma facet szczęście do darmowych wejściówek do cyrku rodziny K.
Po drodze (tym razem autobusem) do domu znowu ktoś się o coś kłócił, nawet już nie wiem, o co, ale ta podróż naprawdę nas wykończyła. Po wejściu do domu zrobiłam siku, wstępnie rozgrzebałam walizkę i rzuciłam się do łóżka, wstając na tyle późno, że do szkoły dotarlam dopiero na trzecią lekcję.
To był szalony weekend i wciąż go odsypiam, ale było naprawdę fajnie i intensywnie. Po wszystkim udało nam się dojść do porozumienia. Jak zawsze :)
No i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego wesela. I już tęsknię za Budzyniem.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Te ładne dworce, rodzinny cyrk, wesele i fontanna z czekolady, czyli szalony weekend.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz