Po raz trzeci w ciągu roku byłam w Warszawie. Cieszę się z tego, bo chciałam poznać lepiej to miasto, które czasem trochę mnie przeraża, ale i fascynuje. Zamierzam wybrać się tam jeszcze raz, tym razem z najbliższymi przyjaciółkami, i wtedy będę już mogła powiedzieć, że poznałam Wawę.
Wczoraj - to jest w środę - obudziłam się o 6:30 i szybko, bo bez potrzeby nawet poganiana przez rodziców się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanie. Miałam na sobie wielki, gruby sweter z ciuchlandu, którego jeszcze nie nosiłam. Miało padać przez cały dzień, więc wcisnęłam w torbę kurtkę, wiedząc, że i tak jej nie założę. Nie żeby nie padało. Po prostu lubię moknąć. Umiarkowanie.
Wyszliśmy całą rodzinką (ja, moja siostra - Marta, i rodzice) na dworzec autobusowy położony praktycznie obok naszego osiedla.
Jechaliśmy Polskim Busem, który tak na marginesie bardzo przypadł mi do gustu. Miał wifi, wygodne fotele, kosztował 25 złotych w jedną stronę i było miejsce na nogi. Do Warszawy dojechaliśmy w planowym czasie, wysiedliśmy i poszliśmy na metro. Kupiliśmy bilety w biletomacie, przeszliśmy przez bramki (oczywiście rodzice mieli z tym trochę problemów).
Kiedyś, oglądając filmy i seriale kręcone w Nowym Jorku przyglądałam się, jak szalona jest idea nie zgubienia się wśród wszystkich stacji, linii i przystanków metra. Potem jeździłam kilka razy metrem w Bukareszcie, gdzie są 4 linie liczące razem 69,2 km, 51 przystanków, 259 pojazdów i 600 tysięcy pasażerów dziennie (tak, sprawdziłam to przed chwilą w Wikipedii). Po tym wydawało mi się, że i warszawskie metro jest jedną wielką plątaniną... jakże się myliłam! To chyba najprostszy system transportu w Warszawie. Jeśli nie pomylisz nowej linii ze starą. Przyznam szczerze - myślałam, że wygląda to bardziej tak, że są numery pociągów i musisz wbiec do odpowiedniego, przepychając się przez dzikie tabuny pasażerów.
Ale nie. Sprawa jest prosta - jedziesz albo na Kabaty, albo na Młociny. Trochę nie wiem, w jaki sposób linie krzyżują się na Świętokrzyskiej, bo jest tam z piętnaście zejść, wśród których można dostać oczopląsu. Zielone w kształcie M, niebieskie w kształcie M, niebieskie półokrągłe. Anyway. Pojechaliśmy do Centrum, wysiedliśmy i poszliśmy do mojego ulubionego Muzeum Chopina, w ktorym byłam już drugi raz i mogę powiedzieć, że szczerze uwielbiam to miejsce. Czułam się, jakbym znała i kochała muzykę Chopina od lat, a poza tym dowiedziałam się o niej i o nim wielu rzeczy, o których by mi nie powiedziano w zwykłym muzeum. W takim interaktywnym czujesz temat sobą, doświadczasz go na swój sposób, a nawet możesz dowiedzieć się czegoś o samym sobie... I ta nowoczesność połączona ze starością... mogłabym mieć taki dom *.* W moim pierwszym wpisie ze stolicy opisałam pierwszą wizytę w tym muzeum :) Smutno mi było stamtąd wychodzić :( Że nie wspomnę o wielu miejscach do siedzenia i pokoju słuchania!
Potem, już tylko z siostrą, ruszyłyśmy Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Rodzice wyszli z muzeum pół godziny przed nami i poszli coś zjeść. Wyszukałam najbliższe KFC, bo też już byłyśmy głodne. Zdjadłyśmy tam po B-smarcie i wypiłyśmy po półtora kubka SevenUpa z dolewki, oczywiście z jednego kubka (czy ktokolwiek kiedy jest z kimś w KFC tak nie robi? jestem tego ciekawa xD)
Po zjedzeniu longera i powiększonych frytek ruszyłyśmy w stronę Wisły ulicą w dół i po drodze przypadkowo spotkałyśmy Wydział Polonistyki na UW. Moja siostra właśnie skończyła pierwszy rok na KULu i powiedziała "Od początku podobała mi się ta ulica. Ciągnie swój do swego." Dalej było coś w rodzaju miasteczka akademickiego i parko-skwer. Ulica opadała w dół, ale my odwróciłyśmy się w końcu i zaczęłyśmy się wspinać z powrotem, mimo planów dojścia do Wisły, która, jak twierdzi Google Maps, była już blisko, a park okazał się być Parkiem Kazimierzowskim.
Poszłyśmy przez Krakowskie na Stare Miasto, w międzyczasie zostałyśmy naciągnięte na 6 zł przed dwóch wygadanych chłopaków zbierających na nawet nie wiem dokładnie co. Przeszłyśmy się kawałek Starówką, większą niż u nas, ale nie powiedziałabym, że ładniejszą. Usiadłyśmy na murze obok Barbakanu i nie chciało się nam ruszyć. Z sąsiedniej ulicy wyszli nasi rodzice i chwilę siedzieliśmy razem, a potem dali nam kasę na lody i poszli gdzieś jeszcze. My zeszłyśmy na dół, nieopodal rzeki, i szłyśmy wzdłuż niej do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, który łączy Starą Pragę i Stare Miasto. weszłyśmy na most i szłyśmy nim, a potem ulicą, która z niego wychodziła aż do Galerii Wolskiej, gdzie poszłyśmy do McDonalda na frappe. W Carefourze, jakkolwiek się to pisze, kupiłam sobie truskawkowe pianko-żelki z Haribo, ktore kojarzą mi się z wakacjami, i poszłyśmy dalej - do naszego następnego celu, czyli parku Skaryszewskiego, czyli warszawskiego Central Parku. Tak trochę mniej central, ale... anyway. Wyszłyśmy z niego po krótkim spacerze i skierowałyśmy się na eksplorowanie Saskiej Kępy. Faktycznie staje się ona w taką hipsterską, designerską, (chyba) spokojną i urokliwą dzielnicą jak Williamsburg w NY. Mam wrażenie, że Warszawa aspiruje coraz mocniej do Nowego Jorku, ale trochę inaczej go interpretuje i dodaje coś od siebie. Mówię, jakbym kiedykolwiek była w NY :P
Saska Kępa pachniała kwiatem lipy, jedzeniem serwowanym w urokliwych knajpkach i czymś jeszcze. Może to takie placebo. "To był maj, pachniała Saska Kępa."
W pewnym momencie na ulicy Paryskiej stwierdziłyśmy, że potrzebujemy przystanku i autobusu, który zabierze nas z powrotem do Śródmieścia, bo nogi nam właziły nie powiem gdzie. Autobus za dwadzieścia minut, i co z tego, dalej nie idę. Biletomat był w autobusie, ale tylko na kartę o.O i musiałam wysłuchać jaka to niedobra jestem bo stopuję pana kierowcę i musi mi sprzedać bilet, a nie może jechać. Poszłyśmy do Złotych Tarasów do toalety i przejechałyśmy metrem jeden przystanek, by dotrzeć na Świętokrzyską. Musiałyśmy jeszcze iść do innego wejścia, przy którym umówiłyśmy się z rodzicami, a potem, już z nimi, wrocić tam, skąd wyszłyśmy, ale cóż, trudno. Wróciliśmy na dworzec Wilanowska i czekaliśmy na autobus do Lublina, podziwiając zachód słońca pomimo autobusów zasłaniających nam połowę nieba.
Siadłyśmy z przodu, tam gdzie przed tobą jest tylko szyba, a pod tobą kierowca (autobus był piętrowy) i patrzyłam na drogę zafascynowana, że niedługo też będę tak jeździć. I trochę przerażona.
Po powrocie bylam wykończona, ale podobało mi się, że zwiedziłam trochę więcej Warszawy, niż pokazują na wycieczkach. Mam nadzieję, że za czwartym razem tego warszawoznawczego roku uda mi się zwiedzić jeszcze kilka dzielnic. Już nie mogę się doczekać, mimo że nawet nie wiem, kiedy mi się to uda.
Warszawa ma w sobie coś ciekawego - ma wiele twarzy, jeszcze więcej, niż myślałam, i zdecydowanie więcej, niż dzieci widzą na wycieczce szkolnej w podstawowce. Chciałabym poznać kogoś stamtąd, mieć tam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na temat stolicy naszego kraju i usłyszeć coś więcej. Wiem, że wielu jutuberów wypowiada się na ten temat, ale jednak to coś innego, niż wymienić spostrzeżenia, albo zobaczyć to miasto przefiltrowane przez kogoś bliskiego.
Odnoszę też coraz silniejsze wrażenie, że to miasto dla wielu jest odwykiem, ucieczką od codzienności, a dla mnie z pewnością wyzwaniem, bo zawsze, kiedy tam jestem, chcę iść samotnie przez ulicę albo galerię handlową, czuć tą energię zupełnie sama. Ale wiem już, że nie mogłabym pojechać tam zupełnie sama, bo czułabym się przytłoczona. Chociaż kto wie...
Nie jestem jakąś wielką fanką miast, szczególnie tak wielkich, ale zwolenniczką doświadczenia miejsc. Nie zwiedzenia. Doświadczenia. Mam nadzieję, że doświadczę jeszcze wielu miejsc w taki sposób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz