wtorek, 24 lutego 2015

"Jupiter: Intronizacja" czyli świat nie jest naszą własnością i inne przestrogi

Wczoraj byłam drugi raz na Carte Blanche. I za drugim razem film podobał mi się jeszcze
bardziej.
Ale teraz nie o tym.
Dwa tygodnie temu byłam w kinie na "Jupiter: Intronizacja". Film zrobił na mnie duże wrażenie swoim całokształtem.
Był to trochę spontan. Przewijałam z przyjaciółką tablicę na FB, kiedy spod dolnej granicy ekranu wyłonił się zwiastun tego właśnie filmu. Obejrzałyśmy i stwierdziłyśmy, że wydaje się fajny, więc pomyślałam "czemu nie?", mimo że nie byłam aż tak przekonana, jak moja przyjaciółka. Następnego dnia poszłyśmy do kina.
Mam wrażenie, że pierwszy raz widziałam film z Milą Kunis, ale mogę się mylić. Tak czy inaczej, jej gra aktorska mile mnie zaskoczyła. Jest naprawdę dobrą aktorką! Pasowała do roli Jupiter w moim odczuciu. Channing Tatum dobrze grał, mimo że stracił trochę swojego... tego czegoś na rzecz dość ostrych, wilczych rysów twarzy i spiczastych uszu. Jego brwi trochę za bardzo go postarzały, więc nie był takim amantem, jak w "Dear John", czy "Step Up", ale może to był zamierzony zabieg twórców? Na pierwszy rzut oka jednak nie powiedziałabym, że bohater jest mieszanką człowieka i wilka. Stinger już w ogóle nie wygląda jak likantant (czy ja to dobrze napisałam?), a gdyby nie pieczęć hodowczyni, pomyślałabym, że zapomnieli go ucharakteryzować. Być może z uwagi na to, że jest starszy, stwierdzili, że może tak zostać? :P
Rodzeństwo Abrasaxów to tak bardzo dwulicowe postacie, że do końca nie wiadomo, kto z kim współpracuje, kto kogo nienawidzi, po czyjej stronie stoi Kalique. Tuppence Middleton przyciągnęła moją uwagę - na chwilę - raczej znanym nazwiskiem, niż swoją grą - jej postać nie ma wielkiego udziału w intrydze, a raczej cieszy się z tego, że może żyć, ile chce - i zapewne nie oddałaby tego tak łatwo, więc zaliczyłam ją do grona biernych, wygodnickich, ale względnie zdeterminowanych.
Czy muszę pisać o tym, jakie wrażenie i na mnie, i na mojej przyjaciółce zrobiła aparycja Douglasa Bootha, który zagrał Titusa? Nawet nie pamiętam, jak wypadł - dobrze czy raczej słabo - bo gapiłam się na niego i nie rozumiałam, dlaczego akurat takie ciacho musieli obsadzić w roli takiego dupka. Przepraszam, no ale chyba są jakieś granice przeciwności! Na zewnątrz ideał, a w środku jakieś beznadziejne, bezduszne, zepsute próchno. Typowa ze mnie baba wyłazi, przepraszam xD
Za to za każdym razem, kiedy patrzyłam na lorda Balema (w tej roli całkiem przekonujący Eddie Redmayne), przechodziły mnie ciarki. Jego kreacja była tak szczera i tak pasował do tej roli, że wychodząc z kina, wciąż miałam przed oczami jego twarz - bez wyrazu, chłodną, jakby w środku nic nie zostało, jakby był tylko skorupą. Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie to przypomnę. Dobrze, że byłyśmy na 2D, a nie 3D ;)
Przechodząc do efektów specjalnych, czyli zdecydowanie dużej części filmu - mam wrażenie, że trzy czwarte dni zdjęciowych spędzili otoczeni green screenem, i że nawet w wolne dni kątem oka widzieli zieleń. Dużo, dużo, dużo latania dziwnymi pojazdami, spadania, ogólnie znajdowania się nad ziemią czy jakąkolwiek inną powierzchnią, unoszenia się kilka centymetrów nad ziemią - swoją drogą te buty Caine'a to moje irracjonalne marzenie. Dziwne potworki, wlatywanie do wnętrza Jowisza - bo w końcu to gazowa planeta, co nie?, roboty, wielkie stacje kosmiczne i mnóstwo pocisków... Szczerze? To były jedne z najlepszych efektów specjalnych, jakie widziałam. Absolutnie nie jestem ekspertem, ale nie rozumiem jechania po tym filmie w większości recenzji.
W każdym, absolutnie KAŻDYM filmie dostrzegam jakieś przesłanie. Podczas oglądania widziałam więcej, ale niewątpliwie ich wszystkich nie pamiętam, więc zapewne nie uda mi się przytoczyć wszystkich.
Scena z biurokracją, bardzo znacząca i wskazująca konkretnie, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała nasza przyszłość. Jupiter, by dostać pieczęć-hologram, taki jakby akt własności na nadgarstku, musi przejść ze swoim asystentem-robotem zatłoczone pomieszczenia przypominające trochę bank Gringotta z Harry'ego Pottera. Za biurkami siedzi mnóstwo ludzio-roboto-kreatur, z których każdy pyta o inny papierek, bez którego nie wyda papierka, który będzie potrzebny dalej. Z układów elektrycznych robota sypią się iskry irytacji. Swoją drogą to przerażające, jak ludzka wydaje się ta maszyna. To jest według mnie kolejna przestroga.
Okropne były dla mnie diody, metalowe części, jakieś dziwne zupełnie niepasujące wstawki na twarzach, głowach, rękach, ogólnie ciałach tych ludzi upodabniających się do robotów. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że ludzie będą tak wyglądać. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie jakimiś chodzącymi komputerami, telefonami czy innymi urządzeniami. Brrr.
Zaśmiecenie kosmosu. To kolejna ważna przestroga. Już teraz krąży nad nami mnóstwo części satelitów, których "misja" w jakiś sposób się nie udała.
Chęć władzy nad całym światem. Moment, w którym Kalique mówi Jupiter, że można posiąść o wiele większe i wspanialsze rzeczy we wszechświecie, niż Ziemia. Nasi politycy w stosunku do Abrasaxów są grupką miłych starszych panów grających w golfa. Przy okazji uświadamiasz sobie, jak małym ziarenkiem jesteś, jak niewiele znaczysz - i uczysz się pokory.
Było trochę nie do końca wyjaśnionych spraw - na przykład co to są dokładnie żniwa, czy Balem jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem Titusa, i w ogóle w tej sferze było trochę niedomówień. Z tego powodu film może wydawać się trochę niespójny i niedorobiony, ale na moje oko zaklepali sobie materiał na potencjalną drugą część - bo kto nie lubi sequeli, co nie?
Polecam ten film, kiedy macie ochotę na dużo akcji. I kiedy chcecie zobaczyć wszystko z innej perspektywy.

Dziwna/śmieszna historyjka z sali kinowej: telefon wypadł mi z ręki, a klapka w niej została. Siedziałyśmy na samym końcu i po kilku minutach moich poszukiwań moja przyjaciółka znalazła telefon po pierwszym zanurkowaniu ręką między siedzenia.
- A masz baterię? - zapytała.
Byłam pewna, że nie wypadła, więc zaczęłam mówić, ale zobaczyłam, że miejsce na baterię było puste.
- Jasne, że... nie.
Po seansie zanurkowałam pod siedzenia na dwa metry dookoła. Ale... bateria oczywiście leżała tuż za stopami mojej przyjaciółki. Wniosek? Czasem (czyt. Często) trzeba oddalić się, by zobaczyć, jak blisko czegoś byliśmy.

1 komentarz: