wtorek, 14 lipca 2015

Piszę wiersze?

Bez tytułu

Chciałabym zgłosić nieprzygotowanie
do dorosłego i odpowiedzialnego życia
mieć jakąś ochronę
na drogach życia
wąskich i krętych.
Czuć, że nie muszę
bać się przyszłości
i wiedzieć chciałabym
że mam komu ufać
że mam komu wierzyć.

Dziesięć minut

To było jak dziesięć minut szczęścia
w stosunku do wszystkiego
Dziesięć minut
kiedy myślałam, że miłość
przetrwa wszystko
przetrwała... ale tylko moja
bo wciąż pamiętam
600 sekund
sześćset słownie
możesz wystawić fakturę
rachunek zysków i strat
wszystkich chwil
które dała ci miłość
możesz pisać żegnaj
cztery razy do roku
i tak nigdy cię nie pożegnam
nie wyrwę z serca
mogę tylko schować w kąt
zapełnić pustkę nowymi uczuciami
pustkę a może właśnie pełność
zapełnić pełność smutku żalu goryczy
rozpaczy nie rozpaczy
miłością ciepłem bezpieczeństwem
zapełnić czy zagłuszyć
pokochać czy odrzucić
Czy prostym szczęściem
ze słońca ciepła przyjaźni codzienności
da się wypełnić dziurę
którą wypaliło
te proste dziesięć minut.

Wiedziałam, że ta chwila kiedyś nastąpi i będę musiała tu wrzucić jakiś wiersz. Mam właśnie teraz na to ochotę.
Większość z nich nie ma rymów ani regularnej budowy. Właśnie takie najlepiej mi się pisze. Nie widzę potrzeby zmuszania się do rymów, skoro ani mi się to nie podoba, ani tego nie czuję. A poza tym takie wiersze są jakieś takie... oklepane, pospolite, przedszkolne, nie wiem. Nie chcę tu nikogo obrażać, bo na przykład moja przyjaciółka pisze - a przynajmnej pisała - bardzo dobre rymowane wiersze, więc to się zdarza. Ale ja nie jestem wirtuozem sztuki lirycznej, ja po prostu piszę, co mi siedzi w duszy i wylewam siebie.
Plus, te pisałam ponad rok temu, więc nie do końca się mają do tego, co teraz. Bo są bardzo osobiste, i tylko z dystansu czasu mogę na nie patrzeć bez gwałtownych emocji.

niedziela, 12 lipca 2015

Rzeczy, które mnie wkurzają

Zwykle wkurzają mnie właśnie takie posty, ale w tym momencie muszę się jakoś wyżyć.
1. Starsze osoby, które nie potrafią wyciszyć telefonu przed wejściem do kościoła, a potem, kiedy rozdzwoni im się na mszy obciachowym dzwonkiem, nie wyłączą tego, tylko udają, że to nie ich komórka.
2. I te osoby, które rozglądają się wtedy po kościele.
3. Kiedy ktoś za bardzo przejmuje się tym, co inni o nim myślą.
4. Kiedy ktoś narzeka na swoje ciężkie życie tak, że zatruwa innym dzień.
5. Ludzie, którzy nie potrafią docenić tego, co mają.
6. Kiedy ktoś nie rozumie, że czasem trzeba trochę pobyć samemu.
7. Ludzie na siłę oryginalni.
8. Ludzie zawsze porównujący siebie do innych.
9. Stereotypy i przesądy. Potrafię być wręcz agresywna, kiedy je słyszę.
10. Kiedy ktoś jest przekonany, że wie lepiej, co jest dla mnie dobre.
11. Kiedy ktoś osądza mnie po pozorach, nie wiedząc, kim naprawdę jestem.
12. Kiedy mówię coś istotnego komuś kilka razy, a on tego nie pamięta.
13. Kiedy ktoś jest przekonany, że ludzie to świnie.
14. Hipokryzja. Mimo że mi też się czasem zdarza.
15. Niemożność znalezienia złotego środka.

czwartek, 9 lipca 2015

Czym pachnie Saska Kępa w lipcu, jak naprawdę działa warszawskie metro i niespodziewana miłość do Chopina, czyli Warszawa po raz trzeci

Po raz trzeci w ciągu roku byłam w Warszawie. Cieszę się z tego, bo chciałam poznać lepiej to miasto, które czasem trochę mnie przeraża, ale i fascynuje. Zamierzam wybrać się tam jeszcze raz, tym razem z najbliższymi przyjaciółkami, i wtedy będę już mogła powiedzieć, że poznałam Wawę.
Wczoraj - to jest w środę - obudziłam się o 6:30 i szybko, bo bez potrzeby nawet poganiana przez rodziców się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanie. Miałam na sobie wielki, gruby sweter z ciuchlandu, którego jeszcze nie nosiłam. Miało padać przez cały dzień, więc wcisnęłam w torbę kurtkę, wiedząc, że i tak jej nie założę. Nie żeby nie padało. Po prostu lubię moknąć. Umiarkowanie.
Wyszliśmy całą rodzinką (ja, moja siostra - Marta, i rodzice) na dworzec autobusowy położony praktycznie obok naszego osiedla.
Jechaliśmy Polskim Busem, który tak na marginesie bardzo przypadł mi do gustu. Miał wifi, wygodne fotele, kosztował 25 złotych w jedną stronę i było miejsce na nogi. Do Warszawy dojechaliśmy w planowym czasie, wysiedliśmy i poszliśmy na metro. Kupiliśmy bilety w biletomacie, przeszliśmy przez bramki (oczywiście rodzice mieli z tym trochę problemów).
Kiedyś, oglądając filmy i seriale kręcone w Nowym Jorku przyglądałam się, jak szalona jest idea nie zgubienia się wśród wszystkich stacji, linii i przystanków metra. Potem jeździłam kilka razy metrem w Bukareszcie, gdzie są 4 linie liczące razem 69,2 km, 51 przystanków, 259 pojazdów i 600 tysięcy pasażerów dziennie (tak, sprawdziłam to przed chwilą w Wikipedii). Po tym wydawało mi się, że i warszawskie metro jest jedną wielką plątaniną... jakże się myliłam! To chyba najprostszy system transportu w Warszawie. Jeśli nie pomylisz nowej linii ze starą. Przyznam szczerze - myślałam, że wygląda to bardziej tak, że są numery pociągów i musisz wbiec do odpowiedniego, przepychając się przez dzikie tabuny pasażerów.
Ale nie. Sprawa jest prosta - jedziesz albo na Kabaty, albo na Młociny. Trochę nie wiem, w jaki sposób linie krzyżują się na Świętokrzyskiej, bo jest tam z piętnaście zejść, wśród których można dostać oczopląsu. Zielone w kształcie M, niebieskie w kształcie M, niebieskie półokrągłe. Anyway. Pojechaliśmy do Centrum, wysiedliśmy i poszliśmy do mojego ulubionego Muzeum Chopina, w ktorym byłam już drugi raz i mogę powiedzieć, że szczerze uwielbiam to miejsce. Czułam się, jakbym znała i kochała muzykę Chopina od lat, a poza tym dowiedziałam się o niej i o nim wielu rzeczy, o których by mi nie powiedziano w zwykłym muzeum. W takim interaktywnym czujesz temat sobą, doświadczasz go na swój sposób, a nawet możesz dowiedzieć się czegoś o samym sobie... I ta nowoczesność połączona ze starością... mogłabym mieć taki dom *.* W moim pierwszym wpisie ze stolicy opisałam pierwszą wizytę w tym muzeum :) Smutno mi było stamtąd wychodzić :( Że nie wspomnę o wielu miejscach do siedzenia i pokoju słuchania!
Potem, już tylko z siostrą, ruszyłyśmy Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Rodzice wyszli z muzeum pół godziny przed nami i poszli coś zjeść. Wyszukałam najbliższe KFC, bo też już byłyśmy głodne. Zdjadłyśmy tam po B-smarcie i wypiłyśmy po półtora kubka SevenUpa z dolewki, oczywiście z jednego kubka (czy ktokolwiek kiedy jest z kimś w KFC tak nie robi? jestem tego ciekawa xD)
Po zjedzeniu longera i powiększonych frytek ruszyłyśmy w stronę Wisły ulicą w dół i po drodze przypadkowo spotkałyśmy Wydział Polonistyki na UW. Moja siostra właśnie skończyła pierwszy rok na KULu i powiedziała "Od początku podobała mi się ta ulica. Ciągnie swój do swego." Dalej było coś w rodzaju miasteczka akademickiego i parko-skwer. Ulica opadała w dół, ale my odwróciłyśmy się w końcu i zaczęłyśmy się wspinać z powrotem, mimo planów dojścia do Wisły, która, jak twierdzi Google Maps, była już blisko, a park okazał się być Parkiem Kazimierzowskim.
Poszłyśmy przez Krakowskie na Stare Miasto, w międzyczasie zostałyśmy naciągnięte na 6 zł przed dwóch wygadanych chłopaków zbierających na nawet nie wiem dokładnie co. Przeszłyśmy się kawałek Starówką, większą niż u nas, ale nie powiedziałabym, że ładniejszą. Usiadłyśmy na murze obok Barbakanu i nie chciało się nam ruszyć. Z sąsiedniej ulicy wyszli nasi rodzice i chwilę siedzieliśmy razem, a potem dali nam kasę na lody i poszli gdzieś jeszcze. My zeszłyśmy na dół, nieopodal rzeki, i szłyśmy wzdłuż niej do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, który łączy Starą Pragę i Stare Miasto. weszłyśmy na most i szłyśmy nim, a potem ulicą, która z niego wychodziła aż do Galerii Wolskiej, gdzie poszłyśmy do McDonalda na frappe. W Carefourze, jakkolwiek się to pisze, kupiłam sobie truskawkowe pianko-żelki z Haribo, ktore kojarzą mi się z wakacjami, i poszłyśmy dalej - do naszego następnego celu, czyli parku Skaryszewskiego, czyli warszawskiego Central Parku. Tak trochę mniej central, ale... anyway. Wyszłyśmy z niego po krótkim spacerze i skierowałyśmy się na eksplorowanie Saskiej Kępy. Faktycznie staje się ona w taką hipsterską, designerską, (chyba) spokojną i urokliwą dzielnicą jak Williamsburg w NY. Mam wrażenie, że Warszawa aspiruje coraz mocniej do Nowego Jorku, ale trochę inaczej go interpretuje i dodaje coś od siebie. Mówię, jakbym kiedykolwiek była w NY :P
Saska Kępa pachniała kwiatem lipy, jedzeniem serwowanym w urokliwych knajpkach i czymś jeszcze. Może to takie placebo. "To był maj, pachniała Saska Kępa."
W pewnym momencie na ulicy Paryskiej stwierdziłyśmy, że potrzebujemy przystanku i autobusu, który zabierze nas z powrotem do Śródmieścia, bo nogi nam właziły nie powiem gdzie. Autobus za dwadzieścia minut, i co z tego, dalej nie idę. Biletomat był w autobusie, ale tylko na kartę o.O i musiałam wysłuchać jaka to niedobra jestem bo stopuję pana kierowcę i musi mi sprzedać bilet, a nie może jechać. Poszłyśmy do Złotych Tarasów do toalety i przejechałyśmy metrem jeden przystanek, by dotrzeć na Świętokrzyską. Musiałyśmy jeszcze iść do innego wejścia, przy którym umówiłyśmy się z rodzicami, a potem, już z nimi, wrocić tam, skąd wyszłyśmy, ale cóż, trudno. Wróciliśmy na dworzec Wilanowska i czekaliśmy na autobus do Lublina, podziwiając zachód słońca pomimo autobusów zasłaniających nam połowę nieba.
Siadłyśmy z przodu, tam gdzie przed tobą jest tylko szyba, a pod tobą kierowca (autobus był piętrowy) i patrzyłam na drogę zafascynowana, że niedługo też będę tak jeździć. I trochę przerażona.
Po powrocie bylam wykończona, ale podobało mi się, że zwiedziłam trochę więcej Warszawy, niż pokazują na wycieczkach. Mam nadzieję, że za czwartym razem tego warszawoznawczego roku uda mi się zwiedzić jeszcze kilka dzielnic. Już nie mogę się doczekać, mimo że nawet nie wiem, kiedy mi się to uda.
Warszawa ma w sobie coś ciekawego - ma wiele twarzy, jeszcze więcej, niż myślałam, i zdecydowanie więcej, niż dzieci widzą na wycieczce szkolnej w podstawowce. Chciałabym poznać kogoś stamtąd, mieć tam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na temat stolicy naszego kraju i usłyszeć coś więcej. Wiem, że wielu jutuberów wypowiada się na ten temat, ale jednak to coś innego, niż wymienić spostrzeżenia, albo zobaczyć to miasto przefiltrowane przez kogoś bliskiego.
Odnoszę też coraz silniejsze wrażenie, że to miasto dla wielu jest odwykiem, ucieczką od codzienności, a dla mnie z pewnością wyzwaniem, bo zawsze, kiedy tam jestem, chcę iść samotnie przez ulicę albo galerię handlową, czuć tą energię zupełnie sama. Ale wiem już, że nie mogłabym pojechać tam zupełnie sama, bo czułabym się przytłoczona. Chociaż kto wie...

Nie jestem jakąś wielką fanką miast, szczególnie tak wielkich, ale zwolenniczką doświadczenia miejsc. Nie zwiedzenia. Doświadczenia. Mam nadzieję, że doświadczę jeszcze wielu miejsc w taki sposób.

poniedziałek, 6 lipca 2015

DIY, czyli najlepszy sposób na nudę + 10 moich diys + ja nie umiem bez dygresji

DIY, czyli Do It Yourself, czyli Zrób To Sam, to jeden z najlepszych sposobów na nudę. A skoro są wakacje, w pewnym momencie nuda jest nieunikniona, nawet, jeśli macie zaplanowany grafik na całe dwa miesiące.
Uwielbiam robić coś kreatywnego i zmieniać w ten sposób wygląd mojego pokoju. Inspirację czerpię oczywiście z YouTube'a, którego oglądam zdecydowanie zbyt wiele. Mój ulubiony kanał, na który udaję się po pomysły, to LaurDIY. Pomocna jest też AlishaMarie, ale to w ogóle moja ulubiona youtuberka, więc pewnie nie oceniam obiektywnie jej filmów z diy :P
Ale do czego zmierzam? Do pokazania rzeczy, które zrobiłam sama :D Może kogoś to zainspiruje?

1. Zwykłe pudło oklejone poszarpanymi wycinkami z gazet. Trzymam w nim trampki i baleriny.
2. Zasłona na regał - w nagłych wypadkach, czytaj goście idą, na pewno będzie niezastąpiona, by zakryć bałagan. Wybrałam tkaninę, wycięłam odpowiedni rozmiar i przymocowałam pineskami do szafki, a potem również posługując się pineskami, dodałam kokardki i związałam. Przywodzi mi to na myśl moskitierę i dodaje trochę więcej niebieskości tej stronie pokoju. Tak, wiem, że muszę jeszcze tylko uprasować tą tkaninę ;P Dopiero kiedy ją wczoraj powiesiłam, zorientowałam się, że naprawdę tego potrzebuje.
3. "To go", czyli gdzie chcę pojechać. Takie coś chodziło mi głowie już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałam, w jakiej formie to zrobić. Zastanawiałam się, czy bawić się z mapą i szpilkami, czy raczej przyklejać karteczki na ładnym tle.  Więc, zamiast pakować plecak, by pojechać na osiemnastkę przyjaciółki, grzebałam w gazetach. Spóźniłam się i na autobus, i na bus. Jeszcze nie skończyłam tego wyklejać, ale ogólny zarys jest już widoczny, a ja mam materiały ^^ Zamierzam jeszcze zrobić coś podobnego, ale z miejscami, gdzie byłam.
4. Girlanda z pasków materiału. Okeej. Robiłam ją wczoraj. To nie do końca miało tak wyglądać. Ale moja siostra powiedziała, że przypomina jej to szuwary, a ja akurat byłam w "syrenim" humorze, więc w sumie mi podpasowało. Chyba coś z tym jeszcze zrobię - może dodam białych sznurków? Ten pomysł znalazłam na kanale LaurDIY. Jej wyszło to perfekcyjnie, ale było w zdecydowanie ciepłej kolorystyce, grubsze i gęstsze.
5. To zielone zdjęcie zrobiłam 5-6 lat temu, i przedstawia koronę kasztanowca i jarzębiny widzianą z żabiej perspektywy. Uwielbiałam zawsze to zdjęcie. Słońce, ktore świeci przez szczeliny między liśćmi, jest jak światełko na końcu zielonego tunelu. No i oczywiście jest to kasztanowiec, pod którym spędziłam dużą część dzieciństwa. Właśnie dlatego napis głosi ""Feels like home". Ta mała, biała kartka pod spodem to cytaty, które głoszą, by kochać ludzi, a na tej wyżej jest napisane, że Bóg nie daje ci ludzi, ktorych chcesz, ale tych, ktorych potrzebujesz, bo to oni cię kształcą. Napis na dole "Sleep 8 hours, work 18" to moje motto na ten rok. Wycięłam go z różnych gazet. Ma wiele znaczeń. Po pierwsze, śpij osiem godzin. Po drugie, dawaj z siebie więcej, bo niemożliwe jest możliwe, doba może wydawać się dwie godziny dłuższa, jeśli nie będziesz siedział na tyłku. Po trzecie, cyfra 18 to w tym roku słowo klucz - chciałam, by osiemnaste urodziny nie były tylko pustą okazją do dostania prezentów i kawałkiem plastiku, chciałam naprawdę zapracować na to, by czuć się dorosła. I jeśli mam być szczera, już nie czuję się siedemnastolatką, mimo że do urodzin pozostały dwa miesiące.
6. Wazon z kwiatkiem. To moje najwcześniejsze diy, ktore jeszcze mam. Zrobiłam go 3 lata temu na zajęciach artystycznych w gimnazjum. To zwykła szklana butelka oblepiona gipsem zabarwionym żółtym barwnikiem. Nie lubię storczyków, ale ten sztuczny wygląda całkiem nieźle, wetknięty w wazon.
7. Kanapa z kołdry, poduszek, oparcia od narożnika i narzuty. Wszystko miałam, a niebieską narzutę kupiłam w ciuchlandzie za 1,5 zł. Kiedy już na niej usiądę, nie dam rady wstać. Jest super wygodna! Zrobiłam ją dwa dni temu i jestem z siebie dumna, bo sama wpadłam na ten pomysł. Ta, wiem, odkrywcze.
8. Dashwood to nazwa lasu z mojej powieści, z której nawiasem mówiąc jestem niesamowicie dumna, bo ma już 275 stron! Ten znak mógłby wisieć nad drogą przy wjeździe do lasu, ale wisi nad moim biurkiem i dmucha we mnie weną :P Wycięłam litery z tektury i pomalowałam z jednej strony, a potem przykleiłam je klejem do sznurka, wbiłam gwoździe i zawiązałam na nich jego końce. Nic prostszego ;)
9. To kolekcja moich pocztówek z miejsc, gdzie byłam. Jest tam Rumunia, Neapol, Martina Franca, Muszyna, Chłapowo, Pompeje, Troki, Kraków, Bieszczady, Wilczy Szaniec... Pojutrze jadę do Warszawy, więc moja kolekcja jeszcze się powiększy. Nie mogę się doczekać, kiedy cała ściana będzie wyklejona wspomnieniami.
10. Wieszak. Inspirację zaczerpnęłam z... targu. Właściwie to moja mama podpowiedziała mi ten sposób wieszania ubrań. To świetny sposób, by zrobić trochę miejsca w szafie i dodać pokojowi koloru - a w mojej szafie go nie brakuje. Tu akurat wywiesiłam niebiesko-brązowo-szare tonacje, by trochę uspokoić kolory, których było w moim pokoju za dużo. Linę kupiłam 6 lat temu w Klukach jako pamiątkę - była to kiedyś rybacka wioska, zamieniona teraz na przepiękny skansen. Za 10 wieszaków zapłaciłam w chińskim sklepie 3 złote (!). By coś powiesić, rozluźniam splot liny i wkładam wieszak w szczelinę.

Jak widzicie, uwielbiam bawić się kolorami i nie wytrzymałabym mieszkania w całym białym albo szarym pokoju, które są przecież teraz tak modne. I nie potrafię napisać posta o DIY bez dygresji. Ale wiele rzeczy ma za sobą jakąś historę, prawda? :)

Teraz zamierzam przygotować wielki kolaż na pustą ścianę (przestawiłam szafę z tamtego miejsca, wgl robiłam wielkie przemeblowanie) między pocztówkami a wieszakiem. Może kiedy już go skończę, wstawię tu jakieś zdjęcia ;)

sobota, 4 lipca 2015

Koszmary dorosłych

Kiedy dowiedziałam się, że przeprowadzamy się z powrotem do Kosarzewa, nie byłam z tego faktu zadowolona. Usiadłam ciężko na łóżku i westchnęłam. Dobrze mi się mieszkało w mieście i mimo że lubiłam od czasu do czasu odpocząć na wsi, wiedziałam już, że ciężko mi będzie bez wszystkiego na miejscu: bez sklepu za rogiem i ulubionej galerii handlowej, bez Starego Miasta niemal obok. Mimo wszystko przyzwyczaiłam się do mieszkania w Lublinie. Jeszcze cztery lata temu myślałam, że całe życie będę mieszkać na wsi.
Poza tym, Kosarzew też zmienił się diametralnie. Nie chciałam codziennie patrzeć na szkołę, w której jest już tylko zerówka i trzy pierwsze klasy. W sumie około czterdziestu uczniów. Plac zabaw i trawnik zostały zamienione w wielki plac zabaw, identyczny z każdym innym placem zabaw na świecie. Trawa została wydeptana, a potężna lipa obok mojego ogródka złamała się przez zbyt silny wiatr. Zupełnie, jak ja.
Jechałam tam, będąc jednym wielkim resentymentem. Przekonywałam się, że tego właśnie chcę, Słuchałam Coming Home w wykonaniu Cimorelli. One przeprowadziły się już dwa razy - najpierw z Sacramento do Malibu, a potem z Malibu do Nashwille, czyli o wiele, wiele dalej.
Po dojechaniu zajęłyśmy z Martą bibliotekę. Posiadanie takiego wielkiego domu mnie nie cieszyło, a wręcz smuciło. Okazało się bowiem, że szkoła jest zamykana, dlatego możemy w niej zamieszkać. Nie chciałyśmy na razie być same w wielkich pomieszczeniach z wysokimi sufitami, gdzieniegdzie trącącymi ścierką. Wstawiłyśmy nasze łóżka do biblioteki uprzątniętej z prawie wszystkich regałów i wypakowaliśmy meble z ciężarówki, ale byliśmy tym tak zmęczeni, że położyliśmy się wcześnie spać. Rodzice w klasie na przeciwległym rogu szkoły, a my w bibiotece.
Bałam się wyjść o tej porze na dwór, mimo że chciałam pójść do Kingi i zrobić jej niespodziankę z mojego powrotu do domu. Zostałam w łóżku i rozmyślałam. Nie wiedziałam, jak będą teraz wyglądać nasze relacje, bo dotąd widywałyśmy się dwa razy w roku. Mimo to wciąż uważałam ją za moją najlepszą przyjaciółkę. Jedną z najlepszych. Tęskniłam za nią. Była moją jedyną kotwicą tutaj, kiedy rozwiały się wszystkie inne więzi z ludźmi stąd. W końcu czternastoletnia już przyjaźń nie mogła tak po prostu zniknąć, nie przetrwać próby czasu i odległości. Poprzednio nie widziałyśmy się osiem mięsięcy, dlatego teraz te dwa miesiące były jak nic.
W nieszczelnych, drewnianych oknach świszczał wiatr. Przykryłam się kołdrą po uszy i skuliłam, co prawdopodobnie pomogło mi zasnąć po tym dziwnym dniu.
Rano, zanim otworzyłam oczy, pomodliłam się przez chwilę, by to był tylko sen. Ale nie. Widok zza okna przedstawiał zniekształcony przez starego typu szyby parking i drzewa dookoło, a dalej, na horyzoncie, majaczyły pola.
Westchnęłam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo się zmieniłam i że przyzwycziłam się do miasta, dopóki się z niego nie wyprowadziłam.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dopiero wtedy naprawdę się obudziłam. W Lublinie. Zlana potem, przerażona tym, kim byłam we śnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy bym się tak zachowywała, gdyby to nie był sen. Ale wiem, że nie. Wczoraj byłam w Kosarzewie i tak jak za każdym razem upewniłam się, że skakałabym ze szczęścia, gdybym mogła tam wrócić.
A więc tak wyglądają koszmary, kiedy jest się prawie dorosłym - pomyślałam wtedy i stwierdziłam, że to jest gorsze od tych typowych snów z potworami przemykającymi przez korytarz sąsiadów.

piątek, 3 lipca 2015

Przypadkowe fakty o mnie

1. Wkurza mnie tykanie zegara. W moim pokoju go nie ma, i chyba dlatego tak się od niego odzwyczaiłam, śpiąc tu już półtora roku. Kiedy nocuję u kogoś w pokoju, w którym jest zegar, zaśnięcie graniczy z cudem. Moja przyjaciółka na stancji ma tak upierdliwie tykający, że kiedy u niej nocuję, zamykam go w szafie xD Brzmi to tak, jakby ktoś stukał w klawiaturę w wampirzym tempie.
2. Uwielbiam jeziora, jeziorka, morza, oceany, baseny, wodospady, rzeki, strumienie, potoki, umiem i kocham pływać od dziesięciu lat, a moim ulubionym serialem zawsze był "H2O - wystarczy kropla". Teraz z niecierpliwością czekam na kolejny sezon "Mako Mermaids". Oczywiście chciałam być syreną, kiedy inne dziewczynki chciały być księżniczkami.
3. Nie boję się pająków, i wciąż boli mnie szyja od wczorajszego patrzenia z zafascynowaniem na jednego, który robił nade mną pajęczynę.
4. Urodziłam się 1 września. Dlatego początek roku szkolnego nigdy nie był dla mnie problemem ani wielką tragedią, bo mam wtedy urodziny ^^
5. Nie jestem przyzwyczajona do liczenia czasu w latach kalendarzowych. Kiedy mówię "w tamtym roku", najczęściej mam na myśli rok szkolny.
6. Po prostu zawsze byłam blisko szkoły - nie dość, że moi rodzice to nauczyciele, to jeszcze tam mieszkałam, rok szkolny zaczynałam okrągłym rokiem życia, no i (do czasu) nauka nie sprawiała mi problemów.
7. Chodzę do Biskupiaka (XXI Liceum Ogółnokształcące im. św. Stanisława Kostki w Lublinie), do humana. 
8. Przyjaciele są dla mnie tak ważni, że zdarza mi się zaniedbywać przez to inne rzeczy.
9. Jestem w CimFam (fandom zespołu Cimorelli) od trzech lat.
10. Mam obsesję na punkcie wymian międzynarodowych typu Comenius i marzę o tym, by kiedyś przy czymś takim pracować. Byłam z Comeniusa w Rumunii i we Włoszech. Teraz uczestniczę w wymianie do Niemiec, i jadę tam we wrześniu ^^
11. Sen jest według mnie panaceum na wszystko. I jeszcze kilka innych rzeczy.
12. Chciałabym w przyszłości być bardziej powiązana z Krakowem, a nawet przeprowadzić się gdzieś w te okolice. Nie wiedziałam, że miasta w ogóle można kochać, a co dopiero po dwóch nieudanych wizytach i jednej bardzo udanej.
13. Zawsze, kiedy mówię do kogoś "nie zgadniesz, co mi się śniło", ma ochotę zrobić sobie popcorn i przygotować się na pół godziny milczenia. Moje sny są niesamowicie bogate w szczegóły i bardzo często inspiruję się nimi przy pisaniu czegoś. Przypominają często niedorzeczny film. "Ferdydurke", "Proces" czy "Sklepy cynamonowe" przy moich snach wysiadają.
14. Nie obchodzę imienin w pierwszym terminie po urodzinach, ale 25 czerwca, bo moi rodzice stwierdzili, że tak będzie fajnie, kiedy urodziny będę miała na początku roku szkolnego, a imieniny na końcu. Taka klamra.
15. Bardzo powoli nudzą mi się piosenki, filmy i książki. W przeciwieństwie do mojej siostry, która po pięciokrotnym przesłuchaniu piosenki nudzi się nią.
16. Mój absolutnie ulubiony film to Mamma Mia. Obejrzałam go pewnie z dziesięć razy, i marzę o obejrzeniu tego musicalu na Brodwayu. Bliższe spelnienia wydaje się marzenie na zobaczenie go w Romie, która podjęła się realizacji polskiej wersji w tym roku.
17. Najlepiej odpoczywam sama albo z najbliższymi przyjaciółkami.
18. Zdarza mi się udawać, że chcę być sama, by nie dać ludziom zobaczyć, jak źle się z tym czuję.
19. Kiedy ktoś twierdzi, że w mieście jest ciemno po zmroku, mam ochotę turlać się ze śmiechu. Równie dobrze mógłby być dzień na niektórych ulicach.
20. Potrafię o 21 wejść w uliczkę koło cmentarza, którą nigdy wcześniej nie szłam, nawet za dnia. I wyjść z niej, zadowolona, w punkcie, do ktorego chciałam trafić.
21. Zdarza mi się iść przed siebie ulicą, którą nigdy wcześniej nie szłam, i założyć, że chcę dotrzeć gdzieś, gdzie już byłam, i trafić tam bez mapy ani nawigacji czy pytania o drogę. Mam dobrą orientację w terenie.
22. Pierwszą rzeczą, którą kupiłabym po wygraniu w totka, jest fontanna z czekoladą. A drugą dom na wsi.
23. Już nigdy nie będę miała biologii, fizyki ani chemii. W trzeciej klasie czeka mnie tylko kochana geografia.
24. Zdecydowanie za dużo czasu spędzam przed YouTubem. Starałam się to ograniczać, ale efekty są krótkotrwałe.
25. Zawsze mam wenę w najmniej odpowiednich momentach. Jak teraz, kiedy powinnam spać, ale piszę tego posta.  

środa, 1 lipca 2015

Ulubieńcy czerwca!

Miesiąc minął tak szybko, że ledwie się obejrzałam, ale miałam kilka swoich ulubionych rzeczy w czerwcu, no i czy wakacje to nie jest dobry czas na nową serię, która zawsze mi się podobała?

Aplikacja - Snapchat!
Jedzenie - Pizza!
Książka - Bolesław Prus "Lalka". Stasiu proszę, spotkajmy się na maturze. Proooooszę!
Film - "Za jakie grzechy, dobry Boże", "Holiday"
YouTuber - Radzka, Aspyn Ovard, Alisha Marie (ona to raczej all time fav <3)
Kosmetyk - Krem BB z Eveline do cery mieszanej i tłustej (no, ten zielony)
Ubranie - Czarna bluza-sweatshirt z H&M z napisem "Keep calm and get over it" i luźne, wzorzyste portki
Piosenki - Cimorelli - cały album "Hearts on Fire", Miley Cyrus - "You'll always find your way back home"
Budzik - Pachelbel Canon in D
Inne - planer tygodnia, prowadzenie pamiętnika

Zastanawiam się czasem, czy nie powinnam mieć takiej kategorii jak "ulubiona piosenka miesiąca Cimorelli".

