czwartek, 29 stycznia 2015

Renegade. Rozdział trzeci - Hubert

Podczas gdy głowy młodzieży w wieku licealnym, która wypełniała autobus, kiwały się w lewo i w prawo w rytm snu czy usypiającego kołysania pojazdu, w środku tychże głów działy się sny, wyobrażenia, czy krótkie, ulotne myśli. Każdy osobny rozum był siedzibą osobnego świata, a los mieszkańców był całkowicie zależny od króla, właściciela danej głowy. Król w swoim świecie był nietykalny... no chyba że był masochistą.

W jednym z takich światów odbywała się właśnie projekcja snu - a był to jeden z niewielu niezależnych od króla (w tym przypadku królowej) elementów.

Daria stała nad przepaścią. Patrzyła na kłębiące się w dole chmury. Były ciemne, ale ich kontury były okraszone złotem słońca schowanego za nimi. Po burzy zawsze przychodzi słońce, prawda? Obok niej stał Damian. Uśmiechał się swoim zwykłym, promiennym uśmiechem, ale zza wyrazu jego twarzy wyglądała już obojętność. Daria wciąż nie mogła mu wybaczyć, że po ich przyjaźni tak po prostu znalazł inną najlepszą przyjaciółkę. Zmieniał je jak rękawiczki, żadnej nie okazał więcej uczuć, niż przyjaźń, chociaż każda miała cichą nadzieję, że może to ona będzie tą jedyną.

Poczuła taką złość, jak jeszcze nigdy w żadnym śnie. Spojrzała w przepaść, będąc już na granicy snu i jawy, a ześlizgując się w dół, obudziła się, wciąż z uczuciem spadania w żołądku.

Była zadowolona ze swojego życia. Umiała znajdować przyjaciół, rozmawiać z ludźmi i walczyć o swoje. Ale kiedy chodziło o Damiana, nic nie było takie proste. Poznała go na pierwszym przesłuchaniu do "Lotty" rok temu i wydał jej się wtedy chłopakiem marzeń. Szybko zauważyła, że nie tylko ona tak go widziała. Przyjaźnił się ze wszystkimi dziewczynami, które występowały w spektaklu. Miał tylko jednego przyjaciela, a reszta chłopaków patrzyła na niego głównie z zazdrością o taki dobry kontakt z tyloma przedstawicielkami płci pięknej.

Stronił od bliższych sympatii, miał tylko jeden udany związek- każda z jego dziewczyn była zazdrosna o jego przyjaciółki, a prędzej czy później kończyło się na wzajemnej niechęci. Daria dowiedziała się o nim wiele od innych, zanim została jego "true friend", co pozwoliło jej na oszczędzenie sobie zawodu i nawet nie miała nadziei na zostanie tą jedyną na zawsze.

Nie spodziewała się jednak, że po dwóch tygodniach Damian zacznie chodzić na kawę nie z nią, ale z Moniką. Następne dwa tygodnie minęły i Monikę zastąpiła Marta. Poczuła się wtedy dziwnie, nawet nie źle, ale nie mogła przestać myśleć o tym, jaki naprawdę w środku jest ten chłopak. Wciąż nie wiedziała.

"Muszę ostrzec dziewczyny - pomyślała Daria. - Żeby tylko nie pomyślały, że rzucam im kłody pod nogi z zazdrości."

Autobus zaczął zwalniać. Lisa poruszyła się w półśnie i przeciągnęła się w miarę możliwości, otwierając oczy. Jej dawny nauczyciel angielskiego miał swój stały żart na wymianie międzynarodowej - "przestaje kołysać, bobaski się budzą". Lisa miała ogromny sentyment do tego żartu. Tak jak do wszystkiego, co wiązało się ze wspomnieniami z gimnazjum.

Zdjęła z uszu słuchawki, w których akurat kończyła się piosenka Imagine Dragons - All Eyes. Włożyła je do czarnego woreczka - etui i wrzuciła je do torby.

Zatrzymywali się. Kierowca skręcił w prawo, a Lisa oraz budzący się Damian, Daria i Hubert - jak i reszta młodzieży - ujrzeli przydrożny zajazd z płowej cegły. Niski, pokryty ciemnobrązowym dachem w kolorze kawy budynek wyglądał na zadbane, porządne miejsce. Na parkingu stało kilka tirów, a w przeciwległym jego rogu zatrzymały się cztery motocykle. Pod parasolami na tarasie restauracji odpoczywało kilka osób.

- Miło będzie rozprostować nogi - powiedziała Daria.

Daniela i Anka obudziły się dopiero, kiedy kierownik wyjazdu ogłosił piętnaście minut postoju.

- To co, biegniemy do kibelka? - zapytała Anka. - Potem kolejka będzie kosmiczna.

- Jeśli masz siłę, to biegnij - odparła Daniela, przeciągając się piąty raz.

- Ja mogę biec - powiedziała Daria i wyszły pierwsze z autokaru.

- Zew fizjologii - zażartował Hubert.

Lisa roześmiała się i obdarzyła go ciepłym spojrzeniem. Wydawał jej się ciekawy i inny, bo patrzył na nią zupełnie inaczej, niż wszyscy. Nie rzucał jej ukradkowych spojrzeń, ale patrzył otwarcie, uprzejmie, nie odwracał wzroku.

Z autokaru wkrótce wysypał się tłum na rozgrzaną płytę parkingu. Chcąc nie chcąc, wszyscy z rozsądku i na zapas poszli do toalety.

Wiał wiatr, kolorowe włosy Danieli wiały z nim na wszystkie strony.

- Ej - zaprotestował Damian - nie jestem aż tak głodny, żeby jeść twoje włosy.

- Tak czy inaczej, smacznego - odparła.

Włosy Lisy nie były bardzo potargane po spaniu, ale z warkocza pod wpływem wiatru wychodziły pasemka, a krótsze kosmyki przy twarzy już wiały na wietrze.

"Do wieczora już nic z niego nie zostanie. Może to i dobrze" - pomyślała.

Weszli do budynku zajazdu i ustawili się w kolejkach do łazienek. Nie trwało to aż tak długo, jak myśleli że będzie, ale postój i tak przedłużył się do 20 minut.

Po wyjściu z łazienki Lisa znalazła się w zatłoczonej restauracji i stwierdziła, że musi znaleźć się z powrotem na wietrznym parkingu. Nie szukała nawet Darii czy Anki, które już dawno wyszły z toalety. Daniela dopiero do niej weszła, a nie chciało jej się czekać. Czasem dopadało ją pragnienie, by pobyć przez chwilę sama.

Wyszła więc. Wiatr uderzył w nią, ale był ciepły, przyjemnie przenikliwy. Skierowała swe kroki za budynek i zobaczyła stację benzynową, niewielką, bez żadnego specjalnego logo. Znajdował się tu też sklep, a na trochę wydeptanej trawie nieopodal stał plac zabaw - dwie huśtawki, domek ze zjeżdżalnią i inne sprzęty do zabawy oraz dwie ławki.

Usiadła na jednej z nich. Widziała stamtąd autokar, więc miała pewność, że wróci na czas, kiedy wszyscy będą kierować się z powrotem w tamtą stronę.

Podciągnęła nogi na ławkę i usiadła po turecku. Uwielbiała ten stan, kiedy wiadomo, że coś się zmienia, ale jeszcze nie wiadomo dokładnie w jaki sposób. Lubiła siedzieć na ławkach, na których jeszcze nie siedziała i pewnie już nie usiądzie, podziwiać widok, którego nigdy nie widziała i pewnie nie zobaczy już więcej... Zwykły budynek czy linia horyzontu za polem z pszenicą, ale właśnie to, że to jedyny raz w życiu Lisy, kiedy je widzi, czyniło te chwile tak wyjątkowymi. Nic nie miało prawa być zwykłe, jeśli było unikatowe. A wszystko jest inne na świecie - więc zarazem niezwykłe.

Zza rogu budynku wyszedł Hubert, zmierzając w stronę Lisy, jakby wiedział, że ją tu znajdzie. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, mając poczucie, że nieźle namiesza w jej życiu.

- Cześć! Wszyscy cię szukają - powiedział i usiadł obok niej. Z tej mniejszej odległości spostrzegła, zaskoczona, że chłopak ma kilka piegów na nosie, co nie pasowało do jego ogólnego zarysu, ale czyniło go jeszcze przystojniejszym.

- Czasem nie chcę dać się znaleźć - odparła.

- Lubisz być sama?

- Zdarza się. Impuls i nagle się chowam albo po prostu uciekam - przechyliła głowę w lewo.

Przyglądał jej się, i widział, że ona jemu też.

- Ja też jestem introwertykiem. Szkoda, że ludzie nie rozumieją do końca, co to znaczy - powiedział.

- To im powiedzmy - zażartowała Lisa, ale Hubert wziął to na serio.

- Naprawdę możemy to zrobić. A tymczasem... jestem pewny, że już mówiłaś, skąd pochodzi twoje imię, ale ja pewnie wtedy dopiero wychodziłem z domu.

- Moja mama jest Polką, tata Amerykaninem z zamiłowaniem do Polski. Moja mama wyjechała na studia do USA, poznała mojego tatę, została, założyli rodzinę, a kiedy miałam jakieś jedenaście lat, tata dostał ciekawą propozycję współpracy w Krakowie. No i jestem tutaj, z tym dziwnym imieniem.

- Z tym pięknym imieniem - poprawił ją Hubert z najcieplejszym z jego uśmiechów.

- Dziękuję - dzięki Bogu, że nie miała w zwyczaju często się rumienić.

Zapadła krótka cisza, ale taki sam impuls, który kazał jej wyjść samej z restauracji, teraz zmusił Lisę do przerwania ciszy.

- Wiesz, co myślę? - nie czekała na odpowiedź, Hubert patrzył już z zaciekawieniem. - Że ta ławka jest wyjątkowa. Tylko dlatego, że nigdy jeszcze na niej nie siedzieliśmy. Uwielbiam takie chwile, kiedy wszystko wydaje się inne, i takie, kiedy... od tego momentu... wiesz, że coś się zmieni i czujesz to całą duszą, ale nie masz pojęcia, co. Myślę też, że ten widok jest wyjątkowy, ta stacja i to słońce, które tak a nie inaczej oświetla ten budynek. Czy ty też to czujesz?

Huberta zamurowało. Patrzył na nią jak urzeczony, i bynajmniej nie patrzył na to, jak wygląda, ale jego spojrzenie sięgało głębiej. Pokazała mu wielki kawał swojej duszy. Był skłonny siedzieć tak i słuchać jej po wsze czasy.

- Przecholowałam? O tym myślisz?

- Myślę - zaczął dopiero sklecać zdanie - że oboje jesteśmy szaleni.

Roześmiała się.

- No to nie mogę się doczekać, by zobaczyć, w czym się to twoje szaleństwo przejawia - odparła.

Wstali z ławki i skierowali swe kroki do autokaru.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Renegade. Rozdział drugi - Syndrom Lotty.

Kiedy Lisa rozmawiała z nowo poznanymi koleżankami, zauważyła, że przygląda im się przystojny blondyn siedzący po prawej stronie przejścia, w tym samym rzędzie co ona i Daria.

A w szczególności przyglądał się jej. Lisa nie uważała się nigdy za specjalnie wyjątkową, ale wiele razy słyszała, że jest prześliczna. Nie dziwiła się więc, że chłopak na nią patrzy, ale była zmęczona tym, że ludzie widzą ją tylko jako piękną twarz. Jakby to było wszystko, co się liczy.

Blondyn postanowił przywitać się z nimi i przedstawić się.

- Damian.

- Już mnie nie pamiętasz? - zapytała Daria z żartobliwym wyrzutem w głosie. - Graliśmy razem w "Lotcie" w tym roku.

- Daria! Miło cię tu widzieć. Ale kim są twoje koleżanki? - Damian uśmiechnął się szeroko i bardzo biało.

- Lisa - przedstawiła się.

- Ładne imię.

Prawdopodobnie usłyszę to dziś i jutro jeszcze jakieś trzydzieści razy - pomyślała.

- Dzięki - i odpowie to samo "dzięki" dokładnie tyle samo razy.

- Anka.

- Daniela.

- Ależ ja wam zazdroszczę tych imion. Tyle w moim dobrego, że mogę przedstawiać się tak, jak Anka z "Metra" - Ania uśmiechnęła się półgębkiem. - Mam obsesję na punkcie tego musicalu - dodała.

- Opowiedzcie nam coś o "Lotcie" - zaproponowała Daniela.

- To autorski musical teatru moich rodziców. Reżyserowałem go, a Daria grała jedną z głównych ról - wyjaśnił blondyn.

Lisa mało nie otworzyła szeroko ust ze zdziwienia. Ze zdwojoną siłą boleśnie odczuła brak sukcesów na swoim koncie. Damian Reżyser. Damian Syn Dyrektora Teatru. No, no. Lisa Nikt. Lisa Amerykanka? Cudowny przydomek, w sam raz do teatru.

- Daria grała jedną z głównych ról i jej nie poznałeś? - Anka nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

Daria nie wyglądała na zasmuconą tym faktem, ale wręcz zadowoloną. Lekko się uśmiechnęła.

- Widzicie, Daria trochę się zmieniła. Miała wtedy bardzo długie włosy, a teraz nie dość że są o wiele krótsze, to są w połowie różowe - odparł Damian.

- Daltoniści... - mruknęły zgodnie Daria z Danielą i wszystkie cztery się roześmiały. Chłopak spojrzał na nie zdziwiony nagłym wybuchem wesołości.

- Kobiety... - mruknął, odwrócił się i wsadził nos w torbę, szukając czegoś.

- Dobra, dobra, wracaj tu, Reżyser, bo chcę się dowiedzieć czegoś o tej Lotcie - Danielę bardzo interesował wyreżyserowany przez Damiana spektakl.

- Reżyser? - brwi blondyna podjechały w górę. - No dobra. Graliśmy ten spektakl wiosną, a próby trwały coś koło trzech miesięcy. Teatr moich rodziców nazywa się "Lotta" i jest stosunkowo młody. Graliśmy tę sztukę właśnie na otwarcie i potem jeszcze przez dwa miesiące. Lotta jest młodą dziewczyną, której rodzice mają nierówno pod sufitem, ale jedno wiedzą na pewno - że ich córka ma niebywały talent do śpiewania. Lotta im nie wierzy, bo wie, że nie są do końca normalni. No i marnuje się biedaczka. Wszystko się zmienia, gdy jej młodszy brat ulega wypadkowi i przed ciężką operacją nasza bohaterka odbywa z nim ostatnią rozmowę. Jego ostatnim życzeniem jest, by poszła na lekcje śpiewu. Lotta po jego śmierci robi to, ale w tajemnicy przed rodzicami, i dowiaduje się, że ma przepiękny głos. Zakończenia wam nie zdradzę, bo same zobaczycie ten spektakl po powrocie do Krakowa - Damian zakończył wypowiedź z zadowoleniem.

- A więc mamy czuć się zaproszone? - zapytała Anka.

- Jasne.

- A więc znowu będziemy go grali? - Daria nie kryła zdziwienia.

- Moi rodzice stwierdzili, że był taką wizytówką teatru, że trzeba przywrócić go do ramówki. Stałej. Z pensją dla aktorów - Damian znacząco spojrzał na Darię, która otworzyła szeroko usta ze zdziwienia i nie mogła ich zamknąć.

- Czy to znaczy... - zaczęła dziewczyna.

- Tak. W wieku siedemnastu lat zarabiasz na siebie.

Daria rzuciła się Damianowi na szyję, a ten oddał uścisk z podobnym entuzjazmem. To był też jego sukces, w końcu reżyserował flagowy musical teatru. Małego teatru, ale chłopak miał tylko osiemnaście lat.

Lisa poczuła się jeszcze bardziej niedoświadczona. Może zaimponuje komuś tym, że lata temu była na "Mamma Mia!" na Brodwayu albo tym, że do piętnastego roku życia była "dyżurną główną rolą" w szkole... Ale chciała czegoś więcej. Jeszcze cały długi dzień dzielił ją od stania na scenie, i mimo, że uwielbiała długo jechać, pożałowała, że nie mogła polecieć do Kołobrzegu samolotem. Byłoby o wiele szybciej.

Dopiero, kiedy Daniela przyznała się bez bicia do niewielu sukcesów na polu teatralnym - ta dziewczyna nie lubiła owijać w bawełnę - Lisa poczuła, że może sytuacja nie jest aż tak beznadziejna, jak się wydawało.

- Ja za swój największy sukces uważam zagranie Anki w szkolnej adaptacji "Metra" - powiedziała fanka wspomnianego przez siebie spektaklu.

Po jej słowach Lisa uświadomiła sobie, że nic nie mówiła, podczas gdy wszyscy opowiadali o swoich spektaklach i scenariuszach. Spojrzeli na nią z wyczekiwaniem.

- Moje doświadczenia z teatrem nie są jakieś imponujące - zaczęła, bo wiedziała, że szczerość wiele ułatwia. - Od kiedy pamiętam, grałam w szkolnych przedstawieniach. Ale około dwa lata temu straciłam wiarę w to, że jestem dobrą aktorką. Poza tym w liceum już nikt nie wiedział, że nią byłam, a ja po prostu tak to zostawiłam. Ale... tęsknię za sceną.

Zapadło milczenie, ale w końcu Daria, jak to Daria, przerwała je.

- Skoro tęsknisz za sceną, to znaczy, że to miejsce, gdzie należysz.

- I że po tych warsztatach już będziesz u siebie - dodała Anka.

- Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszę, że tu jestem - w Lisie roztapiało się serce.

- Lotta jest trochę jak ty. Nie wierzyła w swój talent - powiedział Damian.

- Dobrze, że nie musiało dojść do jakiejś tragedii, bym w końcu zakrzątnęła się wokół powrotu na scenę - Lisa poczuła, że to byłoby okropne, gdyby dopiero coś okropnego na jej drodze obudziło w niej tęsknotę za właściwym jej miejscem.

Jako, że Daniela była bardzo empatyczna, przeczuwała, że dziewczyna czuje się trochę niezręcznie i postanowiła zmienić temat.

- Daria, a kogo ty grasz w "Lotcie"? - zapytała.

- Jej przyjaciółkę. Nazywa się Kaśka i ciosa wszystkim kołki na głowie, by pomagali jej przekonać Lottę do śpiewania. Od niej więc wiele się zaczyna - Daria krótko streściła swoją postać, a zaraz po tym odezwał się kierownik warsztatów przez mikrofon, przedstawił się - Tadeusz Wójcik, bardzo mi miło - i zaczął sprawdzać listę.

Zarówno Lisa, jak i jej nowi przyjaciele rozglądali się po ludziach dookoła z zaciekawieniem.

- Lisa Charwell!

Amerykanko-polka aż się skuliła, krzycząc "jestem!". Jej nazwisko zawsze odróżniało się, od kiedy przeprowadziła się do Polski. Akcentu już dawno się pozbyła, ale nazwisko nie mogło zawisnąć na liście bez zwrócenia uwagi na jej osobę. "Odwagi!" - pomyślała.

- Daniela Kruk!

- Jestem! - wyglądało na to, że Daniela nie ma problemu z "inaczej" brzmiącym imieniem. Wyróżniała się kolorem włosów, imię było tylko dodatkiem.

Po jakimś czasie wyglądało na to, że wszyscy są, ale kiedy kierownik wyczytał "Sadowski Hubert!", nikt się nie odezwał.

Po chwili ciszy, powtórzeniu nazwiska przez kierownika i kolejnej chwili ciszy do autobusu przez przednie drzwi wpadł wysoki, szczupły brunet w ciemnozielonej bluzie i jasnoniebieskich dżinsach. Miał plecak zarzucony na jedno ramię, a jego bagaż kierowca autokaru już wkładał do luku.

- Sadowski Hubert?

- Tak - jako że Lisa, Daria, Daniela, Anka i Damian siedzieli w pierwszej połowie autobusu, wszystko wyraźnie słyszeli, mimo że kierownik wyłączył mikrofon.

Kiedy Hubert spojrzał na rówieśników w autokarze, ujrzał rzędy głów wystawionych znad siedzeń. Podkopało to jego pewność siebie i zepsuło wielkie wejście.

Lisa zaśmiała się w środku ze zdezorientowanej miny Huberta, Daniela z Anką wymieniły znaczące spojrzenia, a Daria przyjrzała się nowo przybyłemu, rozpoczynając analizę. Damian na razie pozostawał obiektywny.

- Mam nadzieję, że nie zawsze się tak spóźniasz - powiedział pan Tadeusz.

- Tylko raz w tygodniu i tylko w środy - zażartował zadowolony z siebie chłopak. Udało mu się wybrnąć z klasą.

- No dobra, znajdź sobie jakieś wolne miejsce - kierownik wrócił do sprawdzania listy. - Szczęsny Jan!

- Jestem! - zawołał ktoś gdzieś z tyłu.

Tymczasem Hubert natrafił na pierwsze wolne miejsce - obok Damiana.

- Mogę? - zapytał.

- Jasne. A możesz od okna? Niedobrze mi się robi jak mi tak krajobraz miga przed oczami - Damian trochę skłamał, bo po prostu chciał kontynuować rozmowę z dawno nie widzianą przyjaciółką i kandydatkami na nowe.

Daria za to nie mogła się doczekać się, by opowiedzieć dziewczynom coś więcej o tym nietuzinkowym chłopaku.

Autokar ruszył. Lisa uwielbiała to uczucie podekscytowania, które towarzyszyło wszelkim wyjazdom, i które ogarnęło ją całą w tej chwili.

Hubert przedstawił się sąsiadowi i dziewczynom, a potem brał żywy udział w rozmowie. Okazało się, że chodzi do tej samej szkoły co Anka, że wszyscy oprócz Damiana maja siedemnaście lat, a on jest rok starszy, i że Daniela i Anka chodziły razem do gimnazjum i przyjaźnią się od czterech lat.

Autokar mijał kolejne miejscowości, pnąc się w górę Polski. Rozmowy trwały krótko. Wczesna godzina i krótki sen, a w wielu przypadkach muzyka w słuchawkach - wszystko to wzięło górę i wkrótce cała młodzież w autokarze zasnęła.

.................................
Dlaczego ten rozdział nazywa się "Syndrom Lotty"? Kiedy ktoś nie żyje pełnią życia i czeka na coś, co znał, ale boi się... a potem jest już za późno, albo musi stać się coś tragicznego, by zmienić swoje życie - to nazwałam syndromem Lotty, gdy wymyśliłam to opowiadanie. Lisa, jak możecie zauważyć, dostrzega u siebie coś podobnego i cieszy się, że nie musiała umrzeć jej siostra, by się obudziła i robiła to, co kocha.

Piszę to opowiadanie też w aplikacji Wattpad. Mój user to lucyfromnarnia :-)

niedziela, 25 stycznia 2015

Filmik od Cimorelli

Thoughts on Depression, Anxiety, Self Esteem: http://youtu.be/1L2mDHuSg3Y

Wieczór pełen wrażeń i nieoczekiwana noc

Wczoraj w mojej szkole był półmetek. Dosłownie w mojej szkole. Studniówka też zawsze odbywa się w jej murach. Tradycja.
Wyglądałam pięknie, ale obawiałam się strasznie, że znowu, jak na dyskotece na ślubowanie, połowę czasu spędzę w łazience albo w szatni. Ale kiedy weszłam do szatni, siedziała tam moja dobra koleżanka z klasy z dziewczyną z matfizu, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam... a wczoraj gawędziłyśmy jak stare znajome.
Potem poszłyśmy do klasy, tam też gadałam z dziewczynami i nawet było całkiem miło. Siedzieliśmy w sali z matfizem, bo było nas za mało, by mieć własną. Human.
Zaczęła się impreza, rozkręcała się bardzo powoli, szczególnie, że DJ, którego wynajęły osoby zajmujące się organizacją, puszczał 4 kawałki - w kółko te same. No więc... impreza przeniosła się do naszej sali. Kiedy weszłam tam, by się czegoś napić, aż zaparowały mi okulary. Było mi tak duszno, że wróciłam na aulę, gdzie tańczyłam jeszcze przez jakiś czas z dziewczynami z biolchemu. W końcu przyszedł mój poważny, stateczny kolega z klasy, przyszły polityk, który - jak się okazało - najlepiej rozkręcał imprezę, i zawołał: "Chodźcie do 223, tam jest lepsza impreza!". Poszłam tam z dwiema dziewczynami z biolchemu, i faktycznie, nie minęła minuta, jak zaczęłyśmy szaleć w rytm dobrych przebojów, a nie tego disco polo, które puszczał DJ. O wiele lepszym DJ-em okazał się tata pewnego chłopaka z matinfu. Byliśmy tam wszyscy, godzinę przed końcem zabawy już dosłownie WSZYSCY bawili się w klasie historycznej, która już nigdy nie będzie taka sama. Muzyka była bardziej... alternatywna? Nie wszystko było takie, ale to chyba dobre słowo. Było i Gangnam Style, i "Wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy..." i inne fajne kawałki. Pszczółka Maja, Środa Czwartek, prawie na koniec jedzie pociąg z daleka - tu już musieliśmy wyjść na korytarz :-)
Ale pewien epizod jeszcze sprzed zabawy w klasie - to było około 19. Przyszła pizza i dostaliśmy jej za mało jak na tak dużo osób (połowę jednej i połowę drugiej klasy). Najbardziej przebojowa i odważna osoba w mat-fizie poszła do mojej koleżanki z mat-infu i zaczęły się na siebie drzeć o tą pizzę (nie byłam świadkiem, ale mi mówili, jak to wyglądało). Daria (z matinfu) zaczęła znosić pizzę do naszej klasy, oczywiście wszyscy rzucali jej złe spojrzenia. Ale ja wyszłam za nią i zawołałam:
- Daria!
- Co?
- Dzięki.
- Za co? - była strasznie zdziwiona.
- Za pizzę - uśmiechnęłam się i ją przytuliłam.
Kiedy się odsunęłam, przytuliła mnie jeszcze raz i nie mogła wyjść z podziwu, że chociaż ja nie mam do niej pretensji.
No co? W naszej klasie jest wystarczająco wiele złych emocji, że nie chciałam, żeby między klasami wybuchł konflikt o pizzę (w sumie nie dziwię się, pizza to najlepsze jedzenie, jakie zostało kiedykolwiek wymyślone).
Czułam się wtedy jak superbohaterka. Superwoman :-)
Jakoś krótko po tym Marysia, Emilka i Justyna zaprosiły mnie do Marysi na nocowanie, bo już wcześniej się umawiały, że będą u niej spać po półmetku.
No i po ostatniej piosence na tym dziwnym, cudownym, szalonym półmetku pobiegłam do domu się spakować. Moja mama była wniebowzięta, że w końcu uczestniczę w czymś takim z dziewczynami z klasy.
Pojechałyśmy do Mary. Siedziałyśmy u niej i gadałyśmy, głaskałyśmy jej wielkiego psa i białą kotkę. Kiedy wreszcie doszłyśmy do wniosku, że chcemy oglądać film, było przed pierwszą. Komputer nie chciał współpracować z telewizorem, więc brat Marysi pomógł nam obsłużyć to wszystko, ale i tak w końcu włączyliśmy rzutnik. Zastanawiałyśmy, który film wybrać, w międzyczasie obejrzałyśmy pięć szczerych zwiastunów Screen Junkies, zawyłyśmy karaoke - standardowo piosenkę Celine Dion z Titanica i dwie piosenki Adele. W końcu, około drugiej zdecydowałyśmy się na Mamma Mię (mój ulubiony film, obejrzany jakieś dziesięć razy). W międzyczasie robiłyśmy się tak zmęczone, że nawet ja nie śpiewałam moich ukochanych piosenek z tego filmu (właściwie wszystkie są moje ukochane). Już po Honey Honey Justyna zasnęła, a Emilka śpiewała Gimmie Gimmie przez sen, leżąc zawinięta w koc na podłodze. Ja i Marysia zamruczałyśmy Voulez-Vous (czy ja w ogóle wiem jak to się pisze?), a tuż przed Does Your Mother Know wyłączyłyśmy film i poszłyśmy spać.
Spałam takim snem jak zawsze, kiedy jestem wciśnięta między kogoś a ścianę, więc budziłam się jakieś trzy razy. Tykały tam dwa zegary, a ja nie mogę zasnąć nawet przy jednym. Ale muszę przyznać że się wyspałam, co prawda byłam trochę nieprzytomna przy śniadaniu.
Jadłyśmy ze starszym bratem Marysi, tego młodszego i rodziców w ogóle nie było od poprzedniego wieczora, bo gdzieś pojechali. Fajnie nam się siedziało i jadło, ale w końcu ja i Emilka musiałyśmy iść do mojego kościoła na mszę o 11:30. Miałyśmy wyjść o 11:10, ale wyszłyśmy jakieś 10 minut później. Spóźniłyśmy się trochę, ale nie aż tak bardzo :-)
Po mszy Emilka poszła na dworzec, by wrócić do domu busem, a ja poczekałam na tatę, bo widziałam go wcześniej w kościele, i poszłam do domu.
Nie mogę uwierzyć, że tak bardzo bałam się iść, bo nie chciałam znowu się rozczarować. Tymczasem wystarczyło pójść na żywioł, by tańczyć obok kogoś, z kim nigdy nie rozmawiałam, i po prostu zaufać impulsom. Wczoraj rano obejrzałam też nowy filmik Cimorelli o tym, jak podnieść swoje poczucie własnej wartości, jak czuć się dobrze ze sobą, i bardzo mi pomógł. Mówią tam także o tym, by robić coś, co cię przeraża. No więc poszłam na ten półmetek xD
Więc jeśli boisz się czegoś, jeśli boisz się zmian, to pamiętaj, że każda zmiana niesie ze sobą nowe szanse. Zmiana = szansa.
I ważne, bardzo ważne: impreza była bezalkoholowa. Jak to powiedziałam mojej siostrze: "my nie potrzebujemy".

piątek, 23 stycznia 2015

Renegade. Rozdział pierwszy - Ten wyczekany moment...

Postanowiłam opublikować tu opowiadanie, które piszę. Nazywa się Renegade :-)

Letnie warsztaty dla osób kochających teatr, pisanie i film przyciągają młodzież spragnioną rozwoju i wakacyjnych przygód.
Lisa jest zwykłą dziewczyną z oryginalnym pochodzeniem, urodą i talentem. Zgubiła jednak swój charakter w stosie zasypujących ją niepewności. Dlatego też postanawia odnaleźć dawną, szczęśliwą siebie, jadąc na warsztaty, które od nowa nauczą ją kochać siebie i swoje talenty.
Lisa poznaje wartościowych ludzi w trakcie wakacyjnej przygody - Darię, która bez swoich pulchniejszych części nie byłaby sobą, Ankę, która nie lubi swojego zwykłego imienia i ma obsesję na punkcie musicalu "Metro", Janka, Damiana, Huberta, Piotrka... i wielu innych chłopaków zainteresowanych jej nieprzeciętną urodą - no właśnie, czy tylko urodą? Lisa chciałaby, by ludzie dostrzegali w niej coś więcej, niż tylko ładną twarz...
Pierwowzór Lisy to Lisa Cimorelli, a Anki - Anka z "Metra".

...................................

Nad parkingiem unosiło się pełne ekscytacji oczekiwanie, wypełniało szczelnie powierzchnię chłodnego po nocy asfaltu, który miał się rozgrzać dopiero za parę godzin. Lisa ziewnęła i uśmiechnęła się do mamy, która, tak samo jak ona, nie stała od dziesięciu minut przy autokarze, czekając, aż kierowca będzie wpuszczać młodzież do klimatyzowanego wnętrza, ale siedziała obok córki na ławce, obserwując niespokojne rodziny żegnające zażenowane dzieci tak, jakby miały nie zobaczyć ich przez całe wakacje. Rozłąka miała trwać trzy tygodnie przełomu lipca i sierpnia. Lisa niesamowicie cieszyła się z wyjazdu na warsztaty teatralno-filmowo-literackie. Od dziecka wszyscy przekonywali ją, że ma zacięcie dramatyczne, rodzice z dumą oklaskiwali jej role w szkolnych przedstawieniach. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat dziewczyna w jakiś sposób zgubiła swój talent, zdusiła go w sobie w przekonaniu, że tylko się oszukuje, myśląc, że w ogóle go ma. Ale czuła taką pustkę bez żadnych zajęć teatralnych, że rodzice i nieliczni przyjaciele zachęcili ją do wyjazdu na letnie warsztaty. Zgodziła się i nie mogła się doczekać momentu, w którym znów stanie na scenie, pozna ludzi, którzy kochają to, co ona, zwłaszcza, że tych w jej życiu był deficyt.

- Zabawne, jak bardzo ci ludzie nie widzą, że te dzieci jak najszybciej chcą dostać się jak najdalej stąd - powiedziała mama do Lisy. - Mam nadzieję, że ty nie masz mnie aż tak bardzo dość.

- Przecież nie wyposażyłaś mnie w ciepłą piżamkę w reniferki i nie płaczesz, mówiąc, że już za mną tęsknisz - odparła Lisa, przyglądając się znudzonej dziewczynie z niebiesko - fioletowymi włosami i stojącej obok prawdopodobnie jej przyjaciółce z platynową kitką.

- Ale je wzięło na to farbowanie włosów - mruknęła mama, na co Lisa uśmiechnęła się półgębkiem. Obsesja na punkcie naturalności była jedną z nielicznych wad mamy, jeśli nie jedyną.

Od dziewczyn z pofarbowanymi włosami wzrok Lisy prześliznął się do ładnej, siedzącej na ławce trochę puszystej nastolatki w letniej sukience. Widać było, że bycie przy kości nie przeszkadzało jej w ubieraniu się tak, jak Lisa zawsze chciała umieć. Miała okulary w cienkich oprawkach, a nie wszechobecne kujonki, a jej sięgające ramion, brązowe włosy miały końcówki w tym nieokreślonym, bordoworóżowym kolorze, który można uzyskać tylko poprzez długie mieszanie odcieni. Na nogach miała łososiowe conversy, a obok niej stała fioletowa waliza i torba w kwiaty.

Lisa zaczęła się zastanawiać, jak widzą ją oni, ci, których ona obserwuje. Wysoka, ciemnowłosa, ładna, w niebieskim T-shircie i zielonych szortach przed kolano, z długim warkoczem na lewym ramieniu. Wszyscy zawsze powtarzali jej, jaka jest piękna. Czasem czuła, jakby nic więcej nie miała do zaoferowania światu. Właśnie dlatego zaczęła wątpić w to, że nadaje się na scenę. Teraz miała dość swej urody, dużych oczu i ich ciemnej oprawy, prostych zębów, idealnego kształtu twarzy... Więc ubrała się w zwykłą bluzkę z napisem "normal" i spodenki, które nie eksponowały jej ud, wciąż przypominających o kompleksach, które próbowała zwalczyć.

- Chyba wsiadacie - mama wyrwała Lisę z rozmyślań.

Faktycznie, drzwi autobusu się otworzyły, kierowca podniósł klapy luków bagażowych i wkładał pierwsze walizki do środka.

Lisa wyciągnęła uchwyt walizki na pełną długość i zarzuciła na ramię niebieską torbę podręczną. Przytuliła mamę na pożegnanie.

- Zadzwoń do mnie albo do taty, jak już dojedziecie - mama uśmiechnęła się ciepło. Spojrzała na córkę z miłością w oczach i poczuła wielką dumę i rozczulenie. Jej mała córeczka dorasta i przezwycięża swoje słabości i obawy.

Lisa odeszła w stronę autokaru, nie mając pojęcia, jak dumna z niej jest teraz mama.

Uprzejmy pan w średnim wieku z brzuchem pokaźnych rozmiarów, czyli jeden z kierowców autokaru pomógł jej włożyć walizkę do luku, mimo że była pewna, że poradziłaby sobie z tym sama. Uśmiechnęła się do kierowcy i wsiadła do wielkiego, biało-niebieskiego pojazdu.

Zajęła wolne miejsce za dwiema dziewczynami, które zauważyła wcześniej - tą z niebiesko-fioletowymi włosami i drugą, z platynową kitką. Torbę położyła na zaskakująco czystej podłodze, a nie na siedzeniu obok, dając do zrozumienia, że miejsce jest wolne i ona serdecznie zaprasza.

Nie musiała długo czekać. Ku jej wielkiej uciesze miejsce obok zajęła dziewczyna, którą wcześniej spostrzegła, ta w sukience z bordowymi końcówkami średniej długości włosów.

- Mogę? - zapytała najpierw uprzejmie, a kiedy uzyskała entuzjastyczną zgodę, usiadła.

Lisa naprawdę była spragniona nowych znajomości.

- Daria - sąsiadka wyciągnęła do niej rękę.

- Lisa - dziewczyna uścisnęła jej dłoń.

- Masz ładne imię - Daria zawiesiła torbę na wieszaczku i wstała, by wrzucić na górną półkę płócienną torbę wypchaną po brzegi jedzeniem.

- Dzięki. Ale to trochę upierdliwe. Zawsze wszyscy się dziwią i nie mogę się przedstawić bez ceregieli.

Daria uśmiechnęła się.

- To wynik fantazji twoich rodziców? Moi mieli zamiar dać mi na imię Mirabella, ale dostało się mojej siostrze.

- Nie, to tylko to, że... - Lisa zawachała się. Nie lubiła o tym mówić, bo wszyscy patrzyli na nią przez pryzmat pochodzenia. Stwierdziła jednak, że warto być szczerą. - Urodziłam się i wychowałam w Milwaukee, mój tata jest Amerykaninem, a mama Polką.

- No to grubo! Ale dlaczego wróciliście?

- Mój tata zawsze interesował się kulturą Polski i jakoś tak wyszło, że kiedy miałam jedenaście lat, dostał dużą propozycję biznesową w Krakowie. No i od sześciu lat tu mieszkamy.

- Fajnie. Tęsknisz za Ameryką? - Daria bardzo cieszyła się, że spotkała wreszcie kogoś tak interesującego, a nie nudną osobę, jakby produkowaną taśmowo.

- Czasami tęsknię za przyjaciółmi, których tam zostawiłam, ale bardzo kocham Kraków. Moja mama pochodzi z Wieliczki, więc mamy tu wielką rodzinę i to jest mój dom - odparła Lisa.

- Ale super. Ja od zawsze mieszkam w Krakowie, więc nie wiem, jak to jest się wyprowadzić. Ale teraz nie mogłam już wytrzymać w domu. Rok szkolny nie był najgorszy, ale bywały lepsze - Daria ziewnęła. Musiała w końcu wstać dziś o piatej, a teraz była siódma.

- Zdecydowanie bywały lepsze - stwierdziła rozmówczyni.

Daria już otwierała usta, by zapytać, czy było aż tak źle, ale przerwały jej dziewczyny z przodu, które odwróciły się, by przedstawić się sąsiadkom zza pleców.

-Hej, jestem Anka - ta z platynowym kucykiem podała dłoń kolejno Lisie i Darii.

Jej przyjaciółka także wymieniła uścisk dłoni z nowymi koleżankami. Miała na imię Daniela.

Lisa przyglądała im się podczas rozmowy. Anka powiedziała już w trzecim swoim zdaniu, że kocha musical "Metro". Nie dość, że miała na imię tak samo, jak jego główna bohaterka, to jeszcze miała taka samą fruzurę, jak jedna z aktorek grajaca Ankę w "Metrze" i wyraźnie "robiła się na nią". Miała zimny typ urody, jasną oprawę oczy i karnację, ale ciepły uśmiech.

Daniela przyznała się, że miała już na głowie prawie każdy kolor włosów. W tym, który miała teraz, wyglądała świetnie. Mimo, że zdecydowanie nie miało to prawa wyglądać to naturalnie, jej uroda zachowywała pewną równowagę między włosowym szaleństwem a wszystkim innym... i w zadziwiający sposób Daniela wyglądała, jakby od zawsze na jej głowie gościły odcienie niebieskiego i fioletowego. Jej elfia twarzyczka nie nosiła grama podkładu, a mimo to jej cera była idealna. Jedynie na powiekach miała biały cień, co potęgowało efekt elfa.

Lisa pomyślała, że trafiła do odpowiedniego towarzystwa - takiego, które nie da się zapakować do pudełka, przyczepić się do sznurków i być marionetką. Takiego, które samo się formuje, nie pozwoli nikomu się stworzyć i narzucić celu. Miała nadzieję, a nawet może i pewność, że wróci z tego wyjazdu szczęśliwa.

.......................................

Ostatni akapit jest dość bardzo wzięty z piosenki Cimorelli "Renegade" i w ogóle całe to opowiadanie będzie o szukaniu siebie, o tym, jak być sobą, nie słuchać ludzi, którzy narzucają nam to, co jest złe dla nas. Lisa Cimorelli z zespołu to totalny fundament głównej bohaterki, a Dani jest trochę inspiracją do Danieli. Dani Cimorelli + Banshee + Jenna Marbles = Daniela :-)

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział sie podobał :-)

czwartek, 22 stycznia 2015

Jakiś taki intensywny dzień

Dzisiejszy dzień był naprawdę fajny, więc stwierdziłam, że napiszę o tym tutaj. Po pięciu dniach przeziębienia powróciłam do żywych i nadawałam się w miarę do życia. Mam co prawda wciąż lekki katar i taki fajny nosowo-chrypkowy głos, ale czuję się naprawdę dobrze :-)
Rano zadzwonił mój budzik (Demi Lovato - Made in the USA) i był tak skrajnie głośny i wczesny (6:30), że przespałam jeszcze dziesięć minut, a dopiero potem wstałam, z energią, która zawsze towarzyszy mi, kiedy zdrowieję i pierwszy dzień po chorobie idę do szkoły.
Po kilku lekcjach poszliśmy na planowane od dwóch miesięcy łyżwy. Wiedziałam, że znowu się po nich przeziębię, ale co tam - teraz czuję się dobrze. Autobus podjechał idealnie, potem ja i moja koleżanka - Aśka - wysiadłyśmy z niego pierwsze i prowadziłyśmy na IceManię.
Aśka po raz pierwszy jeździła na łyżwach i trochę ją uczyłam, ale wiele to nie dało. Nie wiem, czy to ja jestem beznadziejną nauczycielką, czy ona już jest w tym wieku, kiedy trudniej się nauczyć takich rzeczy, ale whatever.
Chyba trochę się popisywałam przed klasą moimi umiejętnościami, ale co tam! Niech wiedzą, co potrafię. Nawet nasza wychowawczyni pochwaliła moje umiejętności. Jeździłam bez czapki (moje uszyyy!), ale nie przeziębiłam się jakoś szczególnie. Było mi trochę gorąco w kurtce, ale wolałam jej nie zdejmować. Super, super, super mi się jeździło! Naprawdę to uwielbiam.
Myślałam, że nie upadnę, bo w tym roku raz byłam i mimo tłumu na tafli wtedy mi się to nie zdarzyło. A teraz było ZNACZNIE luźniej i małe chłopaczki się rozbijały po środku, nie patrząc na ludzi i nie dbając o ich zbite tyłki. Jeden z nich zachaczył o moją łyżwę i poleciał na tyłek. Ja za to próbowałam złapać równowagę, obróciłam się chwiejnie i chaotycznie o 360 stopni i upadłam, ale tak, że ledwie otarłam sobie dłonie o lód. The master of falling down xD Była obok moja "koleżanka", z którą właściwie nie rozmawiam. Podniosłam się godnie i zjechałam do bandy, a potem zeszłam z tafli i poszłam napić się wody, ale w mojej głowie wciąż dźwięczały niewypowiedziane słowa "Dzięki, że pytasz, nic mi nie jest". Szkoda, że musimy się tak dzielić.
Po tym, jak ostatnia z klasy zeszłam z lodu i zdjęłam łyżwy, stwierdziłam, że zdążę na sprawdzian ustny z niemca. No co? Już na pisemnym mnie nie było, a ja nie lubię pisać nie w terminie ;P
Poszliśmy na przystanek - ja, Aśka i dwoje chłopaków z naszej klasy, Arek i Piotrek. Czy ja to gramatycznie napisałam?
Siedemnastka była znów na styk, zdążyliśmy. W drodze porządnie zmokliśmy, a po drodze do szkoły (tym razem już tylko we dwie, ja na niemiecki, Aśka na rosyjski), przemokłyśmy do suchej nitki.
W szatni zaczęła się walka o woźną (czy może pani otworzyć? - nie, jest inna pani na drugiej zmianie - no ale tam nikogo nie ma - na pewno jest).
Piętnaście minut po rozpoczęciu tamtej lekcji weszłam do klasy z mokrymi włosami i mokrą twarzą.
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - miałam wciąż krople deszczu na okularach.
- My byliśmy na łyżwach.
- Deszcz pada? - pani się uśmiechnęła, widząc, jaka jestem mokra.
- Tak.
Zaczęłyśmy się umawiać, kiedy napiszę sprawdzian, i namówiłam ją, żebym napisała teraz, "przecież jeszcze pół godziny". Chyba naprawdę nie lubię mieć zaległości, co nie?
Napisałam w pół godziny, poszło so-lala, ale niech się dzieje co chce ;P
Okazało się w szatni po tej ostatniej lekcji, że tylko trzy osoby wróciły na języki (ja, Aśka i Emilka). #wyjątkowe
Emilka siedziała na podłodze w naszej szatni i nie chciało jej się ruszać, mi zresztą też nie. Siedziałyśmy tam i ubierałyśmy się mozolnie z 15 minut.
Po drodze do domu stwierdziłam, że potrzebuję czegoś słodkiego. Wstąpiłam do osiedlowego, ale nie było nic zachęcającego. Marzyłam o ciastkach rurkach z Biedronki, więc minęłam mój blok i powlekłam się do Biedry. Kupiłam tam też ciabatę z oliwkami, jest pyszna, zjadłam ją w drodze powrotnej :-)
Chodnik pod moim blokiem tymczasowo nie istnieje, bo rozkopali wszystko i będą robić nowy. A to się równa błoto. Hell Yeah, cała naprzód, po błocie!
Jak tak czytam sobie to, to myślę, że chyba naprawdę jestem zmęczona.
Mój dawny kolega z gimnazjum kończy dziś 18 lat. Rok osiemnastek, rok osiemnastek... o rany, to będzie naprawdę ciekawy rok.
A teraz siedzę sobie i żrem rurki, ale chyba muszę się wziąć za lekcje. Za tydzień ferie! Nabieram coraz większej ochoty nawet na półmetek... pojutrze?! Jak ten czas leci!