Dzisiejszy dzień był naprawdę fajny, więc stwierdziłam, że napiszę o tym tutaj. Po pięciu dniach przeziębienia powróciłam do żywych i nadawałam się w miarę do życia. Mam co prawda wciąż lekki katar i taki fajny nosowo-chrypkowy głos, ale czuję się naprawdę dobrze :-)
Rano zadzwonił mój budzik (Demi Lovato - Made in the USA) i był tak skrajnie głośny i wczesny (6:30), że przespałam jeszcze dziesięć minut, a dopiero potem wstałam, z energią, która zawsze towarzyszy mi, kiedy zdrowieję i pierwszy dzień po chorobie idę do szkoły.
Po kilku lekcjach poszliśmy na planowane od dwóch miesięcy łyżwy. Wiedziałam, że znowu się po nich przeziębię, ale co tam - teraz czuję się dobrze. Autobus podjechał idealnie, potem ja i moja koleżanka - Aśka - wysiadłyśmy z niego pierwsze i prowadziłyśmy na IceManię.
Aśka po raz pierwszy jeździła na łyżwach i trochę ją uczyłam, ale wiele to nie dało. Nie wiem, czy to ja jestem beznadziejną nauczycielką, czy ona już jest w tym wieku, kiedy trudniej się nauczyć takich rzeczy, ale whatever.
Chyba trochę się popisywałam przed klasą moimi umiejętnościami, ale co tam! Niech wiedzą, co potrafię. Nawet nasza wychowawczyni pochwaliła moje umiejętności. Jeździłam bez czapki (moje uszyyy!), ale nie przeziębiłam się jakoś szczególnie. Było mi trochę gorąco w kurtce, ale wolałam jej nie zdejmować. Super, super, super mi się jeździło! Naprawdę to uwielbiam.
Myślałam, że nie upadnę, bo w tym roku raz byłam i mimo tłumu na tafli wtedy mi się to nie zdarzyło. A teraz było ZNACZNIE luźniej i małe chłopaczki się rozbijały po środku, nie patrząc na ludzi i nie dbając o ich zbite tyłki. Jeden z nich zachaczył o moją łyżwę i poleciał na tyłek. Ja za to próbowałam złapać równowagę, obróciłam się chwiejnie i chaotycznie o 360 stopni i upadłam, ale tak, że ledwie otarłam sobie dłonie o lód. The master of falling down xD Była obok moja "koleżanka", z którą właściwie nie rozmawiam. Podniosłam się godnie i zjechałam do bandy, a potem zeszłam z tafli i poszłam napić się wody, ale w mojej głowie wciąż dźwięczały niewypowiedziane słowa "Dzięki, że pytasz, nic mi nie jest". Szkoda, że musimy się tak dzielić.
Po tym, jak ostatnia z klasy zeszłam z lodu i zdjęłam łyżwy, stwierdziłam, że zdążę na sprawdzian ustny z niemca. No co? Już na pisemnym mnie nie było, a ja nie lubię pisać nie w terminie ;P
Poszliśmy na przystanek - ja, Aśka i dwoje chłopaków z naszej klasy, Arek i Piotrek. Czy ja to gramatycznie napisałam?
Siedemnastka była znów na styk, zdążyliśmy. W drodze porządnie zmokliśmy, a po drodze do szkoły (tym razem już tylko we dwie, ja na niemiecki, Aśka na rosyjski), przemokłyśmy do suchej nitki.
W szatni zaczęła się walka o woźną (czy może pani otworzyć? - nie, jest inna pani na drugiej zmianie - no ale tam nikogo nie ma - na pewno jest).
Piętnaście minut po rozpoczęciu tamtej lekcji weszłam do klasy z mokrymi włosami i mokrą twarzą.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - miałam wciąż krople deszczu na okularach.
- My byliśmy na łyżwach.
- Deszcz pada? - pani się uśmiechnęła, widząc, jaka jestem mokra.
- Tak.
Zaczęłyśmy się umawiać, kiedy napiszę sprawdzian, i namówiłam ją, żebym napisała teraz, "przecież jeszcze pół godziny". Chyba naprawdę nie lubię mieć zaległości, co nie?
Napisałam w pół godziny, poszło so-lala, ale niech się dzieje co chce ;P
Okazało się w szatni po tej ostatniej lekcji, że tylko trzy osoby wróciły na języki (ja, Aśka i Emilka). #wyjątkowe
Emilka siedziała na podłodze w naszej szatni i nie chciało jej się ruszać, mi zresztą też nie. Siedziałyśmy tam i ubierałyśmy się mozolnie z 15 minut.
Po drodze do domu stwierdziłam, że potrzebuję czegoś słodkiego. Wstąpiłam do osiedlowego, ale nie było nic zachęcającego. Marzyłam o ciastkach rurkach z Biedronki, więc minęłam mój blok i powlekłam się do Biedry. Kupiłam tam też ciabatę z oliwkami, jest pyszna, zjadłam ją w drodze powrotnej :-)
Chodnik pod moim blokiem tymczasowo nie istnieje, bo rozkopali wszystko i będą robić nowy. A to się równa błoto. Hell Yeah, cała naprzód, po błocie!
Jak tak czytam sobie to, to myślę, że chyba naprawdę jestem zmęczona.
Mój dawny kolega z gimnazjum kończy dziś 18 lat. Rok osiemnastek, rok osiemnastek... o rany, to będzie naprawdę ciekawy rok.
A teraz siedzę sobie i żrem rurki, ale chyba muszę się wziąć za lekcje. Za tydzień ferie! Nabieram coraz większej ochoty nawet na półmetek... pojutrze?! Jak ten czas leci!
czwartek, 22 stycznia 2015
Jakiś taki intensywny dzień
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz