Nareszcie. Dzisiaj jadę do Domu. Przez duże D, bo to taki dom w postaci całej gminy :-)
To skomplikowane. Strasznie się buntowałam, gdy mieliśmy się przeprowadzić do Lublina, ale sytuacja nas ponaglała, więc w końcu stwierdziłam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Żadne zmiany jeszcze nigdy tak jak wtedy nie namieszały w moim życiu. Rodzice wiedzieli, że nie zamienię moich nowych przyjaciół z gimnazjum na miejskie gimbusy (bez obrazy, kocham wieś i wiem, że teraz też tam są gimbusy), więc pozwolili mi dojeżdżać z nimi - oni do pracy, a ja do szkoły. Dlaczego musieli dojeżdżać do pracy? Problemy z mieszkaniem na wsi miały inną naturę. Nie chodziło o pracę, a o coś innego. Nawet nie chce mi się zagłębiać w szczegóły.
Podobała mi się ta równowaga, mimo że strasznie tęskniłam za moim otoczeniem. Pół dnia spędzałam w szkole, w trochę większej wsi od mojej, gdzie mieści się siedziba gminy, gimnazjum itp itd, ale już rzadko pojawiałam się tam, gdzie się wychowałam (mimo że dzieliło mnie od tego miejsca zaledwie kilka kilometrów). Lubiłam miasto, ale tu nie czułam, że należę. Czułam się bardziej jak członkini grupy uchodźców, z której wszyscy się zasymilowali, a ja... wciąż tego nie czułam.
Potem nadszedł koniec gimnazjum. Od tego momentu pojawiałam się na wsi co dwa, trzy miesiące. Z wielkim podekscytowaniem szłam do liceum. Nie chciałam się bać nowej szkoły, bo byłam przekonana, że nareszcie poczuję, że może jednak gdzieś należę.
Szkoła sama w sobie miała fajną atmosferę i gdzieniegdzie ją dostrzegałam, ale strasznie się rozczarowałam. Elity utworzyły się w mgnieniu oka, a ja zostałam na boku z koleżanką, która aspirowała do innej grupy, niż ja. Nie czułam się może aż tak źle i nie było bardzo strasznie, ale w porównaniu do mojego gimnazjum... doświadczyłam w ciągu pierwszego roku tyle fałszu, pośrednio lub bezpośrednio, że żyłam sobie i rozczarowywałam się tym miejskim życiem coraz bardziej. I jeszcze bardziej. Aż nadeszły wakacje. Moja klasa była wtedy już tak poszatkowana, że wyfrunęłam stamtąd po rozdaniu świadectw i jakieś trzy godziny później jechałam już z przyjaciółką do niej na tydzień.
Ku mojemu zdumieniu uśmiechnęłam się na widok Trynitarskiej i dachu Archikatedry w oddali, kiedy wracałam do domu. Domu? Wciąż nie wiedziałam, jak nazywać nasze mieszkanie w bloku na dziewiątym piętrze.
Po wakacjach nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Do naszej klasy doszła nowa osoba, Aśka. Zaopiekowałam się nią, bo była trochę zagubiona i zostałyśmy czymś na kształt przyjaciółek. Wciąż nie wiem czasem, jak ze sobą wytrzymujemy, bo jesteśmy zupełnie inne. Moja koleżanka, z którą siedziałam w pierwszej klasie, przyjaźniła się już na całego ze swoją imienniczką. Sama powiedziałam tej drugiej Ani, żeby usiadła z tą pierwszą Anią, a ja siądę z Aśką. Anie naprawdę do siebie pasują i cieszę się, że to one zostały tak dobrymi przyjaciółkami. Zresztą pierwszego września, czyli w moje siedemnaste urodziny, przywitały mnie przemiłym prezentem :-)
W drugim tygodniu września miał miejsce ogromny przełom. Na wymianę przyjechali do nas Niemcy, i wtedy w grupie poczułam, że nareszcie gdzieś należę, że nareszcie udało mi się naleźć przyjaźń w Lublinie. Z małą pomocą przyjaciół zza zachodniej granicy. To jest kolejna długa historia :-)
To chyba by był cały ogólny zarys tej historii. Pominęłam tak wiele szczegółow, o których nie chcę pisać, bo i tak nie mam już na to czasu. Ale te szczegóły obijają się o moją czaszkę.
Do czego zmierzam? Jadę dziś znowu do mojej najlepszej przyjaciółki i po raz pierwszy od PIĘCIU MIESIĘCY pojawię się w Domu. A po paru dniach wrócę, z nową nadzieją na przyszły semestr, który zapowiada się naprawdę obiecująco.
Kocham ferie i czuję, że moje plany, które poczyniłam w ramach postanowień na nowy rok, naprawdę się spełniają.
Już za kilka godzin znowu zaszklą mi się oczy, kiedy wyjdę z busa. Pięć miesięcy...
wtorek, 3 lutego 2015
The story of my home
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz