piątek, 23 stycznia 2015

Renegade. Rozdział pierwszy - Ten wyczekany moment...

Postanowiłam opublikować tu opowiadanie, które piszę. Nazywa się Renegade :-)

Letnie warsztaty dla osób kochających teatr, pisanie i film przyciągają młodzież spragnioną rozwoju i wakacyjnych przygód.
Lisa jest zwykłą dziewczyną z oryginalnym pochodzeniem, urodą i talentem. Zgubiła jednak swój charakter w stosie zasypujących ją niepewności. Dlatego też postanawia odnaleźć dawną, szczęśliwą siebie, jadąc na warsztaty, które od nowa nauczą ją kochać siebie i swoje talenty.
Lisa poznaje wartościowych ludzi w trakcie wakacyjnej przygody - Darię, która bez swoich pulchniejszych części nie byłaby sobą, Ankę, która nie lubi swojego zwykłego imienia i ma obsesję na punkcie musicalu "Metro", Janka, Damiana, Huberta, Piotrka... i wielu innych chłopaków zainteresowanych jej nieprzeciętną urodą - no właśnie, czy tylko urodą? Lisa chciałaby, by ludzie dostrzegali w niej coś więcej, niż tylko ładną twarz...
Pierwowzór Lisy to Lisa Cimorelli, a Anki - Anka z "Metra".

...................................

Nad parkingiem unosiło się pełne ekscytacji oczekiwanie, wypełniało szczelnie powierzchnię chłodnego po nocy asfaltu, który miał się rozgrzać dopiero za parę godzin. Lisa ziewnęła i uśmiechnęła się do mamy, która, tak samo jak ona, nie stała od dziesięciu minut przy autokarze, czekając, aż kierowca będzie wpuszczać młodzież do klimatyzowanego wnętrza, ale siedziała obok córki na ławce, obserwując niespokojne rodziny żegnające zażenowane dzieci tak, jakby miały nie zobaczyć ich przez całe wakacje. Rozłąka miała trwać trzy tygodnie przełomu lipca i sierpnia. Lisa niesamowicie cieszyła się z wyjazdu na warsztaty teatralno-filmowo-literackie. Od dziecka wszyscy przekonywali ją, że ma zacięcie dramatyczne, rodzice z dumą oklaskiwali jej role w szkolnych przedstawieniach. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat dziewczyna w jakiś sposób zgubiła swój talent, zdusiła go w sobie w przekonaniu, że tylko się oszukuje, myśląc, że w ogóle go ma. Ale czuła taką pustkę bez żadnych zajęć teatralnych, że rodzice i nieliczni przyjaciele zachęcili ją do wyjazdu na letnie warsztaty. Zgodziła się i nie mogła się doczekać momentu, w którym znów stanie na scenie, pozna ludzi, którzy kochają to, co ona, zwłaszcza, że tych w jej życiu był deficyt.

- Zabawne, jak bardzo ci ludzie nie widzą, że te dzieci jak najszybciej chcą dostać się jak najdalej stąd - powiedziała mama do Lisy. - Mam nadzieję, że ty nie masz mnie aż tak bardzo dość.

- Przecież nie wyposażyłaś mnie w ciepłą piżamkę w reniferki i nie płaczesz, mówiąc, że już za mną tęsknisz - odparła Lisa, przyglądając się znudzonej dziewczynie z niebiesko - fioletowymi włosami i stojącej obok prawdopodobnie jej przyjaciółce z platynową kitką.

- Ale je wzięło na to farbowanie włosów - mruknęła mama, na co Lisa uśmiechnęła się półgębkiem. Obsesja na punkcie naturalności była jedną z nielicznych wad mamy, jeśli nie jedyną.

Od dziewczyn z pofarbowanymi włosami wzrok Lisy prześliznął się do ładnej, siedzącej na ławce trochę puszystej nastolatki w letniej sukience. Widać było, że bycie przy kości nie przeszkadzało jej w ubieraniu się tak, jak Lisa zawsze chciała umieć. Miała okulary w cienkich oprawkach, a nie wszechobecne kujonki, a jej sięgające ramion, brązowe włosy miały końcówki w tym nieokreślonym, bordoworóżowym kolorze, który można uzyskać tylko poprzez długie mieszanie odcieni. Na nogach miała łososiowe conversy, a obok niej stała fioletowa waliza i torba w kwiaty.

Lisa zaczęła się zastanawiać, jak widzą ją oni, ci, których ona obserwuje. Wysoka, ciemnowłosa, ładna, w niebieskim T-shircie i zielonych szortach przed kolano, z długim warkoczem na lewym ramieniu. Wszyscy zawsze powtarzali jej, jaka jest piękna. Czasem czuła, jakby nic więcej nie miała do zaoferowania światu. Właśnie dlatego zaczęła wątpić w to, że nadaje się na scenę. Teraz miała dość swej urody, dużych oczu i ich ciemnej oprawy, prostych zębów, idealnego kształtu twarzy... Więc ubrała się w zwykłą bluzkę z napisem "normal" i spodenki, które nie eksponowały jej ud, wciąż przypominających o kompleksach, które próbowała zwalczyć.

- Chyba wsiadacie - mama wyrwała Lisę z rozmyślań.

Faktycznie, drzwi autobusu się otworzyły, kierowca podniósł klapy luków bagażowych i wkładał pierwsze walizki do środka.

Lisa wyciągnęła uchwyt walizki na pełną długość i zarzuciła na ramię niebieską torbę podręczną. Przytuliła mamę na pożegnanie.

- Zadzwoń do mnie albo do taty, jak już dojedziecie - mama uśmiechnęła się ciepło. Spojrzała na córkę z miłością w oczach i poczuła wielką dumę i rozczulenie. Jej mała córeczka dorasta i przezwycięża swoje słabości i obawy.

Lisa odeszła w stronę autokaru, nie mając pojęcia, jak dumna z niej jest teraz mama.

Uprzejmy pan w średnim wieku z brzuchem pokaźnych rozmiarów, czyli jeden z kierowców autokaru pomógł jej włożyć walizkę do luku, mimo że była pewna, że poradziłaby sobie z tym sama. Uśmiechnęła się do kierowcy i wsiadła do wielkiego, biało-niebieskiego pojazdu.

Zajęła wolne miejsce za dwiema dziewczynami, które zauważyła wcześniej - tą z niebiesko-fioletowymi włosami i drugą, z platynową kitką. Torbę położyła na zaskakująco czystej podłodze, a nie na siedzeniu obok, dając do zrozumienia, że miejsce jest wolne i ona serdecznie zaprasza.

Nie musiała długo czekać. Ku jej wielkiej uciesze miejsce obok zajęła dziewczyna, którą wcześniej spostrzegła, ta w sukience z bordowymi końcówkami średniej długości włosów.

- Mogę? - zapytała najpierw uprzejmie, a kiedy uzyskała entuzjastyczną zgodę, usiadła.

Lisa naprawdę była spragniona nowych znajomości.

- Daria - sąsiadka wyciągnęła do niej rękę.

- Lisa - dziewczyna uścisnęła jej dłoń.

- Masz ładne imię - Daria zawiesiła torbę na wieszaczku i wstała, by wrzucić na górną półkę płócienną torbę wypchaną po brzegi jedzeniem.

- Dzięki. Ale to trochę upierdliwe. Zawsze wszyscy się dziwią i nie mogę się przedstawić bez ceregieli.

Daria uśmiechnęła się.

- To wynik fantazji twoich rodziców? Moi mieli zamiar dać mi na imię Mirabella, ale dostało się mojej siostrze.

- Nie, to tylko to, że... - Lisa zawachała się. Nie lubiła o tym mówić, bo wszyscy patrzyli na nią przez pryzmat pochodzenia. Stwierdziła jednak, że warto być szczerą. - Urodziłam się i wychowałam w Milwaukee, mój tata jest Amerykaninem, a mama Polką.

- No to grubo! Ale dlaczego wróciliście?

- Mój tata zawsze interesował się kulturą Polski i jakoś tak wyszło, że kiedy miałam jedenaście lat, dostał dużą propozycję biznesową w Krakowie. No i od sześciu lat tu mieszkamy.

- Fajnie. Tęsknisz za Ameryką? - Daria bardzo cieszyła się, że spotkała wreszcie kogoś tak interesującego, a nie nudną osobę, jakby produkowaną taśmowo.

- Czasami tęsknię za przyjaciółmi, których tam zostawiłam, ale bardzo kocham Kraków. Moja mama pochodzi z Wieliczki, więc mamy tu wielką rodzinę i to jest mój dom - odparła Lisa.

- Ale super. Ja od zawsze mieszkam w Krakowie, więc nie wiem, jak to jest się wyprowadzić. Ale teraz nie mogłam już wytrzymać w domu. Rok szkolny nie był najgorszy, ale bywały lepsze - Daria ziewnęła. Musiała w końcu wstać dziś o piatej, a teraz była siódma.

- Zdecydowanie bywały lepsze - stwierdziła rozmówczyni.

Daria już otwierała usta, by zapytać, czy było aż tak źle, ale przerwały jej dziewczyny z przodu, które odwróciły się, by przedstawić się sąsiadkom zza pleców.

-Hej, jestem Anka - ta z platynowym kucykiem podała dłoń kolejno Lisie i Darii.

Jej przyjaciółka także wymieniła uścisk dłoni z nowymi koleżankami. Miała na imię Daniela.

Lisa przyglądała im się podczas rozmowy. Anka powiedziała już w trzecim swoim zdaniu, że kocha musical "Metro". Nie dość, że miała na imię tak samo, jak jego główna bohaterka, to jeszcze miała taka samą fruzurę, jak jedna z aktorek grajaca Ankę w "Metrze" i wyraźnie "robiła się na nią". Miała zimny typ urody, jasną oprawę oczy i karnację, ale ciepły uśmiech.

Daniela przyznała się, że miała już na głowie prawie każdy kolor włosów. W tym, który miała teraz, wyglądała świetnie. Mimo, że zdecydowanie nie miało to prawa wyglądać to naturalnie, jej uroda zachowywała pewną równowagę między włosowym szaleństwem a wszystkim innym... i w zadziwiający sposób Daniela wyglądała, jakby od zawsze na jej głowie gościły odcienie niebieskiego i fioletowego. Jej elfia twarzyczka nie nosiła grama podkładu, a mimo to jej cera była idealna. Jedynie na powiekach miała biały cień, co potęgowało efekt elfa.

Lisa pomyślała, że trafiła do odpowiedniego towarzystwa - takiego, które nie da się zapakować do pudełka, przyczepić się do sznurków i być marionetką. Takiego, które samo się formuje, nie pozwoli nikomu się stworzyć i narzucić celu. Miała nadzieję, a nawet może i pewność, że wróci z tego wyjazdu szczęśliwa.

.......................................

Ostatni akapit jest dość bardzo wzięty z piosenki Cimorelli "Renegade" i w ogóle całe to opowiadanie będzie o szukaniu siebie, o tym, jak być sobą, nie słuchać ludzi, którzy narzucają nam to, co jest złe dla nas. Lisa Cimorelli z zespołu to totalny fundament głównej bohaterki, a Dani jest trochę inspiracją do Danieli. Dani Cimorelli + Banshee + Jenna Marbles = Daniela :-)

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział sie podobał :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz