niedziela, 19 czerwca 2016

Jesteśmy tylko ludźmi, czyli wszyscy Polacy to jedna rodzina, ze wsi czy z Lublina

Przez pierwsze czternaście lat mojego życia mieszkałam na wsi. Potem jeszcze przez trzy lata pragnęłam tylko tego, by tam wrócić. Dopiero rok temu naprawdę przyznałam sama przed sobą, że wcale tego nie chcę. Że możliwość przeprowadzki wcale by mnie nie ucieszyła.
Wychowałam się bez gospodarstwa, miałam ze zwierząt tylko żółwia, a moi rodzice nie utrzymywali się z rolnictwa. Mimo to mieliśmy "działkę" przy domu-szkole, i to dość pokaźną jak na nasze potrzeby.
Odstawaliśmy. Ale nigdy nie czułam się tam jak intruz. Nikt nigdy nie powiedział mi w twarz, że jestem gorsza ani inna, chociaż jak teraz o tym myślę, to jestem pewna, że część ludzi patrzyła podejrzliwie na naszą rodzinę. Cóż, byłam dzieckiem. Miałam własny świat i zmartwienia w postaci tego, że nie podobam się Pawłowi czy też Damianowi, a moje najlepsze koleżanki wyzywają się wzajemnie od "debilek".
Jeszcze trzy lata po przeprowadzce snobowałam się na dziewczynę ze wsi. Pięć miesięcy temu mój kolega z klasy zapytał mnie, czy w weekendy jestem w domu, czy na stancji. Cóż, sama wprowadzałam wszystkich w błąd, więc nic dziwnego, że nie wiedział, że mieszkam z rodzicami na cały etat. Zdzieliłam się wtedy od środka w mózg i poczułam zażenowanie, że tak długo nie mogłam uznać Lublina za swój dom.
W ostatnie ferie pojechałam do przyjaciółki, mojej dawnej sąsiadki. I kiedy jechałyśmy do miasta (bo zabrałam ją ze sobą na dwa dni), nie mogłam doczekać się, kiedy będę w domu. Wieś już dłużej nim nie była.
I tak było z każdym powrotem do Lublina. Może po prostu się przyzwyczaiłam, ale przestałam się snobować na dziewczynę ze wsi. Tym bardziej nie zaczęłam snobować się na miastową. To by było okropne.
Ale za każdym razem, kiedy jestem na wsi, takiej prawdziwej, rolniczej, a nie oszukanej, gdzie już nikt nie uprawia ziemi, czuję się coraz bardziej intruzem. Nawet, jeśli ktoś wie, że wychowałam się na wsi, nie łączy tego faktu z tym, że dobrze znam jej zwyczaje, jej mechanizmy i nie wie, że rozumiem ludzi, którzy tam żyją. Nie wiedzą też tego, że miałam obsesję na punkcie powrotu do mojego zielonego raju. Skąd mają wiedzieć, że połowa moich snów wciąż dzieje się w Kosarzewie?
Ale rani mnie pytanie "Jak ci się podoba na wsi?"
Ja wiem, że to jest odruch albo chęć przerwania ciszy. Ale to nie zmienia faktu, że dźga mnie to w samo serce, w którym moja mała ojczyzna zostanie na zawsze, nie ważne, jak bardzo szczęśliwa bym była w największej aglomeracji świata. Po prostu to z nas nie wychodzi.
Pamiętajmy, że ludzie mają swoje historie i ile jest nas, tyle portretów psychologicznych. A każdy, gdziekolwiek by mieszkał, wychował się i dokądkolwiek chciałby wrócić, jest tak samo człowiekiem, jak ty. Takim samym, mimo że zupełnie innym.
Morze wszędzie szumi tak samo. Po raz kolejny przekonuję się, że to, co w Travemunde powiedziała mi Ewelina, jest uniwersalnym cytatem, który można odnieść do wszystkiego. Nie jestem już dziewczyną ze wsi ani dziewczyną z miasta. Za daleko mi też do kosmoplityzmu. Jestem dziewczyną z Polski. Która czasem ma ochotę emigrować, ale, jak to powiedział nasz katecheta w trzeciej klasie, jak się kogoś kocha, to nigdy nie jest ok.

Już czas

Słyszałam walca
nie próbując dojrzeć tańczących par
Stał tuż przede mną
nie mogłam nic dostrzec
a może właśnie widziałam wszystko.
W tłumie pięknych ludzi
tak samo piękni jak oni
Lata świetlne od siebie
a tak blisko
A potem już nic nie wiedziałam
a może właśnie wiedziałam wszystko.
A czas uciekał, choć wciąż gdzieś był
Biały Królik zdążył do Krainy Czarów
my nie dobiegliśmy do siebie
nim rozległ się dla nas ostatni dzwonek.
Samowar wrócił z powrotem do kuchni
i kurzy się na najwyższej półce
my się zdążyliśmy przed nim zakurzyć.
Te wszystkie zegarki zniknęły z półek
Światełka zgasły, ucichła muzyka
tekturowe ptaki odleciały z klatki
a my staraliśmy się je znaleźć
zamiast szukać dróg do siebie.
I nastał koniec, łez tylko kilka
kurzy się dyplom na najniższej półce
miraż pojawia się w wizjerze.
Chwytamy plecaki, już nie tak piękni
i każdy rusza w swoją stronę
może kiedyś któryś ze szlaków
złączy nam Królik z Krainy Czarów.

Summer moments

I didn't even know him that well
met him once or twice
I only knew he was a player
We drove there with my friend
and stepped out of the car
talked for a while
nothing special
nothing much
I knew no one well enough
But he took us for a ride
in his cabrio
with the roof down
the sun was setting
and it was
that kind of happiness
in the moment we were free
no regrets or wasted chances
expectations or desires
in the moment we felt alive
the music from the speakers
so loud and memorable
suitable for all of us.
He and his friends
were the only guys
I felt so comfortable with
Just a friendship that
could last for hours
or more.
No unsaid things
and no hesitation
laugh and a thousand of smiles
no pressure, just the moment.
No tension, best buddies
not a single bitter disappointment.
They walked out of her flat
saying good night
smiling, knowing it was perfect
it was right
it was friendship
and no matter what comes next.

