niedziela, 1 lutego 2015

Carte Blanche, czyli gdzie zaczyna i kończy się fikcja

Byłam wreszcie w piątek na Carte Blanche. Czekałam długo na ten film i nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, jak wypadła w nim moja szkoła. W Biskupiaku kręcili tylko wnętrza, a od zewnątrz pokazali czwórkę, sąsiednie liceum. Po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyłam, jak wielką fikcją jest film. Trudno mi było przeżywać wszystkie emocje razem z bohaterami, bo bardziej niż kiedykolwiek czułam, że tam wszędzie znajdują się kamery. Widziałam na własne oczy filmowców w naszej szkole, ich profesjonalny sprzęt, a wielki reflektor na dźwigu znajdował się niedaleko mojego okna, kiedy jadłam śniadanie. Najmniej tłoczny korytarz w szkole nagle zapełnił się młodzieżą. Z drugiej strony dobrze wiedziałam, że ta historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Naprawdę zdarzyło się to w liceum numer osiem w Lublinie - kilka lat temu uczył tam pan Maciej Białek, który tracił wzrok i ukrywał to w pracy. Kiedy dowiedzieli się o tym uczniowie, pomagali mu ukrywać chorobę, bo nie chcieli stracić najlepszego nauczyciela historii, jaki mógł im się trafić. Wszystko to złożyło się na miażdżące wrażenie, jakie wywarł na mnie film... taki swoisty kinowy kac.
Gra mojego dawnego przyjaciela z gimnazjum, który statystował jako maturzysta na korytarzu, gra dziewczyny z równoległej klasy, która siedziała w ławce przed Wojtkem, granym przez Tomka Ziętka, gra mojej nauczycielki biologii, która akurat wychodziła z pokoju nauczycielskiego i pojawiła się przez chwilę na ekranie - to wszystko sprawiło, że ja, moja klasa i równoległy mat-fiz bardzo przeżywaliśmy ten film :-)
Zielony, majowy Lublin też bardzo dobrze prezentował się na kinowym ekranie. Moja okolica uchwycona z żurawia, park Saski, ulica Narutowicza, nawet "stary Ursus" - pokazali atrakcyjne zakątki i te mniej atrakcyjne. Duży plus. Podoba mi się to, bo... bądźmy realistyczni, przecież zbuntowana Klara nie spotykałaby się z koleżanką w Plazie czy w knajpce na Starym Mieście.
Gra aktorska Andrzeja Chyry, Tomka Ziętka, Jerzego Rogalskiego czy Elizy Rycembel oraz innych, oswojonych z kamerą bardziej niż znajomi statyści była bardzo przekonująca, na poziomie. Szczególnie podobała mi się kreacja władczej pani dyrektor, którą zagrała Dorota Kolak.
Jedna z moich ulubionych polskich aktorek, Urszula Grabowska, niestety moim zdaniem nie powala na kolana swoją grą w "Carte Blanche". Cieszyłam się, że zobaczę ją w znajomym otoczeniu, w moim mieście na wielkim ekranie, ale trochę się zawiodłam - wypadła blado na tle swojego filmowego partnera. Wątek miłosny w ogóle jakoś dziwnie się rozwijał - sprawia wrażenie niedokończonego. Być może, po wszystkim, nie był aż tak ważny...
Bardzo się ucieszyłam, widząc, że pierwowzór postaci Kacpra - Maciej Białek - dostał rolę w filmie poniekąd o sobie. Zagrał sąsiada głównego bohatera, który uświadamia mu, że pomylił klatki w bloku. Zachwyciła mnie jego gra i zapadła w pamięć - genialnie wypadł obok równie genialnego Chyry. Bez doświadczenia, ale ze świetnym efektem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Nie wiem, czy pan Białek wciąż uczy w ósemce, ale życzę mu jak najlepiej :-)
Polecam ten film wszystkim, którzy czytają ten post. Życzę wam też, byście kiedyś mieli szansę przekonać się na własne oczy, na czym polega magia kina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz