Kiedy dowiedziałam się, że przeprowadzamy się z powrotem do Kosarzewa, nie byłam z tego faktu zadowolona. Usiadłam ciężko na łóżku i westchnęłam. Dobrze mi się mieszkało w mieście i mimo że lubiłam od czasu do czasu odpocząć na wsi, wiedziałam już, że ciężko mi będzie bez wszystkiego na miejscu: bez sklepu za rogiem i ulubionej galerii handlowej, bez Starego Miasta niemal obok. Mimo wszystko przyzwyczaiłam się do mieszkania w Lublinie. Jeszcze cztery lata temu myślałam, że całe życie będę mieszkać na wsi.
Poza tym, Kosarzew też zmienił się diametralnie. Nie chciałam codziennie patrzeć na szkołę, w której jest już tylko zerówka i trzy pierwsze klasy. W sumie około czterdziestu uczniów. Plac zabaw i trawnik zostały zamienione w wielki plac zabaw, identyczny z każdym innym placem zabaw na świecie. Trawa została wydeptana, a potężna lipa obok mojego ogródka złamała się przez zbyt silny wiatr. Zupełnie, jak ja.
Jechałam tam, będąc jednym wielkim resentymentem. Przekonywałam się, że tego właśnie chcę, Słuchałam Coming Home w wykonaniu Cimorelli. One przeprowadziły się już dwa razy - najpierw z Sacramento do Malibu, a potem z Malibu do Nashwille, czyli o wiele, wiele dalej.
Po dojechaniu zajęłyśmy z Martą bibliotekę. Posiadanie takiego wielkiego domu mnie nie cieszyło, a wręcz smuciło. Okazało się bowiem, że szkoła jest zamykana, dlatego możemy w niej zamieszkać. Nie chciałyśmy na razie być same w wielkich pomieszczeniach z wysokimi sufitami, gdzieniegdzie trącącymi ścierką. Wstawiłyśmy nasze łóżka do biblioteki uprzątniętej z prawie wszystkich regałów i wypakowaliśmy meble z ciężarówki, ale byliśmy tym tak zmęczeni, że położyliśmy się wcześnie spać. Rodzice w klasie na przeciwległym rogu szkoły, a my w bibiotece.
Bałam się wyjść o tej porze na dwór, mimo że chciałam pójść do Kingi i zrobić jej niespodziankę z mojego powrotu do domu. Zostałam w łóżku i rozmyślałam. Nie wiedziałam, jak będą teraz wyglądać nasze relacje, bo dotąd widywałyśmy się dwa razy w roku. Mimo to wciąż uważałam ją za moją najlepszą przyjaciółkę. Jedną z najlepszych. Tęskniłam za nią. Była moją jedyną kotwicą tutaj, kiedy rozwiały się wszystkie inne więzi z ludźmi stąd. W końcu czternastoletnia już przyjaźń nie mogła tak po prostu zniknąć, nie przetrwać próby czasu i odległości. Poprzednio nie widziałyśmy się osiem mięsięcy, dlatego teraz te dwa miesiące były jak nic.
W nieszczelnych, drewnianych oknach świszczał wiatr. Przykryłam się kołdrą po uszy i skuliłam, co prawdopodobnie pomogło mi zasnąć po tym dziwnym dniu.
Rano, zanim otworzyłam oczy, pomodliłam się przez chwilę, by to był tylko sen. Ale nie. Widok zza okna przedstawiał zniekształcony przez starego typu szyby parking i drzewa dookoło, a dalej, na horyzoncie, majaczyły pola.
Westchnęłam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo się zmieniłam i że przyzwycziłam się do miasta, dopóki się z niego nie wyprowadziłam.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dopiero wtedy naprawdę się obudziłam. W Lublinie. Zlana potem, przerażona tym, kim byłam we śnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy bym się tak zachowywała, gdyby to nie był sen. Ale wiem, że nie. Wczoraj byłam w Kosarzewie i tak jak za każdym razem upewniłam się, że skakałabym ze szczęścia, gdybym mogła tam wrócić.
A więc tak wyglądają koszmary, kiedy jest się prawie dorosłym - pomyślałam wtedy i stwierdziłam, że to jest gorsze od tych typowych snów z potworami przemykającymi przez korytarz sąsiadów.
sobota, 4 lipca 2015
Koszmary dorosłych
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz