Podczas gdy głowy młodzieży w wieku licealnym, która wypełniała autobus, kiwały się w lewo i w prawo w rytm snu czy usypiającego kołysania pojazdu, w środku tychże głów działy się sny, wyobrażenia, czy krótkie, ulotne myśli. Każdy osobny rozum był siedzibą osobnego świata, a los mieszkańców był całkowicie zależny od króla, właściciela danej głowy. Król w swoim świecie był nietykalny... no chyba że był masochistą.
W jednym z takich światów odbywała się właśnie projekcja snu - a był to jeden z niewielu niezależnych od króla (w tym przypadku królowej) elementów.
Daria stała nad przepaścią. Patrzyła na kłębiące się w dole chmury. Były ciemne, ale ich kontury były okraszone złotem słońca schowanego za nimi. Po burzy zawsze przychodzi słońce, prawda? Obok niej stał Damian. Uśmiechał się swoim zwykłym, promiennym uśmiechem, ale zza wyrazu jego twarzy wyglądała już obojętność. Daria wciąż nie mogła mu wybaczyć, że po ich przyjaźni tak po prostu znalazł inną najlepszą przyjaciółkę. Zmieniał je jak rękawiczki, żadnej nie okazał więcej uczuć, niż przyjaźń, chociaż każda miała cichą nadzieję, że może to ona będzie tą jedyną.
Poczuła taką złość, jak jeszcze nigdy w żadnym śnie. Spojrzała w przepaść, będąc już na granicy snu i jawy, a ześlizgując się w dół, obudziła się, wciąż z uczuciem spadania w żołądku.
Była zadowolona ze swojego życia. Umiała znajdować przyjaciół, rozmawiać z ludźmi i walczyć o swoje. Ale kiedy chodziło o Damiana, nic nie było takie proste. Poznała go na pierwszym przesłuchaniu do "Lotty" rok temu i wydał jej się wtedy chłopakiem marzeń. Szybko zauważyła, że nie tylko ona tak go widziała. Przyjaźnił się ze wszystkimi dziewczynami, które występowały w spektaklu. Miał tylko jednego przyjaciela, a reszta chłopaków patrzyła na niego głównie z zazdrością o taki dobry kontakt z tyloma przedstawicielkami płci pięknej.
Stronił od bliższych sympatii, miał tylko jeden udany związek- każda z jego dziewczyn była zazdrosna o jego przyjaciółki, a prędzej czy później kończyło się na wzajemnej niechęci. Daria dowiedziała się o nim wiele od innych, zanim została jego "true friend", co pozwoliło jej na oszczędzenie sobie zawodu i nawet nie miała nadziei na zostanie tą jedyną na zawsze.
Nie spodziewała się jednak, że po dwóch tygodniach Damian zacznie chodzić na kawę nie z nią, ale z Moniką. Następne dwa tygodnie minęły i Monikę zastąpiła Marta. Poczuła się wtedy dziwnie, nawet nie źle, ale nie mogła przestać myśleć o tym, jaki naprawdę w środku jest ten chłopak. Wciąż nie wiedziała.
"Muszę ostrzec dziewczyny - pomyślała Daria. - Żeby tylko nie pomyślały, że rzucam im kłody pod nogi z zazdrości."
Autobus zaczął zwalniać. Lisa poruszyła się w półśnie i przeciągnęła się w miarę możliwości, otwierając oczy. Jej dawny nauczyciel angielskiego miał swój stały żart na wymianie międzynarodowej - "przestaje kołysać, bobaski się budzą". Lisa miała ogromny sentyment do tego żartu. Tak jak do wszystkiego, co wiązało się ze wspomnieniami z gimnazjum.
Zdjęła z uszu słuchawki, w których akurat kończyła się piosenka Imagine Dragons - All Eyes. Włożyła je do czarnego woreczka - etui i wrzuciła je do torby.
Zatrzymywali się. Kierowca skręcił w prawo, a Lisa oraz budzący się Damian, Daria i Hubert - jak i reszta młodzieży - ujrzeli przydrożny zajazd z płowej cegły. Niski, pokryty ciemnobrązowym dachem w kolorze kawy budynek wyglądał na zadbane, porządne miejsce. Na parkingu stało kilka tirów, a w przeciwległym jego rogu zatrzymały się cztery motocykle. Pod parasolami na tarasie restauracji odpoczywało kilka osób.
- Miło będzie rozprostować nogi - powiedziała Daria.
Daniela i Anka obudziły się dopiero, kiedy kierownik wyjazdu ogłosił piętnaście minut postoju.
- To co, biegniemy do kibelka? - zapytała Anka. - Potem kolejka będzie kosmiczna.
- Jeśli masz siłę, to biegnij - odparła Daniela, przeciągając się piąty raz.
- Ja mogę biec - powiedziała Daria i wyszły pierwsze z autokaru.
- Zew fizjologii - zażartował Hubert.
Lisa roześmiała się i obdarzyła go ciepłym spojrzeniem. Wydawał jej się ciekawy i inny, bo patrzył na nią zupełnie inaczej, niż wszyscy. Nie rzucał jej ukradkowych spojrzeń, ale patrzył otwarcie, uprzejmie, nie odwracał wzroku.
Z autokaru wkrótce wysypał się tłum na rozgrzaną płytę parkingu. Chcąc nie chcąc, wszyscy z rozsądku i na zapas poszli do toalety.
Wiał wiatr, kolorowe włosy Danieli wiały z nim na wszystkie strony.
