Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renegade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Renegade. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2015

Renegade. Rozdział siódmy - Co ty tu robisz?

Kucharka spojrzała na Lisę z wielkim zaskoczeniem.

- Nie musisz mi pomagać - powiedziała.

- Ale chcę - dziewczyna uśmiechnęła się do niej. - Niech pani się nim nie przejmuje. To tylko rozpuszczony dzieciak.

- Znasz go? - kobieta zaciekawiła się.

- Nie. I całe szczęście, bo widać, jaki jest.

- Dziękuję za pomoc. Jak wy to teraz mówicie... "zrobiłaś mi dzień" - powiedziała kucharka, kiedy podłoga była już sucha i czysta.

Lisa uśmiechnęła się promiennie i odparła:

- Nie ma sprawy - wstała, wróciła do stolika i jak gdyby nigdy nic zrobiła sobie kolejną kanapkę.

Wszyscy, którzy widzieli, co zrobiła Lisa po wyjściu Janka, patrzyli na nią z mieszaniną zdziwienia i podziwu. Ona tylko uśmiechała się do nich, a oni albo odwracali wzrok, albo odwzajemniali uśmiech.

- Czułaś się winna? - zapytała ją Ada.

- Nie, dlaczego? - dziewczyna zdziwiła się.

- Bo gapił się na ciebie od samego wejścia - powiedziała Anka, unosząc brwi, rozbawiona.

- Dlatego nie zauważył tej pani - dodała Daria.

- I na nią wpadł - uzupełniła relację Magda, po czym napiła się herbaty.

Lisa poczuła się trochę osaczona, kiedy dziewczyny wyrzucały z siebie urywane zdania, jakby w umówionej kolejności. Zaniemówiła. Dlaczego zawsze każdy chłopak gapił się na nią, jakby była po prostu eksponatem w muzeum, rzeźbą bez niczego w środku?

"Będę musiała udowodnić wszystkim, że mam jednak coś w środku. Zresztą, to ja wstałam, by pomóc tej pani." - pomyślała, coraz bardziej zdeterminowana, ale i zadowolona z siebie.

- I to właśnie ty pierwsza zaczęłaś się śmiać - Daria potrząsnęła głową ze śmiechem. - Mam wrażenie, że jest teraz super wściekły

- Oby nie - odparła krótko Lisa.

- Dobrze, że nie widział, jak wstałaś i wycierałaś podłogę - Ada roześmiała się.

- Szkoda - Lisa uśmiechnęła się zawadiacko i upiła łyk herbaty, spoglądając na drzwi.

Daniela gwizdnęła i wszystkie się roześmiały.

- Więc mówisz, że będziesz z nim zadzierać? - Anka odstawiła pusty kubek na stół i oparła się na blacie obiema rękami.

- No risk, no fun - powiedziała Lisa z rodzimym akcentem, już nawet nie wstydząc się nim afiszować.

- No, no - Dominika wykorzystała chwilę ciszy, by podsumować wszystkie wydarzenia ubiegłych piętnastu minut. - Wygląda na to, że to będzie ciekawy wyjazd.

Dziewczyny pokiwały głowami.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po śniadaniu wszyscy rozeszli się do pokojów, a o dziewiątej rozpoczynał się pierwszy wykład.

Lisa miała nadzieję, że Janek nie jest w sadystycznym nastroju. Jej koleżanki z pokoju i te z sąsiedniego zapowiedziały, że okrążą ją jak straż przyboczna, ale Lisa podziękowała i odmówiła, bo czuła się co najmniej odważna.

Kiedy wszyscy stawili się pod salą, Lisa od razu go zauważyła. Stał i rozmawiał ze swoim przyjacielem, Wiktorem. Nie nosił już żadnych śladów czerwonej zupy, wydawał się zupełnie wyluzowany, jakby zapomniał o tym, co się stało, więc Lisa odetchnęła. Daria jednak ścisnęła ją ostrzegawczo za rękę.

- Uważaj na siebie, kiedy ten palant się do ciebie zbliży na mniej niż dwa metry - powiedziała półgłosem.

Lisa roześmiała się.

- Mówisz, jakby miał zamiar wrzucić mnie do basenu z kwasem.

- Z takimi to nigdy nie wiadomo - Daria wzruszyła ramionami.

- Przecież to on się na mnie gapił - Lisa obstawała przy swoim.

- Śmiałaś się z niego, a z takich jak on się nie śmieje - odparła koleżanka.

- Skąd wiesz? - Lisa znowu miała wrażenie, że w powietrzu pomiędzy nimi lata jakiś sekret.

Daria nie odpowiedziała.

Przy wchodzeniu do sali jakaś dziewczyna, którą Lisa bardzo słabo kojarzyła, przepuściła ją i się do niej uśmiechnęła. Lisa zdziwiła się. Zwykle ludzie nie przepuszczają nikogo tak bez powodu.

Kiedy szła w kierunku siedzeń, na których siedziały poprzedniego dnia, spojrzała ze zdziwieniem na koleżanki.

- To dlatego, że wycierałaś podłogę w stołówce - oświeciła ją Daniela.

- To było tylko głupia mała bezinteresowna pomoc! - Lisa szepnęła głośno, zauważając jeszcze więcej ludzi uśmiechających się do niej uprzejmie.

- Obrażasz bezinteresowną pomoc - rzuciła Daria.

Lisa usiadła i ucieszyła się, że udało jej się nie ściągnąć na siebie uwagi Janka. Zresztą, czy prowokowałby ją w grupie osób, które w większości były po jej stronie?

Zaczął się wykład. Lisa chłonęła każde słowo, odcinając się od świata i skupiając tylko na tym, że nareszcie wróciła do tego, co kocha. Nie rejestrowała już nawet spojrzeń, uśmiechów ani szeptów ("to ta, która wycierała podłogę w stołówce"). Notowała skrupulatnie to, co mówił wykładowca, a nawet jeśli bolał ją nadgarstek, to tego nie czuła.

Ze skupienia wyrwał ją dopiero głośny trzask drzwi z tyłu po lewej stronie. Dopiero wtedy poczuła, że zaczyna boleć ją kark, a prawa stopa ścierpła jej na amen. Odwróciła głowę w stronę drzwi, by ją rozruszać, i zobaczyła, kto był przyczyną tego trzasku.

"Piotrek!" - zawołała w myślach.

Obok drzwi stał Piotrek, trochę onieśmielony mnóstwem głów zwróconych w jego stronę. Kiedy jednak jego oczy spotkały pytający, ale rozradowany wzrok Lisy, uśmiechnął się i ruszył w stronę wolnych siedzeń na widowni.

- O, witamy spóźnialskiego! - powiedział wykładowca.

- Wszystko w porządku - kierownik warsztatów wstał i zwrócił się do widowni. - Wybaczcie to zamieszanie, ale mamy jeszcze jednego uczestnika, na miejsce kogoś, kto wypisał się tydzień temu. Dopiero wczoraj zdążyliśmy dopełnić wszystkich formalności, więc Piotrek jest z nami od dzisiaj. Zapraszam po indeks.

Piotrek wstał i pewnym krokiem podszedł do kierownika. Ten wręczył mu zieloną książeczkę i poklepał po ramieniu.

"Miałem sprawdzić stan techniczny kulis" - Lisa była skonfundowana. Zabrzmiało to poprzedniego dnia jak "Ja tu tylko sprzątam". Nie mogła zrozumieć, dlaczego ten chłopak zachowywał się, jakby nie chciał tu być.

Kiedy usiadł, wykładowca wrócił tam, gdzie skończył. Tym razem, ilekroć Lisa próbowała się skupić, rozpraszały ją myśli o Piotrku. Daria zauważyła, że koleżanka patrzy pustym wzrokiem przed siebie, jakby była nieobecna. Zastanawiała się, co się dzieje, że Lisa tak nagle oklapła.

Dwadzieścia minut później skończył się wykład. Była 10:10. Na wpół do jedenastej mieli zaplanowany pierwszy spacer po mieście i zwiedzanie.

Lisa trochę ociągała się z wstaniem, wertowała notatnik w poszukiwaniu nieistniejącej luźnej kartki i szukała pod fotelem długopisu, który miała w garści. Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że Piotrek też siedzi, ale spokojnie czytając notatki. Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej.

W końcu oboje wstali, po tym, jak połowa uczestników warsztatów była już na korytarzu. Lisa wydostała się spomiędzy siedzeń i podeszła do Piotrka, stojącego w połowie drogi do drzwi.

- Co tu robisz? - zapytała, trochę zażenowana swoim niebywale elokwentnym pytaniem.

- Uczę się - uniósł indeks - widzisz? - uśmiechnął się.

- Nie wiedziałeś wczoraj, że jesteś na liście? - Lisa zastanawiała się, czy okłamał ją z premedytacją.

- Wiedziałem - przyznał. - Ale po prostu nie chciałem przyjąć tego do świadomości - skrzywił się.

Ruszyli do drzwi w chwilowym milczeniu.

- Dlaczego tak bardzo nie chcesz tutaj być? - zapytała, kiedy już wyszli na korytarz. Wszyscy oprócz nich już się rozeszli.

- Jestem tutaj na specjalnych zasadach. I w ramach pewnego ultimatum. Słuchaj... nie mów o tym nikomu, dobra? - potarł dłonią swój kark i uśmiechnął się lekko. - Wolę się nie wychylać, żeby jakoś to przetrwać.

- Jasne. Potrafię dochować tajemnicy - odparła Lisa. - Mieszkasz tu, prawda? W Kołobrzegu - dodała, by potwierdzić swoje przypuszczenia.

- Skąd wiesz? - zdziwił się.

- Intuicja - powiedziała.

- Widzę, że cię nie zawodzi - splótł ręce na piersi i oparł się o ścianę. - Ale tymczasowo mieszkam tutaj, z Jankiem, Wiktorem i Mateuszem w pokoju, bo kierownik stwierdził, że tak będzie "właściwie" - przewrócił oczami.

- Auć. Współczuję - Lisa mogła się tylko domyślać, jak ciężko jest użerać się z Jankiem, mieszkając z nim i jego przyjaciółmi w pokoju.

- Wiesz co, wcale nie jest tak źle. Myślałem, że będzie o wiele gorzej - powiedział Piotrek.

Lisa pomyślała, że albo udaje, albo jest aż tak odważny, albo aż tak szalony.

- Słyszałem o tym, co się stało na stołówce. Pewnie miałaś niezły ubaw.

Lisa uśmiechnęła się.

- Powiedzmy, że było całkiem zabawnie - odparła.

- Odważna z ciebie dziewczyna. Nie boisz się go ani trochę? Jeśli zacznie cię zaczepiać, czy coś takiego, mogę z nim porozmawiać - powiedział Piotrek, nagle trochę onieśmielony.

- Jesteś już ósmą osobą, która mi to proponuje - roześmiała się. - Czy naprawdę wyglądam na aż tak słabą?

- Nie. Raczej na tak fajną, że ma się ochotę mieć cię w gronie przyjaciół.

Zrobiło jej się gorąco i była pewna, że się zarumieniła. Fajna. Takie małe słowo, a sprawia tak dużą radość.

- Dzięki - odparła, uśmiechając się, i już miała powiedzieć coś więcej, kiedy usłyszeli głos kierownika.

- Piotrek! Chodź tu na chwilę!

Kiedy znikał w sali teatralnej, pomyślał, że może te warsztaty wcale nie będą takie złe. Wiedział, że Lisa to wyjątkowa dziewczyna, i nie zamierzał zostawić jej na łaskę i niełaskę swojego współlokatora.

Lisa pobiegła po dwa schodki na górę do pokoju. Zastanawiała się, czy Piotrek będzie zwiedzał Kołobrzeg z wszystkimi. Pomyślała, że sama chciałaby kiedyś zwiedzić Kraków jak turystka i ugryzła się w język, by nie krzyknąć z podekscytowania. Zapowiadały się intensywne i pełne emocji trzy tygodnie.

Kiedy weszła do pokoju, dziewczyny z wyczekiwaniem wlepiły w nią trzy pary oczu.

- Kto to jest? - wypaliła Daniela.

- Skąd go znasz? - zapytała z zaciekawieniem Daria.

Lisa zrzuciła buty i położyła się na łóżku, a potem spojrzała w sufit.

- Wczoraj w nocy wyszłam, kiedy zasnęłyście. Daria już wie. Ale żadna z was nie wie, kogo spotkałam. Weszłam na scenę i śpiewałam moją ulubioną piosenkę, a potem zapalił się reflektor. To Piotrek stał na mostku na górze. Potem zaśpiewaliśmy kawałek razem, i chwilę pogadaliśmy. Powiedział, że tylko sprawdza stan oświetlenia. Zabrzmiało to jak "Ja tu tylko sprzątam", więc to trochę dziwne, że nagle się znalazł wśród nas, nie sądzicie?

Na początku odpowiedziało jej milczenie, ale po chwili odezwała się Anka.

- Dlaczego? Może pracuje tu, ale nie płaci za udział?

- Ale nie wydawał się zachwycony, kiedy szedł po indeks - powiedziała Daria, patrząc na Lisę z uśmiechem. Coraz więcej tajemnic zostawało rozwianych.

- Bo nie był - Lisa przekręciła się na bok, wstała i zaczęła pakować torbę na spacer.

- Tyle facetów dookoła - Daniela pokręciła głową - którzy czegoś od ciebie chcą. Zwariować można.

Lisa uśmiechnęła się i przytaknęła.

- Ale trzeba stawić im czoła - powiedziała Daria z nosem w walizce, poszukując okularów przeciwsłonecznych. Spadł jej z serca kamień - nareszcie dowiedziała się, czego Lisa nie chciała jej powiedzieć. Rozumiała ją, bo gdyby sama spotkałaby kogoś takiego właściwie na granicy snu i jawy, w nocy i w takiej niezwykłej scenerii, musiałaby sama przyzwyczaić się do myśli, że to nie był sen, i nie powiedziałaby o tym nikomu przez następny dzień. A skoro Piotrek przestał być tylko postacią niemal ze snu, tajemniczym chłopakiem od reflektorów, skoro okazało się, że w świetle dnia też ukazuje się ludziom, Lisa mogła podzielić się z koleżankami tym, co przytrafiło się jej w nocy.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Renegade. Rozdział szósty - Janek.

Daria nie spała dobrze tej nocy. Udawała, że śpi, kiedy wszystkie się położyły. Wiedziała też, że Lisa nie spała dobrze - nosiło ją aż tak, że zniknęła z pokoju na dwadzieścia minut. Daria nie zasnęła przez cały ten czas, a kiedy Lisa wróciła i położyła się z powrotem do łóżka, Daria wciąż leżała twarzą do ściany i udawała, że śpi. Gdzie mogła pójść Lisa o tej porze? Wydawało się to dziwne, że nie mogąc zasnąć po prostu postanowiła wyjść, w dodatku zostawiając pokój zamknięty tylko na klamkę.

Tak długo Daria leżała na granicy rzeczywistości i snu, że nawet Lisie udało się zasnąć wcześniej.

Rano po przebudzeniu zastanawiała się, jak długo spała. Jej bezsenność chyba nie wiązała się ze spaniem w nowym miejscu, ale raczej z Damianem. Po raz kolejny nie umiała przejść nad nim do porządku dziennego.

Wstała z łóżka i podeszła do okna. Było rano, godzina siódma. Najwyższy czas na wstanie, bo śniadanie było o ósmej. Z łazienki dobiegał szum wody i śpiewanie swoistego mashupu z "Metra", co znaczyło, że Anka właśnie bierze prysznic. Daniela wciąż chrapała w najlepsze, a Lisa siedziała na parapecie i czesała włosy.

- Jak się spało? - zapytała.

- Tak sobie. Nie mogłam zasnąć.

- Damian? - Lisa się domyśliła.

- Trochę. Chyba tak. A ty gdzie byłaś tak późno? Słyszałam, że wychodziłaś - Daria postanowiła po prostu spytać.

- Przepraszam, nie chciałam hałasować - Lisa trochę się speszyła, jakby koleżanka przyłapała ją na czymś niewłaściwym.

- Nie hałasowałaś. Po prostu było cicho, a ja też nie spałam.

- Poszłam do sali teatralnej. Chciałam pobyć tam trochę sama. No i... nie mogłam się doczekać, by stanąć wreszcie na scenie - Lisa chciała zachować Piotrka tylko dla siebie, na razie nie była gotowa na opowiadanie o nim.

-  Masz naprawdę dziwne pomysły w środku nocy - Daria pokręciła głową, nieco rozbawiona.

- Hej, to nie był środek nocy!

- Ale cisza nocna poniekąd była - Daria otworzyła okno. Usłyszały poranny śpiew ptaków z drzewa, które rosło pod ich oknem.

- Poniekąd? - Lisa rzuciła szczotkę na łóżko i zaczęła zaplatać warkocz.

- Często to tylko pojęcie, a dziś po prostu wszyscy byli zmęczeni - Daria dobrze znała "cisze nocne" gdzie wszyscy udawali przed opiekunami, że śpią, a w pokojach toczyły się względnie ciche imprezy karciane, gadane albo jedzone.

- Tak, wiem o co chodzi - Lisa sama kiedyś na koloniach musiała za karę stać przy barierce od schodów z kierownikiem piętnaście minut, bo została wysłana z misją dostarczenia popcornu, a kierownik akurat szedł na zwiad. Ach, młodość.

Śpiew ptaków nie dla wszystkich był miłym zjawiskiem, a szczególnie z rana. Daniela otworzyła jedno oko, potem drugie i sarknęła.

- Dlaczego one do Marysi muszą się tak drzeć?! - wstała i zamknęła okno z hukiem.

- Gdyby nie one, mogłabyś się spóźnić na śniadanie, a dziś jest pasta jajeczna w jadłospisie - powiedziała Anka, wychodząc z łazienki w bawełnianej niebieskiej sukience i z turbanem na głowie.

Daniela spojrzała na najlepszą przyjaciółkę i przekrzywiła głowę jak piesek, kiedy się czemuś przygląda i pokiwała nią, przenosząc spojrzenie z powrotem na okno.

- To może być jakaś okoliczność łagodząca - oświadczyła.

Dziewczyny roześmiały się.

Daria usiadła przed szafą, bo miała największą półkę, która znajdowała się na samym dole. Wzięła ze sobą najwięcej ubrań. Wyjęła z szafy bawełnianą, fioletową spódnicę do kolan i białą koszulę bez rękawów, a potem poszła do łazienki.

Wzięła szybki prysznic. Myślała wciąż o tym, co Lisa robiła poza pokojem w nocy. Coś w zachowaniu Lisy podpowiadało Darii, że koleżanka nie powiedziała jej wszystkiego. Daria nie chciała nieufnie przyglądać się koleżance, a nawet materiałowi na przyjaciółkę, więc postanowiła porozmawiać z nią o tym tak szybko, jak tylko się dało. Na myśl, że dziś znowu spotka Damiana, poczuła złość zmieszaną z ulgą i szczyptą radości. Tak wiele uczuć naraz, że aż zakręciło jej się w głowie, kiedy wychodziła spod prysznica. Złapała obiema rękami za krawędź zlewu i spojrzała w lustro. Zamknęła oczy, marząc, by złe przeczucia były tylko jej wyolbrzymieniem sprawy, a nie prawdziwą intuicją. Kiedy spojrzała z powrotem na swoje odbicie, zdobyła się nawet na uśmiech.

"Wszystko będzie dobrze, Daria" - tak jak często, weszła w rolę własnej najlepszej przyjaciółki.

Ubrała się w spódnicę i koszulę. Miała własny styl i bardzo się z tego cieszyła, bo większość jej koleżanek narzekała, że nie potrafią wypracować swojego. A ona po prostu lubiła nosić eleganckie i niepowtarzalne ubrania.

Wyszła z łazienki. Dziewczyny spojrzały na jej strój z uznaniem.

- Już wczoraj to zauważyłam, ale... jak ty to robisz, że nawet najzwyklejsze ubrania wyglądają na tobie jak z wybiegu? - zapytała Daniela.

- Przesadzasz - odparła Daria. Wyjęła z kosmetyczki wypełniacz do koka i z jego pomocą wprawnie zaczęła robić kok na czubku głowy.

- Nie przesadzam - zaprotestowała Daniela. - Wyglądasz przepięknie.

- Dziękuję! - Daria była zachwycona komplementem.

- Mogę iść teraz do łazienki? - zapytała Lisa, a kiedy nikt nie zaprotestował, poszła tam z dżinsowymi szortami i zieloną bokserką pod pachą.

Musiała nosić szorty w lecie, bo lubiła korzystać z ciepła, a w długich spodniach by się ugotowała, ale gdyby istniała taka możliwość, nie odsłaniałaby ud przez cały rok. Chciała nosić więcej spódnic i sukienek, ale nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a w nich właśnie tak było. "Może jutro" - pomyślała, zakładając krótkie spodenki po prysznicu. Skrzyżowała ramiączka od stanika, bo nie znosiła, kiedy wystawały spod bokserki, założyła bluzkę i umyła twarz. Nałożyła starannie krem CC i podkład, a potem puder. Przyjrzała się sobie i stwierdziła, że może wychodzić.

W pokoju panowało pełne skupienia milczenie, bo Anka i Daria malowały się przy stole, a Daniela wskoczyła do łazienki tak szybko, jak to było możliwe. Lisa wyjęła z szafy granatowo-białą koszulę flanelową i założyła ją, rozpiętą, na bokserkę. Potem przeniosła swoją kosmetyczkę na stół i postawiła na nim swoje własne lusterko. Wyjęła z kosmetyczki paletę cieni do powiek i zaczęła starannie malować prawe oko. Niedawno odkryła, jak wielką różnicę potrafi zrobić trochę brązowego cienia od połowy powieki aż do zewnętrznego kącika i jasna, perłowa kreska od zewnętrznego kącika do połowy linii rzęs na obu powiekach. Potem użyła tuszu do rzęs.

Zanim skończyła oboje oczu, dziewczyny zdążyły się umalować, a Daniela przygotować się do wyjścia.

- Kończysz już? - zapytała Daria, kiedy Lisa ocknęła się z letargu, w który zawsze zapadała, malując się. Nie mogła nic poradzić na to, że od kiedy pamiętała, była perfekcjonistką i jak już coś robiła, to musiało wyglądać idealnie.

- Tak - Lisa spojrzała na nią z rozbawieniem.

- Ładnie się umalowałaś. Mogę się u ciebie podszkolić? - zapytała Anka.

- Jasne - koleżanka uśmiechnęła się szeroko.

Daniela miała na sobie czarne dżinsowe spodenki i zwykły, biały t-shirt z napisem "Kocham poniedziałki". Na nogi założyła szare trampki z nitami. Anka do sukienki też włożyła trampki, tyle że czarne.

Lisa miała na nogach te same sportowe buty, co w nocy. Tylko Daria wyłamała się ze schematu i założyła baleriny.

- Idziemy na śniadanie? - Anka położyła rękę na klamce.

- Chodźmy, jestem głodna! - zarządziła Daniela.

- To już? - zdziwiła się Lisa.

- Nic dziwnego, że nie zauważyłaś, skoro dwadzieścia minut się malowałaś - zażartowała Daniela.

Zamknęły za sobą pokój i zbiegły po schodach na parter. Stołówka znajdowała się tuż obok klatki schodowej, a w korytarzu już zebrał się tłumek.

Po niedługim czasie otworzyły się drzwi stołówki. Wiecznie wygłodniała młodzież wlała się gwałtowną falą do dużej sali wyłożonej zielono - białą boazerią i parkietem z ciemnego drewna na podłodze. Stoliki były ośmioosobowe, więc Lisa, Daria, Daniela i Anka usiadły z dziewczynami z pokoju obok - Adą, Magdą, Olą i Dominiką.

Śniadanie upłynęło w sennej atmosferze. Lisa nie mówiła wiele, tylko przysłuchiwała się szmerowi rozmów i stukaniu sztućców o talerze. Daria i Daniela rozmawiały z Olą, która była już znacznie bardziej wypoczęta i miała świetny humor. Anka ziewała na przemian z Dominiką, a Magda śmiała się z Ady, która próbowała swoich sił w jedzeniu tylko lewą ręką.

- Wydoroślej trochę - Dominika przewróciła oczami na zachowanie Ady, ale też śmiała się z koleżanki.

Lisa rozejrzała się po sali. Damian i Hubert siedzieli trzy stoły od nich z kolegami z pokoju i z czterema dziewczynami z innego.

Nagle drzwi do stołówki otworzyły się gwałtownie i wszedł przez nie Janek. Był ubrany w ciemnoniebieskie dżinsy i sweterek opinający szczelnie jego imponującą muskulaturę. Lisa tylko przewróciła oczami i wróciła do jedzenia, pewna, że to było zaplanowane spóźnienie, podczas gdy wszystkie spojrzenia zwrócone były na Janka.

Kiedy jednak usłyszała niespodziewany hałas, odwróciła głowę z powrotem i ujrzała przekomiczny widok: od torsu po same stopy chłopak oblany był czerwonym płynem, czyli zupą pomidorową, którą przez przypadek wylała na niego kucharka niosąca wazę z tą właśnie zupą. Zadzierał nosa tak wysoko, że nie zauważył niskiej kobiety z wielką wazą, a teraz stał i patrzył wściekłym wzrokiem to na zupę na swoim swetrze, to na przestraszoną kucharkę.

- Czy pani ma pojęcie, ile to kosztowało?! - krzyknął wściekle.

Lisie tak bardzo zachciało się śmiać, że nie mogła się powstrzymać i zachichotała. Zrobiła to jednak na tyle głośno, że Janek spojrzał na nią z morderczym wyrazem twarzy, który po chwili zelżał i przerodził się w intensywne spojrzenie z pewną nutą zainteresowania. Lisa wytrzymała i wygrała tą bitwę na spojrzenia. Janek odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stołówki, a za nim podążał coraz bardziej nasilający się śmiech wszystkich siedzących przy stolikach.

Lisa wciąż czuła spojrzenie chłopaka, mimo, że już nie było go w stołówce. Zamrugała kilka razy i spojrzała na kucharkę sprzątającą samotnie wielką kałużę rozlanej zupy. Incydent wydarzył się blisko, więc po prostu wstała, podeszła i wzięła jedną z dwóch ścierek, które zdążyła już przynieść kucharka. Kucnęła i zaczęła wycierać podłogę razem z nią.

.............................................
Tym razem trochę krótszy rozdział, bo mam wrażenie, że za długich nie czyta się tak dobrze - no i długo się je pisze.

czwartek, 19 marca 2015

Renegade. Rozdział piąty - Piotrek

Kiedy zaczynałam pisać Renegade, chodziło głównie o wydarzenia w tym rodziale, więc jestem strasznie podekscytowana tym, że nareszcie to publikuję!!!
Ten rozdział dedykowałabym siostrom Cimorelli, gdyby tylko była szansa, że to przeczytają. Więc dedykuję go wszystkim CimFam, ale i wszystkim innym ludziom, którzy marzą o takich dziwnych spontanicznych wydarzeniach, jak w tym rozdziale <3 Enjoy!

Po wejściu na salę widowiskową Lisa rozejrzała się dookoła z zachwytem. Sala nie była szczególnie nowoczesna ani ogromna, ale miała swój niesamowity urok. Niektórzy, bardziej wymagający młodociani znawcy teatru mogli być zawiedzeni, ale nie Lisa.

Sala miała wysokość trzech pięter, mogła się w niej zmieścić ponad setka osób. Na tym kończyły się jej konkrety i zaczynały bardziej zależne od gustu oceny. Cała sala obłożona była ciemnym drewnem, co nadawało jej pewien urok starych strychów. Siedzenia obito miękkim materiałem w uspokajającym kolorze ciemnej zieleni. Taki sam kolor miała kurtyna. Sama scena prezentowała się dumnie, ale teraz ginęła w półmroku, bo zapalone były tylko kinkiety na ścianach wokoło publiczności. Uroczystego charakteru tym chwilom nadawało słabe, wieczorne światło wpadające przez cztery duże świetliki w dachu.

Uczestnicy warsztatów zaczeli zajmować miejsca w przednich rzędach. Lisa, Daniela, Daria, Anka i dziewczyny z pokoju obok usiadły w drugim. Kiedy wszyscy weszli i usiedli - było ich czterdzieści plus opiekunowie - zaczęła się gadka powitalna. Nie była długa. Właściciele ośrodka przywitali ich serdecznymi słowami i powiedzieli krótko o zasadach w nim panujących. Standardowo, cisza nocna o 22:00, jutro śniadanie o ósmej, program przedstawi wam kierownik.

Kierownik wdał się w szczegóły. Kiedy czytał szczegółowy program, Lisa zaczęła przysypiać, bo i tak znała go na pamięć. Po przedstawieniu każdego dnia z osobna wyjął z plecaka gruby plik ciemnozielonych książeczek. Wtedy dopiero Lisa wyprostowała się na swoim fotelu i przyjrzała się jednej, którą kierownik podniósł do góry.

- Indeksy są pewnego rodzaju niespodzianką - wyjaśnił zaskoczonej publiczności. - Teraz oficjalnie każdy z was odbierze swój i będzie to formalna inauguracja warsztatów.

Zaczęły się nazwiska na "a". Lisa bacznie przyglądała się uczestnikom. Obserwowała, jak zmienia się wyraz twarzy wywołanego nastolatka: niektórzy zachowywali się, jakby szli po wybiegu, inni starali się udawać, że ich tam nie ma, a jeszcze inni byli całkowicie wyluzowani.

- Lisa Charwell! - usłyszała. Wstała z fotela, a potem omal nie potknęła się o buty Danieli, ale odzyskała równowagę i ruszyła po indeks. Czuła na sobie kilkadziesiąt spojrzeń, ale, ku jej zdziwieniu, nie onieśmielało jej to. Wręcz przeciwnie, poczuła się dobrze - jak za starych lat, kiedy jeszcze była złotym dzieckiem. Nawet uśmiechnęła do jakiegoś miło wyglądającego chłopaka na końcu pierwszego rzędu. Po raz pierwszy od wieków nie wstydziła się też swojego nazwiska. Uścisnęła dłoń kierownika warsztatów i właścicielki ośrodka, wzięła w swoje ręce niewielką, zieloną książeczkę i podążyła z powrotem do swojego miejsca, wyławiając z tłumu śledzące spojrzenie Huberta. Chyba mu imponowała. Musiała go rozgryźć, ale nie wiedziała, czy w ogóle ma to sens. Może właśnie nie musiała nic rozgryzać, bo wszystko było podane jak na talerzu? Dotarła do siedzenia, ledwo zauważając, jak szybko i odważnie wyszła wcześniej na środek.

Dalsze rozmyślania były pochłonięte przez obserwację ludzi wychodzących spomiędzy siedzeń. Lisa widziała, jakie wrażenie Hubert zrobił na wszystkich, a szczególnie dziewczynach - przystojny, wysoki, luzacki, ale sprawiający wrażenie tajemniczości. Jeśli Lisa się nie myliła, po prostu chciał za takiego uchodzić - i mu się udawało, nawet jeśli miałby nie mieć nic do ukrycia.

Po Hubercie kierownik wywołał gwiazdę, która przyćmiła chłopaka.

- Jan Szczęsny!

- Jestem, panie profesorze! - rozległ się głos z wysokości podłogi.

- Więc proszę, podejdź po indeks - kierownik uśmiechnął się dobrotliwie.

Chłopak podniósł się spomiędzy siedzeń i zaczął iść krokiem modela. Miał na sobie cienką, jasną kurtkę wyglądającą jak spod igły prawdziwego projektanta. Pod okryciem miał ciemnoszary t-shirt, pod którym wyraźnie rysowały się mięśnie z prawdziwego zdarzenia. Miał na sobie też zwykłe, ciemnoniebieskie dżinsy, a jego uroda aż onieśmielała.

Lisa osunęła się niżej w fotelu i przewróciła oczami, nie mogąc patrzeć na tego pozera. Słał innym chłopakom pogardliwe spojrzenia, a na dziewczyny spoglądał z uśmieszkiem "wszystkie będą moje".

O nie, gapi się - pomyślała Lisa i starała się spuścić oczy w dół, by nie widział jej dokładnie. Nie lubiła takich chłopaków. Miała same nieprzyjemne wspomnienia z nimi związane.

Inauguracja minęła. Lisa, Daniela, Daria i Anka pobiegły do pokoju na wyścigi, po drodze przekrzykując kolejność do prysznica. Ance udało się zająć pierwsze miejsce w kolejce, Lisie drugie, Danieli trzecie, a Daria sama chciała być ostatnia.

Anka poszła się myć, a reszta rozpakowywała walizki, układając rzeczy w szafie.

- Mogę wam opowiedzieć, jak to było z Damianem? - Daria nareszcie mogła zrobić to, na co czekała tak długo.

- No jasne. Mów - odparła Daniela.

- A Anka? - Lisa miała wątpliwości, czy to byłoby fair pozostawiać koleżankę w niewiedzy.

- Powtórzymy jej - powiedziała Daniela, wyjmując z walizki piżamę.

- No więc... Poznaliśmy się na przesłuchaniu. Był super uprzejmy, zapewniał każdego z osobna, że poszło mu świetnie. Po pierwszej próbie poszliśmy do knajpy wszyscy lepiej się poznać. Wtedy chyba trochę się w nim zabujałam... tak samo jak każda normalna dziewczyna w spektaklu. Naprawdę na niewielu ludzi nie działa urok Damiana. Dogadywaliśmy się dobrze i zaczeliśmy się spotykać naprawdę często.

Daniela przytaknęła, a Lisa położyła się na swoim łóżku na plecach i wyobraziła sobie taką sytuację.

- Rozmawiałyśmy o nim i każda z nas mówiła to samo: że kiedy rozmowa schodzi na miłość czy jakieś inne silne uczucie, Damian mówi, jak bardzo nas wszystkie kocha i jak bardzo jesteśmy wszystkie jego przyjaciółkami. To było nawet trochę wkurzające. Chodziłam z nim na pizzę, na kawę i ciastko, raz czy dwa byliśmy na łyżwach, ale pewnego dnia chyba po prostu zaczęłam za bardzo wypytywać go o związki. I czy to nie jest trudne mieć tyle przyjaciółek. Wkurzył się i powiedział, że kiedy będzie chciał się ustatkować u czyjegoś boku, to mi powie, ale mam nie ingerować w jego osobiste sprawy. Przeprosił mnie potem, ale nasza dalsza przyjaźń wyglądała tak, jak na początku "Lotty" - spotykaliśmy się raczej w grupie spektaklowej, a we dwójkę spotykał się ze swoją nową najlepszą przyjaciółką. Krótko potem odkryłam, że tak naprawdę moje dwa tygodnie to była dla niego wieczność. On potrafił mieć inną "true friend" na każdy dzień, a nawet na przedpołudnie i na popołudnie. Mi udało się zatrzymać go na bardzo długo. I nie mogę powiedzieć, że za nim nie tęskniłam.

Zapadła krótka cisza przerywana tylko szumem wody w łazience. Lisa przekręciła się na bok, a Daniela wcisnęła walizkę pod łóżko.

- Mam tylko nadzieję, że was nie spotka takie rozczarowanie. No i chciałam was po prostu przestrzec.

- A wiesz co ja myślę? Myślę że on jest tchórzem - Daniela dodatkowo kopnęła swoją walizkę i usiadła na krześle.

- Nie wiem, czy mam się cieszyć, że tak przypadkowo go spotkałam, czy martwić.

- Ciesz się. Zmiany są dobre. I niespodzianki - Lisa uśmiechnęła się do Darii i podążyła do łazienki, z której właśnie wyszła Anka.

~~~~~~~~~~~~~~~

Po przegadaniu dalszej części wieczoru położyły się, zmęczone, do łóżek. Pierwsza zasnęła Daniela, potem Daria i Anka, ale Lisa wciąż leżała w ciszy i wpatrywała się w ginący w ciemności sufit. Nie była tak zmęczona po długiej podróży jak wszyscy inni uczestnicy warsztatów. Wręcz przeciwnie, takie długie trasy dawały jej jeszcze więcej energii. Leżała więc i myślała. O tym, jak wyszła na środek, jak cieszyło ją nawet to, że znalazła się w centrum uwagi. To uczucie bycia w centrum uwagi było jej od kilku lat obce, bo przestała je lubić, uciekała od niego.

Aż usiadła, kiedy przez myśl przebiegł jej nieco niepasujący do niej pomysł. Nie mogła dłużej czekać.

"Ostatecznie, co mi zrobią? Mogę udawać, że lunatykuję. Tylko najem się wstydu. Z resztą, i tak wszystko jedno. Kogo obchodzi wstyd." - pragnęła zrobić coś tylko dla siebie, tak, by potem mieć gdzieś reakcję innych.

Wstała. Założyła na koszulkę od spania fioletową bluzę z kapturem. Miała na sobie wygodne legginsy, a stopy wsunęła w buty sportowe.

Otworzyła drzwi na korytarz i wyszła, nawet nie zamykając pokoju na klucz, który wsunęła pod dywan, na którym stał stół i krzesła. Miała nadzieję, że szybko wróci, a nikt inny nie wpadnie na pomysł nocnych spacerów... i naciśnięcia klamki ich pokoju.

Skierowała się schodami w dół, na parter do sali teatralnej. Korytarze były zupełnie puste, podłoga nie skrzypiała. Lisa była niesamowicie zadowolona z tego faktu.

Nacisnęła dużą klamkę jednego skrzydła szerokich drzwi do sali i uchyliła je na tyle, by się zmieścić, weszła do środka i starannie zamknęła za sobą drzwi. Nawet nie była zaskoczona, że nie są zamknięte na klucz. Nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać.

Sala wyglądała już inaczej. Nie było w niej całkiem ciemno, bo przez świetliki w dachu wpadało światło księżyca w pełni. Nadawało miejscu jeszcze bardziej wyjątkowego charakteru.

Podeszła do sceny i położyła rękę na jej krawędzi. Uśmiechnęła się i rozejrzała po podwyższeniu. Schodki leżały w odległym kącie za kurtyną, ale Lisa ich nie potrzebowała, bynajmniej nie dlatego, że nie zamierzała wchodzić na scenę. Oparła obie dłonie o krawędź i przeniosła na nie ciężar ciała, a potem wskoczyła na scenę i przysiadła na niej. Wstała i znów, po raz pierwszy od wielu lat, patrzyła na świat z wysokości aktora w teatrze.

Ogarnęła ją taka radość, że usłyszała gdzieś w głębi siebie jedną ze swoich ulubionych piosenek, "Everything you have" zespołu Cimorelli. Była sama, a już tak dawno nie śpiewała, że zaczęła nucić wstęp do tego utworu. Po chwili z jej ust wydobył się czysty, piękny głos. Nie mogła się powstrzymać, śpiewała.

"I used to think that happiness was

feeling like you finally won

I couldn't rest knowing someone else

might be out there having more fun!"

Po części, którą w oryginale śpiewała Christina, najstarsza z sióstr Cimorelli, Lisa urwała na chwilę. Była zachwycona sposobem, w jaki jej głos wypełniał powoli salę, na początku trochę lękliwie, delikatnie, a potem parł naprzód z majestatyczną mocą. Śpiewała dalej, tym razem kawałek Lauren, trochę wyżej:

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I przeszła gładko do refrenu, który śpiewała jej imienniczka. Czuła się najlepiej w partiach śpiewanych przez Lisę właśnie, bo miały podobne głosy.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have."

Drugą zwrotkę w oryginale zaczynała Dani, która pod pewnymi względami w oczach Lisy miała z Danielą więcej wspólnego, niż tylko imię.

"I used to think that beautiful

was looking like a perfect tan

I couldn't see I was good enough

Couldn't get past everything they said."

Dalej Lisa śpiewała kawałek Katherine.

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I kiedy tym razem zaczęła refren, zaświecił reflektor i skierował się na nią. Lisa zobaczyła, że na balkonie nad sceną, niewidocznym z widowni, z którego zwieszało się w spektaklach różne maszynerie potrzebne do efektów specjalnych (i tych mniej specjalnych) stoi chłopak, mniej więcej w jej wieku.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have.

Looking all around, can't you feel the pain?

Talking like they know but they don't know a thing.

You can leave tonight and never look back,

cause everything you need is everything you have."

Podczas śpiewania drugiego refrenu, tym razem dłuższego, Lisa doznała niemałego zaskoczenia. Tajemniczy chłopak z drewnianego balkonu znał tekst piosenki! Dołączył do niej po drugiej linijce, a w drugiej połowie refrenu Lisa zauważyła z boku za kulisami drabinkę, i wspięła się po niej. Stanęła na balkonie naprzeciwko mostku, na którym stał chłopak.

Cicho zaśpiewali bridge - w oryginale wykonany przez Amy - który składał się jedynie z czterech pierwszych wersów refrenu, a potem zawiesili głosy, tym samym skracając piosenkę o jeden refren z mnóstwem chórków, ale teraz właśnie takie zakończenie im obu odpowiadało.

Dzieliły ich dwie drewniane barierki i dwa metry przestrzeni między mostkami, ale oboje czuli, że w tej sytuacji zwykłe podanie rąk byłoby wręcz nie na miejscu.

- Piotrek - powiedział chłopak i uśmiechnął się. Miał teraz dołeczek w jednym policzku, ale reszta jego postury była męska. Włosy miał w kolorze ciemnego blondu, był wysoki.

- Lisa - odparła. - Pracujesz tu?

Nawet nie przeszkadzało jej, że jest w piżamie.

- Można tak to ująć - przez jego twarz przebiegł grymas. Zgadła, że nie chce o tym mówić obcej osobie. Może był z tych osób, które nie lubią użalać się nad sobą i zawracać innym głowy swoimi problemami.

- Masz ładny głos. I skąd znasz tą piosenkę? Niewiele ludzi w Polsce zna Cimorelli.

- Mam ładny głos? W porównaniu z twoim jestem żałosnym amatorem - uśmiechnął się i wrócił do reflektora, który wcześniej zapalił, a teraz go zgasił i zaczął coś przy nim majstrować.

Zapadła cisza i ciemność, przerwana tylko echem jej, tym razem nieśmiałego "dziękuję".

- Właściwie to co ty tutaj robisz, Lisa? - zapytał Piotrek, nagle znajdując się tuż obok niej. Zapalił latarkę, by oświetlić kawałek ich przestrzeni na mostku.

Nie wiedziała, czy pyta ją o to, co robi w Polsce z takim imieniem, czy o to co robi tu o tej porze.

"Popadasz w paranoję. Imienną. Nadinterpretujesz" - zganiła się w myślach.

- Przyjechałam na warsztaty - uśmiechnęła się, ale widząc jego rozbawione, błądzące spojrzenie, poprawiła się. - Nie mogę spać.

- Ja miałem sprawdzić stan techniczny kulis, ale nie miałem czasu przez cały dzień, więc robię to teraz - powiedział Piotrek. - Odprowadzę cię do pokoju - dodał.

- Nie trzeba - Lisa uśmiechnęła się uspokajająco, ale podążyła za nim na dół.

- Nalegam - powiedział, podając jej rękę, kiedy schodzili ze sceny.

- Okej. Skoro chcesz. Ale obiecaj mi, że jeszcze zaśpiewamy razem - chwyciła go za dłoń, chociaż wcale nie potrzebowała pomocy.

- Jasne. Z przyjemnością - uśmiechnął się w taki sposób, że aż do rana nie pomyślała o Hubercie. - A którą piosenkę?

- "Renegade".

Kiedy znalazła się w pokoju, szybko zasnęła. Już dawno nie zdarzyło się jej coś tak niesamowitego i dziwnego zarazem, jak to nocne spotkanie.


A tak wygląda okładka Renegade na Wattpad:

wtorek, 17 lutego 2015

Renegade. Rozdział czwarty - Kołobrzeg

Dwie godziny po postoju, kiedy atmosfera była już bardzo kolonijna i luźna, Anka stwierdziła, że trzeba ją jeszcze ubogacić. Wychyliła swoją jasną czuprynę znad siedzeń i wydostała się spomiędzy okna a Danieli, a potem ruszyła na sam przód autobusu. Miała ochotę coś zaśpiewać.

Już po krótkiej rozmowie z kierownikiem wyjazdu usiadła na schodkach z przodu autobusu.

- Cześć, nazywam się Anka i chciałam zapytać, czy znacie "Metro"! - zawołała do mikrofonu.

Lisa uśmiechnęła się. Zastanawiała się, czy byłaby zdolna do takiej spontanicznej inicjatywy.

Rozległy się oklaski i wiwaty. Widać było, że naprawdę wiele osób uwielbia ten musical i widziało go chociaż raz.

- Co wy na to, byśmy zaśpiewali "Wieżę Babel"?

Znów rozległy się chóralne wiwaty.

- To ja zacznę, okej? - i Anka zaczęła śpiewać.

- "Ten punkt na ziemi wyznaczyli razem, było ich tylu, że nie zliczył chyba nikt..."

Dołączyły do niej inne głosy, niektóre pewnie, widocznie doświadczone, a niektóre nieśmiało, najwyraźniej nie znając tekstu.

- "Niech stanie wieża - piramida marzeń - pomyślał ktoś, a potem ciszę przeciął krzyk..."

Lisa dołączyła swoim czystym, mocnym głosem, o którym wszyscy mówili, że jest przepiękny i że nie powinna używać go tylko śpiewając pod prysznicem. To prawda, miała dużą skalę głosu i lubiła śpiewać, ale robiła to zdecydowanie za rzadko.

- "Kain chciał tam być i Abel, ludzie bez krajów, bezimienni konstruktorzy wieży Babel".

"Ta piosenka pasuje do nas wszystkich" - pomyślała Lisa, czerpiąc energię chwili pełnymi garściami.

Potem Anka wróciła na miejsce z wielkim zadowoleniem na twarzy.

- Zazdroszczę ci tej przebojowości - przyznała Lisa.

- Wystarczy spróbować, by przejąć inicjatywę. Posłuchać impulsu - odparła Ania.

Wtedy ktoś z tylnych siedzeń zaczął brzdąkać na gitarze. Po kilku chwilach wpadł w rytm i zaczął śpiewać "Pójdę boso" Zakopowera. Przyłączali się do niego wszyscy i  znowu śpiewali razem - "I dopiero gdy zawoła Bóg, to pożegnam wszystkie te rzeczy i znów pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso!"

W trakcie drogi jeszcze długo rozmawiali, grali w karty, zjedli frytki na jednym postoju, a na kolejnym siedzieli, obserwując swoje wydłużające się cienie. Przez cały czas Lisa odkrywała, jak dobrze rozmawia jej się z Darią i miała nadzieję, że to początek ich przyjaźni. Daniela i Anka były tak samo miłe, serdeczne i ciepłe, a poza tym pełne zrozumienia dla wszystkich dziwnych historii z życia Lisy, które im opowiadała. Damian wydawał się w porządku, ale nie był w jej typie. Za to Hubert ciągle prawił jej komplementy, we wszystkim się zgadzali, w dyskusjach stawali po tej samej stronie. Mieli wiele wspólnych poglądów, za każdym razem wyglądało to, jakby tylko udawali, że znają się dopiero od kilku godzin. Lisa czuła się potrzebna, chciana, rozumiana i doceniana. Już dawno nie dała się tak dobrze poznać jakiemukolwiek chłopakowi w tak krótkim czasie.

Nawet już się nie bała tego, że Hubert ją zrani. Już raz była dotkliwe zraniona, dlatego myślała - i miała nadzieję - że wykształciła na tyle gruby pancerz, że żaden zawód nie powali jej na ziemię na tak długo, jak ten poprzedni.

Około godziny szóstej byli na miejscu. Kilkadziesiąt kilometrów przed Kołobrzegiem natrafili na duży korek, więc jechali trochę dłużej, niż można było się spodziewać. Słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż przyjemnie przygrzewało, oświetlając twarze wszystkich pasażerów autokaru.

Miejsce, które było zakończeniem całodziennej podróży, wyglądało niepozornie - autokar zatrzymał się przed skromną, ale zadbaną kamienicą. Nad szerokimi, drewnianymi drzwiami widniała tablica z ciemnobrązowego drewna, a na niej złoty napis "Teatry".

Każdy, kto miał zwyczaj czytania w internecie opinii na temat jakiegoś miejsca, zanim do niego trafił, wiedział, jaka jest historia tego pensjonatu. Para emerytów kupiła tą kamienicę z sentymentu do niej, gdy mieszczący się w niej teatr zaczął upadać. Postanowili zaadaptować budynek na pensjonat szczególnie dla miłośników teatru, a potem wpadli na pomysł tych warsztatów. Właśnie zaczynał się pierwszy turnus, więc uczestników czekała wyjątkowa inauguracja.

Lisa wyjrzała przez szybę autobusu na ulicę. Podłoże było brukowane, gdzieniegdzie lśniły na nim kałuże pozostałe po letnim deszczu. Okolica wyglądała na spokojną, na skraju chodnika rosły drzewa w specjalnych małych ogrodzeniach. Obok szli ludzie, uśmiechnięci, wypoczęci, roześmiani. Twarz Lisy rozpromieniła się w uśmiechu.

Daria podzielała entuzjazm koleżanki, ale była trochę rozkojarzona i zmęczona. Wstając z miejsca i wyciągając z górnej półki sweter, przeciągnęła się. Miała ochotę tylko położyć się na nawet byle jakiej jakości łóżku - pensjonaty - odpłynąć w objęcia Morfeusza.

Wychodzili sprawnie z autokaru, odnajdywali swoje bagaże w lukach i odbierali klucze do pokoju. W tym wszystkim Lisa czuła tak wielki dreszcz emocji, że niemal łasiła się do niego jak kot. Poprosiły o czwórkę z Darią, Danielą i Anką, a potem jedna z ich opiekunek - wychowawczyń wskazała im drogę do pokoju i przypomniała wcześniejsze słowa kierownika - że mają być za dwadzieścia minut w sali teatralnej.

Odnalazły dość szybko pokój numer 41, a potem otworzyły go. Ich oczom ukazał się przyzwoitych rozmiarów pomieszczenie, z wysokim sufitem, ale i tak sprawiajace wrażenie przytulnego. Ściany miały - klasycznie - biały kolor, a podłoga była wyłożona jasnym parkietem. W tonacji jasnego drewna i czystej bieli był utrzymany cały pokój. Cztery łóżka, stolik i cztery krzesła, szafa, stoliki nocne, niewielki telewizor, a nawet deska do prasowania i żelazko - niby nic szczególnego, ale wyglądało to porządnie i czysto. Zmieściła się tu nawet mała łazienka z prysznicem z prawdziwą, plastikową przesłoną, a nie ze szmacianą zasłonką, przez którą cała woda ląduje na podłodze. W szafce nad zlewem dziewczyny znalazły też kilka porządnych ścierek. Były bardzo zadowolone z tego faktu.

Wybrały sobie łóżka i otworzyły okno, by ocenić jeszcze widok. Ich pokój znajdował się na trzecim piętrze, więc było na co popatrzeć. Na prawo znajdowała się korona dużego drzewa, na którym ptaki wyśpiewywały swoje wieczorne arie, a w oddali, kiedy spojrzało się w lewo, można było dostrzec morze połyskujące w promieniach chylącego się słońca. Na wprost widać było szczyt kamienicy naprzeciwko, a w dole - spokojną uliczkę.

- Robi wrażenie - Daniela nie mogła wyjść z podziwu. Jej łóżko znajdowało się obok okna, z czego była bardzo zadowolona.

Lisa usiadła na swoim łóżku, stojącym najbliżej szafy i drzwi łazienki. Napiła się wody z półlitrowej butelki, która jeszcze ostała się w jej podręcznym bagażu. Dotknęła włosów. Warkocz był już tak potargany, że zdjęła gumkę z jego końca i rozpuściła włosy, które rozlały się ciemnymi, długimi falami po jej ramionach.

- Ale masz cudowne włosy! - zawołała Anka z zachwytem, odrywając wzrok od swojego odbicia w ściennym lustrze i zatrzymując szczotkę w połowie drogi od nasady do końcówek swoich włosów.

- Dzięki - Lisa uśmiechnęła się, wdzięczna za tak miły i entuzjastyczny komplement.

Daria siedziała na krześle przy stole, przeglądając foldery, które zastały po wejściu do pokoju. Lisa usiadła na sąsiednim krześle i też zajrzała w plik papierów.

- Widziałaś już szczegółowy program? - zapytała ją Daria, podsuwając w jej stronę szczelnie zadrukowaną kartkę.

- Jasne. Codziennie go czytałam.

Daria uniosła brwi.

- Tak bardzo nie mogłaś się doczekać? - zapytała, kartkując katalog z ofertami wszystkich kołobrzeskich przedsiębiorców.

- Bardzo. I chciałam się upewnić, że o niczym nie zapomniałam. Musiałam trochę się dokształcić, bo nie jestem taka oblatana we wszystkich teatralnych terminach - przyznała się Lisa. - Nie chciałam wyjść na ignorantkę.

- Dlaczego jesteś taka szczera? - Anka odłożyła szczotkę na szafkę i związała włosy w kucyk.

- Bo to wiele ułatwia - Lisa wiedziała, jak bardzo komplikuje się życie ludzi, którzy nie mają oporów przed budowaniem go na kłamstwach. Nie tylko obejrzała wiele filmów i przeczytała wiele książek, ale i porównywała czasem życie do teatru - jeśli nosiło się zbyt często maski, życie zamieniało się w przedstawienie, a co za dużo, to niezdrowo.

- Schodzimy na dół, do sali? - zaproponowała Daniela po chwili ciszy.

"Nareszcie" - pomyślała Lisa - "Scena."

Wyszły z pokoju, podekscytowane nadchodzącą inauguracją warsztatów. Po drodze spotkały dziewczyny z pokoju obok, udające się w tym samym kierunku. Przywitały się i wymieniły imiona. Drobna Dominika z długimi, karmelowymi włosami i nieśmiałym uśmiechem, wysoka i głośna blondynka Ada, zarażająca entuzjazmem Magda o wielkich oczach, szerokim uśmiechu i czekoladowych włosach. Za nimi snuła się potwornie zmęczona Ola, "cudowne dziecko" grające poprzedniego dnia główną rolę w ostatnim swoim spektaklu w sezonie.

Daria była trochę nieobecna. Nie chciała być zazdrosna, ale wkurzało ją niesamowicie, że akurat Lisa, ta idealna w każdym calu zewnętrznie i wewnętrznie dziewczyna, nie wierzy w swoje możliwości. Daria na kilometr czuła, że Lisa była kiedyś takim "cudownym dzieckiem" jak Ola. Tyle że Ola wciąż nim była, a Lisa zwątpiła w siebie.

Daria była nie w sosie również dlatego, że przewidywała, jak będą wyglądać kolejne trzy tygodnie - będzie musiała znowu patrzeć, jak Damian podbija serce każdej dziewczyny, by powiedzieć jej, jak bardzo się cieszy, że jest jego przyjaciółką. A nawet, jeśli ta nie będzie chciała od niego niczego więcej, długo tą najlepszą przyjaciółką nie pozostanie. I będzie w takiej samej sytuacji, w jakiej jest Daria.

Aż zabrakło jej tchu, kiedy uświadomiła sobie, że będą się spotykać w teatrze na próbach "Lotty". Zaczęła poważnie się zastanawiać, czy nie odrzucić propozycji chłopaka. Propozycji? Wziął za pewnik, że Daria chce wrócić. Czy chciała? Jasne że chciała, ale... było wiele "ale".

Gdy przed salą prawie na niego wpadła, czując jego dłoń na ramieniu, zaczerwieniła się jak burak, mimo że rzadko jej się to zdarzało.

- Przepraszam - burknęła. Nie chciała zabrzmieć niegrzecznie, ale chyba jej nie wyszło. Napotkała zdziwione spojrzenie Damiana i odwróciła wzrok, a potem zniknęła w tłumku tworzącym się w korytarzu. Za nią szła Lisa.

- Hej, poczekaj! - powiedział Damian i złapał Lisę za przedramię. Dziewczyna zatrzymała się. - Co ją ugryzło? - zapytał.

- To ty znasz ją dłużej, więc skoro nie znasz jej aż tak dobrze, to może zapytaj? - zaproponowała Lisa trochę ironicznie i odeszła za Darią.

- Ja ich nie rozumiem - powiedział bezradnie Damian do Huberta patrzącego z rozbawieniem za Lisą.

- Taka mała niepozorna, a taki ma odpysk - Hubert splótł ręce na piersi i pokiwał głową.

- To nie był odpysk - Damian spojrzał na kolegę, mrużąc brew.

- Mniejsza z tym. Jest taka sassy czasem.

- Ty chyba sassu nie widziałeś - Damian pokręcił głową.

- Skończmy tą dziwną konwersację - powiedział Hubert, a w odpowiedzi dostał milczącą zgodę.

czwartek, 29 stycznia 2015

Renegade. Rozdział trzeci - Hubert

Podczas gdy głowy młodzieży w wieku licealnym, która wypełniała autobus, kiwały się w lewo i w prawo w rytm snu czy usypiającego kołysania pojazdu, w środku tychże głów działy się sny, wyobrażenia, czy krótkie, ulotne myśli. Każdy osobny rozum był siedzibą osobnego świata, a los mieszkańców był całkowicie zależny od króla, właściciela danej głowy. Król w swoim świecie był nietykalny... no chyba że był masochistą.

W jednym z takich światów odbywała się właśnie projekcja snu - a był to jeden z niewielu niezależnych od króla (w tym przypadku królowej) elementów.

Daria stała nad przepaścią. Patrzyła na kłębiące się w dole chmury. Były ciemne, ale ich kontury były okraszone złotem słońca schowanego za nimi. Po burzy zawsze przychodzi słońce, prawda? Obok niej stał Damian. Uśmiechał się swoim zwykłym, promiennym uśmiechem, ale zza wyrazu jego twarzy wyglądała już obojętność. Daria wciąż nie mogła mu wybaczyć, że po ich przyjaźni tak po prostu znalazł inną najlepszą przyjaciółkę. Zmieniał je jak rękawiczki, żadnej nie okazał więcej uczuć, niż przyjaźń, chociaż każda miała cichą nadzieję, że może to ona będzie tą jedyną.

Poczuła taką złość, jak jeszcze nigdy w żadnym śnie. Spojrzała w przepaść, będąc już na granicy snu i jawy, a ześlizgując się w dół, obudziła się, wciąż z uczuciem spadania w żołądku.

Była zadowolona ze swojego życia. Umiała znajdować przyjaciół, rozmawiać z ludźmi i walczyć o swoje. Ale kiedy chodziło o Damiana, nic nie było takie proste. Poznała go na pierwszym przesłuchaniu do "Lotty" rok temu i wydał jej się wtedy chłopakiem marzeń. Szybko zauważyła, że nie tylko ona tak go widziała. Przyjaźnił się ze wszystkimi dziewczynami, które występowały w spektaklu. Miał tylko jednego przyjaciela, a reszta chłopaków patrzyła na niego głównie z zazdrością o taki dobry kontakt z tyloma przedstawicielkami płci pięknej.

Stronił od bliższych sympatii, miał tylko jeden udany związek- każda z jego dziewczyn była zazdrosna o jego przyjaciółki, a prędzej czy później kończyło się na wzajemnej niechęci. Daria dowiedziała się o nim wiele od innych, zanim została jego "true friend", co pozwoliło jej na oszczędzenie sobie zawodu i nawet nie miała nadziei na zostanie tą jedyną na zawsze.

Nie spodziewała się jednak, że po dwóch tygodniach Damian zacznie chodzić na kawę nie z nią, ale z Moniką. Następne dwa tygodnie minęły i Monikę zastąpiła Marta. Poczuła się wtedy dziwnie, nawet nie źle, ale nie mogła przestać myśleć o tym, jaki naprawdę w środku jest ten chłopak. Wciąż nie wiedziała.

"Muszę ostrzec dziewczyny - pomyślała Daria. - Żeby tylko nie pomyślały, że rzucam im kłody pod nogi z zazdrości."

Autobus zaczął zwalniać. Lisa poruszyła się w półśnie i przeciągnęła się w miarę możliwości, otwierając oczy. Jej dawny nauczyciel angielskiego miał swój stały żart na wymianie międzynarodowej - "przestaje kołysać, bobaski się budzą". Lisa miała ogromny sentyment do tego żartu. Tak jak do wszystkiego, co wiązało się ze wspomnieniami z gimnazjum.

Zdjęła z uszu słuchawki, w których akurat kończyła się piosenka Imagine Dragons - All Eyes. Włożyła je do czarnego woreczka - etui i wrzuciła je do torby.

Zatrzymywali się. Kierowca skręcił w prawo, a Lisa oraz budzący się Damian, Daria i Hubert - jak i reszta młodzieży - ujrzeli przydrożny zajazd z płowej cegły. Niski, pokryty ciemnobrązowym dachem w kolorze kawy budynek wyglądał na zadbane, porządne miejsce. Na parkingu stało kilka tirów, a w przeciwległym jego rogu zatrzymały się cztery motocykle. Pod parasolami na tarasie restauracji odpoczywało kilka osób.

- Miło będzie rozprostować nogi - powiedziała Daria.

Daniela i Anka obudziły się dopiero, kiedy kierownik wyjazdu ogłosił piętnaście minut postoju.

- To co, biegniemy do kibelka? - zapytała Anka. - Potem kolejka będzie kosmiczna.

- Jeśli masz siłę, to biegnij - odparła Daniela, przeciągając się piąty raz.

- Ja mogę biec - powiedziała Daria i wyszły pierwsze z autokaru.

- Zew fizjologii - zażartował Hubert.

Lisa roześmiała się i obdarzyła go ciepłym spojrzeniem. Wydawał jej się ciekawy i inny, bo patrzył na nią zupełnie inaczej, niż wszyscy. Nie rzucał jej ukradkowych spojrzeń, ale patrzył otwarcie, uprzejmie, nie odwracał wzroku.

Z autokaru wkrótce wysypał się tłum na rozgrzaną płytę parkingu. Chcąc nie chcąc, wszyscy z rozsądku i na zapas poszli do toalety.

Wiał wiatr, kolorowe włosy Danieli wiały z nim na wszystkie strony.

- Ej - zaprotestował Damian - nie jestem aż tak głodny, żeby jeść twoje włosy.

- Tak czy inaczej, smacznego - odparła.

Włosy Lisy nie były bardzo potargane po spaniu, ale z warkocza pod wpływem wiatru wychodziły pasemka, a krótsze kosmyki przy twarzy już wiały na wietrze.

"Do wieczora już nic z niego nie zostanie. Może to i dobrze" - pomyślała.

Weszli do budynku zajazdu i ustawili się w kolejkach do łazienek. Nie trwało to aż tak długo, jak myśleli że będzie, ale postój i tak przedłużył się do 20 minut.

Po wyjściu z łazienki Lisa znalazła się w zatłoczonej restauracji i stwierdziła, że musi znaleźć się z powrotem na wietrznym parkingu. Nie szukała nawet Darii czy Anki, które już dawno wyszły z toalety. Daniela dopiero do niej weszła, a nie chciało jej się czekać. Czasem dopadało ją pragnienie, by pobyć przez chwilę sama.

Wyszła więc. Wiatr uderzył w nią, ale był ciepły, przyjemnie przenikliwy. Skierowała swe kroki za budynek i zobaczyła stację benzynową, niewielką, bez żadnego specjalnego logo. Znajdował się tu też sklep, a na trochę wydeptanej trawie nieopodal stał plac zabaw - dwie huśtawki, domek ze zjeżdżalnią i inne sprzęty do zabawy oraz dwie ławki.

Usiadła na jednej z nich. Widziała stamtąd autokar, więc miała pewność, że wróci na czas, kiedy wszyscy będą kierować się z powrotem w tamtą stronę.

Podciągnęła nogi na ławkę i usiadła po turecku. Uwielbiała ten stan, kiedy wiadomo, że coś się zmienia, ale jeszcze nie wiadomo dokładnie w jaki sposób. Lubiła siedzieć na ławkach, na których jeszcze nie siedziała i pewnie już nie usiądzie, podziwiać widok, którego nigdy nie widziała i pewnie nie zobaczy już więcej... Zwykły budynek czy linia horyzontu za polem z pszenicą, ale właśnie to, że to jedyny raz w życiu Lisy, kiedy je widzi, czyniło te chwile tak wyjątkowymi. Nic nie miało prawa być zwykłe, jeśli było unikatowe. A wszystko jest inne na świecie - więc zarazem niezwykłe.

Zza rogu budynku wyszedł Hubert, zmierzając w stronę Lisy, jakby wiedział, że ją tu znajdzie. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, mając poczucie, że nieźle namiesza w jej życiu.

- Cześć! Wszyscy cię szukają - powiedział i usiadł obok niej. Z tej mniejszej odległości spostrzegła, zaskoczona, że chłopak ma kilka piegów na nosie, co nie pasowało do jego ogólnego zarysu, ale czyniło go jeszcze przystojniejszym.

- Czasem nie chcę dać się znaleźć - odparła.

- Lubisz być sama?

- Zdarza się. Impuls i nagle się chowam albo po prostu uciekam - przechyliła głowę w lewo.

Przyglądał jej się, i widział, że ona jemu też.

- Ja też jestem introwertykiem. Szkoda, że ludzie nie rozumieją do końca, co to znaczy - powiedział.

- To im powiedzmy - zażartowała Lisa, ale Hubert wziął to na serio.

- Naprawdę możemy to zrobić. A tymczasem... jestem pewny, że już mówiłaś, skąd pochodzi twoje imię, ale ja pewnie wtedy dopiero wychodziłem z domu.

- Moja mama jest Polką, tata Amerykaninem z zamiłowaniem do Polski. Moja mama wyjechała na studia do USA, poznała mojego tatę, została, założyli rodzinę, a kiedy miałam jakieś jedenaście lat, tata dostał ciekawą propozycję współpracy w Krakowie. No i jestem tutaj, z tym dziwnym imieniem.

- Z tym pięknym imieniem - poprawił ją Hubert z najcieplejszym z jego uśmiechów.

- Dziękuję - dzięki Bogu, że nie miała w zwyczaju często się rumienić.

Zapadła krótka cisza, ale taki sam impuls, który kazał jej wyjść samej z restauracji, teraz zmusił Lisę do przerwania ciszy.

- Wiesz, co myślę? - nie czekała na odpowiedź, Hubert patrzył już z zaciekawieniem. - Że ta ławka jest wyjątkowa. Tylko dlatego, że nigdy jeszcze na niej nie siedzieliśmy. Uwielbiam takie chwile, kiedy wszystko wydaje się inne, i takie, kiedy... od tego momentu... wiesz, że coś się zmieni i czujesz to całą duszą, ale nie masz pojęcia, co. Myślę też, że ten widok jest wyjątkowy, ta stacja i to słońce, które tak a nie inaczej oświetla ten budynek. Czy ty też to czujesz?

Huberta zamurowało. Patrzył na nią jak urzeczony, i bynajmniej nie patrzył na to, jak wygląda, ale jego spojrzenie sięgało głębiej. Pokazała mu wielki kawał swojej duszy. Był skłonny siedzieć tak i słuchać jej po wsze czasy.

- Przecholowałam? O tym myślisz?

- Myślę - zaczął dopiero sklecać zdanie - że oboje jesteśmy szaleni.

Roześmiała się.

- No to nie mogę się doczekać, by zobaczyć, w czym się to twoje szaleństwo przejawia - odparła.

Wstali z ławki i skierowali swe kroki do autokaru.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Renegade. Rozdział drugi - Syndrom Lotty.

Kiedy Lisa rozmawiała z nowo poznanymi koleżankami, zauważyła, że przygląda im się przystojny blondyn siedzący po prawej stronie przejścia, w tym samym rzędzie co ona i Daria.

A w szczególności przyglądał się jej. Lisa nie uważała się nigdy za specjalnie wyjątkową, ale wiele razy słyszała, że jest prześliczna. Nie dziwiła się więc, że chłopak na nią patrzy, ale była zmęczona tym, że ludzie widzą ją tylko jako piękną twarz. Jakby to było wszystko, co się liczy.

Blondyn postanowił przywitać się z nimi i przedstawić się.

- Damian.

- Już mnie nie pamiętasz? - zapytała Daria z żartobliwym wyrzutem w głosie. - Graliśmy razem w "Lotcie" w tym roku.

- Daria! Miło cię tu widzieć. Ale kim są twoje koleżanki? - Damian uśmiechnął się szeroko i bardzo biało.

- Lisa - przedstawiła się.

- Ładne imię.

Prawdopodobnie usłyszę to dziś i jutro jeszcze jakieś trzydzieści razy - pomyślała.

- Dzięki - i odpowie to samo "dzięki" dokładnie tyle samo razy.

- Anka.

- Daniela.

- Ależ ja wam zazdroszczę tych imion. Tyle w moim dobrego, że mogę przedstawiać się tak, jak Anka z "Metra" - Ania uśmiechnęła się półgębkiem. - Mam obsesję na punkcie tego musicalu - dodała.

- Opowiedzcie nam coś o "Lotcie" - zaproponowała Daniela.

- To autorski musical teatru moich rodziców. Reżyserowałem go, a Daria grała jedną z głównych ról - wyjaśnił blondyn.

Lisa mało nie otworzyła szeroko ust ze zdziwienia. Ze zdwojoną siłą boleśnie odczuła brak sukcesów na swoim koncie. Damian Reżyser. Damian Syn Dyrektora Teatru. No, no. Lisa Nikt. Lisa Amerykanka? Cudowny przydomek, w sam raz do teatru.

- Daria grała jedną z głównych ról i jej nie poznałeś? - Anka nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

Daria nie wyglądała na zasmuconą tym faktem, ale wręcz zadowoloną. Lekko się uśmiechnęła.

- Widzicie, Daria trochę się zmieniła. Miała wtedy bardzo długie włosy, a teraz nie dość że są o wiele krótsze, to są w połowie różowe - odparł Damian.

- Daltoniści... - mruknęły zgodnie Daria z Danielą i wszystkie cztery się roześmiały. Chłopak spojrzał na nie zdziwiony nagłym wybuchem wesołości.

- Kobiety... - mruknął, odwrócił się i wsadził nos w torbę, szukając czegoś.

- Dobra, dobra, wracaj tu, Reżyser, bo chcę się dowiedzieć czegoś o tej Lotcie - Danielę bardzo interesował wyreżyserowany przez Damiana spektakl.

- Reżyser? - brwi blondyna podjechały w górę. - No dobra. Graliśmy ten spektakl wiosną, a próby trwały coś koło trzech miesięcy. Teatr moich rodziców nazywa się "Lotta" i jest stosunkowo młody. Graliśmy tę sztukę właśnie na otwarcie i potem jeszcze przez dwa miesiące. Lotta jest młodą dziewczyną, której rodzice mają nierówno pod sufitem, ale jedno wiedzą na pewno - że ich córka ma niebywały talent do śpiewania. Lotta im nie wierzy, bo wie, że nie są do końca normalni. No i marnuje się biedaczka. Wszystko się zmienia, gdy jej młodszy brat ulega wypadkowi i przed ciężką operacją nasza bohaterka odbywa z nim ostatnią rozmowę. Jego ostatnim życzeniem jest, by poszła na lekcje śpiewu. Lotta po jego śmierci robi to, ale w tajemnicy przed rodzicami, i dowiaduje się, że ma przepiękny głos. Zakończenia wam nie zdradzę, bo same zobaczycie ten spektakl po powrocie do Krakowa - Damian zakończył wypowiedź z zadowoleniem.

- A więc mamy czuć się zaproszone? - zapytała Anka.

- Jasne.

- A więc znowu będziemy go grali? - Daria nie kryła zdziwienia.

- Moi rodzice stwierdzili, że był taką wizytówką teatru, że trzeba przywrócić go do ramówki. Stałej. Z pensją dla aktorów - Damian znacząco spojrzał na Darię, która otworzyła szeroko usta ze zdziwienia i nie mogła ich zamknąć.

- Czy to znaczy... - zaczęła dziewczyna.

- Tak. W wieku siedemnastu lat zarabiasz na siebie.

Daria rzuciła się Damianowi na szyję, a ten oddał uścisk z podobnym entuzjazmem. To był też jego sukces, w końcu reżyserował flagowy musical teatru. Małego teatru, ale chłopak miał tylko osiemnaście lat.

Lisa poczuła się jeszcze bardziej niedoświadczona. Może zaimponuje komuś tym, że lata temu była na "Mamma Mia!" na Brodwayu albo tym, że do piętnastego roku życia była "dyżurną główną rolą" w szkole... Ale chciała czegoś więcej. Jeszcze cały długi dzień dzielił ją od stania na scenie, i mimo, że uwielbiała długo jechać, pożałowała, że nie mogła polecieć do Kołobrzegu samolotem. Byłoby o wiele szybciej.

Dopiero, kiedy Daniela przyznała się bez bicia do niewielu sukcesów na polu teatralnym - ta dziewczyna nie lubiła owijać w bawełnę - Lisa poczuła, że może sytuacja nie jest aż tak beznadziejna, jak się wydawało.

- Ja za swój największy sukces uważam zagranie Anki w szkolnej adaptacji "Metra" - powiedziała fanka wspomnianego przez siebie spektaklu.

Po jej słowach Lisa uświadomiła sobie, że nic nie mówiła, podczas gdy wszyscy opowiadali o swoich spektaklach i scenariuszach. Spojrzeli na nią z wyczekiwaniem.

- Moje doświadczenia z teatrem nie są jakieś imponujące - zaczęła, bo wiedziała, że szczerość wiele ułatwia. - Od kiedy pamiętam, grałam w szkolnych przedstawieniach. Ale około dwa lata temu straciłam wiarę w to, że jestem dobrą aktorką. Poza tym w liceum już nikt nie wiedział, że nią byłam, a ja po prostu tak to zostawiłam. Ale... tęsknię za sceną.

Zapadło milczenie, ale w końcu Daria, jak to Daria, przerwała je.

- Skoro tęsknisz za sceną, to znaczy, że to miejsce, gdzie należysz.

- I że po tych warsztatach już będziesz u siebie - dodała Anka.

- Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że tu jestem - w Lisie roztapiało się serce.

- Lotta jest trochę jak ty. Nie wierzyła w swój talent - powiedział Damian.

- Dobrze, że nie musiało dojść do jakiejś tragedii, bym w końcu zakrzątnęła się wokół powrotu na scenę - Lisa poczuła, że to byłoby okropne, gdyby dopiero coś okropnego na jej drodze obudziło w niej tęsknotę za właściwym jej miejscem.

Jako, że Daniela była bardzo empatyczna, przeczuwała, że dziewczyna czuje się trochę niezręcznie i postanowiła zmienić temat.

- Daria, a kogo ty grasz w "Lotcie"? - zapytała.

- Jej przyjaciółkę. Nazywa się Kaśka i ciosa wszystkim kołki na głowie, by pomagali jej przekonać Lottę do śpiewania. Od niej więc wiele się zaczyna - Daria krótko streściła swoją postać, a zaraz po tym odezwał się kierownik warsztatów przez mikrofon, przedstawił się - Tadeusz Wójcik, bardzo mi miło - i zaczął sprawdzać listę.

Zarówno Lisa, jak i jej nowi przyjaciele rozglądali się po ludziach dookoła z zaciekawieniem.

- Lisa Charwell!

Amerykanko-polka aż się skuliła, krzycząc "jestem!". Jej nazwisko zawsze odróżniało się, od kiedy przeprowadziła się do Polski. Akcentu już dawno się pozbyła, ale nazwisko nie mogło zawisnąć na liście bez zwrócenia uwagi na jej osobę. "Odwagi!" - pomyślała.

- Daniela Kruk!

- Jestem! - wyglądało na to, że Daniela nie ma problemu z "inaczej" brzmiącym imieniem. Wyróżniała się kolorem włosów, imię było tylko dodatkiem.

Po jakimś czasie wyglądało na to, że wszyscy są, ale kiedy kierownik wyczytał "Sadowski Hubert!", nikt się nie odezwał.

Po chwili ciszy, powtórzeniu nazwiska przez kierownika i kolejnej chwili ciszy do autobusu przez przednie drzwi wpadł wysoki, szczupły brunet w ciemnozielonej bluzie i jasnoniebieskich dżinsach. Miał plecak zarzucony na jedno ramię, a jego bagaż kierowca autokaru już wkładał do luku.

- Sadowski Hubert?

- Tak - jako że Lisa, Daria, Daniela, Anka i Damian siedzieli w pierwszej połowie autobusu, wszystko wyraźnie słyszeli, mimo że kierownik wyłączył mikrofon.

Kiedy Hubert spojrzał na rówieśników w autokarze, ujrzał rzędy głów wystawionych znad siedzeń. Podkopało to jego pewność siebie i zepsuło wielkie wejście.

Lisa zaśmiała się w środku ze zdezorientowanej miny Huberta, Daniela z Anką wymieniły znaczące spojrzenia, a Daria przyjrzała się nowo przybyłemu, rozpoczynając analizę. Damian na razie pozostawał obiektywny.

- Mam nadzieję, że nie zawsze się tak spóźniasz - powiedział pan Tadeusz.

- Tylko raz w tygodniu i tylko w środy - zażartował zadowolony z siebie chłopak. Udało mu się wybrnąć z klasą.

- No dobra, znajdź sobie jakieś wolne miejsce - kierownik wrócił do sprawdzania listy. - Szczęsny Jan!

- Jestem! - zawołał ktoś gdzieś z tyłu.

Tymczasem Hubert natrafił na pierwsze wolne miejsce - obok Damiana.

- Mogę? - zapytał.

- Jasne. A możesz od okna? Niedobrze mi się robi jak mi tak krajobraz miga przed oczami - Damian trochę skłamał, bo po prostu chciał kontynuować rozmowę z dawno nie widzianą przyjaciółką i kandydatkami na nowe.

Daria za to nie mogła się doczekać się, by opowiedzieć dziewczynom coś więcej o tym nietuzinkowym chłopaku.

Autokar ruszył. Lisa uwielbiała to uczucie podekscytowania, które towarzyszyło wszelkim wyjazdom, i które ogarnęło ją całą w tej chwili.

Hubert przedstawił się sąsiadowi i dziewczynom, a potem brał żywy udział w rozmowie. Okazało się, że chodzi do tej samej szkoły co Anka, że wszyscy oprócz Damiana maja siedemnaście lat, a on jest rok starszy, i że Daniela i Anka chodziły razem do gimnazjum i przyjaźnią się od czterech lat.

Autokar mijał kolejne miejscowości, pnąc się w górę Polski. Rozmowy trwały krótko. Wczesna godzina i krótki sen, a w wielu przypadkach muzyka w słuchawkach - wszystko to wzięło górę i wkrótce cała młodzież w autokarze zasnęła.

.................................
Dlaczego ten rozdział nazywa się "Syndrom Lotty"? Kiedy ktoś nie żyje pełnią życia i czeka na coś, co znał, ale boi się... a potem jest już za późno, albo musi stać się coś tragicznego, by zmienić swoje życie - to nazwałam syndromem Lotty, gdy wymyśliłam to opowiadanie. Lisa, jak możecie zauważyć, dostrzega u siebie coś podobnego i cieszy się, że nie musiała umrzeć jej siostra, by się obudziła i robiła to, co kocha.

Piszę to opowiadanie też w aplikacji Wattpad. Mój user to lucyfromnarnia :-)

piątek, 23 stycznia 2015

Renegade. Rozdział pierwszy - Ten wyczekany moment...

Postanowiłam opublikować tu opowiadanie, które piszę. Nazywa się Renegade :-)

Letnie warsztaty dla osób kochających teatr, pisanie i film przyciągają młodzież spragnioną rozwoju i wakacyjnych przygód.
Lisa jest zwykłą dziewczyną z oryginalnym pochodzeniem, urodą i talentem. Zgubiła jednak swój charakter w stosie zasypujących ją niepewności. Dlatego też postanawia odnaleźć dawną, szczęśliwą siebie, jadąc na warsztaty, które od nowa nauczą ją kochać siebie i swoje talenty.
Lisa poznaje wartościowych ludzi w trakcie wakacyjnej przygody - Darię, która bez swoich pulchniejszych części nie byłaby sobą, Ankę, która nie lubi swojego zwykłego imienia i ma obsesję na punkcie musicalu "Metro", Janka, Damiana, Huberta, Piotrka... i wielu innych chłopaków zainteresowanych jej nieprzeciętną urodą - no właśnie, czy tylko urodą? Lisa chciałaby, by ludzie dostrzegali w niej coś więcej, niż tylko ładną twarz...
Pierwowzór Lisy to Lisa Cimorelli, a Anki - Anka z "Metra".

...................................

Nad parkingiem unosiło się pełne ekscytacji oczekiwanie, wypełniało szczelnie powierzchnię chłodnego po nocy asfaltu, który miał się rozgrzać dopiero za parę godzin. Lisa ziewnęła i uśmiechnęła się do mamy, która, tak samo jak ona, nie stała od dziesięciu minut przy autokarze, czekając, aż kierowca będzie wpuszczać młodzież do klimatyzowanego wnętrza, ale siedziała obok córki na ławce, obserwując niespokojne rodziny żegnające zażenowane dzieci tak, jakby miały nie zobaczyć ich przez całe wakacje. Rozłąka miała trwać trzy tygodnie przełomu lipca i sierpnia. Lisa niesamowicie cieszyła się z wyjazdu na warsztaty teatralno-filmowo-literackie. Od dziecka wszyscy przekonywali ją, że ma zacięcie dramatyczne, rodzice z dumą oklaskiwali jej role w szkolnych przedstawieniach. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat dziewczyna w jakiś sposób zgubiła swój talent, zdusiła go w sobie w przekonaniu, że tylko się oszukuje, myśląc, że w ogóle go ma. Ale czuła taką pustkę bez żadnych zajęć teatralnych, że rodzice i nieliczni przyjaciele zachęcili ją do wyjazdu na letnie warsztaty. Zgodziła się i nie mogła się doczekać momentu, w którym znów stanie na scenie, pozna ludzi, którzy kochają to, co ona, zwłaszcza, że tych w jej życiu był deficyt.

- Zabawne, jak bardzo ci ludzie nie widzą, że te dzieci jak najszybciej chcą dostać się jak najdalej stąd - powiedziała mama do Lisy. - Mam nadzieję, że ty nie masz mnie aż tak bardzo dość.

- Przecież nie wyposażyłaś mnie w ciepłą piżamkę w reniferki i nie płaczesz, mówiąc, że już za mną tęsknisz - odparła Lisa, przyglądając się znudzonej dziewczynie z niebiesko - fioletowymi włosami i stojącej obok prawdopodobnie jej przyjaciółce z platynową kitką.

- Ale je wzięło na to farbowanie włosów - mruknęła mama, na co Lisa uśmiechnęła się półgębkiem. Obsesja na punkcie naturalności była jedną z nielicznych wad mamy, jeśli nie jedyną.

Od dziewczyn z pofarbowanymi włosami wzrok Lisy prześliznął się do ładnej, siedzącej na ławce trochę puszystej nastolatki w letniej sukience. Widać było, że bycie przy kości nie przeszkadzało jej w ubieraniu się tak, jak Lisa zawsze chciała umieć. Miała okulary w cienkich oprawkach, a nie wszechobecne kujonki, a jej sięgające ramion, brązowe włosy miały końcówki w tym nieokreślonym, bordoworóżowym kolorze, który można uzyskać tylko poprzez długie mieszanie odcieni. Na nogach miała łososiowe conversy, a obok niej stała fioletowa waliza i torba w kwiaty.

Lisa zaczęła się zastanawiać, jak widzą ją oni, ci, których ona obserwuje. Wysoka, ciemnowłosa, ładna, w niebieskim T-shircie i zielonych szortach przed kolano, z długim warkoczem na lewym ramieniu. Wszyscy zawsze powtarzali jej, jaka jest piękna. Czasem czuła, jakby nic więcej nie miała do zaoferowania światu. Właśnie dlatego zaczęła wątpić w to, że nadaje się na scenę. Teraz miała dość swej urody, dużych oczu i ich ciemnej oprawy, prostych zębów, idealnego kształtu twarzy... Więc ubrała się w zwykłą bluzkę z napisem "normal" i spodenki, które nie eksponowały jej ud, wciąż przypominających o kompleksach, które próbowała zwalczyć.

- Chyba wsiadacie - mama wyrwała Lisę z rozmyślań.

Faktycznie, drzwi autobusu się otworzyły, kierowca podniósł klapy luków bagażowych i wkładał pierwsze walizki do środka.

Lisa wyciągnęła uchwyt walizki na pełną długość i zarzuciła na ramię niebieską torbę podręczną. Przytuliła mamę na pożegnanie.

- Zadzwoń do mnie albo do taty, jak już dojedziecie - mama uśmiechnęła się ciepło. Spojrzała na córkę z miłością w oczach i poczuła wielką dumę i rozczulenie. Jej mała córeczka dorasta i przezwycięża swoje słabości i obawy.

Lisa odeszła w stronę autokaru, nie mając pojęcia, jak dumna z niej jest teraz mama.

Uprzejmy pan w średnim wieku z brzuchem pokaźnych rozmiarów, czyli jeden z kierowców autokaru pomógł jej włożyć walizkę do luku, mimo że była pewna, że poradziłaby sobie z tym sama. Uśmiechnęła się do kierowcy i wsiadła do wielkiego, biało-niebieskiego pojazdu.

Zajęła wolne miejsce za dwiema dziewczynami, które zauważyła wcześniej - tą z niebiesko-fioletowymi włosami i drugą, z platynową kitką. Torbę położyła na zaskakująco czystej podłodze, a nie na siedzeniu obok, dając do zrozumienia, że miejsce jest wolne i ona serdecznie zaprasza.

Nie musiała długo czekać. Ku jej wielkiej uciesze miejsce obok zajęła dziewczyna, którą wcześniej spostrzegła, ta w sukience z bordowymi końcówkami średniej długości włosów.

- Mogę? - zapytała najpierw uprzejmie, a kiedy uzyskała entuzjastyczną zgodę, usiadła.

Lisa naprawdę była spragniona nowych znajomości.

- Daria - sąsiadka wyciągnęła do niej rękę.

- Lisa - dziewczyna uścisnęła jej dłoń.

- Masz ładne imię - Daria zawiesiła torbę na wieszaczku i wstała, by wrzucić na górną półkę płócienną torbę wypchaną po brzegi jedzeniem.

- Dzięki. Ale to trochę upierdliwe. Zawsze wszyscy się dziwią i nie mogę się przedstawić bez ceregieli.

Daria uśmiechnęła się.

- To wynik fantazji twoich rodziców? Moi mieli zamiar dać mi na imię Mirabella, ale dostało się mojej siostrze.

- Nie, to tylko to, że... - Lisa zawachała się. Nie lubiła o tym mówić, bo wszyscy patrzyli na nią przez pryzmat pochodzenia. Stwierdziła jednak, że warto być szczerą. - Urodziłam się i wychowałam w Milwaukee, mój tata jest Amerykaninem, a mama Polką.

- No to grubo! Ale dlaczego wróciliście?

- Mój tata zawsze interesował się kulturą Polski i jakoś tak wyszło, że kiedy miałam jedenaście lat, dostał dużą propozycję biznesową w Krakowie. No i od sześciu lat tu mieszkamy.

- Fajnie. Tęsknisz za Ameryką? - Daria bardzo cieszyła się, że spotkała wreszcie kogoś tak interesującego, a nie nudną osobę, jakby produkowaną taśmowo.

- Czasami tęsknię za przyjaciółmi, których tam zostawiłam, ale bardzo kocham Kraków. Moja mama pochodzi z Wieliczki, więc mamy tu wielką rodzinę i to jest mój dom - odparła Lisa.

- Ale super. Ja od zawsze mieszkam w Krakowie, więc nie wiem, jak to jest się wyprowadzić. Ale teraz nie mogłam już wytrzymać w domu. Rok szkolny nie był najgorszy, ale bywały lepsze - Daria ziewnęła. Musiała w końcu wstać dziś o piatej, a teraz była siódma.

- Zdecydowanie bywały lepsze - stwierdziła rozmówczyni.

Daria już otwierała usta, by zapytać, czy było aż tak źle, ale przerwały jej dziewczyny z przodu, które odwróciły się, by przedstawić się sąsiadkom zza pleców.

-Hej, jestem Anka - ta z platynowym kucykiem podała dłoń kolejno Lisie i Darii.

Jej przyjaciółka także wymieniła uścisk dłoni z nowymi koleżankami. Miała na imię Daniela.

Lisa przyglądała im się podczas rozmowy. Anka powiedziała już w trzecim swoim zdaniu, że kocha musical "Metro". Nie dość, że miała na imię tak samo, jak jego główna bohaterka, to jeszcze miała taka samą fruzurę, jak jedna z aktorek grajaca Ankę w "Metrze" i wyraźnie "robiła się na nią". Miała zimny typ urody, jasną oprawę oczy i karnację, ale ciepły uśmiech.

Daniela przyznała się, że miała już na głowie prawie każdy kolor włosów. W tym, który miała teraz, wyglądała świetnie. Mimo, że zdecydowanie nie miało to prawa wyglądać to naturalnie, jej uroda zachowywała pewną równowagę między włosowym szaleństwem a wszystkim innym... i w zadziwiający sposób Daniela wyglądała, jakby od zawsze na jej głowie gościły odcienie niebieskiego i fioletowego. Jej elfia twarzyczka nie nosiła grama podkładu, a mimo to jej cera była idealna. Jedynie na powiekach miała biały cień, co potęgowało efekt elfa.

Lisa pomyślała, że trafiła do odpowiedniego towarzystwa - takiego, które nie da się zapakować do pudełka, przyczepić się do sznurków i być marionetką. Takiego, które samo się formuje, nie pozwoli nikomu się stworzyć i narzucić celu. Miała nadzieję, a nawet może i pewność, że wróci z tego wyjazdu szczęśliwa.

.......................................

Ostatni akapit jest dość bardzo wzięty z piosenki Cimorelli "Renegade" i w ogóle całe to opowiadanie będzie o szukaniu siebie, o tym, jak być sobą, nie słuchać ludzi, którzy narzucają nam to, co jest złe dla nas. Lisa Cimorelli z zespołu to totalny fundament głównej bohaterki, a Dani jest trochę inspiracją do Danieli. Dani Cimorelli + Banshee + Jenna Marbles = Daniela :-)

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział sie podobał :-)