wtorek, 18 sierpnia 2015

Kasztanowe zegary i matura, czyli na pół filozoficzny bełkot

Wspinałam się szerokimi schodami na kościelne wzgórze. Pod moimi stopami kruszyły się brązowe, już opadłe liście kasztanowców. Uwielbiałam ten cichy szelest jesiennych liści, ale ten był zupełnie inny, było w nim coś wyjątkowego. Czas - była połowa sierpnia. Kasztanowce zrzucają liście znacznie wcześniej, niż inne drzewa - przez liczne choroby, głównie spowodowane szkodnikami.
Uderzyło mnie, że kasztanowce są wskaźnikami czasu. Takimi naturalnymi zegarami. Kiedy kwitną na wiosnę, czas zdać maturę lub trzymać za kogoś kciuki. Potem przekwitają, co oznacza, że wakacje są już bardzo blisko. Kiedy ich liście spadają wcześniej, są jak uczniowie, którzy muszą wrócić do szkoły, podczas gdy liście sąsiednich drzew - jak studenci - wciąż mają lato, mają bliżej do słońca. Czasem, również przez choroby, kwiaty na kasztanowcach pojawiają się na jesień. Wtedy nam, maturzystom, nad głową wiszą deklaracje o zdawanych przedmiotach, a nauczyciele sieją w nas ziarna niepewności o przyszłość uzykanych procentów.
Potem oczywiście gałęzie upodabniają się już do innych drzew i starają się jakoś przetrwać zimę. Jak my.
Na początek wiosny nieśmiało wypuszczają nowe zielone pączki, na co maturzyści krzyczą z rozpaczy i zaszywają się w swoich pokojach nad podręcznikami.
I kwitną. Ta dam. Czas na maturę.
I z powrotem. Tyle że teraz już - mam nadzieję - z zaangażowaniem nie nas, a kolejnych roczników.
O kurczę. Przedstawiłam ten rok jako podporządkowany pod maturę. Chyba wcale tak nie myślę.
Idę się uczyć.

Hahahahahaha, żart.

piątek, 7 sierpnia 2015

Jak przetrwać upały?

1. Bierz zimne/chłodne prysznice.
2. Nalej zimną wodę do miski i włóż do niej stopy. Podobno ochładza się wtedy cały organizm. Nie wiem dokładnie, jak to działa, bo nie aspiruję do bycia biolchemem, ale tak czy inaczej działa.
3. Pij dużo wody. Ja ostatnio wypijam chyba cztery litry dziennie, a przynajmniej takie mam wrażenie. I rzadko sięgam po inny napój. Nawet nie muszę się starać, samo tak jakoś wychodzi. Nie narzucam sobie też strasznie restrykcyjnych ograniczeń, więc nie mam wyrzutów sumienia po wypiciu czegoś innego. Aczkolwiek jestem z siebie niesamowicie dumna, bo byłam kiedyś uzależniona od coli.
4. Wlej wodę do pojemnika z atomizerem i spryskaj się nią.
5. Myj głowę wtedy, kiedy najbardziej potrzebujesz ochłodzenia, czyli na przykład rano, kiedy słońce zaczyna palić, albo po całym dniu, kiedy jesteś zlany potem. Przez głowę też ucieka dużo ciepła, a schnące włosy chłodzą. Nie susz włosów suszarką, chyba że zimnym nawiewem.
6. Niektórzy uważają, że na nich to nie działa, ale ja lubię szybką jazdę na rowerze czy rolkach, bo wtedy sama wytwarzam sobie wiatr.
7. Myśl o tym, jak bardzo będziesz za nimi tęsknić w zimie.
8. Śpij pod prześcieradłem, chyba że potrafisz zasypiać bez przykrycia.
9. Jeśli mieszkasz nad wodą zdatną do kąpania, bądź taki dobry i zapraszaj ludzi na całe lato.
10. Na yolo ucieknij nad jezioro/morze/do Arktyki.
11. Rozłóż dmuchany basen w domu. Albo na balkonie.
12. Jedz arbuza na wszystkie możliwe posiłki.
13. Zaopatrz się w klimę/wiatrak/wachlarz/hektolitry zimnej wody.

wtorek, 14 lipca 2015

Piszę wiersze?

