Ten post chyba będzie superdługi, więc mniemam, że do końca wytrzymają fani mojego pisania (czyli moje przyjaciółki) i ci, którzy chcieli się dowiedzieć, jak mi minął poprzedni weekend (czyli moje przyjaciółki). Jeśli nią niejesteś i przeczytasz to do końca, to będę wdzięczna i pełna podziwu :)
Tyle się ostatnio rzeczy zadziało i tak szybko mija mi czas, że naprawdę rozsadza mi mózg, kiedy próbuję umiejscowić niektóre wydarzenia w czasie. Ale skupmy się na tym, co działo się ostatnio, bo to chyba najciekawsze i w sumie cały miesiąc na to czekałam. Albo i dłużej, tyle że nie aż tak intensywnie.
W sobotę odbywało się wesele mojej siostry ciotecznej (a może raczej kuzynki, jak to u nich w Wielkopolsce się mówi). W piątek wstałam około szóstej i o ósmej mieliśmy pociąg do Kutna, stamtąd do Poznania, a z Poznania do Budzynia. To jest niesamowite, jak gęsta jest tam sieć kolejowa. Tam do stolicy województwa jedzie się pociągiem, a u nas - busem. Fakt faktem, że to pozostałość po zaborze pruskim, co nie jest jakimś szczególnie pozytywnym aspektem, ale może warto to docenić? Te małe dworce z budynkami z czerwonej cegły niewątpliwie robią klimat :)
Ale wróćmy do Lublina! Pod blokiem mój tata trochę w gorącej wodzie kąpany zawołał, że nie mamy powietrza w przednim kole i musimy jechać taksówką. Wywiązała się dość upierdliwa kłótnia (od razu na początku podróży, auć, ale potem było już w miarę spokojnie). Moja siostra zadzwoniła po taksówkę, po czym mój tata stwierdził, że może jednak tylko tak zaparkował na wystającej płycie chodnikowej i może faktycznie dojechalibyśmy na dworzec. Kłótnia zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa, bo wszyscy oprócz mojej siostry chcieli odwołać taksówkę. Ona twierdziła, że tego nie zrobi, bo "tata musi się nauczyć podejmować konsekwencje własnych wyborów". Jakby tego cyrku było jeszcze za mało, w pewnym stadium kłótni obok nas przechodził mój pan od historii zmierzający do pracy. Moją siostrę też uczył jeszcze w poprzednim roku szkolnym, zna więc naszych rodziców. Darmowe bilety do cyrku rodziny K. po znajomości!!! Oferta jakich mało.
Przyjechała w końcu taksówka, tata nawet się rozchmurzył, wszyscy byli zadowoleni. Pojechaliśmy na dworzec, w drodze leciała z radia piosenka, która była w filmie studniówkowym mojej siostry (Showtek - Booyah feat. We Are Loud & Sonny Wilson), obie zastanawiałyśmy się, co rodzice myślą o tej piosence xD.
Anyway, wysiedliśmy z taksówki na dworcu, pierwsza moja jazda taxi w życiu, i to taka nieoczekiwana, sponaniczna - takie YOLO :P Wtachałam po schodach walizkę, kiedy siostra przejęła moją torbę, zresztą w każdej przesiadce to robiła, a ja tylko ciągnęłam walizkę i nosiłam ją po schodach - tak, to ja tu jestem ta silniejsza. No i Zosia samosia, bo kiedy nie byłam w stanie sama wrzucić jej na górną półkę na bagaże, byłam zła, zgadzając się na pomoc faceta siedzącego obok. Jeden chłopak nawet powiedział do mojej siostry "Chcesz się zabić?" kiedy chciała zdjąć walizkę z półki. No co za! Aż zastygłam, jak to usłyszałam i zamaszyście przewróciłam oczami. To prawda, moja siostra nie wygląda na starszą ode mnie, chociaż jest, i to dwa lata, wdała się raczej w mamę i nie jest jakaś strasznie wielka, no ale bez przesady, takie dziecko, taka kruszynka że jej nie widać to ona też nie jest! Czasem chłopaki nie potrafią znaleźć wlaściwych proporcji między gentlemanem i... no właśnie, złotym środkiem.
Ale znowu odbiegłam od Lublina. Stalsiśmy na dworcu, opóźnienie oczywiście 20 minut, no bo jakżeby inaczej w Polskich Kolejach Powolnych. Siostra kupiła InStyle'a, ktorego jakoś wyjątkowo nie chciało mi się czytać, rodzice się wyglupiali (jak łatwo potrafi zmienić im się humor!).
Do Kutna jechało się spoko. Siedziałam między oknem a całkiem w porządku facetem tak pod trzydziestkę, bym powiedziała. Trochę spałam, jadłam, słuchałam muzyki. Zerwaliśmy się z siedzeń dwadzieścia minut przed "wylądowaniem" w Kutnie przez stan podpaniczny mamy, że nie zdążymy na pociąg przez to opóźnienie. I staliśmy sobie tak przy drzwiach. I staliśmy. Aż w końcu wyszliśmy z pociągu i po krótkiej gonitwie na drugi peron okazało się, że tak dużo ludzi przesiadało się z naszego pociągu do tego do Poznania, że poczekał na nas <3 Nawet nie zdążyłam podziwiać tego naprawdę ładnego dworca, bo szybko odjechaliśmy.
Drugi pociąg miał już takie ustaienie siedzeń, jak autobus, bez przedziałów. Na początku mi się to podobało, bo jeszcze nigdy takim pociągiem nie jechałam, no i było DUŻO miejsca na nogi, ale potem zauważyłam, że nie ma zasłon, a słońce grzało jak w lecie, podczas gdy ja miałam na sobie sweter, a pod nim bokserkę z dziurą na froncie. Moja siostra za to była ubrana w czarną bluzkę, a to ona siedziała od okna. No i przez cały czas stali nad nami ludzie jadący na Pyrkon (festiwal fantastyki, manga i te klimaty, piszę na wszelki wypadek jeśli by ktoś nie ogarniał tego tak samo jak ja ;). I, mówiąc oględnie, robili larum.
Potem stwierdziłam że mam tą dziurę gdzieś, bo jest mała i ja i tak jej nie widzę, jeśli nie chcę, więc zdjęłam sweter i zamieniłam się z siostrą miejscami. Takie tam małe opalanko w pociągu :D
W Poznaniu była kolejna mała kłótnia, bo mimo że moja mama bywa tam najcześciej z nas wszystkich (czyli jakieś dwa razy w roku), oczywiście każdy - włącznie ze mną - "wiedział" lepiej od niej, jak dostać się na peron 4b. Ja byłam tam ostatnio prawie dwa lata temu i nie moglam poznać dworca. Stary budynek, jak wiem z relacji mojej siostry która szybko skoczyła tam w drodze powrotnej, świeci pustkami i wszystko jest pozamykane na cztery spusty, a nowy - to wiem już, bo widzialam - na nowym nie da się przejść, tyle tłumu. Starbucks, piekarnio-ciastkarnia Natura, światowo, a obok galeria handlowa.
W pociągu do Budzynia już nie moglam się doczekać, jak po niecałych trzech latach znowu zobaczę miejsce, w którym spędzałam bardzo fajną i bogatą we wrażenia część każdych wakacji w dzieciństwie. No i po prawie dwóch latach - kuzynki i wujka, mojego chrzestnego. Ciocię widziałam półtora roku temu. No i przecież jeszcze nie znałam przyszłego męża kuzynki!
Przyjechał po nas na dworzec, w drodze nie mogłam oderwać wzroku od widoku za oknem - tak dawno mnie tam nie było! Wszystko zdążyło się zmienić od tamtego czasu.
Pan młody okazał się naprawdę fajny i pasujący do mojej kuzynki. Jego siostra, jedna z dwóch druhen - moja druga kuzynka, siostra panny młodej cztery lata od niej młodsza też była druhną - także okazała się w porządku, a ja z zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę bardzo się zmieniłam, bo kiedyś, zanim ośmieliłam się na tyle, by normalnie z nimi rozmawiać, mijał dzień czy nawet dwa, a teraz przyszło mi to momentalnie. Po obiedzie złożonym ze - strasznie gorących, szczególnie w trakcie obierania - jajek na twardo i co tam jeszcze było? Kompot, sos i ziemniaki. Cioteczna szwagierka obierała :P
Potem kuzynki, przyszły mąż i szwagierka musieli jechać na salę, skończyć dekoracje, dopiąć kilka rzeczy na ostatni guzik i zaporoponowali mi i mojej siostrze, byśmy wybrały się z nimi. Pomogłyśmy im zanosić do samochodów rzeczy i pojechałyśmy ze szwagierką, nawet dobrze nam się rozmawiało. Po dotarciu na salę rozłożyłyśmy na stole dzieci upominki dla nich i kolorowanki, podkładki pod talerze, słodycze i takie tam atrakcje których żartem trochę nam brakowało przy naszych "dorosłych i poważnych" stołach. Ja podjęłam się karkołomnego zadania dopasowywania numerów stolików do nazwisk osób przy nich siedzących i stawiania kartoników z numerkami tak, by było je widać od wejścia. To nie było takie proste, jak mogloby się wydawać :P
Po ogranięciu jeszcze kilku rzeczy wróciliśmy, ja i moja siostra tym razem z młodszą z kuzynek, aczkolwiek rok starszą od mojej siostry. Padałam na twarz po tych pociągach, mimo że kocham sam stan podróży xD Zjadłam bodajże jakąś kolację i jeszcze chwilę pogadałyśmy z panną młodą o tym jak ona padała na twarz w poprzednim tygodniu. Nie dziwiiłam się jej, w końcu ślub, wesele, sukienka, sala, druhny, wynająć warszawę, pogodzić skłócone druhny, jak usadzić gości, batalia o kolor sukienki druhen, jak sobie to wszystko uzmysławiam, to jak przyjdzie czas na mnie, mam ochotę wejść do kościoła, wziąć ślub i wyjechać na tydzień do Włoch zaraz po pieśni na wyjście. Czy coś takiego.
Z nocą nadeszła batalia o kolejność łazienki w obrębie naszej czteroosobowej rodzinki, a potem batalia o - jakżeby inaczej - zgaszenie światła. Od kiedy nie śpimy wszyscy w jednym pokoju, jest to w sytuacjach nadzwyczajnych niemalże awykonalne. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do własnego pokoju, cichego i ciemnego w godzinach mojego snu, że głupie tykanie zegara potrafi doprowadzić mnie do furii. Dzięki Bogu, w pokoju, w ktorym spaliśmy, nie było zegara, był za to budzący się ciągle i gadający tata.
Tak minął piątek!
W sobotę chcialam obudzić się jak najpóźniej, ale oczywiście tata musiał gadać o szóstej, siódmej, ósmej i dziewiątej rano, budząc się kiedy tylko mama kręciła się po pokoju (ona jest rannym ptaszkiem). Nie pamiętam, o której wstałam. Poszłam na górę zjeść śniadanie, po którym panna młoda poprosiła nas o pomoc w wycinaniu kartoników do ozdoby zimnych ogni i pudełek na zapałki. Naturalnie się zgodziłyśmy, czułyśmy się takie potrzebne :))) Próbowałyśmy z gilotyną ale ostrze się ześlizgiwało, więc cięłyśmy nożyczkami. Potem potem potem. Co było potem? Szybki obiadek, pan z sąsiedztwa czy nawet nie wiem skąd dostarczył w garnku dużą porcję pysznych, ciepłych kotletow z ananasem i brzoskwinią na wierzchu. Tata stwierdził wtedy, że my też tak możemy - robić żarcie na zamówienie. Problem w tym, że mieszkamy w mieście wojewódzkim, gdzie konkurencja jest wielka, a nie w niewielkim miasteczku bez prawa miejskiego, gdzie konkurencja jest idealna do rozpoczęcia wyścigu.
Umalowalam się, rozplątałam dwa koczki, z których wyszły najładniejsze loki jakie kiedykolwiek mi wyszły, ubrałam się w sukienkę - niewymagającą prasowania, how cool is that. Wywaliłam na włosy kilogram lakieru, rajstopy, buty, a tymczasem dom kontynuował bycie dworcem, drzwi prawie się nie zamykały, wszyscy przycodzili, wychodzili, biegali, ubierali się, malowali, wszystko! Panna młoda miała tak przepiękną fryzurę, ze nie mogłam przestać na nią patrzeć. Kiedy makijażystka ją umalowała, ubrała się i przygotowała, wyglądała tak cudownie, że aż zachciało mi się płakać. Jeszcze niedawno opiekowala się mną, pilnowala, żebym nie wchodziła za głęboko do jeziora i spinała mi nogawki spodni tak, by nie wplątywały się w łańcuch jej roweru. A teraz jesteśmy takie "stare", ona jest mężatką, a ja za cztery miesiące kończę 18 lat.
Do kościoła jechałyśmy z ciocią - ja, moja siostra i mama. Tata pojechał z wujkiem.
Mimo, że moja mama i ciocia widują się rzadko, bo jakieś dwa razy w roku, no może trzy się czasem udaje wyskrobać, wciąż zachowują się jak siostry, kiedy się widują. Czasem trudno mi uwierzyć, że naprawdę nimi są, bo ich ścieżki rozbiegły się w zupełnie różne strony i żyją zupełnie inaczej, ale mają też mimo wszystko wiele wspólnego i widać między nimi "to coś", tą siostrzaną więź co między mną a moją siostrą. No i tak samo zdarza im się kłócić o pierdoły xD
Ale wroćmy do ślubu. Dotarłyśmy i zobaczyłyśmy mnóstwo krewnych widzianych superdawno, a może nawet nigdy. Jeśli chodzi o większość, to nawet nie mam pojęcia jakie jest między nami pokrewieństwo (córka siostry mamy siostry twojej babci itp itd). W kościele wzdłuż przejścia stały wazony w kształcie walca z wodą i unoszącymi się na niej świeczkami, a do ławek były przywiązane białe kokardy. O tą dekorację była batalia z proboszczem, i to jeszcze w piątek, dzień przed ślubem.
Kazanie było przepiękne. Ksiądz, który udzielał ślubu, był kilka lat na parafii w Budzyniu, ale został przeniesiony do sąsiedniej i przyjechał udzielić im ślubu. Wprowadził luz opowiadaniem o tym, jak panna młoda chodziła w pieluchach itepe itede, i nawet wspomniał moją (a zarazem panny młodej) babcię.
Staralam się nie rozpłakać, ale mialam mokre oczy. Przysięgę powiedzieli tak pięknie, pewnie i nawet głos im się nie załamał, że nie moglam wyjść z podziwu. No, no. Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało?
Po mszy, kiedy nowożeńcy stali i przyjmowali gratualcje, życzenia itepe itede, druga kuzynka uginała się pod ciężarem kwiatow i pomagałyśmy jej je trzymać :D Potem honorowa rundka wokół rynku i jedziem na wesele!
Parking był tak zapchany, że powitanie chlebem i solą zobaczyliśmy sobie z okna samochodu. Można dodać, że była z nami matka panny młodej, na którą nawet nie poczekali. Zabawne, bo na pierwszym weselu, na którym byłam, też jechała z nami matka panny młodej, tyle że przejmowała się o wiele bardziej tym, że może nie zdążyć na powitanie chlebem i solą :P A zdążyła.
Biegania z kwiatami ciąg dalszy, aż udało nam się stanąć na prawie samym końcu kolejki z życzeniami i wziąć kieliszek z szampanem. Swoją drogą, dlaczego szampan na weselu jest tylko na początku? A wódka wlewa się do kieliszka zewsząd, masz wrażenie że nawet z sufitu! A jest taka niedobra. Pierwszy i ostatni raz piłam ją na osiemnastce mojej siostry.
Potem zaczęła się wielka wyżerka. Jedzenie było PYSZNE. Naprawdę. Za to tylko lubiłam wesela - za dobre jedzenie. Bo do tego wesela nie przepadałam za nimi.
Teraz nie mogę się doczekać kolejnego. #changes #dziwne
Anyway, potem zaczęła się zabawa z tańcami i w pierwszej piosence ja i moja siostra wyszłyśmy na parkiet! Jak nie my O.o. Naprawdę dobrze zaczęłyśmy się bawić, a kiedy poszłyśmy do stołu z ciastkami, muffinkami i FONTANNĄ Z CZEKOLADĄ, zakochałam się. Nie chciałam opuszczać mojej nowej miłości i zażądałam takiego urządzenia na urodziny xD Naprawdę, to było coś tak pysznego, że trudno mi było odejść od tego stołu. Najlepsze były pianki, w czekoladę i haps do buzi. Niebo w gębie. Ambrozja i nektar w jednym.
Ale musiałam odejść :'( Tańczyłam, jadłam, wypiłam dwie kawy i dwie lampki wina, jadłam, jadłam, jadłam... rozmawiałam z ciotkami, kuzynami. Jeden z nich do nas takie: "Nie pamiętacie mnie?", amy na to takie bezradnie "eeem... nie". Ale no serio, jego córkę pamiętałam, ale jego nie :P Pewnie mi się jakoś kiedyś obiło u uszy jego imię, ale bez nazwiska, i pewnie dlatego nie miałam pojęcia, kim jest.
Nawet nie wiem o której godzinie, ale pewnie około drugiej tańczyłam sobie z Martą (moją siostrą, dlaczego ani razu nie wymieniłam jej imienia?) i dwóch chłopaków poprosiło nas do tańca, no to my spoko, spoko. Dobrze się tanczyło i rozmawiało, ale nawet nie spytał o imię ani ja go nie spytałam, trzy razy upewniał się, że to skąd jestem to na pewno Lublin, a nie na przykład Lubin (glośno było). On był z Poznania i jak powiedziałam, że chodzę do drugiej liceum, to on takie "a ja pierwsza gimnazjum". Ogólnie spoko koleś. Z dziesięć minut po tym, jak tańczyliśmy, jechał do domu.
Impreza była już super i wiedziałam już, że zmieni moje nastawenie do wesel. Kiedy zrobiło się już naprawdę luźno i została tylko w miarę najbliższa rodzina, zrobilo się jeszcze bardzej weselnie. Z panem młodym tańczyłyśmy do "Rudy się żeni", tyle że w wersji z jego imieniem :P Potem znowu śpiewali coś rockandrollowego, więc wszyscy już nawet nie zważali na to, czy umieją tanczyć, w większości wódka zrobiła swoje xD Świadkowe zaczęły tańczyć w rozczulający sposób, a ktoś uwiecznił to na filmiku telefonem. Przyszła pora na kaczuchy... zaledwie kilka osób ogarniało, jak się to tańczy, więc ubaw był niezły. Zorba była intensywna. Oj, bardzo xD
I w ten sposób dotrwałam żywa i "wide awake" do końca zabawy! I to bardzo udanej zabawy :D Ciocia wiozła nas z powrotem do domu, a potem wracała po wujka, tę jeszcze niezamężną córkę i jej chłopaka.
Nawet zdążyłam się umyć, zanim wrocili. Byłam zombie, a miałam przed sobą pięć godzin spania i cały dzień w pociągach. Żałowałam, że nie mogłam zostać na jeszcze jeden dzień, szczególnie że szykowały się poprawiny.
Nazajutrz rano krzątanina mamy obudziła mnie o dziewiątej, więc godzinę wmawiałam sobie, że śpię. Tak naprawdę nie wiem, czy spałam xD Zjadłam śniadanie, umyłam się i wciąż czułam się i wyglądałam jak zombie. Młodsza kuzynka wstała, by nas pożegnać (starsza nocowała w hotelu przy restauracji). Nie mogłam uwierzyć, że już po wszystkim :(
Około wpół do dwunastej (a może nawet trochę wcześniej) ciocia odwiozła nas na dworzec. Znowu mijałam miejsca tak bardzo kojarzące się z wakacjami, że aż zakręciła mi się łezka w oku. Zastanawialam się, co czuje moja mama, przecież tam właśnie się wychowała i mieszkała w Wielkopolsce przez trzydzieści lat.
Wsiedliśmy do pociągu. Podzieliliśmy wstępnie między siebie pięć czekolad, które wujek wrzucił mi do torby (trzy Milki z Oreo i dwie Milki z nadzieniem truskawkowo-jogurtowym, czyli moje ulubione czekolady :DDD). Ma wujek gust do czekolad, to trzeba przyznać. A może to kuzynki wybierały? Mniejsza z tym :P
Po dość krótkiej, godzinnej jeździe do Poznania wysiedliśmy na peronie 4b. Ja chciałam do łazienki, więc szłam w stronę starego budynku dworca, ale moja siostra upierała się, że w nowym jest za darmo. Poszłam do starego. Potem okazało się, że w nowym wcale nie jest za darmo. Hahaahahaha, kto miał rację?
Kupiłyśmy sobie po kawie z automatu, po kanapce (nie obyło się bez "gwałtownej wymiany zdań", bo moja siostra twierdziła, że za bardzo lubię popkulturę, chcąc spróbować kawy ze Starbucksa: co prawda próbowałam w Warszawie, ale nieopatrznie wzięłam zimną kawę, kiedy na zewnątrz była najokropniejsza pora roku - przedzimie xD). Co prawda, z automatu była pyszna, waniliowa, chociaż normalnej kawy to ja nie znoszę, chyba że muszę się obudzić, na przykład na weselach.
Potem żałowałam, że jednak nie uparłam się na Starbucksa, bo okazało się, że na peronie jednak pojawiła się chrześnica mojego taty mieszkająca w Poznaniu, która popkultury najwyraźniej nie lubi (chociaż może to zamałe słowo), i chyba myśli, że my jesteśmy takie, jak to moja siostra mówi "odtwórczy styl, sneakersy, sweterek, dżinsy i torba". Jakby się nie można było normalnie ubierać O.o. Tak czy inaczej, stwierdziłam, że byłoby śmiesznie, gdybyśmy miały kubki ze Starbucksa w rękach. To by była dopiero popkultura!
Pociąg z Poznania był bezprzedziałowy, na szczęście już nikt nad nami nie stał, i mogłyśmy się w spokoju kłócić xD Nie przesadzam, praktycznie całą drogę się kłóciłyśmy. Raz ja ją smyrałam swetrem, raz ona mnie. Byłyśmy tak rozdrażnione, że rozejm nastąpił dopiero gdzieś na wysokości Dęblina.
Wysiadając w Lublinie, miałam ochotę jak najszybciej zasnąć we własnym łóżku, w pokoju, gdzie nikt nie gada do mnie w środku nocy.
Zeszliśmy w przejście podziemne i, widząc wyjście do miasta, uśmiechnęłam się. Rzadko zdarzało mi się tęsknić z miastem, ale jednak było to najbardziej moje z miast.
Weszłam po schodkach z walizką. Rozglądam się, tatajest, Marta jest, gdzie mama? Pytam taty, pytam siostry, a oni pokazują mi mamę biegnącą po drugiej stronie ulicy i znikającą za załomem kolejnej ulicy. Serio? Okazało się, że mama biegnie do sklepu, bo tata przez całą drogę narzekał, że nie będzie chleba na śniadanie. A teraz stoi i krzyczy, że tu jest sklep, ale mama już go nie słyszy. Rodzice -.-
Kolejny cyrk, tym razem ludzi od cholery dookoła. Tata poszedł do sklepu po chleb, ja z Martą stanęłyśmy niedaleko. I wtedy mi powiedziała, że widziała pana od historii, tego samego, ktory widział piątkowy cyrk. Ten cyrk z niekupionym chlebem też widział. Widocznie ma facet szczęście do darmowych wejściówek do cyrku rodziny K.
Po drodze (tym razem autobusem) do domu znowu ktoś się o coś kłócił, nawet już nie wiem, o co, ale ta podróż naprawdę nas wykończyła. Po wejściu do domu zrobiłam siku, wstępnie rozgrzebałam walizkę i rzuciłam się do łóżka, wstając na tyle późno, że do szkoły dotarlam dopiero na trzecią lekcję.
To był szalony weekend i wciąż go odsypiam, ale było naprawdę fajnie i intensywnie. Po wszystkim udało nam się dojść do porozumienia. Jak zawsze :)
No i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego wesela. I już tęsknię za Budzyniem.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Te ładne dworce, rodzinny cyrk, wesele i fontanna z czekolady, czyli szalony weekend.
niedziela, 19 kwietnia 2015
Renegade. Rozdział siódmy - Co ty tu robisz?
Kucharka spojrzała na Lisę z wielkim zaskoczeniem.
- Nie musisz mi pomagać - powiedziała.
- Ale chcę - dziewczyna uśmiechnęła się do niej. - Niech pani się nim nie przejmuje. To tylko rozpuszczony dzieciak.
- Znasz go? - kobieta zaciekawiła się.
- Nie. I całe szczęście, bo widać, jaki jest.
- Dziękuję za pomoc. Jak wy to teraz mówicie... "zrobiłaś mi dzień" - powiedziała kucharka, kiedy podłoga była już sucha i czysta.
Lisa uśmiechnęła się promiennie i odparła:
- Nie ma sprawy - wstała, wróciła do stolika i jak gdyby nigdy nic zrobiła sobie kolejną kanapkę.
Wszyscy, którzy widzieli, co zrobiła Lisa po wyjściu Janka, patrzyli na nią z mieszaniną zdziwienia i podziwu. Ona tylko uśmiechała się do nich, a oni albo odwracali wzrok, albo odwzajemniali uśmiech.
- Czułaś się winna? - zapytała ją Ada.
- Nie, dlaczego? - dziewczyna zdziwiła się.
- Bo gapił się na ciebie od samego wejścia - powiedziała Anka, unosząc brwi, rozbawiona.
- Dlatego nie zauważył tej pani - dodała Daria.
- I na nią wpadł - uzupełniła relację Magda, po czym napiła się herbaty.
Lisa poczuła się trochę osaczona, kiedy dziewczyny wyrzucały z siebie urywane zdania, jakby w umówionej kolejności. Zaniemówiła. Dlaczego zawsze każdy chłopak gapił się na nią, jakby była po prostu eksponatem w muzeum, rzeźbą bez niczego w środku?
"Będę musiała udowodnić wszystkim, że mam jednak coś w środku. Zresztą, to ja wstałam, by pomóc tej pani." - pomyślała, coraz bardziej zdeterminowana, ale i zadowolona z siebie.
- I to właśnie ty pierwsza zaczęłaś się śmiać - Daria potrząsnęła głową ze śmiechem. - Mam wrażenie, że jest teraz super wściekły
- Oby nie - odparła krótko Lisa.
- Dobrze, że nie widział, jak wstałaś i wycierałaś podłogę - Ada roześmiała się.
- Szkoda - Lisa uśmiechnęła się zawadiacko i upiła łyk herbaty, spoglądając na drzwi.
Daniela gwizdnęła i wszystkie się roześmiały.
- Więc mówisz, że będziesz z nim zadzierać? - Anka odstawiła pusty kubek na stół i oparła się na blacie obiema rękami.
- No risk, no fun - powiedziała Lisa z rodzimym akcentem, już nawet nie wstydząc się nim afiszować.
- No, no - Dominika wykorzystała chwilę ciszy, by podsumować wszystkie wydarzenia ubiegłych piętnastu minut. - Wygląda na to, że to będzie ciekawy wyjazd.
Dziewczyny pokiwały głowami.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po śniadaniu wszyscy rozeszli się do pokojów, a o dziewiątej rozpoczynał się pierwszy wykład.
Lisa miała nadzieję, że Janek nie jest w sadystycznym nastroju. Jej koleżanki z pokoju i te z sąsiedniego zapowiedziały, że okrążą ją jak straż przyboczna, ale Lisa podziękowała i odmówiła, bo czuła się co najmniej odważna.
Kiedy wszyscy stawili się pod salą, Lisa od razu go zauważyła. Stał i rozmawiał ze swoim przyjacielem, Wiktorem. Nie nosił już żadnych śladów czerwonej zupy, wydawał się zupełnie wyluzowany, jakby zapomniał o tym, co się stało, więc Lisa odetchnęła. Daria jednak ścisnęła ją ostrzegawczo za rękę.
- Uważaj na siebie, kiedy ten palant się do ciebie zbliży na mniej niż dwa metry - powiedziała półgłosem.
Lisa roześmiała się.
- Mówisz, jakby miał zamiar wrzucić mnie do basenu z kwasem.
- Z takimi to nigdy nie wiadomo - Daria wzruszyła ramionami.
- Przecież to on się na mnie gapił - Lisa obstawała przy swoim.
- Śmiałaś się z niego, a z takich jak on się nie śmieje - odparła koleżanka.
- Skąd wiesz? - Lisa znowu miała wrażenie, że w powietrzu pomiędzy nimi lata jakiś sekret.
Daria nie odpowiedziała.
Przy wchodzeniu do sali jakaś dziewczyna, którą Lisa bardzo słabo kojarzyła, przepuściła ją i się do niej uśmiechnęła. Lisa zdziwiła się. Zwykle ludzie nie przepuszczają nikogo tak bez powodu.
Kiedy szła w kierunku siedzeń, na których siedziały poprzedniego dnia, spojrzała ze zdziwieniem na koleżanki.
- To dlatego, że wycierałaś podłogę w stołówce - oświeciła ją Daniela.
- To było tylko głupia mała bezinteresowna pomoc! - Lisa szepnęła głośno, zauważając jeszcze więcej ludzi uśmiechających się do niej uprzejmie.
- Obrażasz bezinteresowną pomoc - rzuciła Daria.
Lisa usiadła i ucieszyła się, że udało jej się nie ściągnąć na siebie uwagi Janka. Zresztą, czy prowokowałby ją w grupie osób, które w większości były po jej stronie?
Zaczął się wykład. Lisa chłonęła każde słowo, odcinając się od świata i skupiając tylko na tym, że nareszcie wróciła do tego, co kocha. Nie rejestrowała już nawet spojrzeń, uśmiechów ani szeptów ("to ta, która wycierała podłogę w stołówce"). Notowała skrupulatnie to, co mówił wykładowca, a nawet jeśli bolał ją nadgarstek, to tego nie czuła.
Ze skupienia wyrwał ją dopiero głośny trzask drzwi z tyłu po lewej stronie. Dopiero wtedy poczuła, że zaczyna boleć ją kark, a prawa stopa ścierpła jej na amen. Odwróciła głowę w stronę drzwi, by ją rozruszać, i zobaczyła, kto był przyczyną tego trzasku.
"Piotrek!" - zawołała w myślach.
Obok drzwi stał Piotrek, trochę onieśmielony mnóstwem głów zwróconych w jego stronę. Kiedy jednak jego oczy spotkały pytający, ale rozradowany wzrok Lisy, uśmiechnął się i ruszył w stronę wolnych siedzeń na widowni.
- O, witamy spóźnialskiego! - powiedział wykładowca.
- Wszystko w porządku - kierownik warsztatów wstał i zwrócił się do widowni. - Wybaczcie to zamieszanie, ale mamy jeszcze jednego uczestnika, na miejsce kogoś, kto wypisał się tydzień temu. Dopiero wczoraj zdążyliśmy dopełnić wszystkich formalności, więc Piotrek jest z nami od dzisiaj. Zapraszam po indeks.
Piotrek wstał i pewnym krokiem podszedł do kierownika. Ten wręczył mu zieloną książeczkę i poklepał po ramieniu.
"Miałem sprawdzić stan techniczny kulis" - Lisa była skonfundowana. Zabrzmiało to poprzedniego dnia jak "Ja tu tylko sprzątam". Nie mogła zrozumieć, dlaczego ten chłopak zachowywał się, jakby nie chciał tu być.
Kiedy usiadł, wykładowca wrócił tam, gdzie skończył. Tym razem, ilekroć Lisa próbowała się skupić, rozpraszały ją myśli o Piotrku. Daria zauważyła, że koleżanka patrzy pustym wzrokiem przed siebie, jakby była nieobecna. Zastanawiała się, co się dzieje, że Lisa tak nagle oklapła.
Dwadzieścia minut później skończył się wykład. Była 10:10. Na wpół do jedenastej mieli zaplanowany pierwszy spacer po mieście i zwiedzanie.
Lisa trochę ociągała się z wstaniem, wertowała notatnik w poszukiwaniu nieistniejącej luźnej kartki i szukała pod fotelem długopisu, który miała w garści. Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że Piotrek też siedzi, ale spokojnie czytając notatki. Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej.
W końcu oboje wstali, po tym, jak połowa uczestników warsztatów była już na korytarzu. Lisa wydostała się spomiędzy siedzeń i podeszła do Piotrka, stojącego w połowie drogi do drzwi.
- Co tu robisz? - zapytała, trochę zażenowana swoim niebywale elokwentnym pytaniem.
- Uczę się - uniósł indeks - widzisz? - uśmiechnął się.
- Nie wiedziałeś wczoraj, że jesteś na liście? - Lisa zastanawiała się, czy okłamał ją z premedytacją.
- Wiedziałem - przyznał. - Ale po prostu nie chciałem przyjąć tego do świadomości - skrzywił się.
Ruszyli do drzwi w chwilowym milczeniu.
- Dlaczego tak bardzo nie chcesz tutaj być? - zapytała, kiedy już wyszli na korytarz. Wszyscy oprócz nich już się rozeszli.
- Jestem tutaj na specjalnych zasadach. I w ramach pewnego ultimatum. Słuchaj... nie mów o tym nikomu, dobra? - potarł dłonią swój kark i uśmiechnął się lekko. - Wolę się nie wychylać, żeby jakoś to przetrwać.
- Jasne. Potrafię dochować tajemnicy - odparła Lisa. - Mieszkasz tu, prawda? W Kołobrzegu - dodała, by potwierdzić swoje przypuszczenia.
- Skąd wiesz? - zdziwił się.
- Intuicja - powiedziała.
- Widzę, że cię nie zawodzi - splótł ręce na piersi i oparł się o ścianę. - Ale tymczasowo mieszkam tutaj, z Jankiem, Wiktorem i Mateuszem w pokoju, bo kierownik stwierdził, że tak będzie "właściwie" - przewrócił oczami.
- Auć. Współczuję - Lisa mogła się tylko domyślać, jak ciężko jest użerać się z Jankiem, mieszkając z nim i jego przyjaciółmi w pokoju.
- Wiesz co, wcale nie jest tak źle. Myślałem, że będzie o wiele gorzej - powiedział Piotrek.
Lisa pomyślała, że albo udaje, albo jest aż tak odważny, albo aż tak szalony.
- Słyszałem o tym, co się stało na stołówce. Pewnie miałaś niezły ubaw.
Lisa uśmiechnęła się.
- Powiedzmy, że było całkiem zabawnie - odparła.
- Odważna z ciebie dziewczyna. Nie boisz się go ani trochę? Jeśli zacznie cię zaczepiać, czy coś takiego, mogę z nim porozmawiać - powiedział Piotrek, nagle trochę onieśmielony.
- Jesteś już ósmą osobą, która mi to proponuje - roześmiała się. - Czy naprawdę wyglądam na aż tak słabą?
- Nie. Raczej na tak fajną, że ma się ochotę mieć cię w gronie przyjaciół.
Zrobiło jej się gorąco i była pewna, że się zarumieniła. Fajna. Takie małe słowo, a sprawia tak dużą radość.
- Dzięki - odparła, uśmiechając się, i już miała powiedzieć coś więcej, kiedy usłyszeli głos kierownika.
- Piotrek! Chodź tu na chwilę!
Kiedy znikał w sali teatralnej, pomyślał, że może te warsztaty wcale nie będą takie złe. Wiedział, że Lisa to wyjątkowa dziewczyna, i nie zamierzał zostawić jej na łaskę i niełaskę swojego współlokatora.
Lisa pobiegła po dwa schodki na górę do pokoju. Zastanawiała się, czy Piotrek będzie zwiedzał Kołobrzeg z wszystkimi. Pomyślała, że sama chciałaby kiedyś zwiedzić Kraków jak turystka i ugryzła się w język, by nie krzyknąć z podekscytowania. Zapowiadały się intensywne i pełne emocji trzy tygodnie.
Kiedy weszła do pokoju, dziewczyny z wyczekiwaniem wlepiły w nią trzy pary oczu.
- Kto to jest? - wypaliła Daniela.
- Skąd go znasz? - zapytała z zaciekawieniem Daria.
Lisa zrzuciła buty i położyła się na łóżku, a potem spojrzała w sufit.
- Wczoraj w nocy wyszłam, kiedy zasnęłyście. Daria już wie. Ale żadna z was nie wie, kogo spotkałam. Weszłam na scenę i śpiewałam moją ulubioną piosenkę, a potem zapalił się reflektor. To Piotrek stał na mostku na górze. Potem zaśpiewaliśmy kawałek razem, i chwilę pogadaliśmy. Powiedział, że tylko sprawdza stan oświetlenia. Zabrzmiało to jak "Ja tu tylko sprzątam", więc to trochę dziwne, że nagle się znalazł wśród nas, nie sądzicie?
Na początku odpowiedziało jej milczenie, ale po chwili odezwała się Anka.
- Dlaczego? Może pracuje tu, ale nie płaci za udział?
- Ale nie wydawał się zachwycony, kiedy szedł po indeks - powiedziała Daria, patrząc na Lisę z uśmiechem. Coraz więcej tajemnic zostawało rozwianych.
- Bo nie był - Lisa przekręciła się na bok, wstała i zaczęła pakować torbę na spacer.
- Tyle facetów dookoła - Daniela pokręciła głową - którzy czegoś od ciebie chcą. Zwariować można.
Lisa uśmiechnęła się i przytaknęła.
- Ale trzeba stawić im czoła - powiedziała Daria z nosem w walizce, poszukując okularów przeciwsłonecznych. Spadł jej z serca kamień - nareszcie dowiedziała się, czego Lisa nie chciała jej powiedzieć. Rozumiała ją, bo gdyby sama spotkałaby kogoś takiego właściwie na granicy snu i jawy, w nocy i w takiej niezwykłej scenerii, musiałaby sama przyzwyczaić się do myśli, że to nie był sen, i nie powiedziałaby o tym nikomu przez następny dzień. A skoro Piotrek przestał być tylko postacią niemal ze snu, tajemniczym chłopakiem od reflektorów, skoro okazało się, że w świetle dnia też ukazuje się ludziom, Lisa mogła podzielić się z koleżankami tym, co przytrafiło się jej w nocy.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Renegade. Rozdział szósty - Janek.
