Tak, tak. Kto normalny posługuje się opisem czegoś takiego, by przejść do swoich przemyśleń?
Tego dnia byłam zdeterminowana, by zrobić coś fajnego, produktywnego, bo od tygodnia miałam absolutne wakacje, a zdążyłam się tylko nachorować. I to miał być koniec tej słabej passy. Miał, ale nie był.
Ubrałam się ładnie, w musztardowy top, szare spodnie i jasnobrązową kurtkę z imitacji skóry, która jeszcze na mnie pasuje tylko dlatego, że podszewka jest rozpruta.
To była niedziela, cztery tygodnie temu. Poszłam do kościoła, wróciłam do domu na obiad, a potem wyszłam z moją siostrą na lody. Oprócz tego skończyłyśmy w KFC na B-smarcie, a potem w Stokrotce kupiłam sobie daktyle. Dlaczego w szczegółach o jedzeniu? Och, zaraz się dowiesz.
Wybrałyśmy się na koncert wiosenny lokalnego domu kultury, gdzie tańczyła moja koleżanka z byłej klasy. Swoją drogą, to zawieszenie między jedną a drugą szkołą jest zabawne. I będzie trwać dwa i pół raza dłużej, niż takie normalne, wakacyjne. A moja klasa już jest byłą klasą, mimo że mam wrażenie, że rozstaliśmy się przedwczoraj.
Rodzice siedzieli w domu, oboje męczeni jelitówką. Kiedy wracałyśmy do domu, mój tata zadzwonił do mnie, że mama też zaraziła się jelitówką. Pytał, jak się czujemy. Nie wiem, co ze mną jest nie tak, ale wkurzyłam się, bo już wiedziałam, że wywoła to efekt sugestii.
No i w drodze do domu byłam przygnębiona i zła, a mój brzuch czuł się coraz dziwniej.
Poszłam spać, modląc się o to, by ciężkość w żołądku nie chciała wydostać się na zewnątrz. Przewracałam się z boku na bok przez godzinę, po czym poderwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki.
I tak przez następnych kilka godzin pozybywałam się wszystkiego, co wcześniej wylądowało w moim brzusiu. Nie pamiętam jeszcze tak okropnego zatrucia pokarmowego. Byłam zdechła, ale nie mogłam zasnąć. Chciało mi się pić, ale cokolwiek przełknęłam, minutę później już lądowało w sedesie. Wzięłam chyba z pięć leków, ale wszystkie mi uciekły.
I wtedy zaczęła się największa zabawa. Mój tata zadzwonił na pogotowie, gdzie przekierowywali go cztery razy, aż w końcu połączyli z lekarzem w nocnym dyżurze w przychodni. Ten polecił kupić trzy opakowania leków. Moja mama pobiegła do apteki, ale wszystkie te leki po krótkim pobycie w moim żołądku też znalazły się na zewnątrz.
Wtedy miałam już tak dość, że nalegałam, by tata zawiózł mnie do szpitala. Było to około trzeciej w nocy. Wciąż miałam torsje i wymiotowałam już tylko żółcią, albo po prostu tylko mną trzęsło i zdzierałam sobie gardło, bo nie miałam czego zwracać.
Przynajmniej tyle dobrego, że wiem, że nigdy nie będę bulimiczką :P
Byłam już tak zmęczona, że włączył mi się tryb bycia nader rozmownej. Wtedy już nie kontroluję tego, co mówię, i jestem zupełnym przeciwieństwem normalnej siebie. A może w jakiś sposób nawet jestem fajniejsza xD
W jednym szpitalu powiedzieli nam, że mogliby dać mi kroplówkę, ale lepiej iść na zakaźny na inną ulicę, bo to może być salmonella. Nie do końca rozumiałam tego doktora, może z powodu tego, że ledwo stałam, a może dlatego, że miał dziwny akcent. Czy tylko mi się coś spaczyło w mózgu?
Pamiętam, że siadając na krześle, ledwo na nie trafiłam. Facet jeszcze coś mówił, a ja powoli odpływałam. Ale udało mi się jeszcze podnieść i dowlec się do samochodu, by przejechać z tatą do innego szpitala w dzielnicy obok.
Tam czekaliśmy pewnie z piętnaście minut, bo takich przypadków jak ja było tej nocy pięć, a pani doktor jedna. A może czekaliśmy dłużej. Dla mnie wydawało się to wiecznością. Starałam się być przytomna. O dziwo, torsje trochę zelżały. Dopiero kilka minut przed tym, jak pani doktor przyszła, znowu zadzwoniłam dzwonkiem. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak pielęgniarka przewraca oczami na niecierpliwą pacjentkę, a potem, słysząc odgłosy rzygania do siatki, podrywa się z fotela i rozpaczliwie myśli "Oby do siatki, oby do siatki!"
Zdążyłam tylko wykrztusić "Mogę do łazienki?" i pobiec, by reszta wylądowała w sedesie. Obejrzałam się w lustrze. A może tam nie było lustra? Tak czy inaczej, na pewno wyglądałam fatalnie. Że nie wspomnę o tym, w co byłam ubrana - mieszanka dresów, piżamy i wielkich, luźnych skarpet.
Potem rozmawiałam z lekarką, pielęgniarką i tatą przez wieczność, która dla nich pewnie trwała pięć minut. Pani doktor narzekała na tego doktora, który nas przysłał, że nie zadzwonił i nie uprzedził, że nie dał skierowania. Ja tylko patrzyłam na szafkę z jakimiś fiolkami i modliłam się o kroplówkę.
No i byłam też rozmowna. Ze zmęczenia.
Kiedy pielęgniarka wbijała mi igłę w żyłę, zaprezentowałam mojego wewnętrznego superbohatera, ale po pobraniu krwi musiałam wstać i przejść do sali obok. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie widziałam korytarza, wiedziałam, dokąd idę tylko dlatego, że trzymałam się ściany. A potem kiedy chciałam usiąść na łóżko-czymś, za pierwszym podejściem walnęłam w to coś jak Sim w ścianę. Chociaż czy Simy waliły w ścianę?
Za drugim podejściem udało mi się trafić tyłkiem w materac. Pielęgniarka podłączyła mnie do kroplówki i kilka chwil później już poczułam się lepiej. Zapytałam jej, czy będę się czuła mniej sucho, ale jej zmęczenie chyba nie dodawało punktow do rozmowności. Była młoda, nie więcej niż dziesięć lat starsza ode mnie. Odpowiedziała coś w stylu "Pewnie tak" i wyszła.
Miałam trzy butelki do skapnięcia, co zajęło trzy godziny. Potem godzinę czekałam na odłączenie, a następną - na lekarkę. Tak mi się wydaje. Ucięłam sobie kilka krótkich drzemek, bo przy wygodności tego "łóżka" nie mogłam liczyć na wiele. Oczywiście pragnęłam chrapać w niebogłosy przez cały ten czas, ale i tak było to dla mnie cudowne, że nareszcie mogę się przespać. Chociażby odrobinę.
Mój tata siedział obok i nie zmrużył oka przez cały ten czas, chociaż mówilam mu, żeby jechał do domu, a ja zadzwonię po niego, kiedy wyjdę. Tak to chyba jest, jak masz dzieci. Nie myślisz o sobie, kiedy coś im się dzieje.
Przyszła kolejna lekarka i mnie wypisała. Byla niesamowicie miła, jak ta poprzednia, tylko jeszcze bardziej.
I już nic więcej nie potrzebowałam do szczęścia. Tylko jeszcze chciałam przyjść do domu, wypić baniak wody i rzucić się na łóżko.
Wyszliśmy ze szpitala, ja w obszernych spodniach dresowych z Reeboka, bez stanika, w ogromnej koszulce mojego taty z pielgrzymki z lat 80. czy 90., kurtce i bluzie w garści. Drugą dłonią uciskałam gazik w zgięciu łokcia. Moje włosy, umyte poprzedniego wieczoru tuż przed wielkim atakiem wypróżniania, były związane w bardzo, bardzo, bardzo rozwalonego zawijasa-koczka.
Była chyba dziesiąta czy dziewiąta w poniedziałek, więc miasto było w pełnym, sprężnym trybie pracy. Ludzie ubrani zgodnie ze społecznymi normami, umalowane i uczesane kobiety, dobrze ubrani i ogoleni faceci...
I muszę cię zaskoczyć! A może i cię nie zaskoczę - nie czułam się źle wśród tej mieszanki. Może byłam zbyt zmęczona, by w ogóle się tym przejmować, ale przyglądałam się im i zdałam sobie sprawę, jak bardzo mnie nie obchodzi, co oni o mnie myślą. I jak bardzo nie powinnam oceniać innych po tym, jak akurat wyglądają. Poczułam się dobrze z tym, że mam na sobie oversizową koszulkę z podobizną Matki Boskiej Częstochowskiej, a pod koszulką brak stanika. Że mam podkrążone oczy, brak makijażu i dzwonowate dresy, a na tym wszystkim ciepłą kurtkę, mimo porannego upału.
Poczulam się właśnie w taki sposób szczęśliwa.
A potem przyjechałam do domu, spojrzałam na miasto, wypiłam dużą Cisowiankę i położyłam się w moim cudownym łóżku pod moją kochaną kołdrą. I spałam do wieczora. Tego dnia zjadłam tylko i wyłącznie paczkę chrupek kukurydzianych. Potem wypiłam jeszcze więcej wody i wróciłam do łóżka. Spałam. To było cudowne.
We wtorek odbyłam zasłużone lenistwo, a w środę poszłam do dwóch galerii handlowych i Biedronki. Zwykle uwielbiam chodzić, ale tym razem zdechłam. Kiedy wracałam do domu, gadałam do siebie. Potem padłam na kanapę przed telewizorem, jadłam wafle ryżowe i oglądałam serial paradokumentalny. Których nie znoszę, ale potrzebowałam jakiejś płytkiej rozrywki, przy której można ryć ze śmiechu jak neandertal.
Lepsze to od rzygania jak neandertal.
Ten dzień nauczył mnie wielu rzeczy. Nie tylko tego, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale i by faktycznie nie ufać fast foodom. No i nie być pewnym wszystkiego. Bo to całe chorowanie pokrzyżowało mi trochę plany wczesnowakacyjne.
No i wyszło jeszcze coś dobrego! Nareszcie zrobiłam tą morfologię, za którą zabierałam się od dwóch lat.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Nie chwal dnia przed zachodem słońca, czyli co za noc! Kocham i nienawidzę: polska służba zdrowia
Przez trudy do gwiazd na przykładzie pewnego humana
Motto naszej klasy, a może raczej temat przewodni, mógłby brzmieć "Przez trudy do gwiazd". I tu bynajmniej nie o ambicje chodzi.
Nie wszyscy mieli ambicje na takim samym poziomie. Niektórzy przedstawiali obraz wielkiego ich przerostu, a ci po drugiej stronie skali nie mieli ich wcale - i wcale nie w sensie negatywnym. Może dlatego tak trudno było mi się wpasować w ten schemat.
Trudno nam było cokolwiek zrobić. Wycieczka na koniec pierwszej klasy przybierała coraz mniejszy zakres i lokalizacje coraz bliższe Lublinowi. Trudno nam było się zebrać i pojechać gdzieś dalej. Dopiero kiedy jedna przedsiębiorcza osoba wzięła wszystko w swoje ręce, pojechaliśmy na wycieczkę dezintegracyjną. A to miejsce miało potencjał - zamiast w wolnym czasie uczestniczyć w podziale, wolałam samotnie biegać po pięknych polach i lasach, więc w gruncie rzeczy nie wspominam źle tej wycieczki. I cieszę się, że przedsiębiorcza osoba nas tam zabrała.
Plusy bycia samowystarczalnym ;)
Pamiętam, jak próbowałam - w stołówce siedziała połowa rozbitej klasy, a ja przyszłam tam z koleżanką, której jeszcze jako jedynej na mnie zależało. I kiedy Marysia powiedziała "Łucja zje z nami śniadanie, ok?", ja pomachałam im paczką musli i żartobliwie powiedziałam "Cześć, jestem Łucja."
Nie śmiali się, tylko spojrzeli na mnie jak na szpiega.
Pełnego zjednoczenia nigdy nie doczekaliśmy, ale w pewnym momencie, może w drugiej klasie, zapadł rozejm. I to wszystko było trudne do osiągnięcia.
Kiedy nadszedł czas planowania studniówki, musieliśmy spiąć się klasowo, szczególnie, że groził nam... brak studniówki dla naszej klasy. Tak to jest, jak chce na nią iść dziesięć osób. Ale bal i cała jego otoczka, przygotowania i strojenie klasy okazały się jednymi z najlepszych rzeczy w moim życiu.
I było to super trudne, żeby wszystkich przekonać. I tak nie poszło sześć osób, ale dwadzieścia to zawsze dwa razy więcej niż dziesięć. Dopiero ogarnianie czołówki i jej realizowanie przyniosło nam tak wiele zabawy, że nawet nie było aż tak wielkim trudem.
I tutaj zaczęło się "do gwiazd".
Polonez mieliśmy cudowny. Efekciarski, ale jednocześnie prosty. Mam wrażenie, że jednocześnie z całym jego dostojnym charakterem, pokazywał naszą młodzienczą energię. Co prawda trochę nam jej miejscami brakowało, ale wykrzesaliśmy to z siebie. Ach, młodzi emeryci życiowi.
Muszę jeszcze wspomieć o tym, jak w piątkę spędziłyśmy 12 godzin w szkole, zamieniając naszą salę w mieszankę pałacu królowej Kier, ogólnych inspiracji Alicją w Krainie Czarów i dużej dawki psychodeli. To były jednocześnie trudy i gwiazdy, bo dzień był cudowny, ale pod koniec zachowywałyśmy się jak naprute zombie, a nie obeszło się bez nerwów i kilku przypadków krzyku Bogu ducha winnych ludzi na Bogu ducha winnych ludzi.
Na pierwsze i pewnie ostatnie wspólne piwo poszliśmy zaraz po tym, jak przestaliśmy być klasą. A było nas tam dziewięcioro. Well.
Więc przez trudy do gwiazd! Przez cokolwiek przechodzi klasa, to się może skończyć. Trzeba tylko troszeczkę chęci i dużo modlitwy.
Było naprawdę słabo. Po pierwszej klasie połowa grupy chciała się przepisać do innych szkół. W tym ja. Ale zostałam, i bardzo dobrze, bo dwa miesiące później do naszej klasy doszła nowa uczennica, która została moją przyjaciółką. I pomyśleć, że mogłam jej nie poznać. I pomyśleć, że mogłam nie mieć takiej cudownej trzeciej klasy.
Ludzie i sytuacje się zmieniają. Dobrze jest czasem wytrzymać coś niemożliwego.
niedziela, 19 czerwca 2016
Jesteśmy tylko ludźmi, czyli wszyscy Polacy to jedna rodzina, ze wsi czy z Lublina
Przez pierwsze czternaście lat mojego życia mieszkałam na wsi. Potem jeszcze przez trzy lata pragnęłam tylko tego, by tam wrócić. Dopiero rok temu naprawdę przyznałam sama przed sobą, że wcale tego nie chcę. Że możliwość przeprowadzki wcale by mnie nie ucieszyła.
Wychowałam się bez gospodarstwa, miałam ze zwierząt tylko żółwia, a moi rodzice nie utrzymywali się z rolnictwa. Mimo to mieliśmy "działkę" przy domu-szkole, i to dość pokaźną jak na nasze potrzeby.
Odstawaliśmy. Ale nigdy nie czułam się tam jak intruz. Nikt nigdy nie powiedział mi w twarz, że jestem gorsza ani inna, chociaż jak teraz o tym myślę, to jestem pewna, że część ludzi patrzyła podejrzliwie na naszą rodzinę. Cóż, byłam dzieckiem. Miałam własny świat i zmartwienia w postaci tego, że nie podobam się Pawłowi czy też Damianowi, a moje najlepsze koleżanki wyzywają się wzajemnie od "debilek".
Jeszcze trzy lata po przeprowadzce snobowałam się na dziewczynę ze wsi. Pięć miesięcy temu mój kolega z klasy zapytał mnie, czy w weekendy jestem w domu, czy na stancji. Cóż, sama wprowadzałam wszystkich w błąd, więc nic dziwnego, że nie wiedział, że mieszkam z rodzicami na cały etat. Zdzieliłam się wtedy od środka w mózg i poczułam zażenowanie, że tak długo nie mogłam uznać Lublina za swój dom.
W ostatnie ferie pojechałam do przyjaciółki, mojej dawnej sąsiadki. I kiedy jechałyśmy do miasta (bo zabrałam ją ze sobą na dwa dni), nie mogłam doczekać się, kiedy będę w domu. Wieś już dłużej nim nie była.
I tak było z każdym powrotem do Lublina. Może po prostu się przyzwyczaiłam, ale przestałam się snobować na dziewczynę ze wsi. Tym bardziej nie zaczęłam snobować się na miastową. To by było okropne.
Ale za każdym razem, kiedy jestem na wsi, takiej prawdziwej, rolniczej, a nie oszukanej, gdzie już nikt nie uprawia ziemi, czuję się coraz bardziej intruzem. Nawet, jeśli ktoś wie, że wychowałam się na wsi, nie łączy tego faktu z tym, że dobrze znam jej zwyczaje, jej mechanizmy i nie wie, że rozumiem ludzi, którzy tam żyją. Nie wiedzą też tego, że miałam obsesję na punkcie powrotu do mojego zielonego raju. Skąd mają wiedzieć, że połowa moich snów wciąż dzieje się w Kosarzewie?
Ale rani mnie pytanie "Jak ci się podoba na wsi?"
Ja wiem, że to jest odruch albo chęć przerwania ciszy. Ale to nie zmienia faktu, że dźga mnie to w samo serce, w którym moja mała ojczyzna zostanie na zawsze, nie ważne, jak bardzo szczęśliwa bym była w największej aglomeracji świata. Po prostu to z nas nie wychodzi.
Pamiętajmy, że ludzie mają swoje historie i ile jest nas, tyle portretów psychologicznych. A każdy, gdziekolwiek by mieszkał, wychował się i dokądkolwiek chciałby wrócić, jest tak samo człowiekiem, jak ty. Takim samym, mimo że zupełnie innym.
Morze wszędzie szumi tak samo. Po raz kolejny przekonuję się, że to, co w Travemunde powiedziała mi Ewelina, jest uniwersalnym cytatem, który można odnieść do wszystkiego. Nie jestem już dziewczyną ze wsi ani dziewczyną z miasta. Za daleko mi też do kosmoplityzmu. Jestem dziewczyną z Polski. Która czasem ma ochotę emigrować, ale, jak to powiedział nasz katecheta w trzeciej klasie, jak się kogoś kocha, to nigdy nie jest ok.
Już czas
Słyszałam walca
nie próbując dojrzeć tańczących par
Stał tuż przede mną
nie mogłam nic dostrzec
a może właśnie widziałam wszystko.
W tłumie pięknych ludzi
tak samo piękni jak oni
Lata świetlne od siebie
a tak blisko
A potem już nic nie wiedziałam
a może właśnie wiedziałam wszystko.
A czas uciekał, choć wciąż gdzieś był
Biały Królik zdążył do Krainy Czarów
my nie dobiegliśmy do siebie
nim rozległ się dla nas ostatni dzwonek.
Samowar wrócił z powrotem do kuchni
i kurzy się na najwyższej półce
my się zdążyliśmy przed nim zakurzyć.
Te wszystkie zegarki zniknęły z półek
Światełka zgasły, ucichła muzyka
tekturowe ptaki odleciały z klatki
a my staraliśmy się je znaleźć
zamiast szukać dróg do siebie.
I nastał koniec, łez tylko kilka
kurzy się dyplom na najniższej półce
miraż pojawia się w wizjerze.
Chwytamy plecaki, już nie tak piękni
i każdy rusza w swoją stronę
może kiedyś któryś ze szlaków
złączy nam Królik z Krainy Czarów.
Summer moments
I didn't even know him that well
met him once or twice
I only knew he was a player
We drove there with my friend
and stepped out of the car
talked for a while
nothing special
nothing much
I knew no one well enough
But he took us for a ride
in his cabrio
with the roof down
the sun was setting
and it was
that kind of happiness
in the moment we were free
no regrets or wasted chances
expectations or desires
in the moment we felt alive
the music from the speakers
so loud and memorable
suitable for all of us.
He and his friends
were the only guys
I felt so comfortable with
Just a friendship that
could last for hours
or more.
No unsaid things
and no hesitation
laugh and a thousand of smiles
no pressure, just the moment.
No tension, best buddies
not a single bitter disappointment.
They walked out of her flat
saying good night
smiling, knowing it was perfect
it was right
it was friendship
and no matter what comes next.
Deszcz
Popatrz za okno na szare jednostki
wśród pospolitej szarej masy
Widzącej w deszczu
tylko szarość
Spójrz jak zielony jest świat
oczyszczony szarą wodą
przyjrzyj się wodzie
jaka jest przejrzysta
Spójrz na swoją szarą twarz
popatrz za okno na strugi
roześmianej wody
spokojnie ukołysane wiatrem
korony drzew zielone
zarumienione stokrotki
perlistym śmiechem trząsane
zobacz, stańmy tam
na zewnątrz
wyjdźmy stąd
spłynie z nas szarość
raz na zawsze
deszcz zmyje z nas strach
obawy, smutek, żal, niepewność
odejdzie to wszystko
i tylko chodnik będzie szary
zobaczymy jak zza chmur
przychodzi do nas słońce
I kiedy tylko znowu
wpełznie na nas szarość
na końcu powróci deszcz
zmyje z nas to wszystko
raz na zawsze...