Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

Filmowy weekend majowy

W weekend majowy jak na razie obejrzałam siedem filmów. Już mi się mieszają, ale postaram się krótko napisać coś o nich (bo może ktoś będzie potrzebował, by mu coś polecić? Mam nadzieję, że pomogę). Kiedy wcześniej leżałam dwa dni z wybitym palcem u nogi (tym małym, takie toto mikre a tak potrafi dać w kość), obejrzałam jeszcze raz Wild Child, więc też zaliczę ten film do weekendu filmowego :P Oto filmy w kolejności chronologicznej mojego oglądania:

Wild Child (Zbuntowana Księżniczka)
Dlaczego oni nadają takie głupie polskie tytuły fajnym amerykańskim filmom? Już mogli zostawić Wild Child, bo i tak wiele osób tak na to mówi. No dobra, grunt, że nie nazwali tego doslownie, "Dzikie Dziecko". Brrr.
Mam duży sentyment do tego filmu, bo jego zwiastun leci na płycie tuż przed moim ukochanym, najlepszym, najradośniejszym na świecie filmem Mamma Mia. Kiedy pierwszy raz włączyłam Mamma Mię, stwierdziłam, że muszę obejrzeć Wild Child. Zajęło mi to jakieś dwa lata, by w końcu to zrobić (zapomniałam? odkładałam na później? nie wiem). Bardzo, bardzo, bardzo mi się spodobał sposób, w jaki Poppy się zmienia. Uwielbiam dynamicznych bohaterów :) Emma Roberts jest genialna w roli tej rozpuszczonej nastolatki. Alex Pettyfer... czy muszę dodawać coś więcej?
Przy tym filmie można się pośmiać, i to porządnie, trochę wzruszyć, ot taka lekka, ale jakże genialna komedia z morałem. Koniecznie obejrzyj, jeśli lubisz takie filmy.

Śniadanie do łóżka
Zaczęłam oglądać ten film z siostrą, ale potem stwierdziłyśmy, że musimy już iść spać. Dokończyłam go sobie w czwartek wieczorem, w perspektywie mając cudowny, wolny piątek.
Może Karolak i Socha trochę do siebie nie pasują, ale tutaj byli nawet momentami uroczy. Najlżejsza komedia romantyczna, jaką kiedykolwiek widziałam (a przynajmniej tak mi się wydaje). W rozmowie z siostrą określiłam to jako "taki lekki film który można sobie włączyć w tle, malując paznokcie". No i miewałam fazy na tą tytułową piosenkę Piaska.
Film jest godny polecenia na jakiś babski wieczór czy coś takiego... Nie wciąga jakoś bardzo, bo i tak wiadomo, że skończy się dobrze, ale czasem właśnie takie filmy są potrzebne. Jest dobry. I tyle.

Miss Agent II
Wydaje mi się, że pierwszą część obejrzałam 6-7 lat temu, i chyba faktycznie tak było. Druga mnie nie zawiodła. Właściwie zaskoczyło mnie, kiedy zobaczyłam w proponowanych "Miss Agent II". Śmiałam się najbardziej z relacji Gracie i Sam. Sandra Bullock i Regina King wypadły świetnie w tym duecie. Było mi trochę szkoda, że Gracie pogrzebała dawną siebie pod butami od Manolo, i w ogóle nie ogarniałam, jak tak szybko można się tak diametralnie zmienić. To akurat było lekko sztuczne ze strony scenarzystów, ale wybaczmy im to za chociażby postać Sam czy ich dialogi. Nie mogłam też zrozumieć, dlaczego Gracie nie podbija do Jeffa. I dlaczego ta cała Cheryl... shut up, Łucja! Nie spojleruj :D
Kolejna lekka komedia, którą mogę polecić w tej notce. Bez obaw, dalej będzie trochę więcej urozmaicenia :P

Akademia Wampirów
No i zaczęły się retrospekcje, które prześladowały mnie w kolejnych filmach. A to Lissa (swoją drogą, propsy za imię, if you know what I mean - jeśli nie, sprawdź posty z Renegade :D) wskrzeszała ptaka, a to swoją... spoiler alert.
Lucy Fry. To po pierwsze - miałam obsesję na punkcie H2O. Wciąż kocham ten serial. Mako Mermaids też kocham. A Lucy grała tam moją najmniej ulubioną syrenę ze wszystkich (no, może oprócz Charlotte :P). Co oczywiście nie zmienia faktu, że dobrze mi się kojarzyła, więc stwierdziłam, że czemu nie, obejrzę sobie ten film.
Czy możemy porozmawiać o Rose?! Głównie z jej powodu nie mogę doczekać się drugiej części. Może nawet uda mi się pożyczyć od kogoś książkę. Żebym jeszcze miała czas ją przeczytać między tymi wszystkimi lekturami na poziomie rozszerzonym :( Rose przybliża widzowi ten pokręcony wampirzy świat. Jej postać jest świetna. Mam nadzieję, że zgadza się z książką. Proszę, powiedzcie, że tak!
Naprawdę dobry film. Jest w nim tyle gwałtownych zwrotów akcji, że czasem nie da się połapać. Czy Moroi są dobrzy? Nie! A, czekaj, tak! A może jednak nie? Nie, nie są... Czekaj, stop, są! A może jednak... Uh, druga część prawdę ci powie. Chociaż mam wrażenie, że wcale tak nie będzie. Chyba naprawdę muszę to przeczytać.

Dla ciebie wszystko
(to tu właśnie retrospekcje zaczęły mnie prześladować, ale nie aż tak, jak następnego dnia)
Historia miłości z przeszłości zaczęła się dość Pamiętnikowo, ale skończyła inaczej.
Kiedy zobaczyłam, jak spotkali się po dwudziestu latach, by uczcić pamięć przyjaciela, odżyła we mnie nadzieja. Na końcu filmu paradoksanie podskoczyła jeszcze bardziej. No bo w końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, co nie? 
Czy muszę mówić, że starsza Amanda wyglądała bardziej jak matka starszego Dawsona? W pierwszych scenach myślałam, że nią jest. James Marsden to według mnie największe ciacho dzisiejszego kina. Michelle Monaghan niekoniecznie do niego pasuje, ale można się przyzwyczaić. W młodszym duecie podobała mi się bardziej Liana Liberato, wręcz nie mogłam oderwać od niej wzroku. Genialna, utalentowana aktorka. Czy to tylko ja, czy ona faktycznie wygląda jak Małgorzata Socha? Luke Bracey w roli młodszego Dawsona jakoś bardzo nie pasował do Liany, ale też grał świetnie. Wszyscy byli niesamowici w graniu, tylko z tym dopasowaniem do partnera coś mi troszkę zaszwankowało.
A teraz aspekt wyciskarki łez. Ryczałam jak fontanna. Do płaczu doprowadziło mnie nie tylko to, że musieli się rozstać, ale i destrukcyjny wpływ ojca na życie jego syna, mimo, że Dawson próbował na wszelkie sposoby uciec od tego czegoś, co oni zwali "rodziną".  Więcej nie zdradzę, po prostu obejrzyj ten film.

Wyśpiewać marzenia (tytuł "Rags" podoba mi się co najmniej kilka razy bardziej)
(tutaj retrospekcje zupełnie dały mi spokój)
I powrot do lekkich filmów! Nickelodeon po prostu zrobił naprawdę dobry film o tym, że trzeba być sobą. Takie trochę Renegade (znowu odsyłam do mojego opowiadania :D)
Max Schneider. Uwielbiam go! Świetnie śpiewa i jest przystojny, a w tym filmie pokazuje kawał aktorskiego talentu. Gra zwykłego chłopaka z wielkim talentem muzycznym. Keke Palmer u jego boku gra supersympatyczną, ale zupełnie zagubioną w przemyśle muzycznym piosenkarkę, której największym marzeniem jest śpiewać własne piosenki, a nie te napisane przez modnych tekściarzy. Tatuś nie pozwala. Potem jednak jej tata tak trochę z kosmosu zmienia zdanie i bam, możesz śpiewać co chcesz. To było trochę dziwne, no ale dobra, spoko, to tylko film, a nie rzeczywistość.
No. To jest taka bajka o Kopciuszku, tylko że tutaj Kopciuszek jest chłopakiem i ma na imię Charlie, a zła macocha i siostry... też zostają zastąpieni facetami.
Lekkie, do obejrzenia, polecam :)

P.S. Kocham cię
I to właśnie był ten film, w którym retrospekcje atakowały mnie ze wszystkich stron.
Dlaczego nigdy go nie oglądałam, skoro tyle o nim słyszałam? Anyway. Hilary Swank i Gerard Butler wypadli w porządku, ale przyćmiła ich Lisa Kudrov, świetna w roli szalono-feministyczno-kobieco-jeszczejakiejś przyjaciółki.
Holly sama o sobie mówi, że jest poważnie świrnięta. Nie można zaprzeczyć. Jej mąż jest co najmniej upierdliwy w mojej opinii. Według mnie trochę do siebie nie pasowali, mimo że tak bardzo się kochali, że przez rok po jego śmierci jej wariactwo wzrosło pięćdziesięciokrotnie.
Dobra, nawet nie mam ani nigdy nie miałam chłopaka, ale chcę mieć w przyszłości dużą rodzinę. Rzadko myślę o tym, co by było, gdyby mój mąż umarł, bo nie chcę o tym myśleć. Zdałam sobie sprawę, że ja też popadłabym w pięćdziesięciokrotnie większe wariactwo, niż mam teraz. Czy to zdanie jest wgl poprawne gramatycznie? Ty mi powiedz, Carol, biolchemie, powiedz humanowi. (nie jestem nawiedzona, po prostu wiem, że moja przyjaciółka to czyta).
Może nawet William bardziej pasował do Holly? Może to dobrze, że Gerry umarł? Zabijcie mnie za te słowa, ale tak sobie myślę.
Całkiem dobry film, pomimo podobno ogromnej niezgodności z książką (nigdy nie mialam okazji przeczytać).

Zostań, jeśli kochasz
Tutaj retrospekcje znowu się zaczaiły i ŁUBUDU!!! BAM.
Zaczęło się niewinnie. Wręcz bardzo niewinnie. Adam niby taki rockman, a romantyk, Mia, grzeczna, grająca na wiolonczeli córeczka rodziców z rockowymi zamiłowaniami (jakby byli podmienieni przy porodzie).
Chloe Mortez i Jamie Blackley? Nareszcie jakaś filmowa para, która do siebie pasuje! Przynajmniej z wyglądu. Ta aktorka jest przepiękna, a aktor przystojny. Razem - cute.
Mia wychodzi ze swojego ciała po wypadku i chodzi dookoła, dowiadując się po kolei o ofiarach, widzi, jak jej chłopak biegnie do szpitala na spotkanie z nią w śpiączce. Chyba nie do końca Mia zdawała sobie sprawę, że nikt jej nie widzi. Tak przynajmniej mi się wydawało. Retrospekcje są połową filmu i trochę za bardzo go tną, jak na mój gust, ale "robią" całą historię. Po kolei Mia przypomina sobie swoje życie sprzed wypadku, zawieszona między życiem a śmiercią.
Kolejna książka na liście lektur do przeczytania.
Iiiii... jest tu Liana Liberato! <3 Gra przyjaciółkę Mii i wygląda już trochę mniej jak Socha, a bardziej jak Amanda Bynes, ale ma mniejsze pole do popisu, więc mogę jej to wybaczyć :D
A tak na marginesie, czy komuś oprócz mnie Mia chwilami przypominała Jennxpenn? Miałam wrażenie, że jej dublerka to ona :D

Wybaczcie ten ciąg wypocinowych recenzjo-opiso-sprawozdań filmowych. Mam nadzieję, że może komuś się przydadzą te... przemyślenia! Tak to można chyba nazwać? :) 

wtorek, 24 lutego 2015

"Jupiter: Intronizacja" czyli świat nie jest naszą własnością i inne przestrogi

Wczoraj byłam drugi raz na Carte Blanche. I za drugim razem film podobał mi się jeszcze
bardziej.
Ale teraz nie o tym.
Dwa tygodnie temu byłam w kinie na "Jupiter: Intronizacja". Film zrobił na mnie duże wrażenie swoim całokształtem.
Był to trochę spontan. Przewijałam z przyjaciółką tablicę na FB, kiedy spod dolnej granicy ekranu wyłonił się zwiastun tego właśnie filmu. Obejrzałyśmy i stwierdziłyśmy, że wydaje się fajny, więc pomyślałam "czemu nie?", mimo że nie byłam aż tak przekonana, jak moja przyjaciółka. Następnego dnia poszłyśmy do kina.
Mam wrażenie, że pierwszy raz widziałam film z Milą Kunis, ale mogę się mylić. Tak czy inaczej, jej gra aktorska mile mnie zaskoczyła. Jest naprawdę dobrą aktorką! Pasowała do roli Jupiter w moim odczuciu. Channing Tatum dobrze grał, mimo że stracił trochę swojego... tego czegoś na rzecz dość ostrych, wilczych rysów twarzy i spiczastych uszu. Jego brwi trochę za bardzo go postarzały, więc nie był takim amantem, jak w "Dear John", czy "Step Up", ale może to był zamierzony zabieg twórców? Na pierwszy rzut oka jednak nie powiedziałabym, że bohater jest mieszanką człowieka i wilka. Stinger już w ogóle nie wygląda jak likantant (czy ja to dobrze napisałam?), a gdyby nie pieczęć hodowczyni, pomyślałabym, że zapomnieli go ucharakteryzować. Być może z uwagi na to, że jest starszy, stwierdzili, że może tak zostać? :P
Rodzeństwo Abrasaxów to tak bardzo dwulicowe postacie, że do końca nie wiadomo, kto z kim współpracuje, kto kogo nienawidzi, po czyjej stronie stoi Kalique. Tuppence Middleton przyciągnęła moją uwagę - na chwilę - raczej znanym nazwiskiem, niż swoją grą - jej postać nie ma wielkiego udziału w intrydze, a raczej cieszy się z tego, że może żyć, ile chce - i zapewne nie oddałaby tego tak łatwo, więc zaliczyłam ją do grona biernych, wygodnickich, ale względnie zdeterminowanych.
Czy muszę pisać o tym, jakie wrażenie i na mnie, i na mojej przyjaciółce zrobiła aparycja Douglasa Bootha, który zagrał Titusa? Nawet nie pamiętam, jak wypadł - dobrze czy raczej słabo - bo gapiłam się na niego i nie rozumiałam, dlaczego akurat takie ciacho musieli obsadzić w roli takiego dupka. Przepraszam, no ale chyba są jakieś granice przeciwności! Na zewnątrz ideał, a w środku jakieś beznadziejne, bezduszne, zepsute próchno. Typowa ze mnie baba wyłazi, przepraszam xD
Za to za każdym razem, kiedy patrzyłam na lorda Balema (w tej roli całkiem przekonujący Eddie Redmayne), przechodziły mnie ciarki. Jego kreacja była tak szczera i tak pasował do tej roli, że wychodząc z kina, wciąż miałam przed oczami jego twarz - bez wyrazu, chłodną, jakby w środku nic nie zostało, jakby był tylko skorupą. Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie to przypomnę. Dobrze, że byłyśmy na 2D, a nie 3D ;)
Przechodząc do efektów specjalnych, czyli zdecydowanie dużej części filmu - mam wrażenie, że trzy czwarte dni zdjęciowych spędzili otoczeni green screenem, i że nawet w wolne dni kątem oka widzieli zieleń. Dużo, dużo, dużo latania dziwnymi pojazdami, spadania, ogólnie znajdowania się nad ziemią czy jakąkolwiek inną powierzchnią, unoszenia się kilka centymetrów nad ziemią - swoją drogą te buty Caine'a to moje irracjonalne marzenie. Dziwne potworki, wlatywanie do wnętrza Jowisza - bo w końcu to gazowa planeta, co nie?, roboty, wielkie stacje kosmiczne i mnóstwo pocisków... Szczerze? To były jedne z najlepszych efektów specjalnych, jakie widziałam. Absolutnie nie jestem ekspertem, ale nie rozumiem jechania po tym filmie w większości recenzji.
W każdym, absolutnie KAŻDYM filmie dostrzegam jakieś przesłanie. Podczas oglądania widziałam więcej, ale niewątpliwie ich wszystkich nie pamiętam, więc zapewne nie uda mi się przytoczyć wszystkich.
Scena z biurokracją, bardzo znacząca i wskazująca konkretnie, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała nasza przyszłość. Jupiter, by dostać pieczęć-hologram, taki jakby akt własności na nadgarstku, musi przejść ze swoim asystentem-robotem zatłoczone pomieszczenia przypominające trochę bank Gringotta z Harry'ego Pottera. Za biurkami siedzi mnóstwo ludzio-roboto-kreatur, z których każdy pyta o inny papierek, bez którego nie wyda papierka, który będzie potrzebny dalej. Z układów elektrycznych robota sypią się iskry irytacji. Swoją drogą to przerażające, jak ludzka wydaje się ta maszyna. To jest według mnie kolejna przestroga.
Okropne były dla mnie diody, metalowe części, jakieś dziwne zupełnie niepasujące wstawki na twarzach, głowach, rękach, ogólnie ciałach tych ludzi upodabniających się do robotów. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że ludzie będą tak wyglądać. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie jakimiś chodzącymi komputerami, telefonami czy innymi urządzeniami. Brrr.
Zaśmiecenie kosmosu. To kolejna ważna przestroga. Już teraz krąży nad nami mnóstwo części satelitów, których "misja" w jakiś sposób się nie udała.
Chęć władzy nad całym światem. Moment, w którym Kalique mówi Jupiter, że można posiąść o wiele większe i wspanialsze rzeczy we wszechświecie, niż Ziemia. Nasi politycy w stosunku do Abrasaxów są grupką miłych starszych panów grających w golfa. Przy okazji uświadamiasz sobie, jak małym ziarenkiem jesteś, jak niewiele znaczysz - i uczysz się pokory.
Było trochę nie do końca wyjaśnionych spraw - na przykład co to są dokładnie żniwa, czy Balem jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem Titusa, i w ogóle w tej sferze było trochę niedomówień. Z tego powodu film może wydawać się trochę niespójny i niedorobiony, ale na moje oko zaklepali sobie materiał na potencjalną drugą część - bo kto nie lubi sequeli, co nie?
Polecam ten film, kiedy macie ochotę na dużo akcji. I kiedy chcecie zobaczyć wszystko z innej perspektywy.

Dziwna/śmieszna historyjka z sali kinowej: telefon wypadł mi z ręki, a klapka w niej została. Siedziałyśmy na samym końcu i po kilku minutach moich poszukiwań moja przyjaciółka znalazła telefon po pierwszym zanurkowaniu ręką między siedzenia.
- A masz baterię? - zapytała.
Byłam pewna, że nie wypadła, więc zaczęłam mówić, ale zobaczyłam, że miejsce na baterię było puste.
- Jasne, że... nie.
Po seansie zanurkowałam pod siedzenia na dwa metry dookoła. Ale... bateria oczywiście leżała tuż za stopami mojej przyjaciółki. Wniosek? Czasem (czyt. Często) trzeba oddalić się, by zobaczyć, jak blisko czegoś byliśmy.

niedziela, 1 lutego 2015

Carte Blanche, czyli gdzie zaczyna i kończy się fikcja

Byłam wreszcie w piątek na Carte Blanche. Czekałam długo na ten film i nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, jak wypadła w nim moja szkoła. W Biskupiaku kręcili tylko wnętrza, a od zewnątrz pokazali czwórkę, sąsiednie liceum. Po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyłam, jak wielką fikcją jest film. Trudno mi było przeżywać wszystkie emocje razem z bohaterami, bo bardziej niż kiedykolwiek czułam, że tam wszędzie znajdują się kamery. Widziałam na własne oczy filmowców w naszej szkole, ich profesjonalny sprzęt, a wielki reflektor na dźwigu znajdował się niedaleko mojego okna, kiedy jadłam śniadanie. Najmniej tłoczny korytarz w szkole nagle zapełnił się młodzieżą. Z drugiej strony dobrze wiedziałam, że ta historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Naprawdę zdarzyło się to w liceum numer osiem w Lublinie - kilka lat temu uczył tam pan Maciej Białek, który tracił wzrok i ukrywał to w pracy. Kiedy dowiedzieli się o tym uczniowie, pomagali mu ukrywać chorobę, bo nie chcieli stracić najlepszego nauczyciela historii, jaki mógł im się trafić. Wszystko to złożyło się na miażdżące wrażenie, jakie wywarł na mnie film... taki swoisty kinowy kac.
Gra mojego dawnego przyjaciela z gimnazjum, który statystował jako maturzysta na korytarzu, gra dziewczyny z równoległej klasy, która siedziała w ławce przed Wojtkem, granym przez Tomka Ziętka, gra mojej nauczycielki biologii, która akurat wychodziła z pokoju nauczycielskiego i pojawiła się przez chwilę na ekranie - to wszystko sprawiło, że ja, moja klasa i równoległy mat-fiz bardzo przeżywaliśmy ten film :-)
Zielony, majowy Lublin też bardzo dobrze prezentował się na kinowym ekranie. Moja okolica uchwycona z żurawia, park Saski, ulica Narutowicza, nawet "stary Ursus" - pokazali atrakcyjne zakątki i te mniej atrakcyjne. Duży plus. Podoba mi się to, bo... bądźmy realistyczni, przecież zbuntowana Klara nie spotykałaby się z koleżanką w Plazie czy w knajpce na Starym Mieście.
Gra aktorska Andrzeja Chyry, Tomka Ziętka, Jerzego Rogalskiego czy Elizy Rycembel oraz innych, oswojonych z kamerą bardziej niż znajomi statyści była bardzo przekonująca, na poziomie. Szczególnie podobała mi się kreacja władczej pani dyrektor, którą zagrała Dorota Kolak.
Jedna z moich ulubionych polskich aktorek, Urszula Grabowska, niestety moim zdaniem nie powala na kolana swoją grą w "Carte Blanche". Cieszyłam się, że zobaczę ją w znajomym otoczeniu, w moim mieście na wielkim ekranie, ale trochę się zawiodłam - wypadła blado na tle swojego filmowego partnera. Wątek miłosny w ogóle jakoś dziwnie się rozwijał - sprawia wrażenie niedokończonego. Być może, po wszystkim, nie był aż tak ważny...
Bardzo się ucieszyłam, widząc, że pierwowzór postaci Kacpra - Maciej Białek - dostał rolę w filmie poniekąd o sobie. Zagrał sąsiada głównego bohatera, który uświadamia mu, że pomylił klatki w bloku. Zachwyciła mnie jego gra i zapadła w pamięć - genialnie wypadł obok równie genialnego Chyry. Bez doświadczenia, ale ze świetnym efektem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Nie wiem, czy pan Białek wciąż uczy w ósemce, ale życzę mu jak najlepiej :-)
Polecam ten film wszystkim, którzy czytają ten post. Życzę wam też, byście kiedyś mieli szansę przekonać się na własne oczy, na czym polega magia kina.