Deszcz

Popatrz za okno na szare jednostki
wśród pospolitej szarej masy
Widzącej w deszczu
tylko szarość
Spójrz jak zielony jest świat
oczyszczony szarą wodą
przyjrzyj się wodzie
jaka jest przejrzysta
Spójrz na swoją szarą twarz
popatrz za okno na strugi
roześmianej wody
spokojnie ukołysane wiatrem
korony drzew zielone
zarumienione stokrotki
perlistym śmiechem trząsane
zobacz, stańmy tam
na zewnątrz
wyjdźmy stąd
spłynie z nas szarość
raz na zawsze
deszcz zmyje z nas strach
obawy, smutek, żal, niepewność
odejdzie to wszystko
i tylko chodnik będzie szary
zobaczymy jak zza chmur
przychodzi do nas słońce
I kiedy tylko znowu
wpełznie na nas szarość
na końcu powróci deszcz
zmyje z nas to wszystko
raz na zawsze...

niedziela, 1 maja 2016

Spotkanie po roku i kawałek Polski w ludziach

Był poniedziałek, już drugi ranek wymiany. Obudziłam się w pokoju Michelle, na rozkładanej sofie, w otoczeniu mnóstwa przedmiotów. Dobrze czułam się w jej pokoju, przypominającym osobistą galerię życia. Podobnie jak u mnie, na ścianach brakowało już miejsca dla plakatów z Harry'ego Pottera, pocztówek, półek z figurkami, map Śródziemia, napisów, flag UK... Półki zastawione były gęsto pamiątkami, książkami i innym tego typu rozgardiaszem, szafy wyklejone od góry do dołu pocztówkami, na drzwiach wisiał wieszak z torbami - oczywiście jedna z napisem "London", inna z flagą Wielkiej Brytanii. Nie umknęło mojej uwadze to, w jakim t-shircie przywitała mnie Michelle w sobotę - był ozdobiony herbem Hogwartu.
Pewnie ludzie tacy jak moja siostra dostaliby tam oczopląsu, ale ja czułam się jak u siebie. Na poziomie ozdabiania swojej przestrzeni życiowej zdecydowanie zakliknęłyśmy.
Ale wróćmy do tego, że się obudziłam. Byłam przekonana, że jest jeszcze ciemno, ale nie pasowało mi to, że przecież Monika - mama Michelle - miała nas obudzić o 6. A może 6:30? Nie pamiętam dokładnie. Aż tak ciemno nie mogło być, szczególnie, że tam robiło się jasno wcześniej, niż w Polsce. I, ostatecznie, był dopiero koniec września.
Zapytałam Michelle trochę nieprzytomnie, czy jest jeszcze ciemno. Mruknęła podobnie nieprzytomne "No" i odsłoniła zewnętrzne żaluzje, a do pokoju wlało się słońce. Które, nawiasem mówiąc, świeciło mocno, ale tylko w oczy, podczas gdy prawie zupełnie nie grzało. Rano na dworze było przenikliwie zimno, a potem pojawiał się ten rodzaj temperatury, kiedy w kurtce robi ci się gorąco, a kiedy ją zdejmiesz, w samym swetrze jest zbyt zimno.
O niemieckich śniadaniach już mówiłam, więc pominę ten epizod, szczególnie, że mam mało czasu. Za dwa i pół dnia piszę maturę z polskiego. Dlaczego więc piszę teraz notkę o poniedziałku w Niemczech? Ponieważ mózg paruje mi epokami literackimi. No i zawszę chcę pisać w nieodpowiednich momentach.
Do szkoły zawiozła nas Monika. Rodzice Michelle przypadli mi do gustu. Bardzo przypominali moich - wcześniej emerytowany nauczyciel i wciąż pracująca nauczycielka, oboje około pięćdziesiątki. Rodzina stereotypowych Niemców, troszeczkę nudnawa, ale przemiła. Duży, przytulny dom, jedno szesnastoletnie dziecko, dwa Ople, w każdym z dziesięciu dżemów osobna łyżeczka, nawet w łazience na dole patrzą na ciebie ze zdjęcia zrobionego w Neapolu, kiedy załatwiasz swoje potrzeby.
Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Anię, bo poprzedniego dnia w ogóle nie miałam szansy jej spotkać - poszła na mecz z Julią, zamiast na grę miejską, polegającą na spisywaniu połowy odpowiedzi na zadania z Wikipedii, a resztą nawet nie podzielili się z nami - sami zajęli się wszystkim, nawet liczeniem drzew na dziedzińcu Sparrenburgu i okien w starym ratuszu.
W szkole zebrała się w końcu nasza grupa. Integrowaliśmy się, tańczyliśmy belgijkę, graliśmy w zabawną grę, gdzie każdy wylosował przywitanie i musiał znaleźć drugą osobę, która wylosowała to samo. Ja wylosowałam przytulenie, więc po prostu przytuliłam tych, których znałam, i patrzyłam, czy ktoś nie robi tego, co ja. Wysoki i całkiem przystojny chłopak, który ostatniego dnia wymiany okazał się Polakiem z pochodzenia - nikt nie raczył o tym ani mnie, ani Ani, ani Eweliny poinformować - okazał się być drugim "przytulaczem". Więc po prostu podeszłam i go przytuliłam, a on to odwzajemnił. Musieliśmy potem pokazać wszystkie nasze powitania i powiedzieć skąd pochodzą. Nasze było uniwersalne. Pokazaliśmy nasze - i rozległo się "Awwwww...".  Tak, to było zapewne urocze :P
Najlepszą grą bez wątpienia było coś, co zmuszało do współpracy. Anna rozkleiła na podłodze od ściany do ściany długi pasek taśmy papierowej, na którym wszyscy staneliśmy w ciasnej linii. Nie mogliśmy z niej zejść, ale musieliśmy ustawić się w kolejności alfabetycznej imion. Więc trzymaliśmy się ciasno, noga przy nodze, ramię w ramię, a kiedy przechodziliśmy, podawaliśmy sobie ręce. Najbardziej bała się Ellen, która miała złamaną rękę i jeden błędny ruch kogokolwiek groził jej upadkiem na tą właśnie rękę. Na szczęscie nic takiego się nie stało. Zapytała mnie, jaka jest moja literka, i kiedy powiedziałam "eł", spojrzała na mnie w konsternacji. No tak. "It's like el" - poprawiłam się.
Tego dnia mieliśmy jeszcze "pracę projektową", podczas której pewnien osobnik doprowadzał Anię do szału, bo krytykował ją za ciche mówienie przy prezentacji, a w niej po prostu dogorywała jakaś infekcja. Wygłosiłam swoje kwestie o jedzeniu w czasach świetności Hanzy i budowie okrętów. Michelle stwierdziła, że poradziłam sobie najlepiej z naszej trójki (osobnik, Ania i ja). 
Po pokazaniu nam szkoły mogliśmy wracać do domów. Obiad jadłyśmy tego dnia w domu - ryż na mleku z przecierem jabłkowym - niebo w gębie. Potem zaczęłam negocjować z Michelle wyjście na miasto i potencjalne spotkanie z Vanessą. Dalsze godziny zawierały jechanie do centrum, krótkie spotkanie z Anią, Julią i pewnie kimś jeszcze, ale zupełnie nie pamiętam, kto to był. No i oczywiście były z nami Ewelina i Josefine. W DM kupiłam dwa żele z Balea, Eosa i rozświetlacz. Wszystko niedostępne w Polsce. Michelle spojrzała na mnie z "lol" na twarzy. "Sorry" - powiedziałam - "YouTube geek."
Kupiłyśmy trochę pamiątek.
A potem zadzwoniła do mnie Vanessa i Michelle umówiła się z nią, byśmy mogły się spotkać.
Vanessa była u mnie w poprzednim roku na wymianie. Jest stuprocentową Polką z pochodzenia, ale urodziła się w Niemczech i wychowała na Niemkę. Byłam niesamowicie podekscytowana, że mogę się z nią znowu spotkać. Nie mogłam uwierzyć, że minął już rok, odkąd ją poznałam.
Co więcej, jest chyba jedyną osobą, której palenie potrafię znieść. Nawet jakiś czas po pierwszej wymianie przypominał mi o niej smród papierosów, i mimowolnie się uśmiechałam, zamiast ostentacyjnie się rozkaszleć. Przestałam w ogóle to robić dzięki niej, bo przekonałam się, że nie powinnam oceniać ludzi po pozorach. Co mi do ich płuc.
Zauważyłam ją już z daleka. Szła uśmiechnięta, szybkim krokiem, i od razu mnie przytuliła. Przywitała się też z Eweliną, a potem poznała Josefine i Michelle. Moja hostka lustrowała ją przez jakiś czas wzrokiem i rozmawiała z nią, nawet nie próbowałam zrozumieć, o czym. Niemiecki nie był moją mocną stroną.
W końcu zaczęłyśmy iść w stronę ścisłego centrum i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, co u nas. Po drodze spotkałyśmy nauczycielkę angielskiego z Marienshule, która zajmowała się wymianą. Lubiła Vanessę, a Vanessa ją. Michelle i Josefine też ją znały, więc przez chwilę rozmawiały. Pani W-coś (nie potrafię napisać poprawnie tego nazwiska) ucieszyła się, że spotkałyśmy się z Vanessą, bo skojarzyła, że bylam jej poprzednią hostką.  
Vanessa najpierw pokazała mi kawałek miasta, kiedy odłączyłyśmy się od dziewczyn. Po raz kolejny stwierdziłam, że Bielefeld bardzo mi się podoba. Jechałyśmy autobusem, a potem zadzwoniłam do taty Michelle, i powiedziałam. że jestem z Vanessą, która odwiezie mnie potem do domu. Sygnał był strasznie słaby. Musiałam się drzeć, by mnie usłyszał. Tak samo, jak kiedy Vanessa do mnie zadzwoniła.
Szłyśmy przez park, naprawdę ładny i cichy. Obok była szkoła muzyczna, gdzie Vanessa chodziła kiedyś na gitarę, a dalej arena sportowa. Pojechałyśmy kawałek Stadtbahnem i znalazłyśmy się przy uniwersytecie. Tam też bardzo mi się podobało - dalej był już tylko kampus, las, nieliczne domki, obok supermarket. Kolej miejska nawet już, wydaje mi się, dalej się nie ciągnęła.
Poszłyśmy do mieszkania, gdzie Vanessa żyła sobie z rodzicami i bratem. Poznałam ją rok wcześniej w Lublinie i nigdy nie wiązałam jej z innym miejscem, niż Lublin i Kraków, gdzie byliśmy na wycieczce. Dziwnie było poznać ją w jej naturalnym otoczeniu, ale i było to świetne uczucie - jak wiele jest światów na tym... świecie.
Jej rodzice mówili połączeniem śląskiej gwary, czegoś jeszcze - może trochę mazurzenia? - i oczywiście niemieckiego. Ta mieszanka wydawała mi się tak zabawna i fascynująca zarazem, że nie mogłam przestać się im przysłuchiwać. Nie wiadomo było do końca, kiedy zaczynali żartować, kiedy mówić poważnie, a kiedy złośliwie. Była to taka językowa jazda bez trzymanki.
Jej mama pochodziła ze Śląska, a tata z Mazur. Mieli książkę o wsi, z której pochodziła jej mama. Przypomniało mi to publikacje o Krzczonowie, w których tworzeniu pomagali moi rodzice. Czułam się tam, w niemieckim mieście, w ich domostwie swojsko, jak w domu. Vanessa chyba to zauważyła. Zresztą powiedziałam jej o tym, kiedy poszłyśmy do Penny - supermarketu po drugiej stronie ulicy. Kupiłyśmy mleko czekoladowe i coś jeszcze. Kiedy wróciłyśmy, zrobiłyśmy tosty, zjadłyśmy coś na obiad i siedziałyśmy z jej mamą przy herbacie.
Myślę, że po prostu człowiek nosi dom w sobie. Tak jak powiedziała Ewelina, morze wszędzie szumi tak samo.
Na tej wymianie zaczęłam doceniać rolę rodziców. Stęskniłam się za swoimi. Poczułam, że chcę zostać w domu i mimo że wciąż, nawet teraz, dwa dni przed maturą, ciągnie mnie do studiowania w nieznanym mieście, chcę zostać w Lublinie. Ale to tylko taka dygresja.
Obie zdziwiły się, że nigdy nie jadłam flaków, mieszkając od urodzenia w Polsce, podczas gdy oni ciągle je jedzą. Chciały mnie nimi poczęstować, ale nie miałam już miejsca na nic w żołądku.
Nie znałam też ulubionego polskiego piosenkarza mamy Vanessy (cóż, nie moje pokolenie), więc puściła mi jego piosenkę z rozmarzeniem. Opowiadały mi o tym, jak były na Taize, i słuchałyśmy pieśni stamtąd.
Ten wieczór był przemiły. Zdecydowanie na czele listy najlepszych momentów z wymiany. Czułam się wtedy odrealniona, zupełnie niepasująca do rzeczywistości. Jakbym śniła. Ale to była prawda.
Na pół godziny przed moim wyjściem od Vanessy w domu pojawił się jej brat. Zapytał mnie zabawną polszczyzną, jak mi się podoba w Bielefeld. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że bardzo, i że jest o wiele większe, niż myślałam.
Pojawiła się również przyjaciółka Vanessy, Sara, również Polka z pochodzenia, tyle że nawet nie próbowała mówić po polsku, za to rozumiała wszystko. Lepiej niż ja i niemiecki.
Vanessa usadziła mnie na siedzeniu pasażera, Sarę i brata z tyłu, a sama usiadła za kółkiem, i zawiozła mnie do Michelle. W drodze jeszcze rozmawiałyśmy - i nie mogłam uwierzyć, że ten wieczór dobiega końca.
Wysiadłyśmy z samochodu, Vanessa mnie objęła i ja ją, i obie próbowałyśmy nie płakać. Pożegnałam się z jej bratem i Sarą, a potem odwróciłam się i zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi domu Michelle.
Przybiegła, by mi otworzyć, a ja wiedziałam, że spada jej kamień z serca. Niewykluczone, że obawiała się, że nie dotrę do hostów w jednym kawałku.
Oglądałam z nimi trochę serialu - brytyjskiego z niemieckim dubbingiem, ale przez tyle języków słyszanych jednego dnia zrobiła mi się sieczka z mózgu. Nawet nie boląca, ale jakby nieobecna.
Porównywałam moją host family i rodzinę polskich emigrantów, którą poznałam tego dnia. Były zupełnie inne, obie na swój sposób cudowne, ale jednak sercem skłaniałam się ku polskiej.
Wow, ta wymiana naprawdę wielu rzeczy mnie nauczyła. Doceniania różnorodności.
Vanessa od razu wydała mi się szczęśliwsza. Schudła, miała nowe okulary, szerzej się uśmiechała, szła z większą sprężyną w krokach. Czy da się w ogóle tak powiedzieć po polsku? Ale jak to brzmi xD
To dziwne, jak zupełnie przypadkowy człowiek, ktorego spotykasz po raz drugi w życiu, nagle okazuje się dla ciebie taki ważny. I niesamowite. Nie mogę się doczekać trzeciego spotkania. Bo na pewno kiedyś nastąpi.  

sobota, 9 kwietnia 2016

Zacznijmy od końca, czyli co się zdarzyło w Travemunde

Nic we wspomnieniach nie jest uporządkowane. A już na pewno nie w tych. Więc zacznijmy od końca. Od ostatniego dnia ostatniej wymiany.
Nie czułam w Lubece, że jestem jakoś blisko morza. Miasto wyglądało jak wyjęte z bajki. Gotyckie kamienice, bramy i kościoły, największe Stare Miasto na wyspie w Europie. Nie zdążyliśmy zobaczyć tam wszystkiego. Założę się, że w Lublinie by nam się to udało.
Ale to jest już zupełnie inna historia. A może i trochę powiązana, ale zostańmy w Niemczech.
Dopiero rano tego dnia dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Travemunde (z umlautem nad u, wybaczcie, ale naprawdę nie chce mi się szukać go w tej klawiaturze albo wklejać z innych źródeł). Dawnego portu Hanzy, a teraz po prostu portu i dzielnicy Lubeki.
Byłam do granic możliwości podekscytowana. Dowiedzieliśmy się tego - zdaje mi się - podczas śniadania. Kocham niemieckie śniadania. Nie wiem, czy robią to tylko wtedy, kiedy chcą dobrze wypaść przed Polakami, którzy są dla nich wielkim turystycznym rynkiem zbytu, ale wystawiają na stół wszystko, co mają - nigdy nie zapomnę masła orzechowego z firmy Rapunzel. Przyjmę każdą ilość :P Dżemy, kremy czekoladowe, sery, szynki, organiczne pomidorki, ogórki, bułki trzech rodzajów i pięć rodzajów chleba. Nie tylko w schronisku młodzieżowym. W prywatnym domostwie też.
Skoczyłyśmy jeszcze raz do naszego pokoju, by po raz ostatni usiąść na walizkach, rzucić okiem na widok przedstawiający jakieś podwórko i mnóstwo, mnóstwo dachów - może ktoś inny uznałby go za niezbyt ciekawy, ale mi bardzo się podobał. Miał swój klimat.
Ania zatrudniła ktoregoś z chłopaków do znoszenia naszych walizek, co przyjęłam nieznacznym wzniesiem oczu do góry - naprawdę nie były aż takie ciężkie. Dzięki temu, że wyciągnęłam grubszą kurtkę i wzięłam ją potem do autobusu, zmieściłam do bagażu wszystkie osiem opakowań żelków Haribo i Trolli. Ich zakup nie był najmądrzejszym posunięciem, bo są tam droższe, niż w Polsce, ale przynajmniej po powrocie miałam pasujący prezent dla koleżanki kończącej akurat osiemnaście lat, mogącej ze wszystkich słodyczy jeść właściwie tylko żelki.
Sama nie wiedziałam, czy jestem smutna, czy szczęśliwa, że za dwadzieścia cztery godziny będę odsypiać wymianę w swoim własnym łóżku. Cieszyłam się, że wracam do Lublina i z zaskoczeniem stwierdziłam, że to tam jest mój dom. Ale byłam naprawdę przybita, że nie zaprzyjaźniłam się z moją host student, Michelle, tak bardzo, jak rok wcześniej zżyłam się z Vanessą. Przynajmniej oszczędziło mi to łez.
Miałam już też trochę dość tego, że każdą chwilę spędzam z ludźmi. Muszę czasami pobyć w zupełnej samotności, inaczej strasznie się męczę. Jedyne momenty sam na sam ze swoimi myślami miałam pod prysznicem i kiedy poszłam w piątek do schroniska, by odnieść nasze zakupy.
No i nie było bez znaczenia, że po prostu na poprzedniej wymianie integracja była o wiele lepsza.
Jechaliśmy do Travemunde dość krótko. Typowa niemiecka droga, równa jak stół, między dwoma taflami nudnych ekranów dźwiękoszczelnych. Fascynujące. Bardziej zresztą zajmowało mnie to, że oblałam się wodą i miałam na spodniach pokaźną plamę - w idealnym miejscu. Naprawdę wyglądało to, jakbym nie zdążyła do toalety. Na szczęście bardzo szybko wyschłam.
Wysiedliśmy z autobusu i po krótkim spacerze dotarliśmy do portu. To był tylko kanał między dwoma betonowymi nabrzeżami, ale kiedy poszliśmy dalej, port był coraz szerszy, doki coraz większe, a w końcu naszym oczom ukazała się plaża. Prawdziwa, nadbałtycka plaża, taka, jakiej nie widziałam od czterech lat. Za czterdzieści minut mieliśmy spotkać się przy autobusie. Nie było to dla mnie wiele czasu na przywitanie się i pożegnanie z morzem, więc miałam ochotę biec, ale się powstrzymałam. Tylko wyprzedziłam wszystkich o kilka kroków.
Pas piachu był szeroki i ciągnął się daleko w lewo, a po prawej ograniczało go nabrzeże przeradzające się w coś na kształt mola wcinającego się w Bałtyk. Kamienne płyty prowadziły na molo, ale ja z nich zeszłam, by poczuć pod butami grząskość piasku. Wiem ze zdjęć, które robiła wtedy Ania, że przez cały czas szczerzyłam się jak głupi do sera, i parłam naprzód, tam, gdzie morze spotykało się z piaskiem. Na brzegu leżało mnóstwo glonów, ale woda była zaskaująco - jak na Bałtyk - czysta.
Wystrzeliłam i przykucnęłam tuż przy wodzie. Wpatrywałam się w morze i wdychałam jod. Czułam się w jakiś sposób, jakbym wróciła do domu, mimo że po raz pierwszy byłam w Travemunde, w ogóle po raz pierwszy byłam w Niemczech.
Doszłam do wniosku, że morze po prostu takie jest. Ewelina powiedziała, że każde morze szumi tak samo. I nie mogłam się z nią nie zgodzić. Był w tym nie tylko sens dosłowny, ale stwierdziłam też, że chodzi o to, że wszędzie możesz znaleźć jakąś cząstkę domu, że wszędzie jest wszystko, czego potrzebujesz, tylko musisz tego poszukać. Posłuchać tego szumu.
Kiedy wreszcie udało mi się oderwać od gapienia się w fale, znowu przypomniałam sobie, że mam w torbie długopis z nazwą moejgo gimnazjum - symbol przeszłości, w której się babrałam, zamiast odważnie stawić czoła rzeczywistości i poczuć się w niej dobrze.
Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć, a potem wyciągnęłam długopis i już sama poszłam do samego końca mola, tam, gdzie stała niewielka latarnia. Oparłam się o murek okalający nabrzeże i patrzyłam to w głębię Bałtyku, to na ogromny statek wypływający z portu. Długopis trzymałam w rękach nad wodą. W końcu mentalnie i psychicznie opuściłam już do końca przeszłość i wypuściłam długopis z rąk. Zniknął natychmiast, z cichym szelestem, bez wielkiego "chlup". Spojrzałam na ledwie zauważalne kręgi rozchodzące się od tego miejsca i rozbijające z jednej strony o beton, a z drugiej rozpływające z powrotem w tafli wody. Spojrzałam w dal, tak daleko, jak mogłam. Statek odpływał coraz dalej, aż w końcu był tylko maleńką kropką na horyzoncie.
Wróciłam do Ani i Eweliny. Ewelina wiedziała, co zamierzałam zrobić i zrozumiała ten symbol - obie mamy trochę nierówno pod sufitem, chociaż nie powiedziałabym, że nadajemy na tych samych falach.
Musiałyśmy już wracać, i gdyby nie nasze hostki niemalże biegnące przed nami, niewykluczone, że nie znalazłybyśmy drogi w tak ograniczonym czasie. Nawet się nie dowiedziały, jak dużo im zawdzięczamy. Wyciągałam nogi jak mogłam, by nie stracić ich z oczu, ale musiałam się pilnować i odwracać do tyłu, by Ania z Eweliną nie straciły z oczu mnie. Desperację potęgował fakt, że poprzedniego dnia spóźniłyśmy się do muzeum i pani od niemieckiego czekała tylko na nas.
Na szczęście kiedy dotarłyśmy do autobusu całe zziajane i spocone, okazało się, że połowy osób jeszcze nie ma. Nie tylko dla nas czterdzieści minut okazało się zbyt krótkim czasem na spacer po plaży i powrót do miejsca zbiórki.
Pojechaliśmy na obchody 25-lecia upadku muru berlińskiego, z ktorych pamiętam głównie zatłoczone muzeum, piękną pogodę, zatłoczone stragany z piwem, projekcję krótkiego filmu, z którego zrozumiałam mniej więcej dziesięć procent, i zatłoczone budki z jedzeniem. Kupiłam sobie banana w czekoladzie u dziewczyny, która ni w ząb nie potrafiła mówić po angielsku, więc dogadałyśmy się na migi. Banan był dobry, ale polewa miała w sobie zbyt dużo mleka.
I to był ostatni przed dworcem w Lubece punkt programu. Kiedy autobus ruszył, poczułam rozpacz pomieszaną z ulgą i desperacją.
W drodze na dworzec objechaliśmy wyspę ze Starym Miastem - kolejny piękny widok. Wysiedliśmy - Niemcy z torbami, poduszkami i siatkami z jedzeniem. My - polska strona wymiany, jako że mieliśmy wolne ręce, zaoferowaliśmy wszelką pomoc w ciągnięciu walizek. Po dotarciu na peron wszyscy zaczęli się przytulać i co poniektórzy pochlipywać. Mi nie chciało się płakać. Byłam trochę rozdarta, ale coraz bardziej skłaniałam się ku radości, że wracam do Polski.
I wtedy nastąpił najlepszy, bo spontaniczny, punkt programu. To było, szczerze mówiąc, spełnienie jednego z moich marzeń.
Dwie osoby zaczęły tańczyć belgijkę, którą tańczyliśmy wcześniej kilka razy podczas "pracy projektowej" w szkole. Dołączyły do nich inne pary, ale tak na sucho... Więc ktoś wyjął przenośny głośnik Bluetooth i włączył belgijkę, powierzając pani od niemieckiego pieczę nad muzyką i ustawiając ją w środku. Zajeliśmy prawie całą szerokość peronu, okrążając stos walizek i toreb. Ludzie patrzyli na nas zewsząd, co prawda nie było ich tam dużo, ale mieliśmy co najmniej trzydziestoosobową publiczność. Zaczeliśmy tańczyć. To była najlepsza belgijka w moim życiu! Przebija nawet tą ze studniówki.
Kilka osób nas nagrywało. Niestety nie wiem, czy ktoś od nas ma po tym jakąś pamiątkę. Ale i tak nigdy o tym nie zapomnę.
Na końcu biliśmy sobie brawo - nie tylko za belgijkę, ale za całą wymianę. Do aplauzu dołączyli obsrwatorzy z innych peronów. To był pierwszy, prawdziwie nieplanowany flash mob, w którym uczestniczyłam.
Dostaliśmy piętnaście minut na siku, podczas których z braku monet przecisnęłam się z Anią przez bramkę przy automacie do płacenia za toaletę. Takie tam break the rules kiedy bardzo chce ci się siku.
Zrobiłam sobie selfie z Michelle, pomachaliśmy Niemcom ostatni raz i odeszliśmy do autokaru, którym dostaliśmy się z powrotem do Lublina.
Nie chciałam w ogóle spać w drodze. Ani się uczyć. Chciałam jeść, gadać, oglądać filmy, słuchać muzyki. Niestety, tylko ja. Ludzie powyciągali poduszki, koce, podręczniki, zbiory zadań... no cóż. Udało mi się co prawda porozmawiać z chłopakiem z matfizu - o prawie jazdy. On zdał tydzień przed wymianą, a ja wkrótce miałam mieć pierwszy egzamin i wszystko zdać za pierwszym razem - skąd miałam wiedzieć, że praktykę zdam dopiero w lutym? Taaa.
Jadłam przez całą drogę. Kochane niemieckie słodycze. Oglądaliśmy dwa filmy - Jak w niebie i Nietykalnych. Trochę sobie pogadaliśmy. Było w porządku, ale jeszcze raz - integracja rok wcześniej była o wiele lepsza. Miejscami za dobra, bo potem chciałyśmy rzucić się na tory, kiedy Niemcy odjeżdżali. Może i dobrze, że tym razem nikt nie miał myśli samobójczych w imię zatrzymania pociągu. Czy też autobusu.
Kiedy zbliżaliśmy się do granicy, obudziłam Anię. Strasznie się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam wielki znak "Witamy w województwie lubuskim!". Przestawiło mi się coś w oczach i zobaczyłam "lubelskim". Śmiałam się, że już właściwie prawie jesteśmy.
Tak bardzo się cieszyłam! Czułam się taka spokojna i pewna, że chcę zostać w Polsce. Podobnie czuła się moja najlepsza przyjaciółka, ktora wracała z wymiany tego samego dnia, kiedy ja jechałam do Niemiec. Byłyśmy nawet w tym samym landzie, ale trochę się rozminęłyśmy.
Weszłam do sklepu na stacji benzynowej i z wielkim zacieszem na twarzy poprosiłam o Cisowiankę. Aż mi łzy do oczu napłynęły.
Wjechaliśmy do Lublina. Siedziałam jak na szpilkach. Górki Czechowskie, McDonald's, tam się szło do Karoliny, Czechów, Tysiąclecia.
Przywitał nas wielki, nowy billboard z Palikotem, panoszący się między Novą a dworcem. Cóż. Niektórzy stwierdzili, że wracają do Bielefeld. Ale ja nie. Chciałam tylko wylądować w moim własnym łóżeczku.
Ten dzień zdecydowanie wiele zmienił. Pokochałam Lublin i naprawdę nie twierdzę, że wrzucenie długopisu do Bałtyku było dobre dla środowiska naturalnego albo że miało jakiś wpływ na to, że coś się zmieniło.
Po raz pierwszy tak bardzo czułam, że wracam do domu, wjeżdżając do Lublina. Nie miałam wanderlust. Miałam tylko ochotę chodzić i chodzić po moim mieście.
Co nie zmienia faktu, że w Travemunde odczułam wielki sens studiowania w Gdańsku.
To było na tyle na ten ostatni dzień ostatniej wymiany. Pewnie o wielu rzeczach zapomniałam i przypomnę sobie za godzinę. Ale takie są wspomnienia! Totalnie poszarpane.

niedziela, 25 października 2015

Wspomnienia z Comeniusa: Rumunia - początek

Stwierdziłam, że mogłabym w końcu spisać trochę wspomnień z poprzednich wymian. To, co teraz opiszę, miało miejsce 5 lat temu.

25 maja 2011
Uwielbam się pakować, nie powiedział nikt nigdy. Nie poszłam tego dnia do szkoły, by zdążyć wszystko uprasować i ogarnąć. W moim brzuchu narastało uczucie bezgranicznego podekscytowania - po raz pierwszy jechałam na wymianę, na dodatek do kraju, który nigdy wcześniej nie zapadł mi w pamięć na tyle, bym piszczała z radości na samą myśl. Ale nie mogłam się doczekać, oglądając w internecie krajobrazy Rumunii. Pan od angielskiego zadbał, byśmy chcieli tam pojechać. Miał same dobre wspomnienia związane z tym miejscem i wciąż podkreślał jego wartość, na spotkaniach Comeniusa pokazywał nam galerie zdjęć z Bukaresztu iTransylwanii, a niewiele wspominał o reszcie krajów partnerskich, które na pierwszy rzut oka wydawały się o wiele ciekawsze - Portugalia, Włochy i Turcja? Kto by nie chciał!
Uległam tym namowom, tak jak i większa część grupy. Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób chciało tam jechać. Mieliśmy napisać, gdzie chcielibyśmy trafić. Moje "podanie" podziałało - pewnie nie bez znaczenia było to, że wspomniałam o moim zamiłowaniu do długich podróży.
W perspektywie miałam 24 godziny w busie. Może jestem dziwna, ale nie mogłam się tego doczekać. Zostałam wychowana, jeżdżąc co roku małym seicento do rodziny w Wielkopolsce. W erze, kiedy nie jechało się autostradą przez trzy czwarte drogi. No, tak czy inaczej, długa jazda sama w sobie jest dla mnie wielką atrakcją.
Ale wróćmy do głównego wątku.
Na przerwach (wtedy jeszcze mieszkałam w szkole) wpadała mama, by zobaczyć, czy nie przewróciła się na mnie szafa, kiedy chciałam wyrzucić z niej całą zawartość, albo żeby porwać z ławy zeszyt, który zostawiła tam poprzedniego wieczoru podczas sprawdzania wypracowań. Tęsknię za mieszkaniem nad szkołą. Moi rodzice pewnie też. Już wtedy nie chodziłam tam do szkoły, bo niestety nigdy nie było tam gimnazjum.
Około 18 byłam już pod żółtym budynkiem szkoły. Nie jechała z nami moja najlepsza przyjaciółka, ale właśnie w tym wyjeździe pokładałam nadzieję, by bliżej poznać moje koleżanki. Wyszłam z samochodu z moją siostrą Martą i z rodzicami.
Karolina z równoległej klasy, którą znałam tylko z widzenia, siedziała w samochodzie z jakąś dziewczyną z kręconymi włosami i Pauliną z mojej klasy.
Starsza siostra Karoliny, którą już znałam, bo przyjaźniła się z moją siostrą, podeszła do nas. Przeszło mi przez myśł, by pójść do dziewczyn w samochodzie Karoliny, ale skoro miałam z nimi spędzić kolejną dobę, chciałam pobyć trochę z siostrą i jej przyjaciółką. Zastanawiałam się, gdzie jest Natalka z mojej klasy.
Kiedy dziewczyny wyszły z samochodu, wyraźniej dojrzałam dziewczynę z kręconymi włosami i zrozumiałam, że to jest właśnie Natalka. Zrobiła sobie trwałą? Zakręciła włosy? Zwykle miała je ciasno ściśnięte w kucyk. Potem dowiedziałam się, że zawsze miała kręcone włosy, ale od początku roku szkolnego, czyli kiedy ją poznałam, po prostu tego nie zauważałam. Właśnie przez ten kucyk.
Staliśmy chwilę w grupce i rozmawialiśmy, nadjechali Damian, Bartek, Dominika i Ewelina, czyli ludzie z drugich klas, oraz pan od angielskiego i jego żona, ucząca angielskiego w Hiszpanii - przyjechała do Polski, by wyruszyć z nami do Rumunii. Kto jeszcze? Kamil z klasy Karoliny. I pan dyrektor, czyli jeden z moich ulubionych nauczycieli z gimnazjum. Uczy informatyki.
Myślałam, że usiądę z Natalką, ale bus okazał się... busem, i siedziałam na pojedynczym siedzeniu. Nawet się z tego cieszyłam, bo nikt nie będzie mi się wtryniał z nogami, by ułożyć się do spania. A za mną nikt nie siedzał, więc mogłam odchylić się tak bardzo, że prawie leżałam. I wyciągnąć nogi jak najdalej przed siebie.
Damian siedział za przejściem, więc miałam idealne miejsce do gadania z nim i podziwiania jego poczucia humoru i innych rozlicznych zalet. Jeśli to czytasz, Damian - wszystkie się w tobie podkochiwałyśmy. Ale przeszło nam szybko, a ty studiujesz teraz w Danii, więc... nie bierz tego do siebie, hahahah xD
Jechaliśmy przez Kosarzew, czyli moją wieś, pomachałam szkolnemu boisku i domowi mojej przyjaciółki - sąsiadki. Mój dom - szkoła - był niewidoczny z drogi, ukryty za szpalerem drzew na wzgórzu.
Damian zabrał Paulinie Bravo, śmiał się z horoskopów i artykułów, dorysowywał młodemu Bieberowi czarne zęby, piegi i te sprawy, na głos zaśmiewaliśmy się z fotostory.
Po drodze podziwialiśmy piękny zachód słońca gdzieś nad Sanem, jedliśmy żelki i szałwię z Verbeny, ja słuchałam piosenki Natalii Kills - Mirrors. Na replayu. Wtedy jeszcze używało się mp3 zamiast telefonu ze słuchawkami. Może z wyjątkiem Karoliny, która zawsze miała wszystko pierwsza.
Oczywiście, jakżeby inaczej, chciało mi się siku. Odpięłam pas, bo strasznie cisnął mnie w pęcherz, ale już na Słowacji musiałam go zapiąć.
W końcu zatrzymaliśmy się na stacji. Pan od angielskiego wtedy po raz pierwszy strzelił swoim ulubionym żartem - że kiedy przestaje kołysać, dzieci się budzą. Bo faktycznie, kiedy bus się zatrzymał, wszyscy automatycznie się budzili. Może to dlatego, że byliśmy raczej pół na jawie, pół we śnie. Kierowca kupił winietę na autostradę, a my poszliśmy do toalety. 
Potem wszyscy odpłyneli w krainę snu.
Śmieszne, bo nigdy wcześniej nie przejeżdżałam przez Węgry, a chciałam je zobaczyć chociaż przez szybę busa. Niestety, obudziłam się krótko przed granicą Rumunii i zobaczyłam tylko równą jak stół autostradę, wschód słońca i krajobraz przypominający sawannę. Niemniej był to bardzo ładny widok.
Kontrola trwała bardzo krótko. Ktoś otworzył drzwi busa, kierowca podał mu plik już wcześniej zebranych paszportów, facet przejrzał je szybko i oddał. Mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zatrzymaliśmy się na stacji. Pamiętam bardzo dobrze, jak było zimno, a my chodziliśmy w rybaczkach i koszulkach z krótkim rękawem. Było bardzo wcześnie, ale słońce mocno już świeciło. Niewiele czasu upłynęło, zanim zrobiło się gorąco.
Po obu stronach drogi widać było góry, z czasem coraz bliżej nas i coraz większe. Przejeżdżaliśmy przez miasto, które niewiele różniło się od Lublina: podobna architektura, podobne tempo życia, tylko szyldy były w innym języku, a ludzie mieli inną urodę - zdecydowanie bardziej południową. Na każdej latarni powiewała niewielka flaga Rumunii. Zwrócił nam na to uwagę pan od angielskiego (będę go nazywać "panem Angielskim", jak kiedyś powiedziała nasza ulubiona polonistka)
Niedługo potem wjechaliśmy w niekończącą się sieć serpentyn. Jechaliśmy po czymś, co przypominało praskę do ziemniaków - w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.
Nie pamiętam już, czy więcej spałam, czy patrzyłam za okno, ale starałam się zobaczyć tak dużo, jak mogłam. To był dzień pełen niesamowitych widoków. Pamiętam most między dwiemia ścianami głębokiego wąwozu, jazdę brzegiem rzecznego jaru... rzeczy milion razy lepsze niż nudna niemiecka autostrada. W Rumunii szkoda było spać i przegapić takie widoki, podczas gdy w Niemczech grzechem by było się nie zdrzemnąć. Na pewno kojarzycie uczucie, jakie się rodzi podczas jazdy przez Bieszczady, Tatry, Pieniny. U nas to tylko skrawek kraju, a tam tak wygląda ponad połowa.
Pamiętam oczywiście też pustą, rozpadającą się wioskę bliżej północnej granicy i starą kobietę patrzącą się na nasz bus znudzonym wzrokiem. Nie będę udawać, że tego tam nie było, bo to jest wszędzie, także w Polsce.
Kilka godzin przed Bukaresztem wjechaliśmy na autostradę, która i tak była o wiele bardziej interesująca - panele wyciszające bardzo często albo były przezroczyste, albo w ogóle ich nie było, więc wciąż mogliśmy podziwiać krajobrazy.
Do stolicy wjechaliśmy około szóstej, może siódmej wieczorem. Kiedy przebijaliśmy się przez korki, wszyscy poczuliśmy ten szczególny rodzaj motylków w brzuchu, zarezerwowany dla wymiany. Czułam go od tamtej pory jeszcze cztery razy i mam nadzieję, że to nie koniec.
Wiedziałam, że będę mieszkać z Natalką i Karoliną, ale obawiałam się, że sobie z czymś nie poradzę, obawiałam się mówienia po angielsku. Byłam jednak bardzo podekscytowana.
Dojechaliśmy pod szkołę - nie tą, do której chodzili nasi hości, ale jakąś inną - nie mam pojęcia, dlaczego. Może miała większy parking? Nie pamiętam już dokładnie.
Wyszliśmy z busa. Uczniowie goszczący musieli przejść chyba z drugiej strony szkoły, bo dopiero zmierzali w naszą stronę.
Okazało się, że zajmuje się nami trójka: Laura, Edi i Rares, a mieszkanie pożycza nam rodzina innego chłopaka ze szkoły, którego nigdy nie poznałyśmy. Laura, Edi i Rares przedstawili się nam i pojechali do domów, a nami zajęły się mamy Ediego i Raresa. Odstawiły nas do mieszkania, po czym wróciły po pana dyrektora, dla którego albo zabrakło miejsca w hotelu, albo po prostu nikt nam nie powiedział, że będzie z nami mieszkać, tak czy inaczej jakoś bardzo nam jego obecność nie przeszkadzała.
Miałyśmy dwa pokoje - jeden należał do dwunasto- może trzynastoletniego chłopca, a drugi do jego rodziców. Dostał mi się - jakżeby inaczej - ten pierwszy, ale przynajmniej nie musiałam spać w jednym łóżku z Karoliną ani Natalką.
Meble były niebiesko - jasnobrązowe, a na ścianach wisiały plakaty ze Spidermanem i robotami. Ściany były chyba białe, a tuż pod oknem znajdowała się korona drzewa, na którym przępięknie darła mordki chyba z setka ptaków. Nawet nie potrzebowałam nastawiać budzika. Naprawdę się z tego cieszyłam.
Natalka i Karolina udawały, że są zadowolone z pokoju, który faktycznie przedstawiał się lepiej od mojego, ale po kilku dniach spania w jednym łóżku jeszcze bardziej się nie lubiły.
Tego dnia chyba już tylko poszłyśmy spać po męczącej podróży.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś skończyć pisać przynajmniej o Rumunii. Wydarzyło się tam wiele świetnych rzeczy i zawsze będę wspominać to z nostalgią.