Daria nie spała dobrze tej nocy. Udawała, że śpi, kiedy wszystkie się położyły. Wiedziała też, że Lisa nie spała dobrze - nosiło ją aż tak, że zniknęła z pokoju na dwadzieścia minut. Daria nie zasnęła przez cały ten czas, a kiedy Lisa wróciła i położyła się z powrotem do łóżka, Daria wciąż leżała twarzą do ściany i udawała, że śpi. Gdzie mogła pójść Lisa o tej porze? Wydawało się to dziwne, że nie mogąc zasnąć po prostu postanowiła wyjść, w dodatku zostawiając pokój zamknięty tylko na klamkę.
Tak długo Daria leżała na granicy rzeczywistości i snu, że nawet Lisie udało się zasnąć wcześniej.
Rano po przebudzeniu zastanawiała się, jak długo spała. Jej bezsenność chyba nie wiązała się ze spaniem w nowym miejscu, ale raczej z Damianem. Po raz kolejny nie umiała przejść nad nim do porządku dziennego.
Wstała z łóżka i podeszła do okna. Było rano, godzina siódma. Najwyższy czas na wstanie, bo śniadanie było o ósmej. Z łazienki dobiegał szum wody i śpiewanie swoistego mashupu z "Metra", co znaczyło, że Anka właśnie bierze prysznic. Daniela wciąż chrapała w najlepsze, a Lisa siedziała na parapecie i czesała włosy.
- Jak się spało? - zapytała.
- Tak sobie. Nie mogłam zasnąć.
- Damian? - Lisa się domyśliła.
- Trochę. Chyba tak. A ty gdzie byłaś tak późno? Słyszałam, że wychodziłaś - Daria postanowiła po prostu spytać.
- Przepraszam, nie chciałam hałasować - Lisa trochę się speszyła, jakby koleżanka przyłapała ją na czymś niewłaściwym.
- Nie hałasowałaś. Po prostu było cicho, a ja też nie spałam.
- Poszłam do sali teatralnej. Chciałam pobyć tam trochę sama. No i... nie mogłam się doczekać, by stanąć wreszcie na scenie - Lisa chciała zachować Piotrka tylko dla siebie, na razie nie była gotowa na opowiadanie o nim.
- Masz naprawdę dziwne pomysły w środku nocy - Daria pokręciła głową, nieco rozbawiona.
- Hej, to nie był środek nocy!
- Ale cisza nocna poniekąd była - Daria otworzyła okno. Usłyszały poranny śpiew ptaków z drzewa, które rosło pod ich oknem.
- Poniekąd? - Lisa rzuciła szczotkę na łóżko i zaczęła zaplatać warkocz.
- Często to tylko pojęcie, a dziś po prostu wszyscy byli zmęczeni - Daria dobrze znała "cisze nocne" gdzie wszyscy udawali przed opiekunami, że śpią, a w pokojach toczyły się względnie ciche imprezy karciane, gadane albo jedzone.
- Tak, wiem o co chodzi - Lisa sama kiedyś na koloniach musiała za karę stać przy barierce od schodów z kierownikiem piętnaście minut, bo została wysłana z misją dostarczenia popcornu, a kierownik akurat szedł na zwiad. Ach, młodość.
Śpiew ptaków nie dla wszystkich był miłym zjawiskiem, a szczególnie z rana. Daniela otworzyła jedno oko, potem drugie i sarknęła.
- Dlaczego one do Marysi muszą się tak drzeć?! - wstała i zamknęła okno z hukiem.
- Gdyby nie one, mogłabyś się spóźnić na śniadanie, a dziś jest pasta jajeczna w jadłospisie - powiedziała Anka, wychodząc z łazienki w bawełnianej niebieskiej sukience i z turbanem na głowie.
Daniela spojrzała na najlepszą przyjaciółkę i przekrzywiła głowę jak piesek, kiedy się czemuś przygląda i pokiwała nią, przenosząc spojrzenie z powrotem na okno.
- To może być jakaś okoliczność łagodząca - oświadczyła.
Dziewczyny roześmiały się.
Daria usiadła przed szafą, bo miała największą półkę, która znajdowała się na samym dole. Wzięła ze sobą najwięcej ubrań. Wyjęła z szafy bawełnianą, fioletową spódnicę do kolan i białą koszulę bez rękawów, a potem poszła do łazienki.
Wzięła szybki prysznic. Myślała wciąż o tym, co Lisa robiła poza pokojem w nocy. Coś w zachowaniu Lisy podpowiadało Darii, że koleżanka nie powiedziała jej wszystkiego. Daria nie chciała nieufnie przyglądać się koleżance, a nawet materiałowi na przyjaciółkę, więc postanowiła porozmawiać z nią o tym tak szybko, jak tylko się dało. Na myśl, że dziś znowu spotka Damiana, poczuła złość zmieszaną z ulgą i szczyptą radości. Tak wiele uczuć naraz, że aż zakręciło jej się w głowie, kiedy wychodziła spod prysznica. Złapała obiema rękami za krawędź zlewu i spojrzała w lustro. Zamknęła oczy, marząc, by złe przeczucia były tylko jej wyolbrzymieniem sprawy, a nie prawdziwą intuicją. Kiedy spojrzała z powrotem na swoje odbicie, zdobyła się nawet na uśmiech.
"Wszystko będzie dobrze, Daria" - tak jak często, weszła w rolę własnej najlepszej przyjaciółki.
Ubrała się w spódnicę i koszulę. Miała własny styl i bardzo się z tego cieszyła, bo większość jej koleżanek narzekała, że nie potrafią wypracować swojego. A ona po prostu lubiła nosić eleganckie i niepowtarzalne ubrania.
Wyszła z łazienki. Dziewczyny spojrzały na jej strój z uznaniem.
- Już wczoraj to zauważyłam, ale... jak ty to robisz, że nawet najzwyklejsze ubrania wyglądają na tobie jak z wybiegu? - zapytała Daniela.
- Przesadzasz - odparła Daria. Wyjęła z kosmetyczki wypełniacz do koka i z jego pomocą wprawnie zaczęła robić kok na czubku głowy.
- Nie przesadzam - zaprotestowała Daniela. - Wyglądasz przepięknie.
- Dziękuję! - Daria była zachwycona komplementem.
- Mogę iść teraz do łazienki? - zapytała Lisa, a kiedy nikt nie zaprotestował, poszła tam z dżinsowymi szortami i zieloną bokserką pod pachą.
Musiała nosić szorty w lecie, bo lubiła korzystać z ciepła, a w długich spodniach by się ugotowała, ale gdyby istniała taka możliwość, nie odsłaniałaby ud przez cały rok. Chciała nosić więcej spódnic i sukienek, ale nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a w nich właśnie tak było. "Może jutro" - pomyślała, zakładając krótkie spodenki po prysznicu. Skrzyżowała ramiączka od stanika, bo nie znosiła, kiedy wystawały spod bokserki, założyła bluzkę i umyła twarz. Nałożyła starannie krem CC i podkład, a potem puder. Przyjrzała się sobie i stwierdziła, że może wychodzić.
W pokoju panowało pełne skupienia milczenie, bo Anka i Daria malowały się przy stole, a Daniela wskoczyła do łazienki tak szybko, jak to było możliwe. Lisa wyjęła z szafy granatowo-białą koszulę flanelową i założyła ją, rozpiętą, na bokserkę. Potem przeniosła swoją kosmetyczkę na stół i postawiła na nim swoje własne lusterko. Wyjęła z kosmetyczki paletę cieni do powiek i zaczęła starannie malować prawe oko. Niedawno odkryła, jak wielką różnicę potrafi zrobić trochę brązowego cienia od połowy powieki aż do zewnętrznego kącika i jasna, perłowa kreska od zewnętrznego kącika do połowy linii rzęs na obu powiekach. Potem użyła tuszu do rzęs.
Zanim skończyła oboje oczu, dziewczyny zdążyły się umalować, a Daniela przygotować się do wyjścia.
- Kończysz już? - zapytała Daria, kiedy Lisa ocknęła się z letargu, w który zawsze zapadała, malując się. Nie mogła nic poradzić na to, że od kiedy pamiętała, była perfekcjonistką i jak już coś robiła, to musiało wyglądać idealnie.
- Tak - Lisa spojrzała na nią z rozbawieniem.
- Ładnie się umalowałaś. Mogę się u ciebie podszkolić? - zapytała Anka.
- Jasne - koleżanka uśmiechnęła się szeroko.
Daniela miała na sobie czarne dżinsowe spodenki i zwykły, biały t-shirt z napisem "Kocham poniedziałki". Na nogi założyła szare trampki z nitami. Anka do sukienki też włożyła trampki, tyle że czarne.
Lisa miała na nogach te same sportowe buty, co w nocy. Tylko Daria wyłamała się ze schematu i założyła baleriny.
- Idziemy na śniadanie? - Anka położyła rękę na klamce.
- Chodźmy, jestem głodna! - zarządziła Daniela.
- To już? - zdziwiła się Lisa.
- Nic dziwnego, że nie zauważyłaś, skoro dwadzieścia minut się malowałaś - zażartowała Daniela.
Zamknęły za sobą pokój i zbiegły po schodach na parter. Stołówka znajdowała się tuż obok klatki schodowej, a w korytarzu już zebrał się tłumek.
Po niedługim czasie otworzyły się drzwi stołówki. Wiecznie wygłodniała młodzież wlała się gwałtowną falą do dużej sali wyłożonej zielono - białą boazerią i parkietem z ciemnego drewna na podłodze. Stoliki były ośmioosobowe, więc Lisa, Daria, Daniela i Anka usiadły z dziewczynami z pokoju obok - Adą, Magdą, Olą i Dominiką.
Śniadanie upłynęło w sennej atmosferze. Lisa nie mówiła wiele, tylko przysłuchiwała się szmerowi rozmów i stukaniu sztućców o talerze. Daria i Daniela rozmawiały z Olą, która była już znacznie bardziej wypoczęta i miała świetny humor. Anka ziewała na przemian z Dominiką, a Magda śmiała się z Ady, która próbowała swoich sił w jedzeniu tylko lewą ręką.
- Wydoroślej trochę - Dominika przewróciła oczami na zachowanie Ady, ale też śmiała się z koleżanki.
Lisa rozejrzała się po sali. Damian i Hubert siedzieli trzy stoły od nich z kolegami z pokoju i z czterema dziewczynami z innego.
Nagle drzwi do stołówki otworzyły się gwałtownie i wszedł przez nie Janek. Był ubrany w ciemnoniebieskie dżinsy i sweterek opinający szczelnie jego imponującą muskulaturę. Lisa tylko przewróciła oczami i wróciła do jedzenia, pewna, że to było zaplanowane spóźnienie, podczas gdy wszystkie spojrzenia zwrócone były na Janka.
Kiedy jednak usłyszała niespodziewany hałas, odwróciła głowę z powrotem i ujrzała przekomiczny widok: od torsu po same stopy chłopak oblany był czerwonym płynem, czyli zupą pomidorową, którą przez przypadek wylała na niego kucharka niosąca wazę z tą właśnie zupą. Zadzierał nosa tak wysoko, że nie zauważył niskiej kobiety z wielką wazą, a teraz stał i patrzył wściekłym wzrokiem to na zupę na swoim swetrze, to na przestraszoną kucharkę.
- Czy pani ma pojęcie, ile to kosztowało?! - krzyknął wściekle.
Lisie tak bardzo zachciało się śmiać, że nie mogła się powstrzymać i zachichotała. Zrobiła to jednak na tyle głośno, że Janek spojrzał na nią z morderczym wyrazem twarzy, który po chwili zelżał i przerodził się w intensywne spojrzenie z pewną nutą zainteresowania. Lisa wytrzymała i wygrała tą bitwę na spojrzenia. Janek odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stołówki, a za nim podążał coraz bardziej nasilający się śmiech wszystkich siedzących przy stolikach.
Lisa wciąż czuła spojrzenie chłopaka, mimo, że już nie było go w stołówce. Zamrugała kilka razy i spojrzała na kucharkę sprzątającą samotnie wielką kałużę rozlanej zupy. Incydent wydarzył się blisko, więc po prostu wstała, podeszła i wzięła jedną z dwóch ścierek, które zdążyła już przynieść kucharka. Kucnęła i zaczęła wycierać podłogę razem z nią.
.............................................
Tym razem trochę krótszy rozdział, bo mam wrażenie, że za długich nie czyta się tak dobrze - no i długo się je pisze.