Bez tytułu

Chciałabym zgłosić nieprzygotowanie
do dorosłego i odpowiedzialnego życia
mieć jakąś ochronę
na drogach życia
wąskich i krętych.
Czuć, że nie muszę
bać się przyszłości
i wiedzieć chciałabym
że mam komu ufać
że mam komu wierzyć.

Dziesięć minut

To było jak dziesięć minut szczęścia
w stosunku do wszystkiego
Dziesięć minut
kiedy myślałam, że miłość
przetrwa wszystko
przetrwała... ale tylko moja
bo wciąż pamiętam
600 sekund
sześćset słownie
możesz wystawić fakturę
rachunek zysków i strat
wszystkich chwil
które dała ci miłość
możesz pisać żegnaj
cztery razy do roku
i tak nigdy cię nie pożegnam
nie wyrwę z serca
mogę tylko schować w kąt
zapełnić pustkę nowymi uczuciami
pustkę a może właśnie pełność
zapełnić pełność smutku żalu goryczy
rozpaczy nie rozpaczy
miłością ciepłem bezpieczeństwem
zapełnić czy zagłuszyć
pokochać czy odrzucić
Czy prostym szczęściem
ze słońca ciepła przyjaźni codzienności
da się wypełnić dziurę
którą wypaliło
te proste dziesięć minut.

Wiedziałam, że ta chwila kiedyś nastąpi i będę musiała tu wrzucić jakiś wiersz. Mam właśnie teraz na to ochotę.
Większość z nich nie ma rymów ani regularnej budowy. Właśnie takie najlepiej mi się pisze. Nie widzę potrzeby zmuszania się do rymów, skoro ani mi się to nie podoba, ani tego nie czuję. A poza tym takie wiersze są jakieś takie... oklepane, pospolite, przedszkolne, nie wiem. Nie chcę tu nikogo obrażać, bo na przykład moja przyjaciółka pisze - a przynajmnej pisała - bardzo dobre rymowane wiersze, więc to się zdarza. Ale ja nie jestem wirtuozem sztuki lirycznej, ja po prostu piszę, co mi siedzi w duszy i wylewam siebie.
Plus, te pisałam ponad rok temu, więc nie do końca się mają do tego, co teraz. Bo są bardzo osobiste, i tylko z dystansu czasu mogę na nie patrzeć bez gwałtownych emocji.

niedziela, 12 lipca 2015

Rzeczy, które mnie wkurzają

Zwykle wkurzają mnie właśnie takie posty, ale w tym momencie muszę się jakoś wyżyć.
1. Starsze osoby, które nie potrafią wyciszyć telefonu przed wejściem do kościoła, a potem, kiedy rozdzwoni im się na mszy obciachowym dzwonkiem, nie wyłączą tego, tylko udają, że to nie ich komórka.
2. I te osoby, które rozglądają się wtedy po kościele.
3. Kiedy ktoś za bardzo przejmuje się tym, co inni o nim myślą.
4. Kiedy ktoś narzeka na swoje ciężkie życie tak, że zatruwa innym dzień.
5. Ludzie, którzy nie potrafią docenić tego, co mają.
6. Kiedy ktoś nie rozumie, że czasem trzeba trochę pobyć samemu.
7. Ludzie na siłę oryginalni.
8. Ludzie zawsze porównujący siebie do innych.
9. Stereotypy i przesądy. Potrafię być wręcz agresywna, kiedy je słyszę.
10. Kiedy ktoś jest przekonany, że wie lepiej, co jest dla mnie dobre.
11. Kiedy ktoś osądza mnie po pozorach, nie wiedząc, kim naprawdę jestem.
12. Kiedy mówię coś istotnego komuś kilka razy, a on tego nie pamięta.
13. Kiedy ktoś jest przekonany, że ludzie to świnie.
14. Hipokryzja. Mimo że mi też się czasem zdarza.
15. Niemożność znalezienia złotego środka.

czwartek, 9 lipca 2015

Czym pachnie Saska Kępa w lipcu, jak naprawdę działa warszawskie metro i niespodziewana miłość do Chopina, czyli Warszawa po raz trzeci

Po raz trzeci w ciągu roku byłam w Warszawie. Cieszę się z tego, bo chciałam poznać lepiej to miasto, które czasem trochę mnie przeraża, ale i fascynuje. Zamierzam wybrać się tam jeszcze raz, tym razem z najbliższymi przyjaciółkami, i wtedy będę już mogła powiedzieć, że poznałam Wawę.
Wczoraj - to jest w środę - obudziłam się o 6:30 i szybko, bo bez potrzeby nawet poganiana przez rodziców się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanie. Miałam na sobie wielki, gruby sweter z ciuchlandu, którego jeszcze nie nosiłam. Miało padać przez cały dzień, więc wcisnęłam w torbę kurtkę, wiedząc, że i tak jej nie założę. Nie żeby nie padało. Po prostu lubię moknąć. Umiarkowanie.
Wyszliśmy całą rodzinką (ja, moja siostra - Marta, i rodzice) na dworzec autobusowy położony praktycznie obok naszego osiedla.
Jechaliśmy Polskim Busem, który tak na marginesie bardzo przypadł mi do gustu. Miał wifi, wygodne fotele, kosztował 25 złotych w jedną stronę i było miejsce na nogi. Do Warszawy dojechaliśmy w planowym czasie, wysiedliśmy i poszliśmy na metro. Kupiliśmy bilety w biletomacie, przeszliśmy przez bramki (oczywiście rodzice mieli z tym trochę problemów).
Kiedyś, oglądając filmy i seriale kręcone w Nowym Jorku przyglądałam się, jak szalona jest idea nie zgubienia się wśród wszystkich stacji, linii i przystanków metra. Potem jeździłam kilka razy metrem w Bukareszcie, gdzie są 4 linie liczące razem 69,2 km, 51 przystanków, 259 pojazdów i 600 tysięcy pasażerów dziennie (tak, sprawdziłam to przed chwilą w Wikipedii). Po tym wydawało mi się, że i warszawskie metro jest jedną wielką plątaniną... jakże się myliłam! To chyba najprostszy system transportu w Warszawie. Jeśli nie pomylisz nowej linii ze starą. Przyznam szczerze - myślałam, że wygląda to bardziej tak, że są numery pociągów i musisz wbiec do odpowiedniego, przepychając się przez dzikie tabuny pasażerów.
Ale nie. Sprawa jest prosta - jedziesz albo na Kabaty, albo na Młociny. Trochę nie wiem, w jaki sposób linie krzyżują się na Świętokrzyskiej, bo jest tam z piętnaście zejść, wśród których można dostać oczopląsu. Zielone w kształcie M, niebieskie w kształcie M, niebieskie półokrągłe. Anyway. Pojechaliśmy do Centrum, wysiedliśmy i poszliśmy do mojego ulubionego Muzeum Chopina, w ktorym byłam już drugi raz i mogę powiedzieć, że szczerze uwielbiam to miejsce. Czułam się, jakbym znała i kochała muzykę Chopina od lat, a poza tym dowiedziałam się o niej i o nim wielu rzeczy, o których by mi nie powiedziano w zwykłym muzeum. W takim interaktywnym czujesz temat sobą, doświadczasz go na swój sposób, a nawet możesz dowiedzieć się czegoś o samym sobie... I ta nowoczesność połączona ze starością... mogłabym mieć taki dom *.* W moim pierwszym wpisie ze stolicy opisałam pierwszą wizytę w tym muzeum :) Smutno mi było stamtąd wychodzić :( Że nie wspomnę o wielu miejscach do siedzenia i pokoju słuchania!
Potem, już tylko z siostrą, ruszyłyśmy Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Rodzice wyszli z muzeum pół godziny przed nami i poszli coś zjeść. Wyszukałam najbliższe KFC, bo też już byłyśmy głodne. Zdjadłyśmy tam po B-smarcie i wypiłyśmy po półtora kubka SevenUpa z dolewki, oczywiście z jednego kubka (czy ktokolwiek kiedy jest z kimś w KFC tak nie robi? jestem tego ciekawa xD)
Po zjedzeniu longera i powiększonych frytek ruszyłyśmy w stronę Wisły ulicą w dół i po drodze przypadkowo spotkałyśmy Wydział Polonistyki na UW. Moja siostra właśnie skończyła pierwszy rok na KULu i powiedziała "Od początku podobała mi się ta ulica. Ciągnie swój do swego." Dalej było coś w rodzaju miasteczka akademickiego i parko-skwer. Ulica opadała w dół, ale my odwróciłyśmy się w końcu i zaczęłyśmy się wspinać z powrotem, mimo planów dojścia do Wisły, która, jak twierdzi Google Maps, była już blisko, a park okazał się być Parkiem Kazimierzowskim.
Poszłyśmy przez Krakowskie na Stare Miasto, w międzyczasie zostałyśmy naciągnięte na 6 zł przed dwóch wygadanych chłopaków zbierających na nawet nie wiem dokładnie co. Przeszłyśmy się kawałek Starówką, większą niż u nas, ale nie powiedziałabym, że ładniejszą. Usiadłyśmy na murze obok Barbakanu i nie chciało się nam ruszyć. Z sąsiedniej ulicy wyszli nasi rodzice i chwilę siedzieliśmy razem, a potem dali nam kasę na lody i poszli gdzieś jeszcze. My zeszłyśmy na dół, nieopodal rzeki, i szłyśmy wzdłuż niej do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, który łączy Starą Pragę i Stare Miasto. weszłyśmy na most i szłyśmy nim, a potem ulicą, która z niego wychodziła aż do Galerii Wolskiej, gdzie poszłyśmy do McDonalda na frappe. W Carefourze, jakkolwiek się to pisze, kupiłam sobie truskawkowe pianko-żelki z Haribo, ktore kojarzą mi się z wakacjami, i poszłyśmy dalej - do naszego następnego celu, czyli parku Skaryszewskiego, czyli warszawskiego Central Parku. Tak trochę mniej central, ale... anyway. Wyszłyśmy z niego po krótkim spacerze i skierowałyśmy się na eksplorowanie Saskiej Kępy. Faktycznie staje się ona w taką hipsterską, designerską, (chyba) spokojną i urokliwą dzielnicą jak Williamsburg w NY. Mam wrażenie, że Warszawa aspiruje coraz mocniej do Nowego Jorku, ale trochę inaczej go interpretuje i dodaje coś od siebie. Mówię, jakbym kiedykolwiek była w NY :P
Saska Kępa pachniała kwiatem lipy, jedzeniem serwowanym w urokliwych knajpkach i czymś jeszcze. Może to takie placebo. "To był maj, pachniała Saska Kępa."
W pewnym momencie na ulicy Paryskiej stwierdziłyśmy, że potrzebujemy przystanku i autobusu, który zabierze nas z powrotem do Śródmieścia, bo nogi nam właziły nie powiem gdzie. Autobus za dwadzieścia minut, i co z tego, dalej nie idę. Biletomat był w autobusie, ale tylko na kartę o.O i musiałam wysłuchać jaka to niedobra jestem bo stopuję pana kierowcę i musi mi sprzedać bilet, a nie może jechać. Poszłyśmy do Złotych Tarasów do toalety i przejechałyśmy metrem jeden przystanek, by dotrzeć na Świętokrzyską. Musiałyśmy jeszcze iść do innego wejścia, przy którym umówiłyśmy się z rodzicami, a potem, już z nimi, wrocić tam, skąd wyszłyśmy, ale cóż, trudno. Wróciliśmy na dworzec Wilanowska i czekaliśmy na autobus do Lublina, podziwiając zachód słońca pomimo autobusów zasłaniających nam połowę nieba.
Siadłyśmy z przodu, tam gdzie przed tobą jest tylko szyba, a pod tobą kierowca (autobus był piętrowy) i patrzyłam na drogę zafascynowana, że niedługo też będę tak jeździć. I trochę przerażona.
Po powrocie bylam wykończona, ale podobało mi się, że zwiedziłam trochę więcej Warszawy, niż pokazują na wycieczkach. Mam nadzieję, że za czwartym razem tego warszawoznawczego roku uda mi się zwiedzić jeszcze kilka dzielnic. Już nie mogę się doczekać, mimo że nawet nie wiem, kiedy mi się to uda.
Warszawa ma w sobie coś ciekawego - ma wiele twarzy, jeszcze więcej, niż myślałam, i zdecydowanie więcej, niż dzieci widzą na wycieczce szkolnej w podstawowce. Chciałabym poznać kogoś stamtąd, mieć tam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na temat stolicy naszego kraju i usłyszeć coś więcej. Wiem, że wielu jutuberów wypowiada się na ten temat, ale jednak to coś innego, niż wymienić spostrzeżenia, albo zobaczyć to miasto przefiltrowane przez kogoś bliskiego.
Odnoszę też coraz silniejsze wrażenie, że to miasto dla wielu jest odwykiem, ucieczką od codzienności, a dla mnie z pewnością wyzwaniem, bo zawsze, kiedy tam jestem, chcę iść samotnie przez ulicę albo galerię handlową, czuć tą energię zupełnie sama. Ale wiem już, że nie mogłabym pojechać tam zupełnie sama, bo czułabym się przytłoczona. Chociaż kto wie...

Nie jestem jakąś wielką fanką miast, szczególnie tak wielkich, ale zwolenniczką doświadczenia miejsc. Nie zwiedzenia. Doświadczenia. Mam nadzieję, że doświadczę jeszcze wielu miejsc w taki sposób.

poniedziałek, 6 lipca 2015

DIY, czyli najlepszy sposób na nudę + 10 moich diys + ja nie umiem bez dygresji

DIY, czyli Do It Yourself, czyli Zrób To Sam, to jeden z najlepszych sposobów na nudę. A skoro są wakacje, w pewnym momencie nuda jest nieunikniona, nawet, jeśli macie zaplanowany grafik na całe dwa miesiące.
Uwielbiam robić coś kreatywnego i zmieniać w ten sposób wygląd mojego pokoju. Inspirację czerpię oczywiście z YouTube'a, którego oglądam zdecydowanie zbyt wiele. Mój ulubiony kanał, na który udaję się po pomysły, to LaurDIY. Pomocna jest też AlishaMarie, ale to w ogóle moja ulubiona youtuberka, więc pewnie nie oceniam obiektywnie jej filmów z diy :P
Ale do czego zmierzam? Do pokazania rzeczy, które zrobiłam sama :D Może kogoś to zainspiruje?

1. Zwykłe pudło oklejone poszarpanymi wycinkami z gazet. Trzymam w nim trampki i baleriny.
2. Zasłona na regał - w nagłych wypadkach, czytaj goście idą, na pewno będzie niezastąpiona, by zakryć bałagan. Wybrałam tkaninę, wycięłam odpowiedni rozmiar i przymocowałam pineskami do szafki, a potem również posługując się pineskami, dodałam kokardki i związałam. Przywodzi mi to na myśl moskitierę i dodaje trochę więcej niebieskości tej stronie pokoju. Tak, wiem, że muszę jeszcze tylko uprasować tą tkaninę ;P Dopiero kiedy ją wczoraj powiesiłam, zorientowałam się, że naprawdę tego potrzebuje.
3. "To go", czyli gdzie chcę pojechać. Takie coś chodziło mi głowie już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałam, w jakiej formie to zrobić. Zastanawiałam się, czy bawić się z mapą i szpilkami, czy raczej przyklejać karteczki na ładnym tle.  Więc, zamiast pakować plecak, by pojechać na osiemnastkę przyjaciółki, grzebałam w gazetach. Spóźniłam się i na autobus, i na bus. Jeszcze nie skończyłam tego wyklejać, ale ogólny zarys jest już widoczny, a ja mam materiały ^^ Zamierzam jeszcze zrobić coś podobnego, ale z miejscami, gdzie byłam.
4. Girlanda z pasków materiału. Okeej. Robiłam ją wczoraj. To nie do końca miało tak wyglądać. Ale moja siostra powiedziała, że przypomina jej to szuwary, a ja akurat byłam w "syrenim" humorze, więc w sumie mi podpasowało. Chyba coś z tym jeszcze zrobię - może dodam białych sznurków? Ten pomysł znalazłam na kanale LaurDIY. Jej wyszło to perfekcyjnie, ale było w zdecydowanie ciepłej kolorystyce, grubsze i gęstsze.
