niedziela, 3 maja 2015

Filmowy weekend majowy

W weekend majowy jak na razie obejrzałam siedem filmów. Już mi się mieszają, ale postaram się krótko napisać coś o nich (bo może ktoś będzie potrzebował, by mu coś polecić? Mam nadzieję, że pomogę). Kiedy wcześniej leżałam dwa dni z wybitym palcem u nogi (tym małym, takie toto mikre a tak potrafi dać w kość), obejrzałam jeszcze raz Wild Child, więc też zaliczę ten film do weekendu filmowego :P Oto filmy w kolejności chronologicznej mojego oglądania:

Wild Child (Zbuntowana Księżniczka)
Dlaczego oni nadają takie głupie polskie tytuły fajnym amerykańskim filmom? Już mogli zostawić Wild Child, bo i tak wiele osób tak na to mówi. No dobra, grunt, że nie nazwali tego doslownie, "Dzikie Dziecko". Brrr.
Mam duży sentyment do tego filmu, bo jego zwiastun leci na płycie tuż przed moim ukochanym, najlepszym, najradośniejszym na świecie filmem Mamma Mia. Kiedy pierwszy raz włączyłam Mamma Mię, stwierdziłam, że muszę obejrzeć Wild Child. Zajęło mi to jakieś dwa lata, by w końcu to zrobić (zapomniałam? odkładałam na później? nie wiem). Bardzo, bardzo, bardzo mi się spodobał sposób, w jaki Poppy się zmienia. Uwielbiam dynamicznych bohaterów :) Emma Roberts jest genialna w roli tej rozpuszczonej nastolatki. Alex Pettyfer... czy muszę dodawać coś więcej?
Przy tym filmie można się pośmiać, i to porządnie, trochę wzruszyć, ot taka lekka, ale jakże genialna komedia z morałem. Koniecznie obejrzyj, jeśli lubisz takie filmy.

Śniadanie do łóżka
Zaczęłam oglądać ten film z siostrą, ale potem stwierdziłyśmy, że musimy już iść spać. Dokończyłam go sobie w czwartek wieczorem, w perspektywie mając cudowny, wolny piątek.
Może Karolak i Socha trochę do siebie nie pasują, ale tutaj byli nawet momentami uroczy. Najlżejsza komedia romantyczna, jaką kiedykolwiek widziałam (a przynajmniej tak mi się wydaje). W rozmowie z siostrą określiłam to jako "taki lekki film który można sobie włączyć w tle, malując paznokcie". No i miewałam fazy na tą tytułową piosenkę Piaska.
Film jest godny polecenia na jakiś babski wieczór czy coś takiego... Nie wciąga jakoś bardzo, bo i tak wiadomo, że skończy się dobrze, ale czasem właśnie takie filmy są potrzebne. Jest dobry. I tyle.

Miss Agent II
Wydaje mi się, że pierwszą część obejrzałam 6-7 lat temu, i chyba faktycznie tak było. Druga mnie nie zawiodła. Właściwie zaskoczyło mnie, kiedy zobaczyłam w proponowanych "Miss Agent II". Śmiałam się najbardziej z relacji Gracie i Sam. Sandra Bullock i Regina King wypadły świetnie w tym duecie. Było mi trochę szkoda, że Gracie pogrzebała dawną siebie pod butami od Manolo, i w ogóle nie ogarniałam, jak tak szybko można się tak diametralnie zmienić. To akurat było lekko sztuczne ze strony scenarzystów, ale wybaczmy im to za chociażby postać Sam czy ich dialogi. Nie mogłam też zrozumieć, dlaczego Gracie nie podbija do Jeffa. I dlaczego ta cała Cheryl... shut up, Łucja! Nie spojleruj :D
Kolejna lekka komedia, którą mogę polecić w tej notce. Bez obaw, dalej będzie trochę więcej urozmaicenia :P

Akademia Wampirów
No i zaczęły się retrospekcje, które prześladowały mnie w kolejnych filmach. A to Lissa (swoją drogą, propsy za imię, if you know what I mean - jeśli nie, sprawdź posty z Renegade :D) wskrzeszała ptaka, a to swoją... spoiler alert.
Lucy Fry. To po pierwsze - miałam obsesję na punkcie H2O. Wciąż kocham ten serial. Mako Mermaids też kocham. A Lucy grała tam moją najmniej ulubioną syrenę ze wszystkich (no, może oprócz Charlotte :P). Co oczywiście nie zmienia faktu, że dobrze mi się kojarzyła, więc stwierdziłam, że czemu nie, obejrzę sobie ten film.
Czy możemy porozmawiać o Rose?! Głównie z jej powodu nie mogę doczekać się drugiej części. Może nawet uda mi się pożyczyć od kogoś książkę. Żebym jeszcze miała czas ją przeczytać między tymi wszystkimi lekturami na poziomie rozszerzonym :( Rose przybliża widzowi ten pokręcony wampirzy świat. Jej postać jest świetna. Mam nadzieję, że zgadza się z książką. Proszę, powiedzcie, że tak!
Naprawdę dobry film. Jest w nim tyle gwałtownych zwrotów akcji, że czasem nie da się połapać. Czy Moroi są dobrzy? Nie! A, czekaj, tak! A może jednak nie? Nie, nie są... Czekaj, stop, są! A może jednak... Uh, druga część prawdę ci powie. Chociaż mam wrażenie, że wcale tak nie będzie. Chyba naprawdę muszę to przeczytać.

Dla ciebie wszystko
(to tu właśnie retrospekcje zaczęły mnie prześladować, ale nie aż tak, jak następnego dnia)
Historia miłości z przeszłości zaczęła się dość Pamiętnikowo, ale skończyła inaczej.
Kiedy zobaczyłam, jak spotkali się po dwudziestu latach, by uczcić pamięć przyjaciela, odżyła we mnie nadzieja. Na końcu filmu paradoksanie podskoczyła jeszcze bardziej. No bo w końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, co nie? 
Czy muszę mówić, że starsza Amanda wyglądała bardziej jak matka starszego Dawsona? W pierwszych scenach myślałam, że nią jest. James Marsden to według mnie największe ciacho dzisiejszego kina. Michelle Monaghan niekoniecznie do niego pasuje, ale można się przyzwyczaić. W młodszym duecie podobała mi się bardziej Liana Liberato, wręcz nie mogłam oderwać od niej wzroku. Genialna, utalentowana aktorka. Czy to tylko ja, czy ona faktycznie wygląda jak Małgorzata Socha? Luke Bracey w roli młodszego Dawsona jakoś bardzo nie pasował do Liany, ale też grał świetnie. Wszyscy byli niesamowici w graniu, tylko z tym dopasowaniem do partnera coś mi troszkę zaszwankowało.
A teraz aspekt wyciskarki łez. Ryczałam jak fontanna. Do płaczu doprowadziło mnie nie tylko to, że musieli się rozstać, ale i destrukcyjny wpływ ojca na życie jego syna, mimo, że Dawson próbował na wszelkie sposoby uciec od tego czegoś, co oni zwali "rodziną".  Więcej nie zdradzę, po prostu obejrzyj ten film.

Wyśpiewać marzenia (tytuł "Rags" podoba mi się co najmniej kilka razy bardziej)
(tutaj retrospekcje zupełnie dały mi spokój)
I powrot do lekkich filmów! Nickelodeon po prostu zrobił naprawdę dobry film o tym, że trzeba być sobą. Takie trochę Renegade (znowu odsyłam do mojego opowiadania :D)
Max Schneider. Uwielbiam go! Świetnie śpiewa i jest przystojny, a w tym filmie pokazuje kawał aktorskiego talentu. Gra zwykłego chłopaka z wielkim talentem muzycznym. Keke Palmer u jego boku gra supersympatyczną, ale zupełnie zagubioną w przemyśle muzycznym piosenkarkę, której największym marzeniem jest śpiewać własne piosenki, a nie te napisane przez modnych tekściarzy. Tatuś nie pozwala. Potem jednak jej tata tak trochę z kosmosu zmienia zdanie i bam, możesz śpiewać co chcesz. To było trochę dziwne, no ale dobra, spoko, to tylko film, a nie rzeczywistość.
No. To jest taka bajka o Kopciuszku, tylko że tutaj Kopciuszek jest chłopakiem i ma na imię Charlie, a zła macocha i siostry... też zostają zastąpieni facetami.
Lekkie, do obejrzenia, polecam :)

P.S. Kocham cię
I to właśnie był ten film, w którym retrospekcje atakowały mnie ze wszystkich stron.
Dlaczego nigdy go nie oglądałam, skoro tyle o nim słyszałam? Anyway. Hilary Swank i Gerard Butler wypadli w porządku, ale przyćmiła ich Lisa Kudrov, świetna w roli szalono-feministyczno-kobieco-jeszczejakiejś przyjaciółki.
Holly sama o sobie mówi, że jest poważnie świrnięta. Nie można zaprzeczyć. Jej mąż jest co najmniej upierdliwy w mojej opinii. Według mnie trochę do siebie nie pasowali, mimo że tak bardzo się kochali, że przez rok po jego śmierci jej wariactwo wzrosło pięćdziesięciokrotnie.
Dobra, nawet nie mam ani nigdy nie miałam chłopaka, ale chcę mieć w przyszłości dużą rodzinę. Rzadko myślę o tym, co by było, gdyby mój mąż umarł, bo nie chcę o tym myśleć. Zdałam sobie sprawę, że ja też popadłabym w pięćdziesięciokrotnie większe wariactwo, niż mam teraz. Czy to zdanie jest wgl poprawne gramatycznie? Ty mi powiedz, Carol, biolchemie, powiedz humanowi. (nie jestem nawiedzona, po prostu wiem, że moja przyjaciółka to czyta).
Może nawet William bardziej pasował do Holly? Może to dobrze, że Gerry umarł? Zabijcie mnie za te słowa, ale tak sobie myślę.
Całkiem dobry film, pomimo podobno ogromnej niezgodności z książką (nigdy nie mialam okazji przeczytać).

Zostań, jeśli kochasz
Tutaj retrospekcje znowu się zaczaiły i ŁUBUDU!!! BAM.
Zaczęło się niewinnie. Wręcz bardzo niewinnie. Adam niby taki rockman, a romantyk, Mia, grzeczna, grająca na wiolonczeli córeczka rodziców z rockowymi zamiłowaniami (jakby byli podmienieni przy porodzie).
Chloe Mortez i Jamie Blackley? Nareszcie jakaś filmowa para, która do siebie pasuje! Przynajmniej z wyglądu. Ta aktorka jest przepiękna, a aktor przystojny. Razem - cute.
Mia wychodzi ze swojego ciała po wypadku i chodzi dookoła, dowiadując się po kolei o ofiarach, widzi, jak jej chłopak biegnie do szpitala na spotkanie z nią w śpiączce. Chyba nie do końca Mia zdawała sobie sprawę, że nikt jej nie widzi. Tak przynajmniej mi się wydawało. Retrospekcje są połową filmu i trochę za bardzo go tną, jak na mój gust, ale "robią" całą historię. Po kolei Mia przypomina sobie swoje życie sprzed wypadku, zawieszona między życiem a śmiercią.
Kolejna książka na liście lektur do przeczytania.
Iiiii... jest tu Liana Liberato! <3 Gra przyjaciółkę Mii i wygląda już trochę mniej jak Socha, a bardziej jak Amanda Bynes, ale ma mniejsze pole do popisu, więc mogę jej to wybaczyć :D
A tak na marginesie, czy komuś oprócz mnie Mia chwilami przypominała Jennxpenn? Miałam wrażenie, że jej dublerka to ona :D

Wybaczcie ten ciąg wypocinowych recenzjo-opiso-sprawozdań filmowych. Mam nadzieję, że może komuś się przydadzą te... przemyślenia! Tak to można chyba nazwać? :) 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Te ładne dworce, rodzinny cyrk, wesele i fontanna z czekolady, czyli szalony weekend.

Ten post chyba będzie superdługi, więc mniemam, że do końca wytrzymają fani mojego pisania (czyli moje przyjaciółki) i ci, którzy chcieli się dowiedzieć, jak mi minął poprzedni weekend (czyli moje przyjaciółki). Jeśli nią niejesteś i przeczytasz to do końca, to będę wdzięczna i pełna podziwu :)
Tyle się ostatnio rzeczy zadziało i tak szybko mija mi czas, że naprawdę rozsadza mi mózg, kiedy próbuję umiejscowić niektóre wydarzenia w czasie. Ale skupmy się na tym, co działo się ostatnio, bo to chyba najciekawsze i w sumie cały miesiąc na to czekałam. Albo i dłużej, tyle że nie aż tak intensywnie.
W sobotę odbywało się wesele mojej siostry ciotecznej (a może raczej kuzynki, jak to u nich w Wielkopolsce się mówi). W piątek wstałam około szóstej i o ósmej mieliśmy pociąg do Kutna, stamtąd do Poznania, a z Poznania do Budzynia. To jest niesamowite, jak gęsta jest tam sieć kolejowa. Tam do stolicy województwa jedzie się pociągiem, a u nas - busem. Fakt faktem, że to pozostałość po zaborze pruskim, co nie jest jakimś szczególnie pozytywnym aspektem, ale może warto to docenić? Te małe dworce z budynkami z czerwonej cegły niewątpliwie robią klimat :)
Ale wróćmy do Lublina! Pod blokiem mój tata trochę w gorącej wodzie kąpany zawołał, że nie mamy powietrza w przednim kole i musimy jechać taksówką. Wywiązała się dość upierdliwa kłótnia (od razu na początku podróży, auć, ale potem było już w miarę spokojnie). Moja siostra zadzwoniła po taksówkę, po czym mój tata stwierdził, że może jednak tylko tak zaparkował na wystającej płycie chodnikowej i może faktycznie dojechalibyśmy na dworzec. Kłótnia zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa, bo wszyscy oprócz mojej siostry chcieli odwołać taksówkę. Ona twierdziła, że tego nie zrobi, bo "tata musi się nauczyć podejmować konsekwencje własnych wyborów". Jakby tego cyrku było jeszcze za mało, w pewnym stadium kłótni obok nas przechodził mój pan od historii zmierzający do pracy. Moją siostrę też uczył jeszcze w poprzednim roku szkolnym, zna więc naszych rodziców. Darmowe bilety do cyrku rodziny K. po znajomości!!! Oferta jakich mało.
Przyjechała w końcu taksówka, tata nawet się rozchmurzył, wszyscy byli zadowoleni. Pojechaliśmy na dworzec, w drodze leciała z radia piosenka, która była w filmie studniówkowym mojej siostry (Showtek - Booyah feat. We Are Loud & Sonny Wilson), obie zastanawiałyśmy się, co rodzice myślą o tej piosence xD.
Anyway, wysiedliśmy z taksówki na dworcu, pierwsza moja jazda taxi w życiu, i to taka nieoczekiwana, sponaniczna - takie YOLO :P Wtachałam po schodach walizkę, kiedy siostra przejęła moją torbę, zresztą w każdej przesiadce to robiła, a ja tylko ciągnęłam walizkę i nosiłam ją po schodach - tak, to ja tu jestem ta silniejsza. No i Zosia samosia, bo kiedy nie byłam w stanie sama wrzucić jej na górną półkę na bagaże, byłam zła, zgadzając się na pomoc faceta siedzącego obok. Jeden chłopak nawet powiedział do mojej siostry "Chcesz się zabić?" kiedy chciała zdjąć walizkę z półki. No co za! Aż zastygłam, jak to usłyszałam i zamaszyście przewróciłam oczami. To prawda, moja siostra nie wygląda na starszą ode mnie, chociaż jest, i to dwa lata, wdała się raczej w mamę i nie jest jakaś strasznie wielka, no ale bez przesady, takie dziecko, taka kruszynka że jej nie widać to ona też nie jest! Czasem chłopaki nie potrafią znaleźć wlaściwych proporcji między gentlemanem i... no właśnie, złotym środkiem.
Ale znowu odbiegłam od Lublina. Stalsiśmy na dworcu, opóźnienie oczywiście 20 minut, no bo jakżeby inaczej w Polskich Kolejach Powolnych. Siostra kupiła InStyle'a, ktorego jakoś wyjątkowo nie chciało mi się czytać, rodzice się wyglupiali (jak łatwo potrafi zmienić im się humor!).
Do Kutna jechało się spoko. Siedziałam między oknem a całkiem w porządku facetem tak pod trzydziestkę, bym powiedziała. Trochę spałam, jadłam, słuchałam muzyki. Zerwaliśmy się z siedzeń dwadzieścia minut przed "wylądowaniem" w Kutnie przez stan podpaniczny mamy, że nie zdążymy na pociąg przez to opóźnienie. I staliśmy sobie tak przy drzwiach. I staliśmy. Aż w końcu wyszliśmy z pociągu i po krótkiej gonitwie na drugi peron okazało się, że tak dużo ludzi przesiadało się z naszego pociągu do tego do Poznania, że poczekał na nas <3  Nawet nie zdążyłam podziwiać tego naprawdę ładnego dworca, bo szybko odjechaliśmy.
Drugi pociąg miał już takie ustaienie siedzeń, jak autobus, bez przedziałów. Na początku mi się to podobało, bo jeszcze nigdy takim pociągiem nie jechałam, no i było DUŻO miejsca na nogi, ale potem zauważyłam, że nie ma zasłon, a słońce grzało jak w lecie, podczas gdy ja miałam na sobie sweter, a pod nim bokserkę z dziurą na froncie. Moja siostra za to była ubrana w czarną bluzkę, a to ona siedziała od okna. No i przez cały czas stali nad nami ludzie jadący na Pyrkon (festiwal fantastyki, manga i te klimaty, piszę na wszelki wypadek jeśli by ktoś nie ogarniał tego tak samo jak ja ;). I, mówiąc oględnie, robili larum.
Potem stwierdziłam że mam tą dziurę gdzieś, bo jest mała i ja i tak jej nie widzę, jeśli nie chcę, więc zdjęłam sweter i zamieniłam się z siostrą miejscami. Takie tam małe opalanko w pociągu :D
W Poznaniu była kolejna mała kłótnia, bo mimo że moja mama bywa tam najcześciej z nas wszystkich (czyli jakieś dwa razy w roku), oczywiście każdy - włącznie ze mną - "wiedział" lepiej od niej, jak dostać się na peron 4b. Ja byłam tam ostatnio prawie dwa lata temu i nie moglam poznać dworca. Stary budynek, jak wiem z relacji mojej siostry która szybko skoczyła tam w drodze powrotnej, świeci pustkami i wszystko jest pozamykane na cztery spusty, a nowy - to wiem już, bo widzialam - na nowym nie da się przejść, tyle tłumu. Starbucks, piekarnio-ciastkarnia Natura, światowo, a obok galeria handlowa.
W pociągu do Budzynia już nie moglam się doczekać, jak po niecałych trzech latach znowu zobaczę miejsce, w którym spędzałam bardzo fajną i bogatą we wrażenia część każdych wakacji w dzieciństwie. No i po prawie dwóch latach - kuzynki i wujka, mojego chrzestnego. Ciocię widziałam półtora roku temu. No i przecież jeszcze nie znałam przyszłego męża kuzynki!
Przyjechał po nas na dworzec, w drodze nie mogłam oderwać wzroku od widoku za oknem - tak dawno mnie tam nie było! Wszystko zdążyło się zmienić od tamtego czasu.
Pan młody okazał się naprawdę fajny i pasujący do mojej kuzynki. Jego siostra, jedna z dwóch druhen - moja druga kuzynka, siostra panny młodej cztery lata od niej młodsza też była druhną - także okazała się w porządku, a ja z zaskoczeniem stwierdziłam, że naprawdę bardzo się zmieniłam, bo kiedyś, zanim ośmieliłam się na tyle, by normalnie z nimi rozmawiać, mijał dzień czy nawet dwa, a teraz przyszło mi to momentalnie. Po obiedzie złożonym ze - strasznie gorących, szczególnie w trakcie obierania - jajek na twardo i co tam jeszcze było? Kompot, sos i ziemniaki. Cioteczna szwagierka obierała :P
Potem kuzynki, przyszły mąż i szwagierka musieli jechać na salę, skończyć dekoracje, dopiąć kilka rzeczy na ostatni guzik i zaporoponowali mi i mojej siostrze, byśmy wybrały się z nimi. Pomogłyśmy im zanosić do samochodów rzeczy i pojechałyśmy ze szwagierką, nawet dobrze nam się rozmawiało. Po dotarciu na salę rozłożyłyśmy na stole dzieci upominki dla nich i kolorowanki, podkładki pod talerze, słodycze i takie tam atrakcje których żartem trochę nam brakowało przy naszych "dorosłych i poważnych" stołach. Ja podjęłam się karkołomnego zadania dopasowywania numerów stolików do nazwisk osób przy nich siedzących i stawiania kartoników z numerkami tak, by było je widać od wejścia. To nie było takie proste, jak mogloby się wydawać :P
Po ogranięciu jeszcze kilku rzeczy wróciliśmy, ja i moja siostra tym razem z młodszą z kuzynek, aczkolwiek rok starszą od mojej siostry. Padałam na twarz po tych pociągach, mimo że kocham sam stan podróży xD Zjadłam bodajże jakąś kolację i jeszcze chwilę pogadałyśmy z panną młodą o tym jak ona padała na twarz w poprzednim tygodniu. Nie dziwiiłam się jej, w końcu ślub, wesele, sukienka, sala, druhny, wynająć warszawę, pogodzić skłócone druhny, jak usadzić gości, batalia o kolor sukienki druhen, jak sobie to wszystko uzmysławiam, to jak przyjdzie czas na mnie, mam ochotę wejść do kościoła, wziąć ślub i wyjechać na tydzień do Włoch zaraz po pieśni na wyjście. Czy coś takiego.
Z nocą nadeszła batalia o kolejność łazienki w obrębie naszej czteroosobowej rodzinki, a potem batalia o - jakżeby inaczej - zgaszenie światła. Od kiedy nie śpimy wszyscy w jednym pokoju, jest to w sytuacjach nadzwyczajnych niemalże awykonalne. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do własnego pokoju, cichego i ciemnego w godzinach mojego snu, że głupie tykanie zegara potrafi doprowadzić mnie do furii. Dzięki Bogu, w pokoju, w ktorym spaliśmy, nie było zegara, był za to budzący się ciągle i gadający tata.
Tak minął piątek!
W sobotę chcialam obudzić się jak najpóźniej, ale oczywiście tata musiał gadać o szóstej, siódmej, ósmej i dziewiątej rano, budząc się kiedy tylko mama kręciła się po pokoju (ona jest rannym ptaszkiem). Nie pamiętam, o której wstałam. Poszłam na górę zjeść śniadanie, po którym panna młoda poprosiła nas o pomoc w wycinaniu kartoników do ozdoby zimnych ogni i pudełek na zapałki. Naturalnie się zgodziłyśmy, czułyśmy się takie potrzebne :))) Próbowałyśmy z gilotyną ale ostrze się ześlizgiwało, więc cięłyśmy nożyczkami. Potem potem potem. Co było potem? Szybki obiadek, pan z sąsiedztwa czy nawet nie wiem skąd dostarczył w garnku dużą porcję pysznych, ciepłych kotletow z ananasem i brzoskwinią na wierzchu. Tata stwierdził wtedy, że my też tak możemy - robić żarcie na zamówienie. Problem w tym, że mieszkamy w mieście wojewódzkim, gdzie konkurencja jest wielka, a nie w niewielkim miasteczku bez prawa miejskiego, gdzie konkurencja jest idealna do rozpoczęcia wyścigu.
Umalowalam się, rozplątałam dwa koczki, z których wyszły najładniejsze loki jakie kiedykolwiek mi wyszły, ubrałam się w sukienkę - niewymagającą prasowania, how cool is that. Wywaliłam na włosy kilogram lakieru, rajstopy, buty, a tymczasem dom kontynuował bycie dworcem, drzwi prawie się nie zamykały, wszyscy przycodzili, wychodzili, biegali, ubierali się, malowali, wszystko! Panna młoda miała tak przepiękną fryzurę, ze nie mogłam przestać na nią patrzeć. Kiedy makijażystka ją umalowała, ubrała się i przygotowała, wyglądała tak cudownie, że aż zachciało mi się płakać. Jeszcze niedawno opiekowala się mną, pilnowala, żebym nie wchodziła za głęboko do jeziora i spinała mi nogawki spodni tak, by nie wplątywały się w łańcuch jej roweru. A teraz jesteśmy takie "stare", ona jest mężatką, a ja za cztery miesiące kończę 18 lat.
Do kościoła jechałyśmy z ciocią - ja, moja siostra i mama. Tata pojechał z wujkiem.
Mimo, że moja mama i ciocia widują się rzadko, bo jakieś dwa razy w roku, no może trzy się czasem udaje wyskrobać, wciąż zachowują się jak siostry, kiedy się widują. Czasem trudno mi uwierzyć, że naprawdę nimi są, bo ich ścieżki rozbiegły się w zupełnie różne strony i żyją zupełnie inaczej, ale mają też mimo wszystko wiele wspólnego i widać między nimi "to coś", tą siostrzaną więź co między mną a moją siostrą. No i tak samo zdarza im się kłócić o pierdoły xD
Ale wroćmy do ślubu. Dotarłyśmy i zobaczyłyśmy mnóstwo krewnych widzianych superdawno, a może nawet nigdy. Jeśli chodzi o większość, to nawet nie mam pojęcia jakie jest między nami pokrewieństwo (córka siostry mamy siostry twojej babci itp itd). W kościele wzdłuż przejścia stały wazony w kształcie walca z wodą i unoszącymi się na niej świeczkami, a do ławek były przywiązane białe kokardy. O tą dekorację była batalia z proboszczem, i to jeszcze w piątek, dzień przed ślubem.
Kazanie było przepiękne. Ksiądz, który udzielał ślubu, był kilka lat na parafii w Budzyniu, ale został przeniesiony do sąsiedniej i przyjechał udzielić im ślubu. Wprowadził luz opowiadaniem o tym, jak panna młoda chodziła w pieluchach itepe itede, i nawet wspomniał moją (a zarazem panny młodej) babcię.
Staralam się nie rozpłakać, ale mialam mokre oczy. Przysięgę powiedzieli tak pięknie, pewnie i nawet głos im się nie załamał, że nie moglam wyjść z podziwu. No, no. Jesteśmy dorośli. Kiedy to się stało?
Po mszy, kiedy nowożeńcy stali i przyjmowali gratualcje, życzenia itepe itede, druga kuzynka uginała się pod ciężarem kwiatow i pomagałyśmy jej je trzymać :D Potem honorowa rundka wokół rynku i jedziem na wesele!
Parking był tak zapchany, że powitanie chlebem i solą zobaczyliśmy sobie z okna samochodu. Można dodać, że była z nami matka panny młodej, na którą nawet nie poczekali. Zabawne, bo na pierwszym weselu, na którym byłam, też jechała z nami matka panny młodej, tyle że przejmowała się o wiele bardziej tym, że może nie zdążyć na powitanie chlebem i solą :P A zdążyła.
Biegania z kwiatami ciąg dalszy, aż udało nam się stanąć na prawie samym końcu kolejki z życzeniami i wziąć kieliszek z szampanem. Swoją drogą, dlaczego szampan na weselu jest tylko na początku? A wódka wlewa się do kieliszka zewsząd, masz wrażenie że nawet z sufitu! A jest taka niedobra. Pierwszy i ostatni raz piłam ją na osiemnastce mojej siostry.
Potem zaczęła się wielka wyżerka. Jedzenie było PYSZNE. Naprawdę. Za to tylko lubiłam wesela - za dobre jedzenie. Bo do tego wesela nie przepadałam za nimi.
Teraz nie mogę się doczekać kolejnego. #changes #dziwne
Anyway, potem zaczęła się zabawa z tańcami i w pierwszej piosence ja i moja siostra wyszłyśmy na parkiet! Jak nie my O.o. Naprawdę dobrze zaczęłyśmy się bawić, a kiedy poszłyśmy do stołu z ciastkami, muffinkami i FONTANNĄ Z CZEKOLADĄ, zakochałam się. Nie chciałam opuszczać mojej nowej miłości i zażądałam takiego urządzenia na urodziny xD Naprawdę, to było coś tak pysznego, że trudno mi było odejść od tego stołu. Najlepsze były pianki, w czekoladę i haps do buzi. Niebo w gębie. Ambrozja i nektar w jednym.
Ale musiałam odejść :'( Tańczyłam, jadłam, wypiłam dwie kawy i dwie lampki wina, jadłam, jadłam, jadłam... rozmawiałam z ciotkami, kuzynami. Jeden z nich do nas takie: "Nie pamiętacie mnie?", amy na to takie bezradnie "eeem... nie". Ale no serio, jego córkę pamiętałam, ale jego nie :P Pewnie mi się jakoś kiedyś obiło u uszy jego imię, ale bez nazwiska, i pewnie dlatego nie miałam pojęcia, kim jest.
Nawet nie wiem o której godzinie, ale pewnie około drugiej tańczyłam sobie z Martą (moją siostrą, dlaczego ani razu nie wymieniłam jej imienia?) i dwóch chłopaków poprosiło nas do tańca, no to my spoko, spoko. Dobrze się tanczyło i rozmawiało, ale nawet nie spytał o imię ani ja go nie spytałam, trzy razy upewniał się, że to skąd jestem to na pewno Lublin, a nie na przykład Lubin (glośno było). On był z Poznania i jak powiedziałam, że chodzę do drugiej liceum, to on takie "a ja pierwsza gimnazjum". Ogólnie spoko koleś. Z dziesięć minut po tym, jak tańczyliśmy, jechał do domu.
Impreza była już super i wiedziałam już, że zmieni moje nastawenie do wesel. Kiedy zrobiło się już naprawdę luźno i została tylko w miarę najbliższa rodzina, zrobilo się jeszcze bardzej weselnie. Z panem młodym tańczyłyśmy do "Rudy się żeni", tyle że w wersji z jego imieniem :P Potem znowu śpiewali coś rockandrollowego, więc wszyscy już nawet nie zważali na to, czy umieją tanczyć, w większości wódka zrobiła swoje xD Świadkowe zaczęły tańczyć w rozczulający sposób, a ktoś uwiecznił to na filmiku telefonem. Przyszła pora na kaczuchy... zaledwie kilka osób ogarniało, jak się to tańczy, więc ubaw był niezły. Zorba była intensywna. Oj, bardzo xD
I w ten sposób dotrwałam żywa i "wide awake" do końca zabawy! I to bardzo udanej zabawy :D Ciocia wiozła nas z powrotem do domu, a potem wracała po wujka, tę jeszcze niezamężną córkę i jej chłopaka.
Nawet zdążyłam się umyć, zanim wrocili. Byłam zombie, a miałam przed sobą pięć godzin spania i cały dzień w pociągach. Żałowałam, że nie mogłam zostać na jeszcze jeden dzień, szczególnie że szykowały się poprawiny.
Nazajutrz rano krzątanina mamy obudziła mnie o dziewiątej, więc godzinę wmawiałam sobie, że śpię. Tak naprawdę nie wiem, czy spałam xD Zjadłam śniadanie, umyłam się i wciąż czułam się i wyglądałam jak zombie. Młodsza kuzynka wstała, by nas pożegnać (starsza nocowała w hotelu przy restauracji). Nie mogłam uwierzyć, że już po wszystkim :(
Około wpół do dwunastej (a może nawet trochę wcześniej) ciocia odwiozła nas na dworzec. Znowu mijałam miejsca tak bardzo kojarzące się z wakacjami, że aż zakręciła mi się łezka w oku. Zastanawialam się, co czuje moja mama, przecież tam właśnie się wychowała i mieszkała w Wielkopolsce przez trzydzieści lat.
Wsiedliśmy do pociągu. Podzieliliśmy wstępnie między siebie pięć czekolad, które wujek wrzucił mi do torby (trzy Milki z Oreo i dwie Milki z nadzieniem truskawkowo-jogurtowym, czyli moje ulubione czekolady :DDD). Ma wujek gust do czekolad, to trzeba przyznać. A może to kuzynki wybierały? Mniejsza z tym :P
Po dość krótkiej, godzinnej jeździe do Poznania wysiedliśmy na peronie 4b. Ja chciałam do łazienki, więc szłam w stronę starego budynku dworca, ale moja siostra upierała się, że w nowym jest za darmo. Poszłam do starego. Potem okazało się, że w nowym wcale nie jest za darmo. Hahaahahaha, kto miał rację?
Kupiłyśmy sobie po kawie z automatu, po kanapce (nie obyło się bez "gwałtownej wymiany zdań", bo moja siostra twierdziła, że za bardzo lubię popkulturę, chcąc spróbować kawy ze Starbucksa: co prawda próbowałam w Warszawie, ale nieopatrznie wzięłam zimną kawę, kiedy na zewnątrz była najokropniejsza pora roku - przedzimie xD). Co prawda, z automatu była pyszna, waniliowa, chociaż normalnej kawy to ja nie znoszę, chyba że muszę się obudzić, na przykład na weselach.
Potem żałowałam, że jednak nie uparłam się na Starbucksa, bo okazało się, że na peronie jednak pojawiła się chrześnica mojego taty mieszkająca w Poznaniu, która popkultury najwyraźniej nie lubi (chociaż może to zamałe słowo), i chyba myśli, że my jesteśmy takie, jak to moja siostra mówi "odtwórczy styl, sneakersy, sweterek, dżinsy i torba". Jakby się nie można było normalnie ubierać O.o. Tak czy inaczej, stwierdziłam, że byłoby śmiesznie, gdybyśmy miały kubki ze Starbucksa w rękach. To by była dopiero popkultura!
Pociąg z Poznania był bezprzedziałowy, na szczęście już nikt nad nami nie stał, i mogłyśmy się w spokoju kłócić xD Nie przesadzam, praktycznie całą drogę się kłóciłyśmy. Raz ja ją smyrałam swetrem, raz ona mnie. Byłyśmy tak rozdrażnione, że rozejm nastąpił dopiero gdzieś na wysokości Dęblina.
Wysiadając w Lublinie, miałam ochotę jak najszybciej zasnąć we własnym łóżku, w pokoju, gdzie nikt nie gada do mnie w środku nocy.
Zeszliśmy w przejście podziemne i, widząc wyjście do miasta, uśmiechnęłam się. Rzadko zdarzało mi się tęsknić z miastem, ale jednak było to najbardziej moje z miast.
Weszłam po schodkach z walizką. Rozglądam się, tatajest, Marta jest, gdzie mama? Pytam taty, pytam siostry, a oni pokazują mi mamę biegnącą po drugiej stronie ulicy i znikającą za załomem kolejnej ulicy. Serio? Okazało się, że mama biegnie do sklepu, bo tata przez całą drogę narzekał, że nie będzie chleba na śniadanie. A teraz stoi i krzyczy, że tu jest sklep, ale mama już go nie słyszy. Rodzice -.-
Kolejny cyrk, tym razem ludzi od cholery dookoła. Tata poszedł do sklepu po chleb, ja z Martą stanęłyśmy niedaleko. I wtedy mi powiedziała, że widziała pana od historii, tego samego, ktory widział piątkowy cyrk. Ten cyrk z niekupionym chlebem też widział. Widocznie ma facet szczęście do darmowych wejściówek do cyrku rodziny K.
Po drodze (tym razem autobusem) do domu znowu ktoś się o coś kłócił, nawet już nie wiem, o co, ale ta podróż naprawdę nas wykończyła. Po wejściu do domu zrobiłam siku, wstępnie rozgrzebałam walizkę i rzuciłam się do łóżka, wstając na tyle późno, że do szkoły dotarlam dopiero na trzecią lekcję.
To był szalony weekend i wciąż go odsypiam, ale było naprawdę fajnie i intensywnie. Po wszystkim udało nam się dojść do porozumienia. Jak zawsze :)
No i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnego wesela. I już tęsknię za Budzyniem.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Renegade. Rozdział siódmy - Co ty tu robisz?

Kucharka spojrzała na Lisę z wielkim zaskoczeniem.

- Nie musisz mi pomagać - powiedziała.

- Ale chcę - dziewczyna uśmiechnęła się do niej. - Niech pani się nim nie przejmuje. To tylko rozpuszczony dzieciak.

- Znasz go? - kobieta zaciekawiła się.

- Nie. I całe szczęście, bo widać, jaki jest.

- Dziękuję za pomoc. Jak wy to teraz mówicie... "zrobiłaś mi dzień" - powiedziała kucharka, kiedy podłoga była już sucha i czysta.

Lisa uśmiechnęła się promiennie i odparła:

- Nie ma sprawy - wstała, wróciła do stolika i jak gdyby nigdy nic zrobiła sobie kolejną kanapkę.

Wszyscy, którzy widzieli, co zrobiła Lisa po wyjściu Janka, patrzyli na nią z mieszaniną zdziwienia i podziwu. Ona tylko uśmiechała się do nich, a oni albo odwracali wzrok, albo odwzajemniali uśmiech.

- Czułaś się winna? - zapytała ją Ada.

- Nie, dlaczego? - dziewczyna zdziwiła się.

- Bo gapił się na ciebie od samego wejścia - powiedziała Anka, unosząc brwi, rozbawiona.

- Dlatego nie zauważył tej pani - dodała Daria.

- I na nią wpadł - uzupełniła relację Magda, po czym napiła się herbaty.

Lisa poczuła się trochę osaczona, kiedy dziewczyny wyrzucały z siebie urywane zdania, jakby w umówionej kolejności. Zaniemówiła. Dlaczego zawsze każdy chłopak gapił się na nią, jakby była po prostu eksponatem w muzeum, rzeźbą bez niczego w środku?

"Będę musiała udowodnić wszystkim, że mam jednak coś w środku. Zresztą, to ja wstałam, by pomóc tej pani." - pomyślała, coraz bardziej zdeterminowana, ale i zadowolona z siebie.

- I to właśnie ty pierwsza zaczęłaś się śmiać - Daria potrząsnęła głową ze śmiechem. - Mam wrażenie, że jest teraz super wściekły

- Oby nie - odparła krótko Lisa.

- Dobrze, że nie widział, jak wstałaś i wycierałaś podłogę - Ada roześmiała się.

- Szkoda - Lisa uśmiechnęła się zawadiacko i upiła łyk herbaty, spoglądając na drzwi.

Daniela gwizdnęła i wszystkie się roześmiały.

- Więc mówisz, że będziesz z nim zadzierać? - Anka odstawiła pusty kubek na stół i oparła się na blacie obiema rękami.

- No risk, no fun - powiedziała Lisa z rodzimym akcentem, już nawet nie wstydząc się nim afiszować.

- No, no - Dominika wykorzystała chwilę ciszy, by podsumować wszystkie wydarzenia ubiegłych piętnastu minut. - Wygląda na to, że to będzie ciekawy wyjazd.

Dziewczyny pokiwały głowami.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po śniadaniu wszyscy rozeszli się do pokojów, a o dziewiątej rozpoczynał się pierwszy wykład.

Lisa miała nadzieję, że Janek nie jest w sadystycznym nastroju. Jej koleżanki z pokoju i te z sąsiedniego zapowiedziały, że okrążą ją jak straż przyboczna, ale Lisa podziękowała i odmówiła, bo czuła się co najmniej odważna.

Kiedy wszyscy stawili się pod salą, Lisa od razu go zauważyła. Stał i rozmawiał ze swoim przyjacielem, Wiktorem. Nie nosił już żadnych śladów czerwonej zupy, wydawał się zupełnie wyluzowany, jakby zapomniał o tym, co się stało, więc Lisa odetchnęła. Daria jednak ścisnęła ją ostrzegawczo za rękę.

- Uważaj na siebie, kiedy ten palant się do ciebie zbliży na mniej niż dwa metry - powiedziała półgłosem.

Lisa roześmiała się.

- Mówisz, jakby miał zamiar wrzucić mnie do basenu z kwasem.

- Z takimi to nigdy nie wiadomo - Daria wzruszyła ramionami.

- Przecież to on się na mnie gapił - Lisa obstawała przy swoim.

- Śmiałaś się z niego, a z takich jak on się nie śmieje - odparła koleżanka.

- Skąd wiesz? - Lisa znowu miała wrażenie, że w powietrzu pomiędzy nimi lata jakiś sekret.

Daria nie odpowiedziała.

Przy wchodzeniu do sali jakaś dziewczyna, którą Lisa bardzo słabo kojarzyła, przepuściła ją i się do niej uśmiechnęła. Lisa zdziwiła się. Zwykle ludzie nie przepuszczają nikogo tak bez powodu.

Kiedy szła w kierunku siedzeń, na których siedziały poprzedniego dnia, spojrzała ze zdziwieniem na koleżanki.

- To dlatego, że wycierałaś podłogę w stołówce - oświeciła ją Daniela.

- To było tylko głupia mała bezinteresowna pomoc! - Lisa szepnęła głośno, zauważając jeszcze więcej ludzi uśmiechających się do niej uprzejmie.

- Obrażasz bezinteresowną pomoc - rzuciła Daria.

Lisa usiadła i ucieszyła się, że udało jej się nie ściągnąć na siebie uwagi Janka. Zresztą, czy prowokowałby ją w grupie osób, które w większości były po jej stronie?

Zaczął się wykład. Lisa chłonęła każde słowo, odcinając się od świata i skupiając tylko na tym, że nareszcie wróciła do tego, co kocha. Nie rejestrowała już nawet spojrzeń, uśmiechów ani szeptów ("to ta, która wycierała podłogę w stołówce"). Notowała skrupulatnie to, co mówił wykładowca, a nawet jeśli bolał ją nadgarstek, to tego nie czuła.

Ze skupienia wyrwał ją dopiero głośny trzask drzwi z tyłu po lewej stronie. Dopiero wtedy poczuła, że zaczyna boleć ją kark, a prawa stopa ścierpła jej na amen. Odwróciła głowę w stronę drzwi, by ją rozruszać, i zobaczyła, kto był przyczyną tego trzasku.

"Piotrek!" - zawołała w myślach.

Obok drzwi stał Piotrek, trochę onieśmielony mnóstwem głów zwróconych w jego stronę. Kiedy jednak jego oczy spotkały pytający, ale rozradowany wzrok Lisy, uśmiechnął się i ruszył w stronę wolnych siedzeń na widowni.

- O, witamy spóźnialskiego! - powiedział wykładowca.

- Wszystko w porządku - kierownik warsztatów wstał i zwrócił się do widowni. - Wybaczcie to zamieszanie, ale mamy jeszcze jednego uczestnika, na miejsce kogoś, kto wypisał się tydzień temu. Dopiero wczoraj zdążyliśmy dopełnić wszystkich formalności, więc Piotrek jest z nami od dzisiaj. Zapraszam po indeks.

Piotrek wstał i pewnym krokiem podszedł do kierownika. Ten wręczył mu zieloną książeczkę i poklepał po ramieniu.

"Miałem sprawdzić stan techniczny kulis" - Lisa była skonfundowana. Zabrzmiało to poprzedniego dnia jak "Ja tu tylko sprzątam". Nie mogła zrozumieć, dlaczego ten chłopak zachowywał się, jakby nie chciał tu być.

Kiedy usiadł, wykładowca wrócił tam, gdzie skończył. Tym razem, ilekroć Lisa próbowała się skupić, rozpraszały ją myśli o Piotrku. Daria zauważyła, że koleżanka patrzy pustym wzrokiem przed siebie, jakby była nieobecna. Zastanawiała się, co się dzieje, że Lisa tak nagle oklapła.

Dwadzieścia minut później skończył się wykład. Była 10:10. Na wpół do jedenastej mieli zaplanowany pierwszy spacer po mieście i zwiedzanie.

Lisa trochę ociągała się z wstaniem, wertowała notatnik w poszukiwaniu nieistniejącej luźnej kartki i szukała pod fotelem długopisu, który miała w garści. Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że Piotrek też siedzi, ale spokojnie czytając notatki. Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej.

W końcu oboje wstali, po tym, jak połowa uczestników warsztatów była już na korytarzu. Lisa wydostała się spomiędzy siedzeń i podeszła do Piotrka, stojącego w połowie drogi do drzwi.

- Co tu robisz? - zapytała, trochę zażenowana swoim niebywale elokwentnym pytaniem.

- Uczę się - uniósł indeks - widzisz? - uśmiechnął się.

- Nie wiedziałeś wczoraj, że jesteś na liście? - Lisa zastanawiała się, czy okłamał ją z premedytacją.

- Wiedziałem - przyznał. - Ale po prostu nie chciałem przyjąć tego do świadomości - skrzywił się.

Ruszyli do drzwi w chwilowym milczeniu.