- Ej - zaprotestował Damian - nie jestem aż tak głodny, żeby jeść twoje włosy.
- Tak czy inaczej, smacznego - odparła.
Włosy Lisy nie były bardzo potargane po spaniu, ale z warkocza pod wpływem wiatru wychodziły pasemka, a krótsze kosmyki przy twarzy już wiały na wietrze.
"Do wieczora już nic z niego nie zostanie. Może to i dobrze" - pomyślała.
Weszli do budynku zajazdu i ustawili się w kolejkach do łazienek. Nie trwało to aż tak długo, jak myśleli że będzie, ale postój i tak przedłużył się do 20 minut.
Po wyjściu z łazienki Lisa znalazła się w zatłoczonej restauracji i stwierdziła, że musi znaleźć się z powrotem na wietrznym parkingu. Nie szukała nawet Darii czy Anki, które już dawno wyszły z toalety. Daniela dopiero do niej weszła, a nie chciało jej się czekać. Czasem dopadało ją pragnienie, by pobyć przez chwilę sama.
Wyszła więc. Wiatr uderzył w nią, ale był ciepły, przyjemnie przenikliwy. Skierowała swe kroki za budynek i zobaczyła stację benzynową, niewielką, bez żadnego specjalnego logo. Znajdował się tu też sklep, a na trochę wydeptanej trawie nieopodal stał plac zabaw - dwie huśtawki, domek ze zjeżdżalnią i inne sprzęty do zabawy oraz dwie ławki.
Usiadła na jednej z nich. Widziała stamtąd autokar, więc miała pewność, że wróci na czas, kiedy wszyscy będą kierować się z powrotem w tamtą stronę.
Podciągnęła nogi na ławkę i usiadła po turecku. Uwielbiała ten stan, kiedy wiadomo, że coś się zmienia, ale jeszcze nie wiadomo dokładnie w jaki sposób. Lubiła siedzieć na ławkach, na których jeszcze nie siedziała i pewnie już nie usiądzie, podziwiać widok, którego nigdy nie widziała i pewnie nie zobaczy już więcej... Zwykły budynek czy linia horyzontu za polem z pszenicą, ale właśnie to, że to jedyny raz w życiu Lisy, kiedy je widzi, czyniło te chwile tak wyjątkowymi. Nic nie miało prawa być zwykłe, jeśli było unikatowe. A wszystko jest inne na świecie - więc zarazem niezwykłe.
Zza rogu budynku wyszedł Hubert, zmierzając w stronę Lisy, jakby wiedział, że ją tu znajdzie. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, mając poczucie, że nieźle namiesza w jej życiu.
- Cześć! Wszyscy cię szukają - powiedział i usiadł obok niej. Z tej mniejszej odległości spostrzegła, zaskoczona, że chłopak ma kilka piegów na nosie, co nie pasowało do jego ogólnego zarysu, ale czyniło go jeszcze przystojniejszym.
- Czasem nie chcę dać się znaleźć - odparła.
- Lubisz być sama?
- Zdarza się. Impuls i nagle się chowam albo po prostu uciekam - przechyliła głowę w lewo.
Przyglądał jej się, i widział, że ona jemu też.
- Ja też jestem introwertykiem. Szkoda, że ludzie nie rozumieją do końca, co to znaczy - powiedział.
- To im powiedzmy - zażartowała Lisa, ale Hubert wziął to na serio.
- Naprawdę możemy to zrobić. A tymczasem... jestem pewny, że już mówiłaś, skąd pochodzi twoje imię, ale ja pewnie wtedy dopiero wychodziłem z domu.
- Moja mama jest Polką, tata Amerykaninem z zamiłowaniem do Polski. Moja mama wyjechała na studia do USA, poznała mojego tatę, została, założyli rodzinę, a kiedy miałam jakieś jedenaście lat, tata dostał ciekawą propozycję współpracy w Krakowie. No i jestem tutaj, z tym dziwnym imieniem.
- Z tym pięknym imieniem - poprawił ją Hubert z najcieplejszym z jego uśmiechów.
- Dziękuję - dzięki Bogu, że nie miała w zwyczaju często się rumienić.
Zapadła krótka cisza, ale taki sam impuls, który kazał jej wyjść samej z restauracji, teraz zmusił Lisę do przerwania ciszy.
- Wiesz, co myślę? - nie czekała na odpowiedź, Hubert patrzył już z zaciekawieniem. - Że ta ławka jest wyjątkowa. Tylko dlatego, że nigdy jeszcze na niej nie siedzieliśmy. Uwielbiam takie chwile, kiedy wszystko wydaje się inne, i takie, kiedy... od tego momentu... wiesz, że coś się zmieni i czujesz to całą duszą, ale nie masz pojęcia, co. Myślę też, że ten widok jest wyjątkowy, ta stacja i to słońce, które tak a nie inaczej oświetla ten budynek. Czy ty też to czujesz?
Huberta zamurowało. Patrzył na nią jak urzeczony, i bynajmniej nie patrzył na to, jak wygląda, ale jego spojrzenie sięgało głębiej. Pokazała mu wielki kawał swojej duszy. Był skłonny siedzieć tak i słuchać jej po wsze czasy.
- Przecholowałam? O tym myślisz?
- Myślę - zaczął dopiero sklecać zdanie - że oboje jesteśmy szaleni.
Roześmiała się.
- No to nie mogę się doczekać, by zobaczyć, w czym się to twoje szaleństwo przejawia - odparła.
Wstali z ławki i skierowali swe kroki do autokaru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz