wtorek, 24 lutego 2015

"Jupiter: Intronizacja" czyli świat nie jest naszą własnością i inne przestrogi

Wczoraj byłam drugi raz na Carte Blanche. I za drugim razem film podobał mi się jeszcze
bardziej.
Ale teraz nie o tym.
Dwa tygodnie temu byłam w kinie na "Jupiter: Intronizacja". Film zrobił na mnie duże wrażenie swoim całokształtem.
Był to trochę spontan. Przewijałam z przyjaciółką tablicę na FB, kiedy spod dolnej granicy ekranu wyłonił się zwiastun tego właśnie filmu. Obejrzałyśmy i stwierdziłyśmy, że wydaje się fajny, więc pomyślałam "czemu nie?", mimo że nie byłam aż tak przekonana, jak moja przyjaciółka. Następnego dnia poszłyśmy do kina.
Mam wrażenie, że pierwszy raz widziałam film z Milą Kunis, ale mogę się mylić. Tak czy inaczej, jej gra aktorska mile mnie zaskoczyła. Jest naprawdę dobrą aktorką! Pasowała do roli Jupiter w moim odczuciu. Channing Tatum dobrze grał, mimo że stracił trochę swojego... tego czegoś na rzecz dość ostrych, wilczych rysów twarzy i spiczastych uszu. Jego brwi trochę za bardzo go postarzały, więc nie był takim amantem, jak w "Dear John", czy "Step Up", ale może to był zamierzony zabieg twórców? Na pierwszy rzut oka jednak nie powiedziałabym, że bohater jest mieszanką człowieka i wilka. Stinger już w ogóle nie wygląda jak likantant (czy ja to dobrze napisałam?), a gdyby nie pieczęć hodowczyni, pomyślałabym, że zapomnieli go ucharakteryzować. Być może z uwagi na to, że jest starszy, stwierdzili, że może tak zostać? :P
Rodzeństwo Abrasaxów to tak bardzo dwulicowe postacie, że do końca nie wiadomo, kto z kim współpracuje, kto kogo nienawidzi, po czyjej stronie stoi Kalique. Tuppence Middleton przyciągnęła moją uwagę - na chwilę - raczej znanym nazwiskiem, niż swoją grą - jej postać nie ma wielkiego udziału w intrydze, a raczej cieszy się z tego, że może żyć, ile chce - i zapewne nie oddałaby tego tak łatwo, więc zaliczyłam ją do grona biernych, wygodnickich, ale względnie zdeterminowanych.
Czy muszę pisać o tym, jakie wrażenie i na mnie, i na mojej przyjaciółce zrobiła aparycja Douglasa Bootha, który zagrał Titusa? Nawet nie pamiętam, jak wypadł - dobrze czy raczej słabo - bo gapiłam się na niego i nie rozumiałam, dlaczego akurat takie ciacho musieli obsadzić w roli takiego dupka. Przepraszam, no ale chyba są jakieś granice przeciwności! Na zewnątrz ideał, a w środku jakieś beznadziejne, bezduszne, zepsute próchno. Typowa ze mnie baba wyłazi, przepraszam xD
Za to za każdym razem, kiedy patrzyłam na lorda Balema (w tej roli całkiem przekonujący Eddie Redmayne), przechodziły mnie ciarki. Jego kreacja była tak szczera i tak pasował do tej roli, że wychodząc z kina, wciąż miałam przed oczami jego twarz - bez wyrazu, chłodną, jakby w środku nic nie zostało, jakby był tylko skorupą. Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie to przypomnę. Dobrze, że byłyśmy na 2D, a nie 3D ;)
Przechodząc do efektów specjalnych, czyli zdecydowanie dużej części filmu - mam wrażenie, że trzy czwarte dni zdjęciowych spędzili otoczeni green screenem, i że nawet w wolne dni kątem oka widzieli zieleń. Dużo, dużo, dużo latania dziwnymi pojazdami, spadania, ogólnie znajdowania się nad ziemią czy jakąkolwiek inną powierzchnią, unoszenia się kilka centymetrów nad ziemią - swoją drogą te buty Caine'a to moje irracjonalne marzenie. Dziwne potworki, wlatywanie do wnętrza Jowisza - bo w końcu to gazowa planeta, co nie?, roboty, wielkie stacje kosmiczne i mnóstwo pocisków... Szczerze? To były jedne z najlepszych efektów specjalnych, jakie widziałam. Absolutnie nie jestem ekspertem, ale nie rozumiem jechania po tym filmie w większości recenzji.
W każdym, absolutnie KAŻDYM filmie dostrzegam jakieś przesłanie. Podczas oglądania widziałam więcej, ale niewątpliwie ich wszystkich nie pamiętam, więc zapewne nie uda mi się przytoczyć wszystkich.
Scena z biurokracją, bardzo znacząca i wskazująca konkretnie, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała nasza przyszłość. Jupiter, by dostać pieczęć-hologram, taki jakby akt własności na nadgarstku, musi przejść ze swoim asystentem-robotem zatłoczone pomieszczenia przypominające trochę bank Gringotta z Harry'ego Pottera. Za biurkami siedzi mnóstwo ludzio-roboto-kreatur, z których każdy pyta o inny papierek, bez którego nie wyda papierka, który będzie potrzebny dalej. Z układów elektrycznych robota sypią się iskry irytacji. Swoją drogą to przerażające, jak ludzka wydaje się ta maszyna. To jest według mnie kolejna przestroga.
Okropne były dla mnie diody, metalowe części, jakieś dziwne zupełnie niepasujące wstawki na twarzach, głowach, rękach, ogólnie ciałach tych ludzi upodabniających się do robotów. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że ludzie będą tak wyglądać. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie jakimiś chodzącymi komputerami, telefonami czy innymi urządzeniami. Brrr.
Zaśmiecenie kosmosu. To kolejna ważna przestroga. Już teraz krąży nad nami mnóstwo części satelitów, których "misja" w jakiś sposób się nie udała.
Chęć władzy nad całym światem. Moment, w którym Kalique mówi Jupiter, że można posiąść o wiele większe i wspanialsze rzeczy we wszechświecie, niż Ziemia. Nasi politycy w stosunku do Abrasaxów są grupką miłych starszych panów grających w golfa. Przy okazji uświadamiasz sobie, jak małym ziarenkiem jesteś, jak niewiele znaczysz - i uczysz się pokory.
Było trochę nie do końca wyjaśnionych spraw - na przykład co to są dokładnie żniwa, czy Balem jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem Titusa, i w ogóle w tej sferze było trochę niedomówień. Z tego powodu film może wydawać się trochę niespójny i niedorobiony, ale na moje oko zaklepali sobie materiał na potencjalną drugą część - bo kto nie lubi sequeli, co nie?
Polecam ten film, kiedy macie ochotę na dużo akcji. I kiedy chcecie zobaczyć wszystko z innej perspektywy.

Dziwna/śmieszna historyjka z sali kinowej: telefon wypadł mi z ręki, a klapka w niej została. Siedziałyśmy na samym końcu i po kilku minutach moich poszukiwań moja przyjaciółka znalazła telefon po pierwszym zanurkowaniu ręką między siedzenia.
- A masz baterię? - zapytała.
Byłam pewna, że nie wypadła, więc zaczęłam mówić, ale zobaczyłam, że miejsce na baterię było puste.
- Jasne, że... nie.
Po seansie zanurkowałam pod siedzenia na dwa metry dookoła. Ale... bateria oczywiście leżała tuż za stopami mojej przyjaciółki. Wniosek? Czasem (czyt. Często) trzeba oddalić się, by zobaczyć, jak blisko czegoś byliśmy.

wtorek, 17 lutego 2015

Renegade. Rozdział czwarty - Kołobrzeg

Dwie godziny po postoju, kiedy atmosfera była już bardzo kolonijna i luźna, Anka stwierdziła, że trzeba ją jeszcze ubogacić. Wychyliła swoją jasną czuprynę znad siedzeń i wydostała się spomiędzy okna a Danieli, a potem ruszyła na sam przód autobusu. Miała ochotę coś zaśpiewać.

Już po krótkiej rozmowie z kierownikiem wyjazdu usiadła na schodkach z przodu autobusu.

- Cześć, nazywam się Anka i chciałam zapytać, czy znacie "Metro"! - zawołała do mikrofonu.

Lisa uśmiechnęła się. Zastanawiała się, czy byłaby zdolna do takiej spontanicznej inicjatywy.

Rozległy się oklaski i wiwaty. Widać było, że naprawdę wiele osób uwielbia ten musical i widziało go chociaż raz.

- Co wy na to, byśmy zaśpiewali "Wieżę Babel"?

Znów rozległy się chóralne wiwaty.

- To ja zacznę, okej? - i Anka zaczęła śpiewać.

- "Ten punkt na ziemi wyznaczyli razem, było ich tylu, że nie zliczył chyba nikt..."

Dołączyły do niej inne głosy, niektóre pewnie, widocznie doświadczone, a niektóre nieśmiało, najwyraźniej nie znając tekstu.

- "Niech stanie wieża - piramida marzeń - pomyślał ktoś, a potem ciszę przeciął krzyk..."

Lisa dołączyła swoim czystym, mocnym głosem, o którym wszyscy mówili, że jest przepiękny i że nie powinna używać go tylko śpiewając pod prysznicem. To prawda, miała dużą skalę głosu i lubiła śpiewać, ale robiła to zdecydowanie za rzadko.

- "Kain chciał tam być i Abel, ludzie bez krajów, bezimienni konstruktorzy wieży Babel".

"Ta piosenka pasuje do nas wszystkich" - pomyślała Lisa, czerpiąc energię chwili pełnymi garściami.

Potem Anka wróciła na miejsce z wielkim zadowoleniem na twarzy.

- Zazdroszczę ci tej przebojowości - przyznała Lisa.

- Wystarczy spróbować, by przejąć inicjatywę. Posłuchać impulsu - odparła Ania.

Wtedy ktoś z tylnych siedzeń zaczął brzdąkać na gitarze. Po kilku chwilach wpadł w rytm i zaczął śpiewać "Pójdę boso" Zakopowera. Przyłączali się do niego wszyscy i  znowu śpiewali razem - "I dopiero gdy zawoła Bóg, to pożegnam wszystkie te rzeczy i znów pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso!"

W trakcie drogi jeszcze długo rozmawiali, grali w karty, zjedli frytki na jednym postoju, a na kolejnym siedzieli, obserwując swoje wydłużające się cienie. Przez cały czas Lisa odkrywała, jak dobrze rozmawia jej się z Darią i miała nadzieję, że to początek ich przyjaźni. Daniela i Anka były tak samo miłe, serdeczne i ciepłe, a poza tym pełne zrozumienia dla wszystkich dziwnych historii z życia Lisy, które im opowiadała. Damian wydawał się w porządku, ale nie był w jej typie. Za to Hubert ciągle prawił jej komplementy, we wszystkim się zgadzali, w dyskusjach stawali po tej samej stronie. Mieli wiele wspólnych poglądów, za każdym razem wyglądało to, jakby tylko udawali, że znają się dopiero od kilku godzin. Lisa czuła się potrzebna, chciana, rozumiana i doceniana. Już dawno nie dała się tak dobrze poznać jakiemukolwiek chłopakowi w tak krótkim czasie.

Nawet już się nie bała tego, że Hubert ją zrani. Już raz była dotkliwe zraniona, dlatego myślała - i miała nadzieję - że wykształciła na tyle gruby pancerz, że żaden zawód nie powali jej na ziemię na tak długo, jak ten poprzedni.

Około godziny szóstej byli na miejscu. Kilkadziesiąt kilometrów przed Kołobrzegiem natrafili na duży korek, więc jechali trochę dłużej, niż można było się spodziewać. Słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż przyjemnie przygrzewało, oświetlając twarze wszystkich pasażerów autokaru.

Miejsce, które było zakończeniem całodziennej podróży, wyglądało niepozornie - autokar zatrzymał się przed skromną, ale zadbaną kamienicą. Nad szerokimi, drewnianymi drzwiami widniała tablica z ciemnobrązowego drewna, a na niej złoty napis "Teatry".

Każdy, kto miał zwyczaj czytania w internecie opinii na temat jakiegoś miejsca, zanim do niego trafił, wiedział, jaka jest historia tego pensjonatu. Para emerytów kupiła tą kamienicę z sentymentu do niej, gdy mieszczący się w niej teatr zaczął upadać. Postanowili zaadaptować budynek na pensjonat szczególnie dla miłośników teatru, a potem wpadli na pomysł tych warsztatów. Właśnie zaczynał się pierwszy turnus, więc uczestników czekała wyjątkowa inauguracja.

Lisa wyjrzała przez szybę autobusu na ulicę. Podłoże było brukowane, gdzieniegdzie lśniły na nim kałuże pozostałe po letnim deszczu. Okolica wyglądała na spokojną, na skraju chodnika rosły drzewa w specjalnych małych ogrodzeniach. Obok szli ludzie, uśmiechnięci, wypoczęci, roześmiani. Twarz Lisy rozpromieniła się w uśmiechu.

Daria podzielała entuzjazm koleżanki, ale była trochę rozkojarzona i zmęczona. Wstając z miejsca i wyciągając z górnej półki sweter, przeciągnęła się. Miała ochotę tylko położyć się na nawet byle jakiej jakości łóżku - pensjonaty - odpłynąć w objęcia Morfeusza.

Wychodzili sprawnie z autokaru, odnajdywali swoje bagaże w lukach i odbierali klucze do pokoju. W tym wszystkim Lisa czuła tak wielki dreszcz emocji, że niemal łasiła się do niego jak kot. Poprosiły o czwórkę z Darią, Danielą i Anką, a potem jedna z ich opiekunek - wychowawczyń wskazała im drogę do pokoju i przypomniała wcześniejsze słowa kierownika - że mają być za dwadzieścia minut w sali teatralnej.

Odnalazły dość szybko pokój numer 41, a potem otworzyły go. Ich oczom ukazał się przyzwoitych rozmiarów pomieszczenie, z wysokim sufitem, ale i tak sprawiajace wrażenie przytulnego. Ściany miały - klasycznie - biały kolor, a podłoga była wyłożona jasnym parkietem. W tonacji jasnego drewna i czystej bieli był utrzymany cały pokój. Cztery łóżka, stolik i cztery krzesła, szafa, stoliki nocne, niewielki telewizor, a nawet deska do prasowania i żelazko - niby nic szczególnego, ale wyglądało to porządnie i czysto. Zmieściła się tu nawet mała łazienka z prysznicem z prawdziwą, plastikową przesłoną, a nie ze szmacianą zasłonką, przez którą cała woda ląduje na podłodze. W szafce nad zlewem dziewczyny znalazły też kilka porządnych ścierek. Były bardzo zadowolone z tego faktu.

Wybrały sobie łóżka i otworzyły okno, by ocenić jeszcze widok. Ich pokój znajdował się na trzecim piętrze, więc było na co popatrzeć. Na prawo znajdowała się korona dużego drzewa, na którym ptaki wyśpiewywały swoje wieczorne arie, a w oddali, kiedy spojrzało się w lewo, można było dostrzec morze połyskujące w promieniach chylącego się słońca. Na wprost widać było szczyt kamienicy naprzeciwko, a w dole - spokojną uliczkę.

- Robi wrażenie - Daniela nie mogła wyjść z podziwu. Jej łóżko znajdowało się obok okna, z czego była bardzo zadowolona.

Lisa usiadła na swoim łóżku, stojącym najbliżej szafy i drzwi łazienki. Napiła się wody z półlitrowej butelki, która jeszcze ostała się w jej podręcznym bagażu. Dotknęła włosów. Warkocz był już tak potargany, że zdjęła gumkę z jego końca i rozpuściła włosy, które rozlały się ciemnymi, długimi falami po jej ramionach.

- Ale masz cudowne włosy! - zawołała Anka z zachwytem, odrywając wzrok od swojego odbicia w ściennym lustrze i zatrzymując szczotkę w połowie drogi od nasady do końcówek swoich włosów.

- Dzięki - Lisa uśmiechnęła się, wdzięczna za tak miły i entuzjastyczny komplement.

Daria siedziała na krześle przy stole, przeglądając foldery, które zastały po wejściu do pokoju. Lisa usiadła na sąsiednim krześle i też zajrzała w plik papierów.

- Widziałaś już szczegółowy program? - zapytała ją Daria, podsuwając w jej stronę szczelnie zadrukowaną kartkę.

- Jasne. Codziennie go czytałam.

Daria uniosła brwi.

- Tak bardzo nie mogłaś się doczekać? - zapytała, kartkując katalog z ofertami wszystkich kołobrzeskich przedsiębiorców.

- Bardzo. I chciałam się upewnić, że o niczym nie zapomniałam. Musiałam trochę się dokształcić, bo nie jestem taka oblatana we wszystkich teatralnych terminach - przyznała się Lisa. - Nie chciałam wyjść na ignorantkę.

- Dlaczego jesteś taka szczera? - Anka odłożyła szczotkę na szafkę i związała włosy w kucyk.

- Bo to wiele ułatwia - Lisa wiedziała, jak bardzo komplikuje się życie ludzi, którzy nie mają oporów przed budowaniem go na kłamstwach. Nie tylko obejrzała wiele filmów i przeczytała wiele książek, ale i porównywała czasem życie do teatru - jeśli nosiło się zbyt często maski, życie zamieniało się w przedstawienie, a co za dużo, to niezdrowo.

- Schodzimy na dół, do sali? - zaproponowała Daniela po chwili ciszy.

"Nareszcie" - pomyślała Lisa - "Scena."

Wyszły z pokoju, podekscytowane nadchodzącą inauguracją warsztatów. Po drodze spotkały dziewczyny z pokoju obok, udające się w tym samym kierunku. Przywitały się i wymieniły imiona. Drobna Dominika z długimi, karmelowymi włosami i nieśmiałym uśmiechem, wysoka i głośna blondynka Ada, zarażająca entuzjazmem Magda o wielkich oczach, szerokim uśmiechu i czekoladowych włosach. Za nimi snuła się potwornie zmęczona Ola, "cudowne dziecko" grające poprzedniego dnia główną rolę w ostatnim swoim spektaklu w sezonie.

Daria była trochę nieobecna. Nie chciała być zazdrosna, ale wkurzało ją niesamowicie, że akurat Lisa, ta idealna w każdym calu zewnętrznie i wewnętrznie dziewczyna, nie wierzy w swoje możliwości. Daria na kilometr czuła, że Lisa była kiedyś takim "cudownym dzieckiem" jak Ola. Tyle że Ola wciąż nim była, a Lisa zwątpiła w siebie.

Daria była nie w sosie również dlatego, że przewidywała, jak będą wyglądać kolejne trzy tygodnie - będzie musiała znowu patrzeć, jak Damian podbija serce każdej dziewczyny, by powiedzieć jej, jak bardzo się cieszy, że jest jego przyjaciółką. A nawet, jeśli ta nie będzie chciała od niego niczego więcej, długo tą najlepszą przyjaciółką nie pozostanie. I będzie w takiej samej sytuacji, w jakiej jest Daria.

Aż zabrakło jej tchu, kiedy uświadomiła sobie, że będą się spotykać w teatrze na próbach "Lotty". Zaczęła poważnie się zastanawiać, czy nie odrzucić propozycji chłopaka. Propozycji? Wziął za pewnik, że Daria chce wrócić. Czy chciała? Jasne że chciała, ale... było wiele "ale".

Gdy przed salą prawie na niego wpadła, czując jego dłoń na ramieniu, zaczerwieniła się jak burak, mimo że rzadko jej się to zdarzało.

- Przepraszam - burknęła. Nie chciała zabrzmieć niegrzecznie, ale chyba jej nie wyszło. Napotkała zdziwione spojrzenie Damiana i odwróciła wzrok, a potem zniknęła w tłumku tworzącym się w korytarzu. Za nią szła Lisa.

- Hej, poczekaj! - powiedział Damian i złapał Lisę za przedramię. Dziewczyna zatrzymała się. - Co ją ugryzło? - zapytał.

- To ty znasz ją dłużej, więc skoro nie znasz jej aż tak dobrze, to może zapytaj? - zaproponowała Lisa trochę ironicznie i odeszła za Darią.

- Ja ich nie rozumiem - powiedział bezradnie Damian do Huberta patrzącego z rozbawieniem za Lisą.

- Taka mała niepozorna, a taki ma odpysk - Hubert splótł ręce na piersi i pokiwał głową.

- To nie był odpysk - Damian spojrzał na kolegę, mrużąc brew.

- Mniejsza z tym. Jest taka sassy czasem.

- Ty chyba sassu nie widziałeś - Damian pokręcił głową.

- Skończmy tą dziwną konwersację - powiedział Hubert, a w odpowiedzi dostał milczącą zgodę.

niedziela, 15 lutego 2015

Najbardziej nietypowa osiemnastka w promieniu wielu, wielu kilometrów

Żyję i mam się dobrze, ferie minęły mi bardzo miło i dość produktywnie (czyt. nie spałam do południa).
Wczoraj byłam na najdziwniejszej i najbardziej nietypowej osiemnastce, na której kiedykolwiek byłam czy będę. Jestem o tym przekonana, naprawdę :P
Zacznijmy od tego, że wymagane było przebranie, a cała impreza toczyła się bez mililitra alkoholu. Było za to Piccolo. Brzmi zaskakująco? Taka właśnie jest jubilatka. Zaskakująca na każdym kroku.
Przebrałam się za Piper McLean z "Olimpijskich Herosów". I to był mój błąd, bo nikt nie wiedział, kto to jest. Ale i tak dobrze się bawiłam. Pojawiła się tam cyganka, kowbojka, Kopciuszek, zakonnik, elfy z "Władcy Pierścieni", umarła para, piratka, a nawet... pralka. Pewien chłopak z mat-fizu przebrał się za pralkę. Ubrał się w pudło, które wyglądało bardziej jak lodówka, ale... mniejsza z tym.
Toczyły się zabawy, niewiele tańczyliśmy, a jak już, to tańce dawne, które jubilatka tańczy hobbystycznie w zespole i uczy tańczyć nas, z dość marnym skutkiem, ale zabawa jest fajna podczas nauki.
W jednym z układów, dość prostym, takim na naszym poziomie, chodziliśmy w kółko, trzymając się za ręce i co refren ktoś wchodził do środka, a my wyrzucaliśmy ręce w górę i się mu kłanialiśmy. Brzmi dziwnie, co nie? Ale kiedyś tak tańczono. Ktoś powiedział, że można by pomyśleć, że jesteśmy jakąś sektą, bo spotykamy się w piwnicy i kłaniamy się sobie przy muzyce rodem ze średniowiecza.
No więc do środka wszedł kolega w habicie, ten przebrany za zakonnika, i miał kaptur na głowie. Wtedy ktoś, już nie pamiętam kto, powiedział, że to już w ogóle jakaś sekta z nas, składamy pokłon jakiejś zakapturzonej postaci xD
Jedzenie też było dobre. Samo to, jak jublilatka nazwała wszystkie dania na stole i umieściła spis na kartkach, podbiło moje narnijskie serce. "Co nieco na drogę do Aslana" czy "Obłoczki Białej Czarownicy" czyli kanapeczki koktajlowe oraz bezy - i wiele więcej kreatywnych nazw zaczerpniętych z "Opowieści z Narnii" i "Władcy Pierścieni".
Pewnie pominęłam kilka zabaw, ale nie mam nawet teraz czasu ich przytaczać (muszę czytać Galla Anonima, swoją drogą nie jest to strasznie nudna książka, takie powtórzenie wiadomości jak na razie).
Godzinę przed północą byłam już trochę zmęczona i siedziałam z koleżanką przy stole, podsypiałyśmy, patrząc na to, jak reszta bawi się w uprowadzanie świętego smoka. Potem jeszcze trochę potańczyliśmy, ale nie kleiło się i w już trochę okrojonym gronie zaczęliśmy grać w mafię. To była dopiero dobra zabawa! Kowbojka cały czas była podejrzewana, ja ani razu nie zostałam powieszona, ale ze dwa razy mnie zamordowali xD jak to brzmi, ludzie xD
I po tym, jak drugi raz mnie zabili, stwierdziłam, że dobrze się stało, bo i tak musiałam już spadać, a impreza dogasała. Byłam zmęczona, a zegarek wskazywał kilkanaście minut po pierwszej, jak mniemam. Zanim przekonałam mamę i ciocię jubilatki, że dojdę do domu, że już chodziłam sama o tej porze (tsa...) i że nie boję się pijaczków, a w ogóle to jestem ze wsi, i to tylko jedna ulica (no... taka długa) minęło kilka minut, ale w końcu wyszłam, obiecując, że wyślę SMS-a jak dojdę. Jeśli bym tej wiadomości nie wysłała, to miały zadzwonić na policję (nie wątpiłam, że to zrobią, a że nie miałam kasy na koncie, pożyczyłam telefon od taty :-)
I tak, poszłam spać, uprzednio biorąc prysznic i nie mogąc uwierzyć, że te ferie były takie fajne.
Czy ja naprawdę jestem jedynym człowiekiem, który cieszy się na powrót do szkoły? Mam nadzieję, że nie <trzymam kciuki>.
Jutro pewnie nie będę mogła powstrzymać śmiechu na widok człowieka-pralki bez pierwiastka pralkowego. A teraz dobranoc :D

wtorek, 3 lutego 2015

The story of my home

Nareszcie. Dzisiaj jadę do Domu. Przez duże D, bo to taki dom w postaci całej gminy :-)
To skomplikowane. Strasznie się buntowałam, gdy mieliśmy się przeprowadzić do Lublina, ale sytuacja nas ponaglała, więc w końcu stwierdziłam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Żadne zmiany jeszcze nigdy tak jak wtedy nie namieszały w moim życiu. Rodzice wiedzieli, że nie zamienię moich nowych przyjaciół z gimnazjum na miejskie gimbusy (bez obrazy, kocham wieś i wiem, że teraz też tam są gimbusy), więc pozwolili mi dojeżdżać z nimi - oni do pracy, a ja do szkoły. Dlaczego musieli dojeżdżać do pracy? Problemy z mieszkaniem na wsi miały inną naturę. Nie chodziło o pracę, a o coś innego. Nawet nie chce mi się zagłębiać w szczegóły.
Podobała mi się ta równowaga, mimo że strasznie tęskniłam za moim otoczeniem. Pół dnia spędzałam w szkole, w trochę większej wsi od mojej, gdzie mieści się siedziba gminy, gimnazjum  itp itd, ale już rzadko pojawiałam się tam, gdzie się wychowałam (mimo że dzieliło mnie od tego miejsca zaledwie kilka kilometrów). Lubiłam miasto, ale tu nie czułam, że należę. Czułam się bardziej jak członkini grupy uchodźców, z której wszyscy się zasymilowali, a ja... wciąż tego nie czułam.
Potem nadszedł koniec gimnazjum. Od tego momentu pojawiałam się na wsi co dwa, trzy miesiące. Z wielkim podekscytowaniem szłam do liceum. Nie chciałam się bać nowej szkoły, bo byłam przekonana, że nareszcie poczuję, że może jednak gdzieś należę.
Szkoła sama w sobie miała fajną atmosferę i gdzieniegdzie ją dostrzegałam, ale strasznie się rozczarowałam. Elity utworzyły się w mgnieniu oka, a ja zostałam na boku z koleżanką, która aspirowała do innej grupy, niż ja. Nie czułam się może aż tak źle i nie było bardzo strasznie, ale w porównaniu do mojego gimnazjum... doświadczyłam w ciągu pierwszego roku tyle fałszu, pośrednio lub bezpośrednio, że żyłam sobie i rozczarowywałam się tym miejskim życiem coraz bardziej. I jeszcze bardziej. Aż nadeszły wakacje. Moja klasa była wtedy już tak poszatkowana, że wyfrunęłam stamtąd po rozdaniu świadectw i jakieś trzy godziny później jechałam już z przyjaciółką do niej na tydzień.
Ku mojemu zdumieniu uśmiechnęłam się na widok Trynitarskiej i dachu Archikatedry w oddali, kiedy wracałam do domu. Domu? Wciąż nie wiedziałam, jak nazywać nasze mieszkanie w bloku na dziewiątym piętrze.
Po wakacjach nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Do naszej klasy doszła nowa osoba, Aśka. Zaopiekowałam się nią, bo była trochę zagubiona i zostałyśmy czymś na kształt przyjaciółek. Wciąż nie wiem czasem, jak ze sobą wytrzymujemy, bo jesteśmy zupełnie inne. Moja koleżanka, z którą siedziałam w pierwszej klasie, przyjaźniła się już na całego ze swoją imienniczką. Sama powiedziałam tej drugiej Ani, żeby usiadła z tą pierwszą Anią, a ja siądę z Aśką. Anie naprawdę do siebie pasują i cieszę się, że to one zostały tak dobrymi przyjaciółkami. Zresztą pierwszego września, czyli w moje siedemnaste urodziny, przywitały mnie przemiłym prezentem :-)
W drugim tygodniu września miał miejsce ogromny przełom. Na wymianę przyjechali do nas Niemcy, i wtedy w grupie poczułam, że nareszcie gdzieś należę, że nareszcie udało mi się naleźć przyjaźń w Lublinie. Z małą pomocą przyjaciół zza zachodniej granicy. To jest kolejna długa historia :-)
To chyba by był cały ogólny zarys tej historii. Pominęłam tak wiele szczegółow, o których nie chcę pisać, bo i tak nie mam już na to czasu. Ale te szczegóły obijają się o moją czaszkę.
Do czego zmierzam? Jadę dziś znowu do mojej najlepszej przyjaciółki i po raz pierwszy od PIĘCIU MIESIĘCY pojawię się w Domu. A po paru dniach wrócę, z nową nadzieją na przyszły semestr, który zapowiada się naprawdę obiecująco.
Kocham ferie i czuję, że moje plany, które poczyniłam w ramach postanowień na nowy rok, naprawdę się spełniają.
Już za kilka godzin znowu zaszklą mi się oczy, kiedy wyjdę z busa. Pięć miesięcy...

niedziela, 1 lutego 2015

Carte Blanche, czyli gdzie zaczyna i kończy się fikcja

Byłam wreszcie w piątek na Carte Blanche. Czekałam długo na ten film i nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, jak wypadła w nim moja szkoła. W Biskupiaku kręcili tylko wnętrza, a od zewnątrz pokazali czwórkę, sąsiednie liceum. Po raz pierwszy tak naprawdę zobaczyłam, jak wielką fikcją jest film. Trudno mi było przeżywać wszystkie emocje razem z bohaterami, bo bardziej niż kiedykolwiek czułam, że tam wszędzie znajdują się kamery. Widziałam na własne oczy filmowców w naszej szkole, ich profesjonalny sprzęt, a wielki reflektor na dźwigu znajdował się niedaleko mojego okna, kiedy jadłam śniadanie. Najmniej tłoczny korytarz w szkole nagle zapełnił się młodzieżą. Z drugiej strony dobrze wiedziałam, że ta historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Naprawdę zdarzyło się to w liceum numer osiem w Lublinie - kilka lat temu uczył tam pan Maciej Białek, który tracił wzrok i ukrywał to w pracy. Kiedy dowiedzieli się o tym uczniowie, pomagali mu ukrywać chorobę, bo nie chcieli stracić najlepszego nauczyciela historii, jaki mógł im się trafić. Wszystko to złożyło się na miażdżące wrażenie, jakie wywarł na mnie film... taki swoisty kinowy kac.
Gra mojego dawnego przyjaciela z gimnazjum, który statystował jako maturzysta na korytarzu, gra dziewczyny z równoległej klasy, która siedziała w ławce przed Wojtkem, granym przez Tomka Ziętka, gra mojej nauczycielki biologii, która akurat wychodziła z pokoju nauczycielskiego i pojawiła się przez chwilę na ekranie - to wszystko sprawiło, że ja, moja klasa i równoległy mat-fiz bardzo przeżywaliśmy ten film :-)
Zielony, majowy Lublin też bardzo dobrze prezentował się na kinowym ekranie. Moja okolica uchwycona z żurawia, park Saski, ulica Narutowicza, nawet "stary Ursus" - pokazali atrakcyjne zakątki i te mniej atrakcyjne. Duży plus. Podoba mi się to, bo... bądźmy realistyczni, przecież zbuntowana Klara nie spotykałaby się z koleżanką w Plazie czy w knajpce na Starym Mieście.
Gra aktorska Andrzeja Chyry, Tomka Ziętka, Jerzego Rogalskiego czy Elizy Rycembel oraz innych, oswojonych z kamerą bardziej niż znajomi statyści była bardzo przekonująca, na poziomie. Szczególnie podobała mi się kreacja władczej pani dyrektor, którą zagrała Dorota Kolak.
Jedna z moich ulubionych polskich aktorek, Urszula Grabowska, niestety moim zdaniem nie powala na kolana swoją grą w "Carte Blanche". Cieszyłam się, że zobaczę ją w znajomym otoczeniu, w moim mieście na wielkim ekranie, ale trochę się zawiodłam - wypadła blado na tle swojego filmowego partnera. Wątek miłosny w ogóle jakoś dziwnie się rozwijał - sprawia wrażenie niedokończonego. Być może, po wszystkim, nie był aż tak ważny...
Bardzo się ucieszyłam, widząc, że pierwowzór postaci Kacpra - Maciej Białek - dostał rolę w filmie poniekąd o sobie. Zagrał sąsiada głównego bohatera, który uświadamia mu, że pomylił klatki w bloku. Zachwyciła mnie jego gra i zapadła w pamięć - genialnie wypadł obok równie genialnego Chyry. Bez doświadczenia, ale ze świetnym efektem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Nie wiem, czy pan Białek wciąż uczy w ósemce, ale życzę mu jak najlepiej :-)
Polecam ten film wszystkim, którzy czytają ten post. Życzę wam też, byście kiedyś mieli szansę przekonać się na własne oczy, na czym polega magia kina.