5. To zielone zdjęcie zrobiłam 5-6 lat temu, i przedstawia koronę kasztanowca i jarzębiny widzianą z żabiej perspektywy. Uwielbiałam zawsze to zdjęcie. Słońce, ktore świeci przez szczeliny między liśćmi, jest jak światełko na końcu zielonego tunelu. No i oczywiście jest to kasztanowiec, pod którym spędziłam dużą część dzieciństwa. Właśnie dlatego napis głosi ""Feels like home". Ta mała, biała kartka pod spodem to cytaty, które głoszą, by kochać ludzi, a na tej wyżej jest napisane, że Bóg nie daje ci ludzi, ktorych chcesz, ale tych, ktorych potrzebujesz, bo to oni cię kształcą. Napis na dole "Sleep 8 hours, work 18" to moje motto na ten rok. Wycięłam go z różnych gazet. Ma wiele znaczeń. Po pierwsze, śpij osiem godzin. Po drugie, dawaj z siebie więcej, bo niemożliwe jest możliwe, doba może wydawać się dwie godziny dłuższa, jeśli nie będziesz siedział na tyłku. Po trzecie, cyfra 18 to w tym roku słowo klucz - chciałam, by osiemnaste urodziny nie były tylko pustą okazją do dostania prezentów i kawałkiem plastiku, chciałam naprawdę zapracować na to, by czuć się dorosła. I jeśli mam być szczera, już nie czuję się siedemnastolatką, mimo że do urodzin pozostały dwa miesiące.
6. Wazon z kwiatkiem. To moje najwcześniejsze diy, ktore jeszcze mam. Zrobiłam go 3 lata temu na zajęciach artystycznych w gimnazjum. To zwykła szklana butelka oblepiona gipsem zabarwionym żółtym barwnikiem. Nie lubię storczyków, ale ten sztuczny wygląda całkiem nieźle, wetknięty w wazon.
7. Kanapa z kołdry, poduszek, oparcia od narożnika i narzuty. Wszystko miałam, a niebieską narzutę kupiłam w ciuchlandzie za 1,5 zł. Kiedy już na niej usiądę, nie dam rady wstać. Jest super wygodna! Zrobiłam ją dwa dni temu i jestem z siebie dumna, bo sama wpadłam na ten pomysł. Ta, wiem, odkrywcze.
8. Dashwood to nazwa lasu z mojej powieści, z której nawiasem mówiąc jestem niesamowicie dumna, bo ma już 275 stron! Ten znak mógłby wisieć nad drogą przy wjeździe do lasu, ale wisi nad moim biurkiem i dmucha we mnie weną :P Wycięłam litery z tektury i pomalowałam z jednej strony, a potem przykleiłam je klejem do sznurka, wbiłam gwoździe i zawiązałam na nich jego końce. Nic prostszego ;)
9. To kolekcja moich pocztówek z miejsc, gdzie byłam. Jest tam Rumunia, Neapol, Martina Franca, Muszyna, Chłapowo, Pompeje, Troki, Kraków, Bieszczady, Wilczy Szaniec... Pojutrze jadę do Warszawy, więc moja kolekcja jeszcze się powiększy. Nie mogę się doczekać, kiedy cała ściana będzie wyklejona wspomnieniami.
10. Wieszak. Inspirację zaczerpnęłam z... targu. Właściwie to moja mama podpowiedziała mi ten sposób wieszania ubrań. To świetny sposób, by zrobić trochę miejsca w szafie i dodać pokojowi koloru - a w mojej szafie go nie brakuje. Tu akurat wywiesiłam niebiesko-brązowo-szare tonacje, by trochę uspokoić kolory, których było w moim pokoju za dużo. Linę kupiłam 6 lat temu w Klukach jako pamiątkę - była to kiedyś rybacka wioska, zamieniona teraz na przepiękny skansen. Za 10 wieszaków zapłaciłam w chińskim sklepie 3 złote (!). By coś powiesić, rozluźniam splot liny i wkładam wieszak w szczelinę.

Jak widzicie, uwielbiam bawić się kolorami i nie wytrzymałabym mieszkania w całym białym albo szarym pokoju, które są przecież teraz tak modne. I nie potrafię napisać posta o DIY bez dygresji. Ale wiele rzeczy ma za sobą jakąś historę, prawda? :)

Teraz zamierzam przygotować wielki kolaż na pustą ścianę (przestawiłam szafę z tamtego miejsca, wgl robiłam wielkie przemeblowanie) między pocztówkami a wieszakiem. Może kiedy już go skończę, wstawię tu jakieś zdjęcia ;)

sobota, 4 lipca 2015

Koszmary dorosłych

Kiedy dowiedziałam się, że przeprowadzamy się z powrotem do Kosarzewa, nie byłam z tego faktu zadowolona. Usiadłam ciężko na łóżku i westchnęłam. Dobrze mi się mieszkało w mieście i mimo że lubiłam od czasu do czasu odpocząć na wsi, wiedziałam już, że ciężko mi będzie bez wszystkiego na miejscu: bez sklepu za rogiem i ulubionej galerii handlowej, bez Starego Miasta niemal obok. Mimo wszystko przyzwyczaiłam się do mieszkania w Lublinie. Jeszcze cztery lata temu myślałam, że całe życie będę mieszkać na wsi.
Poza tym, Kosarzew też zmienił się diametralnie. Nie chciałam codziennie patrzeć na szkołę, w której jest już tylko zerówka i trzy pierwsze klasy. W sumie około czterdziestu uczniów. Plac zabaw i trawnik zostały zamienione w wielki plac zabaw, identyczny z każdym innym placem zabaw na świecie. Trawa została wydeptana, a potężna lipa obok mojego ogródka złamała się przez zbyt silny wiatr. Zupełnie, jak ja.
Jechałam tam, będąc jednym wielkim resentymentem. Przekonywałam się, że tego właśnie chcę, Słuchałam Coming Home w wykonaniu Cimorelli. One przeprowadziły się już dwa razy - najpierw z Sacramento do Malibu, a potem z Malibu do Nashwille, czyli o wiele, wiele dalej.
Po dojechaniu zajęłyśmy z Martą bibliotekę. Posiadanie takiego wielkiego domu mnie nie cieszyło, a wręcz smuciło. Okazało się bowiem, że szkoła jest zamykana, dlatego możemy w niej zamieszkać. Nie chciałyśmy na razie być same w wielkich pomieszczeniach z wysokimi sufitami, gdzieniegdzie trącącymi ścierką. Wstawiłyśmy nasze łóżka do biblioteki uprzątniętej z prawie wszystkich regałów i wypakowaliśmy meble z ciężarówki, ale byliśmy tym tak zmęczeni, że położyliśmy się wcześnie spać. Rodzice w klasie na przeciwległym rogu szkoły, a my w bibiotece.
Bałam się wyjść o tej porze na dwór, mimo że chciałam pójść do Kingi i zrobić jej niespodziankę z mojego powrotu do domu. Zostałam w łóżku i rozmyślałam. Nie wiedziałam, jak będą teraz wyglądać nasze relacje, bo dotąd widywałyśmy się dwa razy w roku. Mimo to wciąż uważałam ją za moją najlepszą przyjaciółkę. Jedną z najlepszych. Tęskniłam za nią. Była moją jedyną kotwicą tutaj, kiedy rozwiały się wszystkie inne więzi z ludźmi stąd. W końcu czternastoletnia już przyjaźń nie mogła tak po prostu zniknąć, nie przetrwać próby czasu i odległości. Poprzednio nie widziałyśmy się osiem mięsięcy, dlatego teraz te dwa miesiące były jak nic.
W nieszczelnych, drewnianych oknach świszczał wiatr. Przykryłam się kołdrą po uszy i skuliłam, co prawdopodobnie pomogło mi zasnąć po tym dziwnym dniu.
Rano, zanim otworzyłam oczy, pomodliłam się przez chwilę, by to był tylko sen. Ale nie. Widok zza okna przedstawiał zniekształcony przez starego typu szyby parking i drzewa dookoło, a dalej, na horyzoncie, majaczyły pola.
Westchnęłam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo się zmieniłam i że przyzwycziłam się do miasta, dopóki się z niego nie wyprowadziłam.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dopiero wtedy naprawdę się obudziłam. W Lublinie. Zlana potem, przerażona tym, kim byłam we śnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy bym się tak zachowywała, gdyby to nie był sen. Ale wiem, że nie. Wczoraj byłam w Kosarzewie i tak jak za każdym razem upewniłam się, że skakałabym ze szczęścia, gdybym mogła tam wrócić.
A więc tak wyglądają koszmary, kiedy jest się prawie dorosłym - pomyślałam wtedy i stwierdziłam, że to jest gorsze od tych typowych snów z potworami przemykającymi przez korytarz sąsiadów.