- Dlaczego tak bardzo nie chcesz tutaj być? - zapytała, kiedy już wyszli na korytarz. Wszyscy oprócz nich już się rozeszli.

- Jestem tutaj na specjalnych zasadach. I w ramach pewnego ultimatum. Słuchaj... nie mów o tym nikomu, dobra? - potarł dłonią swój kark i uśmiechnął się lekko. - Wolę się nie wychylać, żeby jakoś to przetrwać.

- Jasne. Potrafię dochować tajemnicy - odparła Lisa. - Mieszkasz tu, prawda? W Kołobrzegu - dodała, by potwierdzić swoje przypuszczenia.

- Skąd wiesz? - zdziwił się.

- Intuicja - powiedziała.

- Widzę, że cię nie zawodzi - splótł ręce na piersi i oparł się o ścianę. - Ale tymczasowo mieszkam tutaj, z Jankiem, Wiktorem i Mateuszem w pokoju, bo kierownik stwierdził, że tak będzie "właściwie" - przewrócił oczami.

- Auć. Współczuję - Lisa mogła się tylko domyślać, jak ciężko jest użerać się z Jankiem, mieszkając z nim i jego przyjaciółmi w pokoju.

- Wiesz co, wcale nie jest tak źle. Myślałem, że będzie o wiele gorzej - powiedział Piotrek.

Lisa pomyślała, że albo udaje, albo jest aż tak odważny, albo aż tak szalony.

- Słyszałem o tym, co się stało na stołówce. Pewnie miałaś niezły ubaw.

Lisa uśmiechnęła się.

- Powiedzmy, że było całkiem zabawnie - odparła.

- Odważna z ciebie dziewczyna. Nie boisz się go ani trochę? Jeśli zacznie cię zaczepiać, czy coś takiego, mogę z nim porozmawiać - powiedział Piotrek, nagle trochę onieśmielony.

- Jesteś już ósmą osobą, która mi to proponuje - roześmiała się. - Czy naprawdę wyglądam na aż tak słabą?

- Nie. Raczej na tak fajną, że ma się ochotę mieć cię w gronie przyjaciół.

Zrobiło jej się gorąco i była pewna, że się zarumieniła. Fajna. Takie małe słowo, a sprawia tak dużą radość.

- Dzięki - odparła, uśmiechając się, i już miała powiedzieć coś więcej, kiedy usłyszeli głos kierownika.

- Piotrek! Chodź tu na chwilę!

Kiedy znikał w sali teatralnej, pomyślał, że może te warsztaty wcale nie będą takie złe. Wiedział, że Lisa to wyjątkowa dziewczyna, i nie zamierzał zostawić jej na łaskę i niełaskę swojego współlokatora.

Lisa pobiegła po dwa schodki na górę do pokoju. Zastanawiała się, czy Piotrek będzie zwiedzał Kołobrzeg z wszystkimi. Pomyślała, że sama chciałaby kiedyś zwiedzić Kraków jak turystka i ugryzła się w język, by nie krzyknąć z podekscytowania. Zapowiadały się intensywne i pełne emocji trzy tygodnie.

Kiedy weszła do pokoju, dziewczyny z wyczekiwaniem wlepiły w nią trzy pary oczu.

- Kto to jest? - wypaliła Daniela.

- Skąd go znasz? - zapytała z zaciekawieniem Daria.

Lisa zrzuciła buty i położyła się na łóżku, a potem spojrzała w sufit.

- Wczoraj w nocy wyszłam, kiedy zasnęłyście. Daria już wie. Ale żadna z was nie wie, kogo spotkałam. Weszłam na scenę i śpiewałam moją ulubioną piosenkę, a potem zapalił się reflektor. To Piotrek stał na mostku na górze. Potem zaśpiewaliśmy kawałek razem, i chwilę pogadaliśmy. Powiedział, że tylko sprawdza stan oświetlenia. Zabrzmiało to jak "Ja tu tylko sprzątam", więc to trochę dziwne, że nagle się znalazł wśród nas, nie sądzicie?

Na początku odpowiedziało jej milczenie, ale po chwili odezwała się Anka.

- Dlaczego? Może pracuje tu, ale nie płaci za udział?

- Ale nie wydawał się zachwycony, kiedy szedł po indeks - powiedziała Daria, patrząc na Lisę z uśmiechem. Coraz więcej tajemnic zostawało rozwianych.

- Bo nie był - Lisa przekręciła się na bok, wstała i zaczęła pakować torbę na spacer.

- Tyle facetów dookoła - Daniela pokręciła głową - którzy czegoś od ciebie chcą. Zwariować można.

Lisa uśmiechnęła się i przytaknęła.

- Ale trzeba stawić im czoła - powiedziała Daria z nosem w walizce, poszukując okularów przeciwsłonecznych. Spadł jej z serca kamień - nareszcie dowiedziała się, czego Lisa nie chciała jej powiedzieć. Rozumiała ją, bo gdyby sama spotkałaby kogoś takiego właściwie na granicy snu i jawy, w nocy i w takiej niezwykłej scenerii, musiałaby sama przyzwyczaić się do myśli, że to nie był sen, i nie powiedziałaby o tym nikomu przez następny dzień. A skoro Piotrek przestał być tylko postacią niemal ze snu, tajemniczym chłopakiem od reflektorów, skoro okazało się, że w świetle dnia też ukazuje się ludziom, Lisa mogła podzielić się z koleżankami tym, co przytrafiło się jej w nocy.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Renegade. Rozdział szósty - Janek.

Daria nie spała dobrze tej nocy. Udawała, że śpi, kiedy wszystkie się położyły. Wiedziała też, że Lisa nie spała dobrze - nosiło ją aż tak, że zniknęła z pokoju na dwadzieścia minut. Daria nie zasnęła przez cały ten czas, a kiedy Lisa wróciła i położyła się z powrotem do łóżka, Daria wciąż leżała twarzą do ściany i udawała, że śpi. Gdzie mogła pójść Lisa o tej porze? Wydawało się to dziwne, że nie mogąc zasnąć po prostu postanowiła wyjść, w dodatku zostawiając pokój zamknięty tylko na klamkę.

Tak długo Daria leżała na granicy rzeczywistości i snu, że nawet Lisie udało się zasnąć wcześniej.

Rano po przebudzeniu zastanawiała się, jak długo spała. Jej bezsenność chyba nie wiązała się ze spaniem w nowym miejscu, ale raczej z Damianem. Po raz kolejny nie umiała przejść nad nim do porządku dziennego.

Wstała z łóżka i podeszła do okna. Było rano, godzina siódma. Najwyższy czas na wstanie, bo śniadanie było o ósmej. Z łazienki dobiegał szum wody i śpiewanie swoistego mashupu z "Metra", co znaczyło, że Anka właśnie bierze prysznic. Daniela wciąż chrapała w najlepsze, a Lisa siedziała na parapecie i czesała włosy.

- Jak się spało? - zapytała.

- Tak sobie. Nie mogłam zasnąć.

- Damian? - Lisa się domyśliła.

- Trochę. Chyba tak. A ty gdzie byłaś tak późno? Słyszałam, że wychodziłaś - Daria postanowiła po prostu spytać.

- Przepraszam, nie chciałam hałasować - Lisa trochę się speszyła, jakby koleżanka przyłapała ją na czymś niewłaściwym.

- Nie hałasowałaś. Po prostu było cicho, a ja też nie spałam.

- Poszłam do sali teatralnej. Chciałam pobyć tam trochę sama. No i... nie mogłam się doczekać, by stanąć wreszcie na scenie - Lisa chciała zachować Piotrka tylko dla siebie, na razie nie była gotowa na opowiadanie o nim.

-  Masz naprawdę dziwne pomysły w środku nocy - Daria pokręciła głową, nieco rozbawiona.

- Hej, to nie był środek nocy!

- Ale cisza nocna poniekąd była - Daria otworzyła okno. Usłyszały poranny śpiew ptaków z drzewa, które rosło pod ich oknem.

- Poniekąd? - Lisa rzuciła szczotkę na łóżko i zaczęła zaplatać warkocz.

- Często to tylko pojęcie, a dziś po prostu wszyscy byli zmęczeni - Daria dobrze znała "cisze nocne" gdzie wszyscy udawali przed opiekunami, że śpią, a w pokojach toczyły się względnie ciche imprezy karciane, gadane albo jedzone.

- Tak, wiem o co chodzi - Lisa sama kiedyś na koloniach musiała za karę stać przy barierce od schodów z kierownikiem piętnaście minut, bo została wysłana z misją dostarczenia popcornu, a kierownik akurat szedł na zwiad. Ach, młodość.

Śpiew ptaków nie dla wszystkich był miłym zjawiskiem, a szczególnie z rana. Daniela otworzyła jedno oko, potem drugie i sarknęła.

- Dlaczego one do Marysi muszą się tak drzeć?! - wstała i zamknęła okno z hukiem.

- Gdyby nie one, mogłabyś się spóźnić na śniadanie, a dziś jest pasta jajeczna w jadłospisie - powiedziała Anka, wychodząc z łazienki w bawełnianej niebieskiej sukience i z turbanem na głowie.

Daniela spojrzała na najlepszą przyjaciółkę i przekrzywiła głowę jak piesek, kiedy się czemuś przygląda i pokiwała nią, przenosząc spojrzenie z powrotem na okno.

- To może być jakaś okoliczność łagodząca - oświadczyła.

Dziewczyny roześmiały się.

Daria usiadła przed szafą, bo miała największą półkę, która znajdowała się na samym dole. Wzięła ze sobą najwięcej ubrań. Wyjęła z szafy bawełnianą, fioletową spódnicę do kolan i białą koszulę bez rękawów, a potem poszła do łazienki.

Wzięła szybki prysznic. Myślała wciąż o tym, co Lisa robiła poza pokojem w nocy. Coś w zachowaniu Lisy podpowiadało Darii, że koleżanka nie powiedziała jej wszystkiego. Daria nie chciała nieufnie przyglądać się koleżance, a nawet materiałowi na przyjaciółkę, więc postanowiła porozmawiać z nią o tym tak szybko, jak tylko się dało. Na myśl, że dziś znowu spotka Damiana, poczuła złość zmieszaną z ulgą i szczyptą radości. Tak wiele uczuć naraz, że aż zakręciło jej się w głowie, kiedy wychodziła spod prysznica. Złapała obiema rękami za krawędź zlewu i spojrzała w lustro. Zamknęła oczy, marząc, by złe przeczucia były tylko jej wyolbrzymieniem sprawy, a nie prawdziwą intuicją. Kiedy spojrzała z powrotem na swoje odbicie, zdobyła się nawet na uśmiech.

"Wszystko będzie dobrze, Daria" - tak jak często, weszła w rolę własnej najlepszej przyjaciółki.

Ubrała się w spódnicę i koszulę. Miała własny styl i bardzo się z tego cieszyła, bo większość jej koleżanek narzekała, że nie potrafią wypracować swojego. A ona po prostu lubiła nosić eleganckie i niepowtarzalne ubrania.

Wyszła z łazienki. Dziewczyny spojrzały na jej strój z uznaniem.

- Już wczoraj to zauważyłam, ale... jak ty to robisz, że nawet najzwyklejsze ubrania wyglądają na tobie jak z wybiegu? - zapytała Daniela.

- Przesadzasz - odparła Daria. Wyjęła z kosmetyczki wypełniacz do koka i z jego pomocą wprawnie zaczęła robić kok na czubku głowy.

- Nie przesadzam - zaprotestowała Daniela. - Wyglądasz przepięknie.

- Dziękuję! - Daria była zachwycona komplementem.

- Mogę iść teraz do łazienki? - zapytała Lisa, a kiedy nikt nie zaprotestował, poszła tam z dżinsowymi szortami i zieloną bokserką pod pachą.

Musiała nosić szorty w lecie, bo lubiła korzystać z ciepła, a w długich spodniach by się ugotowała, ale gdyby istniała taka możliwość, nie odsłaniałaby ud przez cały rok. Chciała nosić więcej spódnic i sukienek, ale nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a w nich właśnie tak było. "Może jutro" - pomyślała, zakładając krótkie spodenki po prysznicu. Skrzyżowała ramiączka od stanika, bo nie znosiła, kiedy wystawały spod bokserki, założyła bluzkę i umyła twarz. Nałożyła starannie krem CC i podkład, a potem puder. Przyjrzała się sobie i stwierdziła, że może wychodzić.

W pokoju panowało pełne skupienia milczenie, bo Anka i Daria malowały się przy stole, a Daniela wskoczyła do łazienki tak szybko, jak to było możliwe. Lisa wyjęła z szafy granatowo-białą koszulę flanelową i założyła ją, rozpiętą, na bokserkę. Potem przeniosła swoją kosmetyczkę na stół i postawiła na nim swoje własne lusterko. Wyjęła z kosmetyczki paletę cieni do powiek i zaczęła starannie malować prawe oko. Niedawno odkryła, jak wielką różnicę potrafi zrobić trochę brązowego cienia od połowy powieki aż do zewnętrznego kącika i jasna, perłowa kreska od zewnętrznego kącika do połowy linii rzęs na obu powiekach. Potem użyła tuszu do rzęs.

Zanim skończyła oboje oczu, dziewczyny zdążyły się umalować, a Daniela przygotować się do wyjścia.

- Kończysz już? - zapytała Daria, kiedy Lisa ocknęła się z letargu, w który zawsze zapadała, malując się. Nie mogła nic poradzić na to, że od kiedy pamiętała, była perfekcjonistką i jak już coś robiła, to musiało wyglądać idealnie.

- Tak - Lisa spojrzała na nią z rozbawieniem.

- Ładnie się umalowałaś. Mogę się u ciebie podszkolić? - zapytała Anka.

- Jasne - koleżanka uśmiechnęła się szeroko.

Daniela miała na sobie czarne dżinsowe spodenki i zwykły, biały t-shirt z napisem "Kocham poniedziałki". Na nogi założyła szare trampki z nitami. Anka do sukienki też włożyła trampki, tyle że czarne.

Lisa miała na nogach te same sportowe buty, co w nocy. Tylko Daria wyłamała się ze schematu i założyła baleriny.

- Idziemy na śniadanie? - Anka położyła rękę na klamce.

- Chodźmy, jestem głodna! - zarządziła Daniela.

- To już? - zdziwiła się Lisa.

- Nic dziwnego, że nie zauważyłaś, skoro dwadzieścia minut się malowałaś - zażartowała Daniela.

Zamknęły za sobą pokój i zbiegły po schodach na parter. Stołówka znajdowała się tuż obok klatki schodowej, a w korytarzu już zebrał się tłumek.

Po niedługim czasie otworzyły się drzwi stołówki. Wiecznie wygłodniała młodzież wlała się gwałtowną falą do dużej sali wyłożonej zielono - białą boazerią i parkietem z ciemnego drewna na podłodze. Stoliki były ośmioosobowe, więc Lisa, Daria, Daniela i Anka usiadły z dziewczynami z pokoju obok - Adą, Magdą, Olą i Dominiką.

Śniadanie upłynęło w sennej atmosferze. Lisa nie mówiła wiele, tylko przysłuchiwała się szmerowi rozmów i stukaniu sztućców o talerze. Daria i Daniela rozmawiały z Olą, która była już znacznie bardziej wypoczęta i miała świetny humor. Anka ziewała na przemian z Dominiką, a Magda śmiała się z Ady, która próbowała swoich sił w jedzeniu tylko lewą ręką.

- Wydoroślej trochę - Dominika przewróciła oczami na zachowanie Ady, ale też śmiała się z koleżanki.

Lisa rozejrzała się po sali. Damian i Hubert siedzieli trzy stoły od nich z kolegami z pokoju i z czterema dziewczynami z innego.

Nagle drzwi do stołówki otworzyły się gwałtownie i wszedł przez nie Janek. Był ubrany w ciemnoniebieskie dżinsy i sweterek opinający szczelnie jego imponującą muskulaturę. Lisa tylko przewróciła oczami i wróciła do jedzenia, pewna, że to było zaplanowane spóźnienie, podczas gdy wszystkie spojrzenia zwrócone były na Janka.

Kiedy jednak usłyszała niespodziewany hałas, odwróciła głowę z powrotem i ujrzała przekomiczny widok: od torsu po same stopy chłopak oblany był czerwonym płynem, czyli zupą pomidorową, którą przez przypadek wylała na niego kucharka niosąca wazę z tą właśnie zupą. Zadzierał nosa tak wysoko, że nie zauważył niskiej kobiety z wielką wazą, a teraz stał i patrzył wściekłym wzrokiem to na zupę na swoim swetrze, to na przestraszoną kucharkę.

- Czy pani ma pojęcie, ile to kosztowało?! - krzyknął wściekle.

Lisie tak bardzo zachciało się śmiać, że nie mogła się powstrzymać i zachichotała. Zrobiła to jednak na tyle głośno, że Janek spojrzał na nią z morderczym wyrazem twarzy, który po chwili zelżał i przerodził się w intensywne spojrzenie z pewną nutą zainteresowania. Lisa wytrzymała i wygrała tą bitwę na spojrzenia. Janek odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stołówki, a za nim podążał coraz bardziej nasilający się śmiech wszystkich siedzących przy stolikach.

Lisa wciąż czuła spojrzenie chłopaka, mimo, że już nie było go w stołówce. Zamrugała kilka razy i spojrzała na kucharkę sprzątającą samotnie wielką kałużę rozlanej zupy. Incydent wydarzył się blisko, więc po prostu wstała, podeszła i wzięła jedną z dwóch ścierek, które zdążyła już przynieść kucharka. Kucnęła i zaczęła wycierać podłogę razem z nią.

.............................................
Tym razem trochę krótszy rozdział, bo mam wrażenie, że za długich nie czyta się tak dobrze - no i długo się je pisze.

sobota, 21 marca 2015

Zdradliwa pogoda: jak nie zachorować

Nie wiem, o co chodzi, ale jak na razie w tym roku szkolnym stosunkowo często byłam chora, a na dodatek nie chciało mi przejść bez wizyty u lekarza. Cały poprzedni tydzień spędziłam na chorowaniu. Postanowilam więc podzielić się kilkoma prostymi wskazówkami, ktorych ja się nie trzymałam.
Mam też wrażenie, że na moją kondycję zdrowotną wpływała ilość niezdrowego jedzenia, które w siebie wpycham. Ooops...

1. Słuchaj swojego organizmu. Kiedy czujesz, że powinnaś/powinieneś zadbać trochę o swoją kondycję fizyczną, zrób chociaż malutki kroczek w tą stronę. Jeśli wiesz, że niezdrowe jedzenie wpływa na twoje zdrowie, to może zastąpisz batona bananem czy chipsy suszonymi jabłkami chociaż raz w tygodniu? Możesz też poszukać w internecie przepisów na szybkie, zdrowe i naprawdę pyszne przekąski. Nie namawiam cię na odmawianie sobie ukochanego jedzenia, bo ja sama kocham jeść i raczej nie ograniczam się w tym zwiazku, ale może odkryjesz jakieś nowe ulubione smaki? Zdrowsze?
2. Kiedy czujesz, że dopada cię przeziębienie, grypa czy cokolwiek, bez zwłoki zarejestruj się do lekarza. Nawet jeśli czujesz, że możesz wyleczyć się domowym sposobem albo resztą lekarstw pozostałych z poprzedniej "sesji chorowania". Przecież jeśli wyzdrowiejesz na własną rękę do tego czasu, możesz odwołać wizytę. A jeśli nie przejdzie ci choroba, albo co gorsza będzie jeszcze gorzej, poczekasz kolejne dwa dni na wizytę. "Pierwszy wolny termin za dwa dni", chyba wszyscy znamy to oblężenie przychodni w okresie wzmożonych przeziębień, prawda?
3. Nie polatuj w trampkach i nie zmieniaj szalika na chustkę od pierwszego ciepłego promienia słońca. Moim głównym problemem jest właśnie to, że natychmiast wrzucam na siebie wszystko lżejsze, co mam na wieszaku, zamiast zmiany na przykład tylko kurtki. I to był właśnie główny powód, dlaczego przez cały poprzedni tydzień leżałam w łóżku z katarem, kaszlem i byłam "trochę" niema.
4. Jeśli masz jakiś lekki objaw choroby (na przykład przewlekły katar czy lekki kaszel, z którymda się żyć), pójdź z tym do lekarza. Wylecz i wróć do życia na pełne obroty, a nie udajesz zdrowego, podczas gdy najchętniej ukryłbyś się pod kołdrą. No i zwróć uwagę na to, że niefajnie chodzić i zarażać.
5. Nie wymagaj od siebie rzeczy niemożliwych. Znajdź dla siebie czas. Nie narażaj zdrowia fizycznego i psychicznego dla rzeczy ulotnych.
6. Ćwicz na lekcjach wuefu. Ja mam to szczeście, że moja nauczycielka rozumie możliwości każdej z nas i nie wymaga od nasrzeczy niemożliwych. Jeśli w twojej szkole w-f jest beznadziejny (albo po prostu nie chodzisz już do szkoły xD), ćwicz,tańcz, dbaj o siebie itd. Polecam pływanie, zumbę i rower. I rolki, ale jest jeszcze trochę zimno jak na nie.
7. Powieś sobie na lodówce tabelę - które witaminy i pierwiastki co wspomagają i gdzie można je znaleźć.
8. Nawet, jeśli twoja mama, przyjaciółka, tata, psycholog, pies, kot, ktokolwiek, kogo rad słuchasz w życiu, mówi, że apteczne suplementy i tabletki z witaminami faktycznie działają i masz je brać, to zapewne mówi też, że masz jeść warzywa i owoce. Bo tam te witaminy są naturalne. Sprawdzone. Zaufane. Szybka konkluzja: zamiast faszerować się prochami, szukaj naturalnych źródel witamin.
9. Jeśli masz od czterech tygodni ochotę na pizzę z ulubionej knajpy, ale nie masz z kim pójść, bo wszyscy dookoła są chorzy (może nawet włącznie z tobą), to wiesz co? PÓJDŹ NA TĄ PIZZĘ SAM!!!
Poważnie.

Mam nadzieję, że ktoś skorzysta z tych "Dobrych rad cioci Łucji", bo już od jakiegoś czasu chciałam coś takiego napisać. To z tą pizzą to poważnie, nikt nie chce ze mną pójść ani dać mi kasy. Zaczynam być zdesperowana.
Dodam jeszcze post o tym, co robić z chorobą, jak już się rozgości :P

czwartek, 19 marca 2015

Renegade. Rozdział piąty - Piotrek

Kiedy zaczynałam pisać Renegade, chodziło głównie o wydarzenia w tym rodziale, więc jestem strasznie podekscytowana tym, że nareszcie to publikuję!!!
Ten rozdział dedykowałabym siostrom Cimorelli, gdyby tylko była szansa, że to przeczytają. Więc dedykuję go wszystkim CimFam, ale i wszystkim innym ludziom, którzy marzą o takich dziwnych spontanicznych wydarzeniach, jak w tym rozdziale <3 Enjoy!

Po wejściu na salę widowiskową Lisa rozejrzała się dookoła z zachwytem. Sala nie była szczególnie nowoczesna ani ogromna, ale miała swój niesamowity urok. Niektórzy, bardziej wymagający młodociani znawcy teatru mogli być zawiedzeni, ale nie Lisa.

Sala miała wysokość trzech pięter, mogła się w niej zmieścić ponad setka osób. Na tym kończyły się jej konkrety i zaczynały bardziej zależne od gustu oceny. Cała sala obłożona była ciemnym drewnem, co nadawało jej pewien urok starych strychów. Siedzenia obito miękkim materiałem w uspokajającym kolorze ciemnej zieleni. Taki sam kolor miała kurtyna. Sama scena prezentowała się dumnie, ale teraz ginęła w półmroku, bo zapalone były tylko kinkiety na ścianach wokoło publiczności. Uroczystego charakteru tym chwilom nadawało słabe, wieczorne światło wpadające przez cztery duże świetliki w dachu.

Uczestnicy warsztatów zaczeli zajmować miejsca w przednich rzędach. Lisa, Daniela, Daria, Anka i dziewczyny z pokoju obok usiadły w drugim. Kiedy wszyscy weszli i usiedli - było ich czterdzieści plus opiekunowie - zaczęła się gadka powitalna. Nie była długa. Właściciele ośrodka przywitali ich serdecznymi słowami i powiedzieli krótko o zasadach w nim panujących. Standardowo, cisza nocna o 22:00, jutro śniadanie o ósmej, program przedstawi wam kierownik.

Kierownik wdał się w szczegóły. Kiedy czytał szczegółowy program, Lisa zaczęła przysypiać, bo i tak znała go na pamięć. Po przedstawieniu każdego dnia z osobna wyjął z plecaka gruby plik ciemnozielonych książeczek. Wtedy dopiero Lisa wyprostowała się na swoim fotelu i przyjrzała się jednej, którą kierownik podniósł do góry.

- Indeksy są pewnego rodzaju niespodzianką - wyjaśnił zaskoczonej publiczności. - Teraz oficjalnie każdy z was odbierze swój i będzie to formalna inauguracja warsztatów.

Zaczęły się nazwiska na "a". Lisa bacznie przyglądała się uczestnikom. Obserwowała, jak zmienia się wyraz twarzy wywołanego nastolatka: niektórzy zachowywali się, jakby szli po wybiegu, inni starali się udawać, że ich tam nie ma, a jeszcze inni byli całkowicie wyluzowani.

- Lisa Charwell! - usłyszała. Wstała z fotela, a potem omal nie potknęła się o buty Danieli, ale odzyskała równowagę i ruszyła po indeks. Czuła na sobie kilkadziesiąt spojrzeń, ale, ku jej zdziwieniu, nie onieśmielało jej to. Wręcz przeciwnie, poczuła się dobrze - jak za starych lat, kiedy jeszcze była złotym dzieckiem. Nawet uśmiechnęła do jakiegoś miło wyglądającego chłopaka na końcu pierwszego rzędu. Po raz pierwszy od wieków nie wstydziła się też swojego nazwiska. Uścisnęła dłoń kierownika warsztatów i właścicielki ośrodka, wzięła w swoje ręce niewielką, zieloną książeczkę i podążyła z powrotem do swojego miejsca, wyławiając z tłumu śledzące spojrzenie Huberta. Chyba mu imponowała. Musiała go rozgryźć, ale nie wiedziała, czy w ogóle ma to sens. Może właśnie nie musiała nic rozgryzać, bo wszystko było podane jak na talerzu? Dotarła do siedzenia, ledwo zauważając, jak szybko i odważnie wyszła wcześniej na środek.

Dalsze rozmyślania były pochłonięte przez obserwację ludzi wychodzących spomiędzy siedzeń. Lisa widziała, jakie wrażenie Hubert zrobił na wszystkich, a szczególnie dziewczynach - przystojny, wysoki, luzacki, ale sprawiający wrażenie tajemniczości. Jeśli Lisa się nie myliła, po prostu chciał za takiego uchodzić - i mu się udawało, nawet jeśli miałby nie mieć nic do ukrycia.

Po Hubercie kierownik wywołał gwiazdę, która przyćmiła chłopaka.

- Jan Szczęsny!

- Jestem, panie profesorze! - rozległ się głos z wysokości podłogi.

- Więc proszę, podejdź po indeks - kierownik uśmiechnął się dobrotliwie.

Chłopak podniósł się spomiędzy siedzeń i zaczął iść krokiem modela. Miał na sobie cienką, jasną kurtkę wyglądającą jak spod igły prawdziwego projektanta. Pod okryciem miał ciemnoszary t-shirt, pod którym wyraźnie rysowały się mięśnie z prawdziwego zdarzenia. Miał na sobie też zwykłe, ciemnoniebieskie dżinsy, a jego uroda aż onieśmielała.

Lisa osunęła się niżej w fotelu i przewróciła oczami, nie mogąc patrzeć na tego pozera. Słał innym chłopakom pogardliwe spojrzenia, a na dziewczyny spoglądał z uśmieszkiem "wszystkie będą moje".

O nie, gapi się - pomyślała Lisa i starała się spuścić oczy w dół, by nie widział jej dokładnie. Nie lubiła takich chłopaków. Miała same nieprzyjemne wspomnienia z nimi związane.

Inauguracja minęła. Lisa, Daniela, Daria i Anka pobiegły do pokoju na wyścigi, po drodze przekrzykując kolejność do prysznica. Ance udało się zająć pierwsze miejsce w kolejce, Lisie drugie, Danieli trzecie, a Daria sama chciała być ostatnia.

Anka poszła się myć, a reszta rozpakowywała walizki, układając rzeczy w szafie.

- Mogę wam opowiedzieć, jak to było z Damianem? - Daria nareszcie mogła zrobić to, na co czekała tak długo.

- No jasne. Mów - odparła Daniela.

- A Anka? - Lisa miała wątpliwości, czy to byłoby fair pozostawiać koleżankę w niewiedzy.

- Powtórzymy jej - powiedziała Daniela, wyjmując z walizki piżamę.

- No więc... Poznaliśmy się na przesłuchaniu. Był super uprzejmy, zapewniał każdego z osobna, że poszło mu świetnie. Po pierwszej próbie poszliśmy do knajpy wszyscy lepiej się poznać. Wtedy chyba trochę się w nim zabujałam... tak samo jak każda normalna dziewczyna w spektaklu. Naprawdę na niewielu ludzi nie działa urok Damiana. Dogadywaliśmy się dobrze i zaczeliśmy się spotykać naprawdę często.

Daniela przytaknęła, a Lisa położyła się na swoim łóżku na plecach i wyobraziła sobie taką sytuację.

- Rozmawiałyśmy o nim i każda z nas mówiła to samo: że kiedy rozmowa schodzi na miłość czy jakieś inne silne uczucie, Damian mówi, jak bardzo nas wszystkie kocha i jak bardzo jesteśmy wszystkie jego przyjaciółkami. To było nawet trochę wkurzające. Chodziłam z nim na pizzę, na kawę i ciastko, raz czy dwa byliśmy na łyżwach, ale pewnego dnia chyba po prostu zaczęłam za bardzo wypytywać go o związki. I czy to nie jest trudne mieć tyle przyjaciółek. Wkurzył się i powiedział, że kiedy będzie chciał się ustatkować u czyjegoś boku, to mi powie, ale mam nie ingerować w jego osobiste sprawy. Przeprosił mnie potem, ale nasza dalsza przyjaźń wyglądała tak, jak na początku "Lotty" - spotykaliśmy się raczej w grupie spektaklowej, a we dwójkę spotykał się ze swoją nową najlepszą przyjaciółką. Krótko potem odkryłam, że tak naprawdę moje dwa tygodnie to była dla niego wieczność. On potrafił mieć inną "true friend" na każdy dzień, a nawet na przedpołudnie i na popołudnie. Mi udało się zatrzymać go na bardzo długo. I nie mogę powiedzieć, że za nim nie tęskniłam.

Zapadła krótka cisza przerywana tylko szumem wody w łazience. Lisa przekręciła się na bok, a Daniela wcisnęła walizkę pod łóżko.

- Mam tylko nadzieję, że was nie spotka takie rozczarowanie. No i chciałam was po prostu przestrzec.

- A wiesz co ja myślę? Myślę że on jest tchórzem - Daniela dodatkowo kopnęła swoją walizkę i usiadła na krześle.

- Nie wiem, czy mam się cieszyć, że tak przypadkowo go spotkałam, czy martwić.

- Ciesz się. Zmiany są dobre. I niespodzianki - Lisa uśmiechnęła się do Darii i podążyła do łazienki, z której właśnie wyszła Anka.

~~~~~~~~~~~~~~~

Po przegadaniu dalszej części wieczoru położyły się, zmęczone, do łóżek. Pierwsza zasnęła Daniela, potem Daria i Anka, ale Lisa wciąż leżała w ciszy i wpatrywała się w ginący w ciemności sufit. Nie była tak zmęczona po długiej podróży jak wszyscy inni uczestnicy warsztatów. Wręcz przeciwnie, takie długie trasy dawały jej jeszcze więcej energii. Leżała więc i myślała. O tym, jak wyszła na środek, jak cieszyło ją nawet to, że znalazła się w centrum uwagi. To uczucie bycia w centrum uwagi było jej od kilku lat obce, bo przestała je lubić, uciekała od niego.

Aż usiadła, kiedy przez myśl przebiegł jej nieco niepasujący do niej pomysł. Nie mogła dłużej czekać.

"Ostatecznie, co mi zrobią? Mogę udawać, że lunatykuję. Tylko najem się wstydu. Z resztą, i tak wszystko jedno. Kogo obchodzi wstyd." - pragnęła zrobić coś tylko dla siebie, tak, by potem mieć gdzieś reakcję innych.

Wstała. Założyła na koszulkę od spania fioletową bluzę z kapturem. Miała na sobie wygodne legginsy, a stopy wsunęła w buty sportowe.

Otworzyła drzwi na korytarz i wyszła, nawet nie zamykając pokoju na klucz, który wsunęła pod dywan, na którym stał stół i krzesła. Miała nadzieję, że szybko wróci, a nikt inny nie wpadnie na pomysł nocnych spacerów... i naciśnięcia klamki ich pokoju.

Skierowała się schodami w dół, na parter do sali teatralnej. Korytarze były zupełnie puste, podłoga nie skrzypiała. Lisa była niesamowicie zadowolona z tego faktu.

Nacisnęła dużą klamkę jednego skrzydła szerokich drzwi do sali i uchyliła je na tyle, by się zmieścić, weszła do środka i starannie zamknęła za sobą drzwi. Nawet nie była zaskoczona, że nie są zamknięte na klucz. Nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać.

Sala wyglądała już inaczej. Nie było w niej całkiem ciemno, bo przez świetliki w dachu wpadało światło księżyca w pełni. Nadawało miejscu jeszcze bardziej wyjątkowego charakteru.

Podeszła do sceny i położyła rękę na jej krawędzi. Uśmiechnęła się i rozejrzała po podwyższeniu. Schodki leżały w odległym kącie za kurtyną, ale Lisa ich nie potrzebowała, bynajmniej nie dlatego, że nie zamierzała wchodzić na scenę. Oparła obie dłonie o krawędź i przeniosła na nie ciężar ciała, a potem wskoczyła na scenę i przysiadła na niej. Wstała i znów, po raz pierwszy od wielu lat, patrzyła na świat z wysokości aktora w teatrze.

Ogarnęła ją taka radość, że usłyszała gdzieś w głębi siebie jedną ze swoich ulubionych piosenek, "Everything you have" zespołu Cimorelli. Była sama, a już tak dawno nie śpiewała, że zaczęła nucić wstęp do tego utworu. Po chwili z jej ust wydobył się czysty, piękny głos. Nie mogła się powstrzymać, śpiewała.

"I used to think that happiness was

feeling like you finally won

I couldn't rest knowing someone else

might be out there having more fun!"

Po części, którą w oryginale śpiewała Christina, najstarsza z sióstr Cimorelli, Lisa urwała na chwilę. Była zachwycona sposobem, w jaki jej głos wypełniał powoli salę, na początku trochę lękliwie, delikatnie, a potem parł naprzód z majestatyczną mocą. Śpiewała dalej, tym razem kawałek Lauren, trochę wyżej:

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I przeszła gładko do refrenu, który śpiewała jej imienniczka. Czuła się najlepiej w partiach śpiewanych przez Lisę właśnie, bo miały podobne głosy.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have."

Drugą zwrotkę w oryginale zaczynała Dani, która pod pewnymi względami w oczach Lisy miała z Danielą więcej wspólnego, niż tylko imię.

"I used to think that beautiful

was looking like a perfect tan

I couldn't see I was good enough

Couldn't get past everything they said."

Dalej Lisa śpiewała kawałek Katherine.

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I kiedy tym razem zaczęła refren, zaświecił reflektor i skierował się na nią. Lisa zobaczyła, że na balkonie nad sceną, niewidocznym z widowni, z którego zwieszało się w spektaklach różne maszynerie potrzebne do efektów specjalnych (i tych mniej specjalnych) stoi chłopak, mniej więcej w jej wieku.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have.

Looking all around, can't you feel the pain?

Talking like they know but they don't know a thing.

You can leave tonight and never look back,

cause everything you need is everything you have."

Podczas śpiewania drugiego refrenu, tym razem dłuższego, Lisa doznała niemałego zaskoczenia. Tajemniczy chłopak z drewnianego balkonu znał tekst piosenki! Dołączył do niej po drugiej linijce, a w drugiej połowie refrenu Lisa zauważyła z boku za kulisami drabinkę, i wspięła się po niej. Stanęła na balkonie naprzeciwko mostku, na którym stał chłopak.

Cicho zaśpiewali bridge - w oryginale wykonany przez Amy - który składał się jedynie z czterech pierwszych wersów refrenu, a potem zawiesili głosy, tym samym skracając piosenkę o jeden refren z mnóstwem chórków, ale teraz właśnie takie zakończenie im obu odpowiadało.

Dzieliły ich dwie drewniane barierki i dwa metry przestrzeni między mostkami, ale oboje czuli, że w tej sytuacji zwykłe podanie rąk byłoby wręcz nie na miejscu.

- Piotrek - powiedział chłopak i uśmiechnął się. Miał teraz dołeczek w jednym policzku, ale reszta jego postury była męska. Włosy miał w kolorze ciemnego blondu, był wysoki.

- Lisa - odparła. - Pracujesz tu?

Nawet nie przeszkadzało jej, że jest w piżamie.

- Można tak to ująć - przez jego twarz przebiegł grymas. Zgadła, że nie chce o tym mówić obcej osobie. Może był z tych osób, które nie lubią użalać się nad sobą i zawracać innym głowy swoimi problemami.

- Masz ładny głos. I skąd znasz tą piosenkę? Niewiele ludzi w Polsce zna Cimorelli.

- Mam ładny głos? W porównaniu z twoim jestem żałosnym amatorem - uśmiechnął się i wrócił do reflektora, który wcześniej zapalił, a teraz go zgasił i zaczął coś przy nim majstrować.

Zapadła cisza i ciemność, przerwana tylko echem jej, tym razem nieśmiałego "dziękuję".

- Właściwie to co ty tutaj robisz, Lisa? - zapytał Piotrek, nagle znajdując się tuż obok niej. Zapalił latarkę, by oświetlić kawałek ich przestrzeni na mostku.

Nie wiedziała, czy pyta ją o to, co robi w Polsce z takim imieniem, czy o to co robi tu o tej porze.

"Popadasz w paranoję. Imienną. Nadinterpretujesz" - zganiła się w myślach.

- Przyjechałam na warsztaty - uśmiechnęła się, ale widząc jego rozbawione, błądzące spojrzenie, poprawiła się. - Nie mogę spać.

- Ja miałem sprawdzić stan techniczny kulis, ale nie miałem czasu przez cały dzień, więc robię to teraz - powiedział Piotrek. - Odprowadzę cię do pokoju - dodał.

- Nie trzeba - Lisa uśmiechnęła się uspokajająco, ale podążyła za nim na dół.

- Nalegam - powiedział, podając jej rękę, kiedy schodzili ze sceny.

- Okej. Skoro chcesz. Ale obiecaj mi, że jeszcze zaśpiewamy razem - chwyciła go za dłoń, chociaż wcale nie potrzebowała pomocy.

- Jasne. Z przyjemnością - uśmiechnął się w taki sposób, że aż do rana nie pomyślała o Hubercie. - A którą piosenkę?

- "Renegade".

Kiedy znalazła się w pokoju, szybko zasnęła. Już dawno nie zdarzyło się jej coś tak niesamowitego i dziwnego zarazem, jak to nocne spotkanie.


A tak wygląda okładka Renegade na Wattpad:

niedziela, 1 marca 2015

Małe wielkie momenty

Do napisania tego postu zainspirowała mnie wczorajsza noc. Długo leżałam (no przyznam się, oglądałam filmy na YouTube) i około drugiej w nocy, kiedy stwierdziłam, że muszę w końcu zasnąć, usłyszałam dziwne, przytłumione odgłosy na dworze. Wydawało mi się, że to śpiew ptaków, ale nie byłam pewna. Dopiero, kiedy wstałam z łóżka i otworzyłam okno, upewniłam się, że te dźwięki to ptasie trele. Nie były takie głośne jak w lecie w koronach drzew, ale i tak stałam przy oknie jak urzeczona. Potem położyłam się z powrotem, tym razem okno było uchylone. Wsłuchiwałam się w śpiew ptaków, myślałam i w ogóle nie chciało mi się spać. W końcu zasnęłam, a rano ptaki nie śpiewały aż tak niesamowicie, bo zagłuszał je szum budzącego się miasta.
Kocham takie momenty. Są jak kolorowa, wyjątkowa klatka w filmie życia. Jeśli nauczymy się dostrzegać ich więcej, w zwykłych rzeczach, naprawdę możemy pokochać życie takim, jakim jest.
Kolejnym z takich momentów są wschody słońca. Wstajesz rano, oczy ci się kleją i jesteś niewyspany/a, ale podciągasz rolety i widzisz cudowny widok, który rozpościera się na niebie. Ja często widywałam takie cuda, kiedy wstawałam w zimie o 6:30, ale teraz wschody są trochę wcześniej. Mój pokój jest od wschodu, więc naprawdę dobrze mi się trafiło.
Podobnie działają zachody słońca. Pewnie więcej osób widuje właśnie je, bo łatwiej znaleźć chwilę do kontemplacji nieba wieczorem niż rano. Jednak te pierwsze zwiastują nowy dzień, nowe nadzieje i szanse, dają energię do działania, a te drugie - to jest właśnie moment na rozliczenie się z dniem, zachwycania się kolorami nieba i na relaks.
Właśnie wpadłam na pomysł, by nie przegapić ani jednego zachodu słońca w tym miesiącu. W końcu takie piękne rzeczy są na wyciągnięcie ręki!
Czasem wychodzę na balkon, patrzę na miasto i myślę. Patrzę na słońce, które absolutnie kocham za energię, jaką mi daje, patrzę, jak mieni się w moich włosach. Jeśli jest pochmurno, patrzę w chmury i sięgam wzrokiem najdalej, jak mogę w każdym możliwym kierunku. Jeśli jest noc, patrzę na światła miasta. I czuję się jak w filmie.
Burze. Kocham burze. Nie rozumiem ludzi, którzy się ich boją. Gaszę światło (albo i nie), siadam na parapecie i patrzę na deszcz. Na pioruny, które mnie absolutnie fascynują. Nie mogę się doczekać pierwszego wiosennego deszczu, a potem potężnych, letnich burz. Czasem nawet siedzę na parapecie z otwartym oknem i deszcz kapie mi na kolano. Jeśli zrywa się gwałtowny wiatr, siedzę na parapecie (tu już pewnie z zamkniętym oknem, chociaż nie zawsze) i patrzę zafascynowana na targane jego siłą drzewa, na szarą ścianę wody. Natura nie da się kompletnie wyplenić z miasta. I za to ją kocham.
Kolejnym momentem jest nagły impuls. Na przykład to poczucie, że muszę podziękować Darii za pizzę, mimo że wszyscy patrzą na nią wilkiem, i mocno ją przytulić < http://lucyfromnarnia.blogspot.com/2015/01/wieczor-peen-wrazen-i-nieoczekiwana-noc.html#comment-form > W tej notce możesz się dowiedzieć, o co chodziło.
Kiedy stwierdzam, że muszę coś zrobić. Po prostu muszę, bo jak nie ja, to nikt. Raz stwierdzilam, że muszę w koncu coś zrobić z pocztówkami, które kurzą się na półce, i przykleilam je na ścianie. Wygląda to naprawdę super i przypomina mi o miłych rzeczach i fajnych miejscach.
Na niemieckim stwierdzilam, że muszę zgłosic się do programu wymiany młodzieżowej, bo poprzedni, w gimnazjum, zmienił wiele w moim życiu. I ten w liceum też wiele zmienił, zmienia i jeszcze zmieni.
To są nagłe impulsy, których czasem naprawdę warto posłuchać. Dziś miasto wydawało mi się trochę obce i nieprzyjemne, więc, idąc na spacer, pod wpływem nagłego impulsu poszłam na Gorzkie Żale. Bardzo lubię to nabożeństwo, bo można na nim wyśpiewać wszystko, co leży na sercu, poprzez śpiewanie o Męce Pańskiej. Kiedy wyszłam z kościoła, miasto wydawało się już trochę przyjaźniejsze.
Pewnie mam jeszcze wiele przykładów chwil, kiedy życie jest wyjątkowe i przypomina scenę z filmu, ale na razie to tyle.
Jeśli znajdujesz piękno we wszystkich rzeczach, osobach, momentach, żyjesz pełnią życia.