Randomowe myśli

Tak bardzo stresowałam się ostatnio szkołą i wszystkim innym, że w ogóle nie czułam, że zbliżają się wakacje. A teraz - bum, są! Wow. Może są inne i ich nie czuję dlatego, że chodzę na wykłady do szkoły prawa jazdy. Ale to i tak dziwne. Zawsze dni pod koniec roku szkolnego były dla mnie ulubionymi w roku, ale teraz raczej byłam zła na siebie, że nie cieszę się nimi tak, jak zwykle.

Nie mogę uwierzyć w to, że za jakieś dwa tygodnie będę jeździła samochodem. To wszystko stało się tak szybko! Pamiętam, kiedy mam straszyła mnie dziesięć lat temu, że będę musiała sobie sama prasować ubrania, kiedy dorosnę. Chciałabym mieć teraz takie problemy!

Stwierdzam, że mam wenę, a chwilę później siedzę przed tabletem z palcami na klawiaturze i gapię się w ekran. Czy ktoś też ma takie problemy?

Chciałabym coś narysować, namalować, stworzyć, ale nie mam teraz ani pomysłu, ani nie umiem specjalnie rysować czy malować. Lubię robić diy, ale nie mam materiałów :P

Nie wiem, dokąd zmierza ta notka. Naprawdę nie wiem.

Kiedy pomyślę sobie o tym, jak daleko zaszłam z moją powieścią, rozpiera mnie duma. W ciągu trzech lat napisałam 270 stron, jedne są lepsze, a inne gorsze, ale grunt to to, że trzymam się tej historii i tak bardzo ją pokochałam, że nie znudziła mi się. Już jest takiej grubości, że dobrze wyglądałaby na półce z książkami, ale do końca zaplanowanej pierwszej części zostało jeszcze kilka wydarzeń, więc nie mogę się doczekać, kiedy ją skończę. Każde pół nowej strony, świeżo napisanej, jest dla mnie czymś wyjątkowym. Nigdy z niczego nie byłam tak dumna, jak z mojej powieści. Może tak się dzieje dlatego, że jest to bardzo osobiste rozliczenie się z moją historią i historią moich przyjaciół i przyjaźni, ludzi, którzy wiele dla mnie znaczą... albo znaczyli. Albo nie chcę się przyznać, że wciąż znaczą.

Wrzesień, wrzesień, wrzesień. Tak wiele będzie się działo! Na samym początku - moje osiemnaste urodziny. Cieszę się z tego, że nie są tylko pustą liczbą, bo, jeśli mam być całkowicie szczera, nie czuję się już na siedemnaście lat. W tym samym momencie nie mogę w to uwierzyć.
Po dwutygodniowym odcinaniu kwitków od osiemnastki przyjdzie pora na wycieczkę do Krakowa i Zakopanego - jeśli w ogóle uda się nam ją zorganizować, w co nawet ja wątpię, a ja rzadko wątpię w wycieczki. To nie wróży dobrze :P Jeśli uda się nam, będę najszczęśliwszą osobą na ziemi, bo kiedyś uważałam Kraków za przereklamowane turystyczne miasto, ale dziesięć miesięcy temu się w nim zakochałam. Nawet chciałabym się kiedyś przeprowadzić w jego okolice.
Potem - to już na 100% - jedziemy do Niemiec na wymianę. Mam poważną obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. Zawdzięczam im najlepsze rzeczy w moim życiu. Szkoda trochę, że ekipa z poprzedniego roku nam stopniała, i to poważnie, bo są to chyba tylko cztery osoby z dziesięciu albo i z większej liczby. Cóż, wycieczka do Rzymu to poważna konkurencja. Sama się dziwię, dlaczego nie wolę jechać do Rzymu. To znaczy właściwie się nie dziwię, bo to pokazuje, jaką mam obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. A we Włoszech już byłam. Co prawda w Rzymie nie, ale na wymianie <3

Czasem wyobrażam sobie siebie w takiej ramce z Trudnych Spraw - "Łucja, 18l. Jako jedyna Polka nie była w Niemczech." No a teraz będę ^^

Chyba postawię sobie wyzwanie pisania codziennie - albo bloga, albo opowiadania, albo powieści. Chyba powinnam tak zrobić. Zdecydowanie muszę.