Wczoraj w mojej szkole był półmetek. Dosłownie w mojej szkole. Studniówka też zawsze odbywa się w jej murach. Tradycja.
Wyglądałam pięknie, ale obawiałam się strasznie, że znowu, jak na dyskotece na ślubowanie, połowę czasu spędzę w łazience albo w szatni. Ale kiedy weszłam do szatni, siedziała tam moja dobra koleżanka z klasy z dziewczyną z matfizu, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam... a wczoraj gawędziłyśmy jak stare znajome.
Potem poszłyśmy do klasy, tam też gadałam z dziewczynami i nawet było całkiem miło. Siedzieliśmy w sali z matfizem, bo było nas za mało, by mieć własną. Human.
Zaczęła się impreza, rozkręcała się bardzo powoli, szczególnie, że DJ, którego wynajęły osoby zajmujące się organizacją, puszczał 4 kawałki - w kółko te same. No więc... impreza przeniosła się do naszej sali. Kiedy weszłam tam, by się czegoś napić, aż zaparowały mi okulary. Było mi tak duszno, że wróciłam na aulę, gdzie tańczyłam jeszcze przez jakiś czas z dziewczynami z biolchemu. W końcu przyszedł mój poważny, stateczny kolega z klasy, przyszły polityk, który - jak się okazało - najlepiej rozkręcał imprezę, i zawołał: "Chodźcie do 223, tam jest lepsza impreza!". Poszłam tam z dwiema dziewczynami z biolchemu, i faktycznie, nie minęła minuta, jak zaczęłyśmy szaleć w rytm dobrych przebojów, a nie tego disco polo, które puszczał DJ. O wiele lepszym DJ-em okazał się tata pewnego chłopaka z matinfu. Byliśmy tam wszyscy, godzinę przed końcem zabawy już dosłownie WSZYSCY bawili się w klasie historycznej, która już nigdy nie będzie taka sama. Muzyka była bardziej... alternatywna? Nie wszystko było takie, ale to chyba dobre słowo. Było i Gangnam Style, i "Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy..." i inne fajne kawałki. Pszczółka Maja, Środa Czwartek, prawie na koniec jedzie pociąg z daleka - tu już musieliśmy wyjść na korytarz :-)
Ale pewien epizod jeszcze sprzed zabawy w klasie - to było około 19. Przyszła pizza i dostaliśmy jej za mało jak na tak dużo osób (połowę jednej i połowę drugiej klasy). Najbardziej przebojowa i odważna osoba w mat-fizie poszła do mojej koleżanki z mat-infu i zaczęły się na siebie drzeć o tą pizzę (nie byłam świadkiem, ale mi mówili, jak to wyglądało). Daria (z matinfu) zaczęła znosić pizzę do naszej klasy, oczywiście wszyscy rzucali jej złe spojrzenia. Ale ja wyszłam za nią i zawołałam:
- Daria!
- Co?
- Dzięki.
- Za co? - była strasznie zdziwiona.
- Za pizzę - uśmiechnęłam się i ją przytuliłam.
Kiedy się odsunęłam, przytuliła mnie jeszcze raz i nie mogła wyjść z podziwu, że chociaż ja nie mam do niej pretensji.
No co? W naszej klasie jest wystarczająco wiele złych emocji, że nie chciałam, żeby między klasami wybuchł konflikt o pizzę (w sumie nie dziwię się, pizza to najlepsze jedzenie, jakie zostało kiedykolwiek wymyślone).
Czułam się wtedy jak superbohaterka. Superwoman :-)
Jakoś krótko po tym Marysia, Emilka i Justyna zaprosiły mnie do Marysi na nocowanie, bo już wcześniej się umawiały, że będą u niej spać po półmetku.
No i po ostatniej piosence na tym dziwnym, cudownym, szalonym półmetku pobiegłam do domu się spakować. Moja mama była wniebowzięta, że w końcu uczestniczę w czymś takim z dziewczynami z klasy.
Pojechałyśmy do Mary. Siedziałyśmy u niej i gadałyśmy, głaskałyśmy jej wielkiego psa i białą kotkę. Kiedy wreszcie doszłyśmy do wniosku, że chcemy oglądać film, było przed pierwszą. Komputer nie chciał współpracować z telewizorem, więc brat Marysi pomógł nam obsłużyć to wszystko, ale i tak w końcu włączyliśmy rzutnik. Zastanawiałyśmy, który film wybrać, w międzyczasie obejrzałyśmy pięć szczerych zwiastunów Screen Junkies, zawyłyśmy karaoke - standardowo piosenkę Celine Dion z Titanica i dwie piosenki Adele. W końcu, około drugiej zdecydowałyśmy się na Mamma Mię (mój ulubiony film, obejrzany jakieś dziesięć razy). W międzyczasie robiłyśmy się tak zmęczone, że nawet ja nie śpiewałam moich ukochanych piosenek z tego filmu (właściwie wszystkie są moje ukochane). Już po Honey Honey Justyna zasnęła, a Emilka śpiewała Gimmie Gimmie przez sen, leżąc zawinięta w koc na podłodze. Ja i Marysia zamruczałyśmy Voulez-Vous (czy ja w ogóle wiem jak to się pisze?), a tuż przed Does Your Mother Know wyłączyłyśmy film i poszłyśmy spać.
Spałam takim snem jak zawsze, kiedy jestem wciśnięta między kogoś a ścianę, więc budziłam się jakieś trzy razy. Tykały tam dwa zegary, a ja nie mogę zasnąć nawet przy jednym. Ale muszę przyznać że się wyspałam, co prawda byłam trochę nieprzytomna przy śniadaniu.
Jadłyśmy ze starszym bratem Marysi, tego młodszego i rodziców w ogóle nie było od poprzedniego wieczora, bo gdzieś pojechali. Fajnie nam się siedziało i jadło, ale w końcu ja i Emilka musiałyśmy iść do mojego kościoła na mszę o 11:30. Miałyśmy wyjść o 11:10, ale wyszłyśmy jakieś 10 minut później. Spóźniłyśmy się trochę, ale nie aż tak bardzo :-)
Po mszy Emilka poszła na dworzec, by wrócić do domu busem, a ja poczekałam na tatę, bo widziałam go wcześniej w kościele, i poszłam do domu.
Nie mogę uwierzyć, że tak bardzo bałam się iść, bo nie chciałam znowu się rozczarować. Tymczasem wystarczyło pójść na żywioł, by tańczyć obok kogoś, z kim nigdy nie rozmawiałam, i po prostu zaufać impulsom. Wczoraj rano obejrzałam też nowy filmik Cimorelli o tym, jak podnieść swoje poczucie własnej wartości, jak czuć się dobrze ze sobą, i bardzo mi pomógł. Mówią tam także o tym, by robić coś, co cię przeraża. No więc poszłam na ten półmetek xD
Więc jeśli boisz się czegoś, jeśli boisz się zmian, to pamiętaj, że każda zmiana niesie ze sobą nowe szanse. Zmiana = szansa.
I ważne, bardzo ważne: impreza była bezalkoholowa. Jak to powiedziałam mojej siostrze: "my nie potrzebujemy".
niedziela, 25 stycznia 2015
Wieczór pełen wrażeń i nieoczekiwana noc
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz