sobota, 21 marca 2015

Zdradliwa pogoda: jak nie zachorować

Nie wiem, o co chodzi, ale jak na razie w tym roku szkolnym stosunkowo często byłam chora, a na dodatek nie chciało mi przejść bez wizyty u lekarza. Cały poprzedni tydzień spędziłam na chorowaniu. Postanowilam więc podzielić się kilkoma prostymi wskazówkami, ktorych ja się nie trzymałam.
Mam też wrażenie, że na moją kondycję zdrowotną wpływała ilość niezdrowego jedzenia, które w siebie wpycham. Ooops...

1. Słuchaj swojego organizmu. Kiedy czujesz, że powinnaś/powinieneś zadbać trochę o swoją kondycję fizyczną, zrób chociaż malutki kroczek w tą stronę. Jeśli wiesz, że niezdrowe jedzenie wpływa na twoje zdrowie, to może zastąpisz batona bananem czy chipsy suszonymi jabłkami chociaż raz w tygodniu? Możesz też poszukać w internecie przepisów na szybkie, zdrowe i naprawdę pyszne przekąski. Nie namawiam cię na odmawianie sobie ukochanego jedzenia, bo ja sama kocham jeść i raczej nie ograniczam się w tym zwiazku, ale może odkryjesz jakieś nowe ulubione smaki? Zdrowsze?
2. Kiedy czujesz, że dopada cię przeziębienie, grypa czy cokolwiek, bez zwłoki zarejestruj się do lekarza. Nawet jeśli czujesz, że możesz wyleczyć się domowym sposobem albo resztą lekarstw pozostałych z poprzedniej "sesji chorowania". Przecież jeśli wyzdrowiejesz na własną rękę do tego czasu, możesz odwołać wizytę. A jeśli nie przejdzie ci choroba, albo co gorsza będzie jeszcze gorzej, poczekasz kolejne dwa dni na wizytę. "Pierwszy wolny termin za dwa dni", chyba wszyscy znamy to oblężenie przychodni w okresie wzmożonych przeziębień, prawda?
3. Nie polatuj w trampkach i nie zmieniaj szalika na chustkę od pierwszego ciepłego promienia słońca. Moim głównym problemem jest właśnie to, że natychmiast wrzucam na siebie wszystko lżejsze, co mam na wieszaku, zamiast zmiany na przykład tylko kurtki. I to był właśnie główny powód, dlaczego przez cały poprzedni tydzień leżałam w łóżku z katarem, kaszlem i byłam "trochę" niema.
4. Jeśli masz jakiś lekki objaw choroby (na przykład przewlekły katar czy lekki kaszel, z którymda się żyć), pójdź z tym do lekarza. Wylecz i wróć do życia na pełne obroty, a nie udajesz zdrowego, podczas gdy najchętniej ukryłbyś się pod kołdrą. No i zwróć uwagę na to, że niefajnie chodzić i zarażać.
5. Nie wymagaj od siebie rzeczy niemożliwych. Znajdź dla siebie czas. Nie narażaj zdrowia fizycznego i psychicznego dla rzeczy ulotnych.
6. Ćwicz na lekcjach wuefu. Ja mam to szczeście, że moja nauczycielka rozumie możliwości każdej z nas i nie wymaga od nasrzeczy niemożliwych. Jeśli w twojej szkole w-f jest beznadziejny (albo po prostu nie chodzisz już do szkoły xD), ćwicz,tańcz, dbaj o siebie itd. Polecam pływanie, zumbę i rower. I rolki, ale jest jeszcze trochę zimno jak na nie.
7. Powieś sobie na lodówce tabelę - które witaminy i pierwiastki co wspomagają i gdzie można je znaleźć.
8. Nawet, jeśli twoja mama, przyjaciółka, tata, psycholog, pies, kot, ktokolwiek, kogo rad słuchasz w życiu, mówi, że apteczne suplementy i tabletki z witaminami faktycznie działają i masz je brać, to zapewne mówi też, że masz jeść warzywa i owoce. Bo tam te witaminy są naturalne. Sprawdzone. Zaufane. Szybka konkluzja: zamiast faszerować się prochami, szukaj naturalnych źródel witamin.
9. Jeśli masz od czterech tygodni ochotę na pizzę z ulubionej knajpy, ale nie masz z kim pójść, bo wszyscy dookoła są chorzy (może nawet włącznie z tobą), to wiesz co? PÓJDŹ NA TĄ PIZZĘ SAM!!!
Poważnie.

Mam nadzieję, że ktoś skorzysta z tych "Dobrych rad cioci Łucji", bo już od jakiegoś czasu chciałam coś takiego napisać. To z tą pizzą to poważnie, nikt nie chce ze mną pójść ani dać mi kasy. Zaczynam być zdesperowana.
Dodam jeszcze post o tym, co robić z chorobą, jak już się rozgości :P

czwartek, 19 marca 2015

Renegade. Rozdział piąty - Piotrek

Kiedy zaczynałam pisać Renegade, chodziło głównie o wydarzenia w tym rodziale, więc jestem strasznie podekscytowana tym, że nareszcie to publikuję!!!
Ten rozdział dedykowałabym siostrom Cimorelli, gdyby tylko była szansa, że to przeczytają. Więc dedykuję go wszystkim CimFam, ale i wszystkim innym ludziom, którzy marzą o takich dziwnych spontanicznych wydarzeniach, jak w tym rozdziale <3 Enjoy!

Po wejściu na salę widowiskową Lisa rozejrzała się dookoła z zachwytem. Sala nie była szczególnie nowoczesna ani ogromna, ale miała swój niesamowity urok. Niektórzy, bardziej wymagający młodociani znawcy teatru mogli być zawiedzeni, ale nie Lisa.

Sala miała wysokość trzech pięter, mogła się w niej zmieścić ponad setka osób. Na tym kończyły się jej konkrety i zaczynały bardziej zależne od gustu oceny. Cała sala obłożona była ciemnym drewnem, co nadawało jej pewien urok starych strychów. Siedzenia obito miękkim materiałem w uspokajającym kolorze ciemnej zieleni. Taki sam kolor miała kurtyna. Sama scena prezentowała się dumnie, ale teraz ginęła w półmroku, bo zapalone były tylko kinkiety na ścianach wokoło publiczności. Uroczystego charakteru tym chwilom nadawało słabe, wieczorne światło wpadające przez cztery duże świetliki w dachu.

Uczestnicy warsztatów zaczeli zajmować miejsca w przednich rzędach. Lisa, Daniela, Daria, Anka i dziewczyny z pokoju obok usiadły w drugim. Kiedy wszyscy weszli i usiedli - było ich czterdzieści plus opiekunowie - zaczęła się gadka powitalna. Nie była długa. Właściciele ośrodka przywitali ich serdecznymi słowami i powiedzieli krótko o zasadach w nim panujących. Standardowo, cisza nocna o 22:00, jutro śniadanie o ósmej, program przedstawi wam kierownik.

Kierownik wdał się w szczegóły. Kiedy czytał szczegółowy program, Lisa zaczęła przysypiać, bo i tak znała go na pamięć. Po przedstawieniu każdego dnia z osobna wyjął z plecaka gruby plik ciemnozielonych książeczek. Wtedy dopiero Lisa wyprostowała się na swoim fotelu i przyjrzała się jednej, którą kierownik podniósł do góry.

- Indeksy są pewnego rodzaju niespodzianką - wyjaśnił zaskoczonej publiczności. - Teraz oficjalnie każdy z was odbierze swój i będzie to formalna inauguracja warsztatów.

Zaczęły się nazwiska na "a". Lisa bacznie przyglądała się uczestnikom. Obserwowała, jak zmienia się wyraz twarzy wywołanego nastolatka: niektórzy zachowywali się, jakby szli po wybiegu, inni starali się udawać, że ich tam nie ma, a jeszcze inni byli całkowicie wyluzowani.

- Lisa Charwell! - usłyszała. Wstała z fotela, a potem omal nie potknęła się o buty Danieli, ale odzyskała równowagę i ruszyła po indeks. Czuła na sobie kilkadziesiąt spojrzeń, ale, ku jej zdziwieniu, nie onieśmielało jej to. Wręcz przeciwnie, poczuła się dobrze - jak za starych lat, kiedy jeszcze była złotym dzieckiem. Nawet uśmiechnęła do jakiegoś miło wyglądającego chłopaka na końcu pierwszego rzędu. Po raz pierwszy od wieków nie wstydziła się też swojego nazwiska. Uścisnęła dłoń kierownika warsztatów i właścicielki ośrodka, wzięła w swoje ręce niewielką, zieloną książeczkę i podążyła z powrotem do swojego miejsca, wyławiając z tłumu śledzące spojrzenie Huberta. Chyba mu imponowała. Musiała go rozgryźć, ale nie wiedziała, czy w ogóle ma to sens. Może właśnie nie musiała nic rozgryzać, bo wszystko było podane jak na talerzu? Dotarła do siedzenia, ledwo zauważając, jak szybko i odważnie wyszła wcześniej na środek.

Dalsze rozmyślania były pochłonięte przez obserwację ludzi wychodzących spomiędzy siedzeń. Lisa widziała, jakie wrażenie Hubert zrobił na wszystkich, a szczególnie dziewczynach - przystojny, wysoki, luzacki, ale sprawiający wrażenie tajemniczości. Jeśli Lisa się nie myliła, po prostu chciał za takiego uchodzić - i mu się udawało, nawet jeśli miałby nie mieć nic do ukrycia.

Po Hubercie kierownik wywołał gwiazdę, która przyćmiła chłopaka.

- Jan Szczęsny!

- Jestem, panie profesorze! - rozległ się głos z wysokości podłogi.

- Więc proszę, podejdź po indeks - kierownik uśmiechnął się dobrotliwie.

Chłopak podniósł się spomiędzy siedzeń i zaczął iść krokiem modela. Miał na sobie cienką, jasną kurtkę wyglądającą jak spod igły prawdziwego projektanta. Pod okryciem miał ciemnoszary t-shirt, pod którym wyraźnie rysowały się mięśnie z prawdziwego zdarzenia. Miał na sobie też zwykłe, ciemnoniebieskie dżinsy, a jego uroda aż onieśmielała.

Lisa osunęła się niżej w fotelu i przewróciła oczami, nie mogąc patrzeć na tego pozera. Słał innym chłopakom pogardliwe spojrzenia, a na dziewczyny spoglądał z uśmieszkiem "wszystkie będą moje".

O nie, gapi się - pomyślała Lisa i starała się spuścić oczy w dół, by nie widział jej dokładnie. Nie lubiła takich chłopaków. Miała same nieprzyjemne wspomnienia z nimi związane.

Inauguracja minęła. Lisa, Daniela, Daria i Anka pobiegły do pokoju na wyścigi, po drodze przekrzykując kolejność do prysznica. Ance udało się zająć pierwsze miejsce w kolejce, Lisie drugie, Danieli trzecie, a Daria sama chciała być ostatnia.

Anka poszła się myć, a reszta rozpakowywała walizki, układając rzeczy w szafie.

- Mogę wam opowiedzieć, jak to było z Damianem? - Daria nareszcie mogła zrobić to, na co czekała tak długo.

- No jasne. Mów - odparła Daniela.

- A Anka? - Lisa miała wątpliwości, czy to byłoby fair pozostawiać koleżankę w niewiedzy.

- Powtórzymy jej - powiedziała Daniela, wyjmując z walizki piżamę.

- No więc... Poznaliśmy się na przesłuchaniu. Był super uprzejmy, zapewniał każdego z osobna, że poszło mu świetnie. Po pierwszej próbie poszliśmy do knajpy wszyscy lepiej się poznać. Wtedy chyba trochę się w nim zabujałam... tak samo jak każda normalna dziewczyna w spektaklu. Naprawdę na niewielu ludzi nie działa urok Damiana. Dogadywaliśmy się dobrze i zaczeliśmy się spotykać naprawdę często.

Daniela przytaknęła, a Lisa położyła się na swoim łóżku na plecach i wyobraziła sobie taką sytuację.

- Rozmawiałyśmy o nim i każda z nas mówiła to samo: że kiedy rozmowa schodzi na miłość czy jakieś inne silne uczucie, Damian mówi, jak bardzo nas wszystkie kocha i jak bardzo jesteśmy wszystkie jego przyjaciółkami. To było nawet trochę wkurzające. Chodziłam z nim na pizzę, na kawę i ciastko, raz czy dwa byliśmy na łyżwach, ale pewnego dnia chyba po prostu zaczęłam za bardzo wypytywać go o związki. I czy to nie jest trudne mieć tyle przyjaciółek. Wkurzył się i powiedział, że kiedy będzie chciał się ustatkować u czyjegoś boku, to mi powie, ale mam nie ingerować w jego osobiste sprawy. Przeprosił mnie potem, ale nasza dalsza przyjaźń wyglądała tak, jak na początku "Lotty" - spotykaliśmy się raczej w grupie spektaklowej, a we dwójkę spotykał się ze swoją nową najlepszą przyjaciółką. Krótko potem odkryłam, że tak naprawdę moje dwa tygodnie to była dla niego wieczność. On potrafił mieć inną "true friend" na każdy dzień, a nawet na przedpołudnie i na popołudnie. Mi udało się zatrzymać go na bardzo długo. I nie mogę powiedzieć, że za nim nie tęskniłam.

Zapadła krótka cisza przerywana tylko szumem wody w łazience. Lisa przekręciła się na bok, a Daniela wcisnęła walizkę pod łóżko.

- Mam tylko nadzieję, że was nie spotka takie rozczarowanie. No i chciałam was po prostu przestrzec.

- A wiesz co ja myślę? Myślę że on jest tchórzem - Daniela dodatkowo kopnęła swoją walizkę i usiadła na krześle.

- Nie wiem, czy mam się cieszyć, że tak przypadkowo go spotkałam, czy martwić.

- Ciesz się. Zmiany są dobre. I niespodzianki - Lisa uśmiechnęła się do Darii i podążyła do łazienki, z której właśnie wyszła Anka.

~~~~~~~~~~~~~~~

Po przegadaniu dalszej części wieczoru położyły się, zmęczone, do łóżek. Pierwsza zasnęła Daniela, potem Daria i Anka, ale Lisa wciąż leżała w ciszy i wpatrywała się w ginący w ciemności sufit. Nie była tak zmęczona po długiej podróży jak wszyscy inni uczestnicy warsztatów. Wręcz przeciwnie, takie długie trasy dawały jej jeszcze więcej energii. Leżała więc i myślała. O tym, jak wyszła na środek, jak cieszyło ją nawet to, że znalazła się w centrum uwagi. To uczucie bycia w centrum uwagi było jej od kilku lat obce, bo przestała je lubić, uciekała od niego.

Aż usiadła, kiedy przez myśl przebiegł jej nieco niepasujący do niej pomysł. Nie mogła dłużej czekać.

"Ostatecznie, co mi zrobią? Mogę udawać, że lunatykuję. Tylko najem się wstydu. Z resztą, i tak wszystko jedno. Kogo obchodzi wstyd." - pragnęła zrobić coś tylko dla siebie, tak, by potem mieć gdzieś reakcję innych.

Wstała. Założyła na koszulkę od spania fioletową bluzę z kapturem. Miała na sobie wygodne legginsy, a stopy wsunęła w buty sportowe.

Otworzyła drzwi na korytarz i wyszła, nawet nie zamykając pokoju na klucz, który wsunęła pod dywan, na którym stał stół i krzesła. Miała nadzieję, że szybko wróci, a nikt inny nie wpadnie na pomysł nocnych spacerów... i naciśnięcia klamki ich pokoju.

Skierowała się schodami w dół, na parter do sali teatralnej. Korytarze były zupełnie puste, podłoga nie skrzypiała. Lisa była niesamowicie zadowolona z tego faktu.

Nacisnęła dużą klamkę jednego skrzydła szerokich drzwi do sali i uchyliła je na tyle, by się zmieścić, weszła do środka i starannie zamknęła za sobą drzwi. Nawet nie była zaskoczona, że nie są zamknięte na klucz. Nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać.

Sala wyglądała już inaczej. Nie było w niej całkiem ciemno, bo przez świetliki w dachu wpadało światło księżyca w pełni. Nadawało miejscu jeszcze bardziej wyjątkowego charakteru.

Podeszła do sceny i położyła rękę na jej krawędzi. Uśmiechnęła się i rozejrzała po podwyższeniu. Schodki leżały w odległym kącie za kurtyną, ale Lisa ich nie potrzebowała, bynajmniej nie dlatego, że nie zamierzała wchodzić na scenę. Oparła obie dłonie o krawędź i przeniosła na nie ciężar ciała, a potem wskoczyła na scenę i przysiadła na niej. Wstała i znów, po raz pierwszy od wielu lat, patrzyła na świat z wysokości aktora w teatrze.

Ogarnęła ją taka radość, że usłyszała gdzieś w głębi siebie jedną ze swoich ulubionych piosenek, "Everything you have" zespołu Cimorelli. Była sama, a już tak dawno nie śpiewała, że zaczęła nucić wstęp do tego utworu. Po chwili z jej ust wydobył się czysty, piękny głos. Nie mogła się powstrzymać, śpiewała.

"I used to think that happiness was

feeling like you finally won

I couldn't rest knowing someone else

might be out there having more fun!"

Po części, którą w oryginale śpiewała Christina, najstarsza z sióstr Cimorelli, Lisa urwała na chwilę. Była zachwycona sposobem, w jaki jej głos wypełniał powoli salę, na początku trochę lękliwie, delikatnie, a potem parł naprzód z majestatyczną mocą. Śpiewała dalej, tym razem kawałek Lauren, trochę wyżej:

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I przeszła gładko do refrenu, który śpiewała jej imienniczka. Czuła się najlepiej w partiach śpiewanych przez Lisę właśnie, bo miały podobne głosy.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have."

Drugą zwrotkę w oryginale zaczynała Dani, która pod pewnymi względami w oczach Lisy miała z Danielą więcej wspólnego, niż tylko imię.

"I used to think that beautiful

was looking like a perfect tan

I couldn't see I was good enough

Couldn't get past everything they said."

Dalej Lisa śpiewała kawałek Katherine.

"More pressure, more time

Do everything right

Don't smile, don't care,

Don't waste your Friday night

Look perfect, stand still, blend in

Don't lose the fight"

I kiedy tym razem zaczęła refren, zaświecił reflektor i skierował się na nią. Lisa zobaczyła, że na balkonie nad sceną, niewidocznym z widowni, z którego zwieszało się w spektaklach różne maszynerie potrzebne do efektów specjalnych (i tych mniej specjalnych) stoi chłopak, mniej więcej w jej wieku.

"Sometimes it's easy to get carried away

listening to the things that people say,

feeling like nobody's got your back,

but everything you need is everything you have.

Looking all around, can't you feel the pain?

Talking like they know but they don't know a thing.

You can leave tonight and never look back,

cause everything you need is everything you have."

Podczas śpiewania drugiego refrenu, tym razem dłuższego, Lisa doznała niemałego zaskoczenia. Tajemniczy chłopak z drewnianego balkonu znał tekst piosenki! Dołączył do niej po drugiej linijce, a w drugiej połowie refrenu Lisa zauważyła z boku za kulisami drabinkę, i wspięła się po niej. Stanęła na balkonie naprzeciwko mostku, na którym stał chłopak.

Cicho zaśpiewali bridge - w oryginale wykonany przez Amy - który składał się jedynie z czterech pierwszych wersów refrenu, a potem zawiesili głosy, tym samym skracając piosenkę o jeden refren z mnóstwem chórków, ale teraz właśnie takie zakończenie im obu odpowiadało.

Dzieliły ich dwie drewniane barierki i dwa metry przestrzeni między mostkami, ale oboje czuli, że w tej sytuacji zwykłe podanie rąk byłoby wręcz nie na miejscu.

- Piotrek - powiedział chłopak i uśmiechnął się. Miał teraz dołeczek w jednym policzku, ale reszta jego postury była męska. Włosy miał w kolorze ciemnego blondu, był wysoki.

- Lisa - odparła. - Pracujesz tu?

Nawet nie przeszkadzało jej, że jest w piżamie.

- Można tak to ująć - przez jego twarz przebiegł grymas. Zgadła, że nie chce o tym mówić obcej osobie. Może był z tych osób, które nie lubią użalać się nad sobą i zawracać innym głowy swoimi problemami.

- Masz ładny głos. I skąd znasz tą piosenkę? Niewiele ludzi w Polsce zna Cimorelli.

- Mam ładny głos? W porównaniu z twoim jestem żałosnym amatorem - uśmiechnął się i wrócił do reflektora, który wcześniej zapalił, a teraz go zgasił i zaczął coś przy nim majstrować.

Zapadła cisza i ciemność, przerwana tylko echem jej, tym razem nieśmiałego "dziękuję".

- Właściwie to co ty tutaj robisz, Lisa? - zapytał Piotrek, nagle znajdując się tuż obok niej. Zapalił latarkę, by oświetlić kawałek ich przestrzeni na mostku.

Nie wiedziała, czy pyta ją o to, co robi w Polsce z takim imieniem, czy o to co robi tu o tej porze.

"Popadasz w paranoję. Imienną. Nadinterpretujesz" - zganiła się w myślach.

- Przyjechałam na warsztaty - uśmiechnęła się, ale widząc jego rozbawione, błądzące spojrzenie, poprawiła się. - Nie mogę spać.

- Ja miałem sprawdzić stan techniczny kulis, ale nie miałem czasu przez cały dzień, więc robię to teraz - powiedział Piotrek. - Odprowadzę cię do pokoju - dodał.

- Nie trzeba - Lisa uśmiechnęła się uspokajająco, ale podążyła za nim na dół.

- Nalegam - powiedział, podając jej rękę, kiedy schodzili ze sceny.

- Okej. Skoro chcesz. Ale obiecaj mi, że jeszcze zaśpiewamy razem - chwyciła go za dłoń, chociaż wcale nie potrzebowała pomocy.

- Jasne. Z przyjemnością - uśmiechnął się w taki sposób, że aż do rana nie pomyślała o Hubercie. - A którą piosenkę?

- "Renegade".

Kiedy znalazła się w pokoju, szybko zasnęła. Już dawno nie zdarzyło się jej coś tak niesamowitego i dziwnego zarazem, jak to nocne spotkanie.


A tak wygląda okładka Renegade na Wattpad:

niedziela, 1 marca 2015

Małe wielkie momenty

Do napisania tego postu zainspirowała mnie wczorajsza noc. Długo leżałam (no przyznam się, oglądałam filmy na YouTube) i około drugiej w nocy, kiedy stwierdziłam, że muszę w końcu zasnąć, usłyszałam dziwne, przytłumione odgłosy na dworze. Wydawało mi się, że to śpiew ptaków, ale nie byłam pewna. Dopiero, kiedy wstałam z łóżka i otworzyłam okno, upewniłam się, że te dźwięki to ptasie trele. Nie były takie głośne jak w lecie w koronach drzew, ale i tak stałam przy oknie jak urzeczona. Potem położyłam się z powrotem, tym razem okno było uchylone. Wsłuchiwałam się w śpiew ptaków, myślałam i w ogóle nie chciało mi się spać. W końcu zasnęłam, a rano ptaki nie śpiewały aż tak niesamowicie, bo zagłuszał je szum budzącego się miasta.
Kocham takie momenty. Są jak kolorowa, wyjątkowa klatka w filmie życia. Jeśli nauczymy się dostrzegać ich więcej, w zwykłych rzeczach, naprawdę możemy pokochać życie takim, jakim jest.
Kolejnym z takich momentów są wschody słońca. Wstajesz rano, oczy ci się kleją i jesteś niewyspany/a, ale podciągasz rolety i widzisz cudowny widok, który rozpościera się na niebie. Ja często widywałam takie cuda, kiedy wstawałam w zimie o 6:30, ale teraz wschody są trochę wcześniej. Mój pokój jest od wschodu, więc naprawdę dobrze mi się trafiło.
Podobnie działają zachody słońca. Pewnie więcej osób widuje właśnie je, bo łatwiej znaleźć chwilę do kontemplacji nieba wieczorem niż rano. Jednak te pierwsze zwiastują nowy dzień, nowe nadzieje i szanse, dają energię do działania, a te drugie - to jest właśnie moment na rozliczenie się z dniem, zachwycania się kolorami nieba i na relaks.
Właśnie wpadłam na pomysł, by nie przegapić ani jednego zachodu słońca w tym miesiącu. W końcu takie piękne rzeczy są na wyciągnięcie ręki!
Czasem wychodzę na balkon, patrzę na miasto i myślę. Patrzę na słońce, które absolutnie kocham za energię, jaką mi daje, patrzę, jak mieni się w moich włosach. Jeśli jest pochmurno, patrzę w chmury i sięgam wzrokiem najdalej, jak mogę w każdym możliwym kierunku. Jeśli jest noc, patrzę na światła miasta. I czuję się jak w filmie.
Burze. Kocham burze. Nie rozumiem ludzi, którzy się ich boją. Gaszę światło (albo i nie), siadam na parapecie i patrzę na deszcz. Na pioruny, które mnie absolutnie fascynują. Nie mogę się doczekać pierwszego wiosennego deszczu, a potem potężnych, letnich burz. Czasem nawet siedzę na parapecie z otwartym oknem i deszcz kapie mi na kolano. Jeśli zrywa się gwałtowny wiatr, siedzę na parapecie (tu już pewnie z zamkniętym oknem, chociaż nie zawsze) i patrzę zafascynowana na targane jego siłą drzewa, na szarą ścianę wody. Natura nie da się kompletnie wyplenić z miasta. I za to ją kocham.
Kolejnym momentem jest nagły impuls. Na przykład to poczucie, że muszę podziękować Darii za pizzę, mimo że wszyscy patrzą na nią wilkiem, i mocno ją przytulić < http://lucyfromnarnia.blogspot.com/2015/01/wieczor-peen-wrazen-i-nieoczekiwana-noc.html#comment-form > W tej notce możesz się dowiedzieć, o co chodziło.
Kiedy stwierdzam, że muszę coś zrobić. Po prostu muszę, bo jak nie ja, to nikt. Raz stwierdzilam, że muszę w koncu coś zrobić z pocztówkami, które kurzą się na półce, i przykleilam je na ścianie. Wygląda to naprawdę super i przypomina mi o miłych rzeczach i fajnych miejscach.
Na niemieckim stwierdzilam, że muszę zgłosic się do programu wymiany młodzieżowej, bo poprzedni, w gimnazjum, zmienił wiele w moim życiu. I ten w liceum też wiele zmienił, zmienia i jeszcze zmieni.
To są nagłe impulsy, których czasem naprawdę warto posłuchać. Dziś miasto wydawało mi się trochę obce i nieprzyjemne, więc, idąc na spacer, pod wpływem nagłego impulsu poszłam na Gorzkie Żale. Bardzo lubię to nabożeństwo, bo można na nim wyśpiewać wszystko, co leży na sercu, poprzez śpiewanie o Męce Pańskiej. Kiedy wyszłam z kościoła, miasto wydawało się już trochę przyjaźniejsze.
Pewnie mam jeszcze wiele przykładów chwil, kiedy życie jest wyjątkowe i przypomina scenę z filmu, ale na razie to tyle.
Jeśli znajdujesz piękno we wszystkich rzeczach, osobach, momentach, żyjesz pełnią życia.

wtorek, 24 lutego 2015

"Jupiter: Intronizacja" czyli świat nie jest naszą własnością i inne przestrogi

Wczoraj byłam drugi raz na Carte Blanche. I za drugim razem film podobał mi się jeszcze
bardziej.
Ale teraz nie o tym.
Dwa tygodnie temu byłam w kinie na "Jupiter: Intronizacja". Film zrobił na mnie duże wrażenie swoim całokształtem.
Był to trochę spontan. Przewijałam z przyjaciółką tablicę na FB, kiedy spod dolnej granicy ekranu wyłonił się zwiastun tego właśnie filmu. Obejrzałyśmy i stwierdziłyśmy, że wydaje się fajny, więc pomyślałam "czemu nie?", mimo że nie byłam aż tak przekonana, jak moja przyjaciółka. Następnego dnia poszłyśmy do kina.
Mam wrażenie, że pierwszy raz widziałam film z Milą Kunis, ale mogę się mylić. Tak czy inaczej, jej gra aktorska mile mnie zaskoczyła. Jest naprawdę dobrą aktorką! Pasowała do roli Jupiter w moim odczuciu. Channing Tatum dobrze grał, mimo że stracił trochę swojego... tego czegoś na rzecz dość ostrych, wilczych rysów twarzy i spiczastych uszu. Jego brwi trochę za bardzo go postarzały, więc nie był takim amantem, jak w "Dear John", czy "Step Up", ale może to był zamierzony zabieg twórców? Na pierwszy rzut oka jednak nie powiedziałabym, że bohater jest mieszanką człowieka i wilka. Stinger już w ogóle nie wygląda jak likantant (czy ja to dobrze napisałam?), a gdyby nie pieczęć hodowczyni, pomyślałabym, że zapomnieli go ucharakteryzować. Być może z uwagi na to, że jest starszy, stwierdzili, że może tak zostać? :P
Rodzeństwo Abrasaxów to tak bardzo dwulicowe postacie, że do końca nie wiadomo, kto z kim współpracuje, kto kogo nienawidzi, po czyjej stronie stoi Kalique. Tuppence Middleton przyciągnęła moją uwagę - na chwilę - raczej znanym nazwiskiem, niż swoją grą - jej postać nie ma wielkiego udziału w intrydze, a raczej cieszy się z tego, że może żyć, ile chce - i zapewne nie oddałaby tego tak łatwo, więc zaliczyłam ją do grona biernych, wygodnickich, ale względnie zdeterminowanych.
Czy muszę pisać o tym, jakie wrażenie i na mnie, i na mojej przyjaciółce zrobiła aparycja Douglasa Bootha, który zagrał Titusa? Nawet nie pamiętam, jak wypadł - dobrze czy raczej słabo - bo gapiłam się na niego i nie rozumiałam, dlaczego akurat takie ciacho musieli obsadzić w roli takiego dupka. Przepraszam, no ale chyba są jakieś granice przeciwności! Na zewnątrz ideał, a w środku jakieś beznadziejne, bezduszne, zepsute próchno. Typowa ze mnie baba wyłazi, przepraszam xD
Za to za każdym razem, kiedy patrzyłam na lorda Balema (w tej roli całkiem przekonujący Eddie Redmayne), przechodziły mnie ciarki. Jego kreacja była tak szczera i tak pasował do tej roli, że wychodząc z kina, wciąż miałam przed oczami jego twarz - bez wyrazu, chłodną, jakby w środku nic nie zostało, jakby był tylko skorupą. Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie to przypomnę. Dobrze, że byłyśmy na 2D, a nie 3D ;)
Przechodząc do efektów specjalnych, czyli zdecydowanie dużej części filmu - mam wrażenie, że trzy czwarte dni zdjęciowych spędzili otoczeni green screenem, i że nawet w wolne dni kątem oka widzieli zieleń. Dużo, dużo, dużo latania dziwnymi pojazdami, spadania, ogólnie znajdowania się nad ziemią czy jakąkolwiek inną powierzchnią, unoszenia się kilka centymetrów nad ziemią - swoją drogą te buty Caine'a to moje irracjonalne marzenie. Dziwne potworki, wlatywanie do wnętrza Jowisza - bo w końcu to gazowa planeta, co nie?, roboty, wielkie stacje kosmiczne i mnóstwo pocisków... Szczerze? To były jedne z najlepszych efektów specjalnych, jakie widziałam. Absolutnie nie jestem ekspertem, ale nie rozumiem jechania po tym filmie w większości recenzji.
W każdym, absolutnie KAŻDYM filmie dostrzegam jakieś przesłanie. Podczas oglądania widziałam więcej, ale niewątpliwie ich wszystkich nie pamiętam, więc zapewne nie uda mi się przytoczyć wszystkich.
Scena z biurokracją, bardzo znacząca i wskazująca konkretnie, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała nasza przyszłość. Jupiter, by dostać pieczęć-hologram, taki jakby akt własności na nadgarstku, musi przejść ze swoim asystentem-robotem zatłoczone pomieszczenia przypominające trochę bank Gringotta z Harry'ego Pottera. Za biurkami siedzi mnóstwo ludzio-roboto-kreatur, z których każdy pyta o inny papierek, bez którego nie wyda papierka, który będzie potrzebny dalej. Z układów elektrycznych robota sypią się iskry irytacji. Swoją drogą to przerażające, jak ludzka wydaje się ta maszyna. To jest według mnie kolejna przestroga.
Okropne były dla mnie diody, metalowe części, jakieś dziwne zupełnie niepasujące wstawki na twarzach, głowach, rękach, ogólnie ciałach tych ludzi upodabniających się do robotów. Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że ludzie będą tak wyglądać. Jesteśmy tylko ludźmi, a nie jakimiś chodzącymi komputerami, telefonami czy innymi urządzeniami. Brrr.
Zaśmiecenie kosmosu. To kolejna ważna przestroga. Już teraz krąży nad nami mnóstwo części satelitów, których "misja" w jakiś sposób się nie udała.
Chęć władzy nad całym światem. Moment, w którym Kalique mówi Jupiter, że można posiąść o wiele większe i wspanialsze rzeczy we wszechświecie, niż Ziemia. Nasi politycy w stosunku do Abrasaxów są grupką miłych starszych panów grających w golfa. Przy okazji uświadamiasz sobie, jak małym ziarenkiem jesteś, jak niewiele znaczysz - i uczysz się pokory.
Było trochę nie do końca wyjaśnionych spraw - na przykład co to są dokładnie żniwa, czy Balem jest sprzymierzeńcem, czy wrogiem Titusa, i w ogóle w tej sferze było trochę niedomówień. Z tego powodu film może wydawać się trochę niespójny i niedorobiony, ale na moje oko zaklepali sobie materiał na potencjalną drugą część - bo kto nie lubi sequeli, co nie?
Polecam ten film, kiedy macie ochotę na dużo akcji. I kiedy chcecie zobaczyć wszystko z innej perspektywy.

Dziwna/śmieszna historyjka z sali kinowej: telefon wypadł mi z ręki, a klapka w niej została. Siedziałyśmy na samym końcu i po kilku minutach moich poszukiwań moja przyjaciółka znalazła telefon po pierwszym zanurkowaniu ręką między siedzenia.
- A masz baterię? - zapytała.
Byłam pewna, że nie wypadła, więc zaczęłam mówić, ale zobaczyłam, że miejsce na baterię było puste.
- Jasne, że... nie.
Po seansie zanurkowałam pod siedzenia na dwa metry dookoła. Ale... bateria oczywiście leżała tuż za stopami mojej przyjaciółki. Wniosek? Czasem (czyt. Często) trzeba oddalić się, by zobaczyć, jak blisko czegoś byliśmy.

wtorek, 17 lutego 2015

Renegade. Rozdział czwarty - Kołobrzeg

Dwie godziny po postoju, kiedy atmosfera była już bardzo kolonijna i luźna, Anka stwierdziła, że trzeba ją jeszcze ubogacić. Wychyliła swoją jasną czuprynę znad siedzeń i wydostała się spomiędzy okna a Danieli, a potem ruszyła na sam przód autobusu. Miała ochotę coś zaśpiewać.

Już po krótkiej rozmowie z kierownikiem wyjazdu usiadła na schodkach z przodu autobusu.

- Cześć, nazywam się Anka i chciałam zapytać, czy znacie "Metro"! - zawołała do mikrofonu.

Lisa uśmiechnęła się. Zastanawiała się, czy byłaby zdolna do takiej spontanicznej inicjatywy.

Rozległy się oklaski i wiwaty. Widać było, że naprawdę wiele osób uwielbia ten musical i widziało go chociaż raz.

- Co wy na to, byśmy zaśpiewali "Wieżę Babel"?

Znów rozległy się chóralne wiwaty.

- To ja zacznę, okej? - i Anka zaczęła śpiewać.

- "Ten punkt na ziemi wyznaczyli razem, było ich tylu, że nie zliczył chyba nikt..."

Dołączyły do niej inne głosy, niektóre pewnie, widocznie doświadczone, a niektóre nieśmiało, najwyraźniej nie znając tekstu.

- "Niech stanie wieża - piramida marzeń - pomyślał ktoś, a potem ciszę przeciął krzyk..."

Lisa dołączyła swoim czystym, mocnym głosem, o którym wszyscy mówili, że jest przepiękny i że nie powinna używać go tylko śpiewając pod prysznicem. To prawda, miała dużą skalę głosu i lubiła śpiewać, ale robiła to zdecydowanie za rzadko.

- "Kain chciał tam być i Abel, ludzie bez krajów, bezimienni konstruktorzy wieży Babel".

"Ta piosenka pasuje do nas wszystkich" - pomyślała Lisa, czerpiąc energię chwili pełnymi garściami.

Potem Anka wróciła na miejsce z wielkim zadowoleniem na twarzy.

- Zazdroszczę ci tej przebojowości - przyznała Lisa.

- Wystarczy spróbować, by przejąć inicjatywę. Posłuchać impulsu - odparła Ania.

Wtedy ktoś z tylnych siedzeń zaczął brzdąkać na gitarze. Po kilku chwilach wpadł w rytm i zaczął śpiewać "Pójdę boso" Zakopowera. Przyłączali się do niego wszyscy i  znowu śpiewali razem - "I dopiero gdy zawoła Bóg, to pożegnam wszystkie te rzeczy i znów pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso!"

W trakcie drogi jeszcze długo rozmawiali, grali w karty, zjedli frytki na jednym postoju, a na kolejnym siedzieli, obserwując swoje wydłużające się cienie. Przez cały czas Lisa odkrywała, jak dobrze rozmawia jej się z Darią i miała nadzieję, że to początek ich przyjaźni. Daniela i Anka były tak samo miłe, serdeczne i ciepłe, a poza tym pełne zrozumienia dla wszystkich dziwnych historii z życia Lisy, które im opowiadała. Damian wydawał się w porządku, ale nie był w jej typie. Za to Hubert ciągle prawił jej komplementy, we wszystkim się zgadzali, w dyskusjach stawali po tej samej stronie. Mieli wiele wspólnych poglądów, za każdym razem wyglądało to, jakby tylko udawali, że znają się dopiero od kilku godzin. Lisa czuła się potrzebna, chciana, rozumiana i doceniana. Już dawno nie dała się tak dobrze poznać jakiemukolwiek chłopakowi w tak krótkim czasie.

Nawet już się nie bała tego, że Hubert ją zrani. Już raz była dotkliwe zraniona, dlatego myślała - i miała nadzieję - że wykształciła na tyle gruby pancerz, że żaden zawód nie powali jej na ziemię na tak długo, jak ten poprzedni.

Około godziny szóstej byli na miejscu. Kilkadziesiąt kilometrów przed Kołobrzegiem natrafili na duży korek, więc jechali trochę dłużej, niż można było się spodziewać. Słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż przyjemnie przygrzewało, oświetlając twarze wszystkich pasażerów autokaru.

Miejsce, które było zakończeniem całodziennej podróży, wyglądało niepozornie - autokar zatrzymał się przed skromną, ale zadbaną kamienicą. Nad szerokimi, drewnianymi drzwiami widniała tablica z ciemnobrązowego drewna, a na niej złoty napis "Teatry".

Każdy, kto miał zwyczaj czytania w internecie opinii na temat jakiegoś miejsca, zanim do niego trafił, wiedział, jaka jest historia tego pensjonatu. Para emerytów kupiła tą kamienicę z sentymentu do niej, gdy mieszczący się w niej teatr zaczął upadać. Postanowili zaadaptować budynek na pensjonat szczególnie dla miłośników teatru, a potem wpadli na pomysł tych warsztatów. Właśnie zaczynał się pierwszy turnus, więc uczestników czekała wyjątkowa inauguracja.

Lisa wyjrzała przez szybę autobusu na ulicę. Podłoże było brukowane, gdzieniegdzie lśniły na nim kałuże pozostałe po letnim deszczu. Okolica wyglądała na spokojną, na skraju chodnika rosły drzewa w specjalnych małych ogrodzeniach. Obok szli ludzie, uśmiechnięci, wypoczęci, roześmiani. Twarz Lisy rozpromieniła się w uśmiechu.

Daria podzielała entuzjazm koleżanki, ale była trochę rozkojarzona i zmęczona. Wstając z miejsca i wyciągając z górnej półki sweter, przeciągnęła się. Miała ochotę tylko położyć się na nawet byle jakiej jakości łóżku - pensjonaty - odpłynąć w objęcia Morfeusza.

Wychodzili sprawnie z autokaru, odnajdywali swoje bagaże w lukach i odbierali klucze do pokoju. W tym wszystkim Lisa czuła tak wielki dreszcz emocji, że niemal łasiła się do niego jak kot. Poprosiły o czwórkę z Darią, Danielą i Anką, a potem jedna z ich opiekunek - wychowawczyń wskazała im drogę do pokoju i przypomniała wcześniejsze słowa kierownika - że mają być za dwadzieścia minut w sali teatralnej.

Odnalazły dość szybko pokój numer 41, a potem otworzyły go. Ich oczom ukazał się przyzwoitych rozmiarów pomieszczenie, z wysokim sufitem, ale i tak sprawiajace wrażenie przytulnego. Ściany miały - klasycznie - biały kolor, a podłoga była wyłożona jasnym parkietem. W tonacji jasnego drewna i czystej bieli był utrzymany cały pokój. Cztery łóżka, stolik i cztery krzesła, szafa, stoliki nocne, niewielki telewizor, a nawet deska do prasowania i żelazko - niby nic szczególnego, ale wyglądało to porządnie i czysto. Zmieściła się tu nawet mała łazienka z prysznicem z prawdziwą, plastikową przesłoną, a nie ze szmacianą zasłonką, przez którą cała woda ląduje na podłodze. W szafce nad zlewem dziewczyny znalazły też kilka porządnych ścierek. Były bardzo zadowolone z tego faktu.

Wybrały sobie łóżka i otworzyły okno, by ocenić jeszcze widok. Ich pokój znajdował się na trzecim piętrze, więc było na co popatrzeć. Na prawo znajdowała się korona dużego drzewa, na którym ptaki wyśpiewywały swoje wieczorne arie, a w oddali, kiedy spojrzało się w lewo, można było dostrzec morze połyskujące w promieniach chylącego się słońca. Na wprost widać było szczyt kamienicy naprzeciwko, a w dole - spokojną uliczkę.

- Robi wrażenie - Daniela nie mogła wyjść z podziwu. Jej łóżko znajdowało się obok okna, z czego była bardzo zadowolona.

Lisa usiadła na swoim łóżku, stojącym najbliżej szafy i drzwi łazienki. Napiła się wody z półlitrowej butelki, która jeszcze ostała się w jej podręcznym bagażu. Dotknęła włosów. Warkocz był już tak potargany, że zdjęła gumkę z jego końca i rozpuściła włosy, które rozlały się ciemnymi, długimi falami po jej ramionach.

- Ale masz cudowne włosy! - zawołała Anka z zachwytem, odrywając wzrok od swojego odbicia w ściennym lustrze i zatrzymując szczotkę w połowie drogi od nasady do końcówek swoich włosów.

- Dzięki - Lisa uśmiechnęła się, wdzięczna za tak miły i entuzjastyczny komplement.

Daria siedziała na krześle przy stole, przeglądając foldery, które zastały po wejściu do pokoju. Lisa usiadła na sąsiednim krześle i też zajrzała w plik papierów.

- Widziałaś już szczegółowy program? - zapytała ją Daria, podsuwając w jej stronę szczelnie zadrukowaną kartkę.

- Jasne. Codziennie go czytałam.

Daria uniosła brwi.

- Tak bardzo nie mogłaś się doczekać? - zapytała, kartkując katalog z ofertami wszystkich kołobrzeskich przedsiębiorców.

- Bardzo. I chciałam się upewnić, że o niczym nie zapomniałam. Musiałam trochę się dokształcić, bo nie jestem taka oblatana we wszystkich teatralnych terminach - przyznała się Lisa. - Nie chciałam wyjść na ignorantkę.

- Dlaczego jesteś taka szczera? - Anka odłożyła szczotkę na szafkę i związała włosy w kucyk.

- Bo to wiele ułatwia - Lisa wiedziała, jak bardzo komplikuje się życie ludzi, którzy nie mają oporów przed budowaniem go na kłamstwach. Nie tylko obejrzała wiele filmów i przeczytała wiele książek, ale i porównywała czasem życie do teatru - jeśli nosiło się zbyt często maski, życie zamieniało się w przedstawienie, a co za dużo, to niezdrowo.

- Schodzimy na dół, do sali? - zaproponowała Daniela po chwili ciszy.

"Nareszcie" - pomyślała Lisa - "Scena."

Wyszły z pokoju, podekscytowane nadchodzącą inauguracją warsztatów. Po drodze spotkały dziewczyny z pokoju obok, udające się w tym samym kierunku. Przywitały się i wymieniły imiona. Drobna Dominika z długimi, karmelowymi włosami i nieśmiałym uśmiechem, wysoka i głośna blondynka Ada, zarażająca entuzjazmem Magda o wielkich oczach, szerokim uśmiechu i czekoladowych włosach. Za nimi snuła się potwornie zmęczona Ola, "cudowne dziecko" grające poprzedniego dnia główną rolę w ostatnim swoim spektaklu w sezonie.

Daria była trochę nieobecna. Nie chciała być zazdrosna, ale wkurzało ją niesamowicie, że akurat Lisa, ta idealna w każdym calu zewnętrznie i wewnętrznie dziewczyna, nie wierzy w swoje możliwości. Daria na kilometr czuła, że Lisa była kiedyś takim "cudownym dzieckiem" jak Ola. Tyle że Ola wciąż nim była, a Lisa zwątpiła w siebie.

Daria była nie w sosie również dlatego, że przewidywała, jak będą wyglądać kolejne trzy tygodnie - będzie musiała znowu patrzeć, jak Damian podbija serce każdej dziewczyny, by powiedzieć jej, jak bardzo się cieszy, że jest jego przyjaciółką. A nawet, jeśli ta nie będzie chciała od niego niczego więcej, długo tą najlepszą przyjaciółką nie pozostanie. I będzie w takiej samej sytuacji, w jakiej jest Daria.

Aż zabrakło jej tchu, kiedy uświadomiła sobie, że będą się spotykać w teatrze na próbach "Lotty". Zaczęła poważnie się zastanawiać, czy nie odrzucić propozycji chłopaka. Propozycji? Wziął za pewnik, że Daria chce wrócić. Czy chciała? Jasne że chciała, ale... było wiele "ale".

Gdy przed salą prawie na niego wpadła, czując jego dłoń na ramieniu, zaczerwieniła się jak burak, mimo że rzadko jej się to zdarzało.

- Przepraszam - burknęła. Nie chciała zabrzmieć niegrzecznie, ale chyba jej nie wyszło. Napotkała zdziwione spojrzenie Damiana i odwróciła wzrok, a potem zniknęła w tłumku tworzącym się w korytarzu. Za nią szła Lisa.

- Hej, poczekaj! - powiedział Damian i złapał Lisę za przedramię. Dziewczyna zatrzymała się. - Co ją ugryzło? - zapytał.

- To ty znasz ją dłużej, więc skoro nie znasz jej aż tak dobrze, to może zapytaj? - zaproponowała Lisa trochę ironicznie i odeszła za Darią.

- Ja ich nie rozumiem - powiedział bezradnie Damian do Huberta patrzącego z rozbawieniem za Lisą.

- Taka mała niepozorna, a taki ma odpysk - Hubert splótł ręce na piersi i pokiwał głową.

- To nie był odpysk - Damian spojrzał na kolegę, mrużąc brew.

- Mniejsza z tym. Jest taka sassy czasem.

- Ty chyba sassu nie widziałeś - Damian pokręcił głową.

- Skończmy tą dziwną konwersację - powiedział Hubert, a w odpowiedzi dostał milczącą zgodę.

niedziela, 15 lutego 2015

Najbardziej nietypowa osiemnastka w promieniu wielu, wielu kilometrów

Żyję i mam się dobrze, ferie minęły mi bardzo miło i dość produktywnie (czyt. nie spałam do południa).
Wczoraj byłam na najdziwniejszej i najbardziej nietypowej osiemnastce, na której kiedykolwiek byłam czy będę. Jestem o tym przekonana, naprawdę :P
Zacznijmy od tego, że wymagane było przebranie, a cała impreza toczyła się bez mililitra alkoholu. Było za to Piccolo. Brzmi zaskakująco? Taka właśnie jest jubilatka. Zaskakująca na każdym kroku.
Przebrałam się za Piper McLean z "Olimpijskich Herosów". I to był mój błąd, bo nikt nie wiedział, kto to jest. Ale i tak dobrze się bawiłam. Pojawiła się tam cyganka, kowbojka, Kopciuszek, zakonnik, elfy z "Władcy Pierścieni", umarła para, piratka, a nawet... pralka. Pewien chłopak z mat-fizu przebrał się za pralkę. Ubrał się w pudło, które wyglądało bardziej jak lodówka, ale... mniejsza z tym.
Toczyły się zabawy, niewiele tańczyliśmy, a jak już, to tańce dawne, które jubilatka tańczy hobbystycznie w zespole i uczy tańczyć nas, z dość marnym skutkiem, ale zabawa jest fajna podczas nauki.
W jednym z układów, dość prostym, takim na naszym poziomie, chodziliśmy w kółko, trzymając się za ręce i co refren ktoś wchodził do środka, a my wyrzucaliśmy ręce w górę i się mu kłanialiśmy. Brzmi dziwnie, co nie? Ale kiedyś tak tańczono. Ktoś powiedział, że można by pomyśleć, że jesteśmy jakąś sektą, bo spotykamy się w piwnicy i kłaniamy się sobie przy muzyce rodem ze średniowiecza.
No więc do środka wszedł kolega w habicie, ten przebrany za zakonnika, i miał kaptur na głowie. Wtedy ktoś, już nie pamiętam kto, powiedział, że to już w ogóle jakaś sekta z nas, składamy pokłon jakiejś zakapturzonej postaci xD
Jedzenie też było dobre. Samo to, jak jublilatka nazwała wszystkie dania na stole i umieściła spis na kartkach, podbiło moje narnijskie serce. "Co nieco na drogę do Aslana" czy "Obłoczki Białej Czarownicy" czyli kanapeczki koktajlowe oraz bezy - i wiele więcej kreatywnych nazw zaczerpniętych z "Opowieści z Narnii" i "Władcy Pierścieni".
Pewnie pominęłam kilka zabaw, ale nie mam nawet teraz czasu ich przytaczać (muszę czytać Galla Anonima, swoją drogą nie jest to strasznie nudna książka, takie powtórzenie wiadomości jak na razie).
Godzinę przed północą byłam już trochę zmęczona i siedziałam z koleżanką przy stole, podsypiałyśmy, patrząc na to, jak reszta bawi się w uprowadzanie świętego smoka. Potem jeszcze trochę potańczyliśmy, ale nie kleiło się i w już trochę okrojonym gronie zaczęliśmy grać w mafię. To była dopiero dobra zabawa! Kowbojka cały czas była podejrzewana, ja ani razu nie zostałam powieszona, ale ze dwa razy mnie zamordowali xD jak to brzmi, ludzie xD
I po tym, jak drugi raz mnie zabili, stwierdziłam, że dobrze się stało, bo i tak musiałam już spadać, a impreza dogasała. Byłam zmęczona, a zegarek wskazywał kilkanaście minut po pierwszej, jak mniemam. Zanim przekonałam mamę i ciocię jubilatki, że dojdę do domu, że już chodziłam sama o tej porze (tsa...) i że nie boję się pijaczków, a w ogóle to jestem ze wsi, i to tylko jedna ulica (no... taka długa) minęło kilka minut, ale w końcu wyszłam, obiecując, że wyślę SMS-a jak dojdę. Jeśli bym tej wiadomości nie wysłała, to miały zadzwonić na policję (nie wątpiłam, że to zrobią, a że nie miałam kasy na koncie, pożyczyłam telefon od taty :-)
I tak, poszłam spać, uprzednio biorąc prysznic i nie mogąc uwierzyć, że te ferie były takie fajne.
Czy ja naprawdę jestem jedynym człowiekiem, który cieszy się na powrót do szkoły? Mam nadzieję, że nie <trzymam kciuki>.
Jutro pewnie nie będę mogła powstrzymać śmiechu na widok człowieka-pralki bez pierwiastka pralkowego. A teraz dobranoc :D

wtorek, 3 lutego 2015

The story of my home

Nareszcie. Dzisiaj jadę do Domu. Przez duże D, bo to taki dom w postaci całej gminy :-)
To skomplikowane. Strasznie się buntowałam, gdy mieliśmy się przeprowadzić do Lublina, ale sytuacja nas ponaglała, więc w końcu stwierdziłam, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Żadne zmiany jeszcze nigdy tak jak wtedy nie namieszały w moim życiu. Rodzice wiedzieli, że nie zamienię moich nowych przyjaciół z gimnazjum na miejskie gimbusy (bez obrazy, kocham wieś i wiem, że teraz też tam są gimbusy), więc pozwolili mi dojeżdżać z nimi - oni do pracy, a ja do szkoły. Dlaczego musieli dojeżdżać do pracy? Problemy z mieszkaniem na wsi miały inną naturę. Nie chodziło o pracę, a o coś innego. Nawet nie chce mi się zagłębiać w szczegóły.
Podobała mi się ta równowaga, mimo że strasznie tęskniłam za moim otoczeniem. Pół dnia spędzałam w szkole, w trochę większej wsi od mojej, gdzie mieści się siedziba gminy, gimnazjum  itp itd, ale już rzadko pojawiałam się tam, gdzie się wychowałam (mimo że dzieliło mnie od tego miejsca zaledwie kilka kilometrów). Lubiłam miasto, ale tu nie czułam, że należę. Czułam się bardziej jak członkini grupy uchodźców, z której wszyscy się zasymilowali, a ja... wciąż tego nie czułam.
Potem nadszedł koniec gimnazjum. Od tego momentu pojawiałam się na wsi co dwa, trzy miesiące. Z wielkim podekscytowaniem szłam do liceum. Nie chciałam się bać nowej szkoły, bo byłam przekonana, że nareszcie poczuję, że może jednak gdzieś należę.
Szkoła sama w sobie miała fajną atmosferę i gdzieniegdzie ją dostrzegałam, ale strasznie się rozczarowałam. Elity utworzyły się w mgnieniu oka, a ja zostałam na boku z koleżanką, która aspirowała do innej grupy, niż ja. Nie czułam się może aż tak źle i nie było bardzo strasznie, ale w porównaniu do mojego gimnazjum... doświadczyłam w ciągu pierwszego roku tyle fałszu, pośrednio lub bezpośrednio, że żyłam sobie i rozczarowywałam się tym miejskim życiem coraz bardziej. I jeszcze bardziej. Aż nadeszły wakacje. Moja klasa była wtedy już tak poszatkowana, że wyfrunęłam stamtąd po rozdaniu świadectw i jakieś trzy godziny później jechałam już z przyjaciółką do niej na tydzień.
Ku mojemu zdumieniu uśmiechnęłam się na widok Trynitarskiej i dachu Archikatedry w oddali, kiedy wracałam do domu. Domu? Wciąż nie wiedziałam, jak nazywać nasze mieszkanie w bloku na dziewiątym piętrze.
Po wakacjach nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Do naszej klasy doszła nowa osoba, Aśka. Zaopiekowałam się nią, bo była trochę zagubiona i zostałyśmy czymś na kształt przyjaciółek. Wciąż nie wiem czasem, jak ze sobą wytrzymujemy, bo jesteśmy zupełnie inne. Moja koleżanka, z którą siedziałam w pierwszej klasie, przyjaźniła się już na całego ze swoją imienniczką. Sama powiedziałam tej drugiej Ani, żeby usiadła z tą pierwszą Anią, a ja siądę z Aśką. Anie naprawdę do siebie pasują i cieszę się, że to one zostały tak dobrymi przyjaciółkami. Zresztą pierwszego września, czyli w moje siedemnaste urodziny, przywitały mnie przemiłym prezentem :-)
W drugim tygodniu września miał miejsce ogromny przełom. Na wymianę przyjechali do nas Niemcy, i wtedy w grupie poczułam, że nareszcie gdzieś należę, że nareszcie udało mi się naleźć przyjaźń w Lublinie. Z małą pomocą przyjaciół zza zachodniej granicy. To jest kolejna długa historia :-)
To chyba by był cały ogólny zarys tej historii. Pominęłam tak wiele szczegółow, o których nie chcę pisać, bo i tak nie mam już na to czasu. Ale te szczegóły obijają się o moją czaszkę.
Do czego zmierzam? Jadę dziś znowu do mojej najlepszej przyjaciółki i po raz pierwszy od PIĘCIU MIESIĘCY pojawię się w Domu. A po paru dniach wrócę, z nową nadzieją na przyszły semestr, który zapowiada się naprawdę obiecująco.
Kocham ferie i czuję, że moje plany, które poczyniłam w ramach postanowień na nowy rok, naprawdę się spełniają.
Już za kilka godzin znowu zaszklą mi się oczy, kiedy wyjdę z busa. Pięć miesięcy...