niedziela, 25 października 2015

Wspomnienia z Comeniusa: Rumunia - początek

Stwierdziłam, że mogłabym w końcu spisać trochę wspomnień z poprzednich wymian. To, co teraz opiszę, miało miejsce 5 lat temu.

25 maja 2011
Uwielbam się pakować, nie powiedział nikt nigdy. Nie poszłam tego dnia do szkoły, by zdążyć wszystko uprasować i ogarnąć. W moim brzuchu narastało uczucie bezgranicznego podekscytowania - po raz pierwszy jechałam na wymianę, na dodatek do kraju, który nigdy wcześniej nie zapadł mi w pamięć na tyle, bym piszczała z radości na samą myśl. Ale nie mogłam się doczekać, oglądając w internecie krajobrazy Rumunii. Pan od angielskiego zadbał, byśmy chcieli tam pojechać. Miał same dobre wspomnienia związane z tym miejscem i wciąż podkreślał jego wartość, na spotkaniach Comeniusa pokazywał nam galerie zdjęć z Bukaresztu iTransylwanii, a niewiele wspominał o reszcie krajów partnerskich, które na pierwszy rzut oka wydawały się o wiele ciekawsze - Portugalia, Włochy i Turcja? Kto by nie chciał!
Uległam tym namowom, tak jak i większa część grupy. Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób chciało tam jechać. Mieliśmy napisać, gdzie chcielibyśmy trafić. Moje "podanie" podziałało - pewnie nie bez znaczenia było to, że wspomniałam o moim zamiłowaniu do długich podróży.
W perspektywie miałam 24 godziny w busie. Może jestem dziwna, ale nie mogłam się tego doczekać. Zostałam wychowana, jeżdżąc co roku małym seicento do rodziny w Wielkopolsce. W erze, kiedy nie jechało się autostradą przez trzy czwarte drogi. No, tak czy inaczej, długa jazda sama w sobie jest dla mnie wielką atrakcją.
Ale wróćmy do głównego wątku.
Na przerwach (wtedy jeszcze mieszkałam w szkole) wpadała mama, by zobaczyć, czy nie przewróciła się na mnie szafa, kiedy chciałam wyrzucić z niej całą zawartość, albo żeby porwać z ławy zeszyt, który zostawiła tam poprzedniego wieczoru podczas sprawdzania wypracowań. Tęsknię za mieszkaniem nad szkołą. Moi rodzice pewnie też. Już wtedy nie chodziłam tam do szkoły, bo niestety nigdy nie było tam gimnazjum.
Około 18 byłam już pod żółtym budynkiem szkoły. Nie jechała z nami moja najlepsza przyjaciółka, ale właśnie w tym wyjeździe pokładałam nadzieję, by bliżej poznać moje koleżanki. Wyszłam z samochodu z moją siostrą Martą i z rodzicami.
Karolina z równoległej klasy, którą znałam tylko z widzenia, siedziała w samochodzie z jakąś dziewczyną z kręconymi włosami i Pauliną z mojej klasy.
Starsza siostra Karoliny, którą już znałam, bo przyjaźniła się z moją siostrą, podeszła do nas. Przeszło mi przez myśł, by pójść do dziewczyn w samochodzie Karoliny, ale skoro miałam z nimi spędzić kolejną dobę, chciałam pobyć trochę z siostrą i jej przyjaciółką. Zastanawiałam się, gdzie jest Natalka z mojej klasy.
Kiedy dziewczyny wyszły z samochodu, wyraźniej dojrzałam dziewczynę z kręconymi włosami i zrozumiałam, że to jest właśnie Natalka. Zrobiła sobie trwałą? Zakręciła włosy? Zwykle miała je ciasno ściśnięte w kucyk. Potem dowiedziałam się, że zawsze miała kręcone włosy, ale od początku roku szkolnego, czyli kiedy ją poznałam, po prostu tego nie zauważałam. Właśnie przez ten kucyk.
Staliśmy chwilę w grupce i rozmawialiśmy, nadjechali Damian, Bartek, Dominika i Ewelina, czyli ludzie z drugich klas, oraz pan od angielskiego i jego żona, ucząca angielskiego w Hiszpanii - przyjechała do Polski, by wyruszyć z nami do Rumunii. Kto jeszcze? Kamil z klasy Karoliny. I pan dyrektor, czyli jeden z moich ulubionych nauczycieli z gimnazjum. Uczy informatyki.
Myślałam, że usiądę z Natalką, ale bus okazał się... busem, i siedziałam na pojedynczym siedzeniu. Nawet się z tego cieszyłam, bo nikt nie będzie mi się wtryniał z nogami, by ułożyć się do spania. A za mną nikt nie siedzał, więc mogłam odchylić się tak bardzo, że prawie leżałam. I wyciągnąć nogi jak najdalej przed siebie.
Damian siedział za przejściem, więc miałam idealne miejsce do gadania z nim i podziwiania jego poczucia humoru i innych rozlicznych zalet. Jeśli to czytasz, Damian - wszystkie się w tobie podkochiwałyśmy. Ale przeszło nam szybko, a ty studiujesz teraz w Danii, więc... nie bierz tego do siebie, hahahah xD
Jechaliśmy przez Kosarzew, czyli moją wieś, pomachałam szkolnemu boisku i domowi mojej przyjaciółki - sąsiadki. Mój dom - szkoła - był niewidoczny z drogi, ukryty za szpalerem drzew na wzgórzu.
Damian zabrał Paulinie Bravo, śmiał się z horoskopów i artykułów, dorysowywał młodemu Bieberowi czarne zęby, piegi i te sprawy, na głos zaśmiewaliśmy się z fotostory.
Po drodze podziwialiśmy piękny zachód słońca gdzieś nad Sanem, jedliśmy żelki i szałwię z Verbeny, ja słuchałam piosenki Natalii Kills - Mirrors. Na replayu. Wtedy jeszcze używało się mp3 zamiast telefonu ze słuchawkami. Może z wyjątkiem Karoliny, która zawsze miała wszystko pierwsza.
Oczywiście, jakżeby inaczej, chciało mi się siku. Odpięłam pas, bo strasznie cisnął mnie w pęcherz, ale już na Słowacji musiałam go zapiąć.
W końcu zatrzymaliśmy się na stacji. Pan od angielskiego wtedy po raz pierwszy strzelił swoim ulubionym żartem - że kiedy przestaje kołysać, dzieci się budzą. Bo faktycznie, kiedy bus się zatrzymał, wszyscy automatycznie się budzili. Może to dlatego, że byliśmy raczej pół na jawie, pół we śnie. Kierowca kupił winietę na autostradę, a my poszliśmy do toalety. 
Potem wszyscy odpłyneli w krainę snu.
Śmieszne, bo nigdy wcześniej nie przejeżdżałam przez Węgry, a chciałam je zobaczyć chociaż przez szybę busa. Niestety, obudziłam się krótko przed granicą Rumunii i zobaczyłam tylko równą jak stół autostradę, wschód słońca i krajobraz przypominający sawannę. Niemniej był to bardzo ładny widok.
Kontrola trwała bardzo krótko. Ktoś otworzył drzwi busa, kierowca podał mu plik już wcześniej zebranych paszportów, facet przejrzał je szybko i oddał. Mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zatrzymaliśmy się na stacji. Pamiętam bardzo dobrze, jak było zimno, a my chodziliśmy w rybaczkach i koszulkach z krótkim rękawem. Było bardzo wcześnie, ale słońce mocno już świeciło. Niewiele czasu upłynęło, zanim zrobiło się gorąco.
Po obu stronach drogi widać było góry, z czasem coraz bliżej nas i coraz większe. Przejeżdżaliśmy przez miasto, które niewiele różniło się od Lublina: podobna architektura, podobne tempo życia, tylko szyldy były w innym języku, a ludzie mieli inną urodę - zdecydowanie bardziej południową. Na każdej latarni powiewała niewielka flaga Rumunii. Zwrócił nam na to uwagę pan od angielskiego (będę go nazywać "panem Angielskim", jak kiedyś powiedziała nasza ulubiona polonistka)
Niedługo potem wjechaliśmy w niekończącą się sieć serpentyn. Jechaliśmy po czymś, co przypominało praskę do ziemniaków - w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.
Nie pamiętam już, czy więcej spałam, czy patrzyłam za okno, ale starałam się zobaczyć tak dużo, jak mogłam. To był dzień pełen niesamowitych widoków. Pamiętam most między dwiemia ścianami głębokiego wąwozu, jazdę brzegiem rzecznego jaru... rzeczy milion razy lepsze niż nudna niemiecka autostrada. W Rumunii szkoda było spać i przegapić takie widoki, podczas gdy w Niemczech grzechem by było się nie zdrzemnąć. Na pewno kojarzycie uczucie, jakie się rodzi podczas jazdy przez Bieszczady, Tatry, Pieniny. U nas to tylko skrawek kraju, a tam tak wygląda ponad połowa.
Pamiętam oczywiście też pustą, rozpadającą się wioskę bliżej północnej granicy i starą kobietę patrzącą się na nasz bus znudzonym wzrokiem. Nie będę udawać, że tego tam nie było, bo to jest wszędzie, także w Polsce.
Kilka godzin przed Bukaresztem wjechaliśmy na autostradę, która i tak była o wiele bardziej interesująca - panele wyciszające bardzo często albo były przezroczyste, albo w ogóle ich nie było, więc wciąż mogliśmy podziwiać krajobrazy.
Do stolicy wjechaliśmy około szóstej, może siódmej wieczorem. Kiedy przebijaliśmy się przez korki, wszyscy poczuliśmy ten szczególny rodzaj motylków w brzuchu, zarezerwowany dla wymiany. Czułam go od tamtej pory jeszcze cztery razy i mam nadzieję, że to nie koniec.
Wiedziałam, że będę mieszkać z Natalką i Karoliną, ale obawiałam się, że sobie z czymś nie poradzę, obawiałam się mówienia po angielsku. Byłam jednak bardzo podekscytowana.
Dojechaliśmy pod szkołę - nie tą, do której chodzili nasi hości, ale jakąś inną - nie mam pojęcia, dlaczego. Może miała większy parking? Nie pamiętam już dokładnie.
Wyszliśmy z busa. Uczniowie goszczący musieli przejść chyba z drugiej strony szkoły, bo dopiero zmierzali w naszą stronę.
Okazało się, że zajmuje się nami trójka: Laura, Edi i Rares, a mieszkanie pożycza nam rodzina innego chłopaka ze szkoły, którego nigdy nie poznałyśmy. Laura, Edi i Rares przedstawili się nam i pojechali do domów, a nami zajęły się mamy Ediego i Raresa. Odstawiły nas do mieszkania, po czym wróciły po pana dyrektora, dla którego albo zabrakło miejsca w hotelu, albo po prostu nikt nam nie powiedział, że będzie z nami mieszkać, tak czy inaczej jakoś bardzo nam jego obecność nie przeszkadzała.
Miałyśmy dwa pokoje - jeden należał do dwunasto- może trzynastoletniego chłopca, a drugi do jego rodziców. Dostał mi się - jakżeby inaczej - ten pierwszy, ale przynajmniej nie musiałam spać w jednym łóżku z Karoliną ani Natalką.
Meble były niebiesko - jasnobrązowe, a na ścianach wisiały plakaty ze Spidermanem i robotami. Ściany były chyba białe, a tuż pod oknem znajdowała się korona drzewa, na którym przępięknie darła mordki chyba z setka ptaków. Nawet nie potrzebowałam nastawiać budzika. Naprawdę się z tego cieszyłam.
Natalka i Karolina udawały, że są zadowolone z pokoju, który faktycznie przedstawiał się lepiej od mojego, ale po kilku dniach spania w jednym łóżku jeszcze bardziej się nie lubiły.
Tego dnia chyba już tylko poszłyśmy spać po męczącej podróży.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś skończyć pisać przynajmniej o Rumunii. Wydarzyło się tam wiele świetnych rzeczy i zawsze będę wspominać to z nostalgią.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Kasztanowe zegary i matura, czyli na pół filozoficzny bełkot

Wspinałam się szerokimi schodami na kościelne wzgórze. Pod moimi stopami kruszyły się brązowe, już opadłe liście kasztanowców. Uwielbiałam ten cichy szelest jesiennych liści, ale ten był zupełnie inny, było w nim coś wyjątkowego. Czas - była połowa sierpnia. Kasztanowce zrzucają liście znacznie wcześniej, niż inne drzewa - przez liczne choroby, głównie spowodowane szkodnikami.
Uderzyło mnie, że kasztanowce są wskaźnikami czasu. Takimi naturalnymi zegarami. Kiedy kwitną na wiosnę, czas zdać maturę lub trzymać za kogoś kciuki. Potem przekwitają, co oznacza, że wakacje są już bardzo blisko. Kiedy ich liście spadają wcześniej, są jak uczniowie, którzy muszą wrócić do szkoły, podczas gdy liście sąsiednich drzew - jak studenci - wciąż mają lato, mają bliżej do słońca. Czasem, również przez choroby, kwiaty na kasztanowcach pojawiają się na jesień. Wtedy nam, maturzystom, nad głową wiszą deklaracje o zdawanych przedmiotach, a nauczyciele sieją w nas ziarna niepewności o przyszłość uzykanych procentów.
Potem oczywiście gałęzie upodabniają się już do innych drzew i starają się jakoś przetrwać zimę. Jak my.
Na początek wiosny nieśmiało wypuszczają nowe zielone pączki, na co maturzyści krzyczą z rozpaczy i zaszywają się w swoich pokojach nad podręcznikami.
I kwitną. Ta dam. Czas na maturę.
I z powrotem. Tyle że teraz już - mam nadzieję - z zaangażowaniem nie nas, a kolejnych roczników.
O kurczę. Przedstawiłam ten rok jako podporządkowany pod maturę. Chyba wcale tak nie myślę.
Idę się uczyć.

Hahahahahaha, żart.

piątek, 7 sierpnia 2015

Jak przetrwać upały?

1. Bierz zimne/chłodne prysznice.
2. Nalej zimną wodę do miski i włóż do niej stopy. Podobno ochładza się wtedy cały organizm. Nie wiem dokładnie, jak to działa, bo nie aspiruję do bycia biolchemem, ale tak czy inaczej działa.
3. Pij dużo wody. Ja ostatnio wypijam chyba cztery litry dziennie, a przynajmniej takie mam wrażenie. I rzadko sięgam po inny napój. Nawet nie muszę się starać, samo tak jakoś wychodzi. Nie narzucam sobie też strasznie restrykcyjnych ograniczeń, więc nie mam wyrzutów sumienia po wypiciu czegoś innego. Aczkolwiek jestem z siebie niesamowicie dumna, bo byłam kiedyś uzależniona od coli.
4. Wlej wodę do pojemnika z atomizerem i spryskaj się nią.
5. Myj głowę wtedy, kiedy najbardziej potrzebujesz ochłodzenia, czyli na przykład rano, kiedy słońce zaczyna palić, albo po całym dniu, kiedy jesteś zlany potem. Przez głowę też ucieka dużo ciepła, a schnące włosy chłodzą. Nie susz włosów suszarką, chyba że zimnym nawiewem.
6. Niektórzy uważają, że na nich to nie działa, ale ja lubię szybką jazdę na rowerze czy rolkach, bo wtedy sama wytwarzam sobie wiatr.
7. Myśl o tym, jak bardzo będziesz za nimi tęsknić w zimie.
8. Śpij pod prześcieradłem, chyba że potrafisz zasypiać bez przykrycia.
9. Jeśli mieszkasz nad wodą zdatną do kąpania, bądź taki dobry i zapraszaj ludzi na całe lato.
10. Na yolo ucieknij nad jezioro/morze/do Arktyki.
11. Rozłóż dmuchany basen w domu. Albo na balkonie.
12. Jedz arbuza na wszystkie możliwe posiłki.
13. Zaopatrz się w klimę/wiatrak/wachlarz/hektolitry zimnej wody.

wtorek, 14 lipca 2015

Piszę wiersze?

Bez tytułu

Chciałabym zgłosić nieprzygotowanie
do dorosłego i odpowiedzialnego życia
mieć jakąś ochronę
na drogach życia
wąskich i krętych.
Czuć, że nie muszę
bać się przyszłości
i wiedzieć chciałabym
że mam komu ufać
że mam komu wierzyć.

Dziesięć minut

To było jak dziesięć minut szczęścia
w stosunku do wszystkiego
Dziesięć minut
kiedy myślałam, że miłość
przetrwa wszystko
przetrwała... ale tylko moja
bo wciąż pamiętam
600 sekund
sześćset słownie
możesz wystawić fakturę
rachunek zysków i strat
wszystkich chwil
które dała ci miłość
możesz pisać żegnaj
cztery razy do roku
i tak nigdy cię nie pożegnam
nie wyrwę z serca
mogę tylko schować w kąt
zapełnić pustkę nowymi uczuciami
pustkę a może właśnie pełność
zapełnić pełność smutku żalu goryczy
rozpaczy nie rozpaczy
miłością ciepłem bezpieczeństwem
zapełnić czy zagłuszyć
pokochać czy odrzucić
Czy prostym szczęściem
ze słońca ciepła przyjaźni codzienności
da się wypełnić dziurę
którą wypaliło
te proste dziesięć minut.

Wiedziałam, że ta chwila kiedyś nastąpi i będę musiała tu wrzucić jakiś wiersz. Mam właśnie teraz na to ochotę.
Większość z nich nie ma rymów ani regularnej budowy. Właśnie takie najlepiej mi się pisze. Nie widzę potrzeby zmuszania się do rymów, skoro ani mi się to nie podoba, ani tego nie czuję. A poza tym takie wiersze są jakieś takie... oklepane, pospolite, przedszkolne, nie wiem. Nie chcę tu nikogo obrażać, bo na przykład moja przyjaciółka pisze - a przynajmnej pisała - bardzo dobre rymowane wiersze, więc to się zdarza. Ale ja nie jestem wirtuozem sztuki lirycznej, ja po prostu piszę, co mi siedzi w duszy i wylewam siebie.
Plus, te pisałam ponad rok temu, więc nie do końca się mają do tego, co teraz. Bo są bardzo osobiste, i tylko z dystansu czasu mogę na nie patrzeć bez gwałtownych emocji.

niedziela, 12 lipca 2015

Rzeczy, które mnie wkurzają

Zwykle wkurzają mnie właśnie takie posty, ale w tym momencie muszę się jakoś wyżyć.
1. Starsze osoby, które nie potrafią wyciszyć telefonu przed wejściem do kościoła, a potem, kiedy rozdzwoni im się na mszy obciachowym dzwonkiem, nie wyłączą tego, tylko udają, że to nie ich komórka.
2. I te osoby, które rozglądają się wtedy po kościele.
3. Kiedy ktoś za bardzo przejmuje się tym, co inni o nim myślą.
4. Kiedy ktoś narzeka na swoje ciężkie życie tak, że zatruwa innym dzień.
5. Ludzie, którzy nie potrafią docenić tego, co mają.
6. Kiedy ktoś nie rozumie, że czasem trzeba trochę pobyć samemu.
7. Ludzie na siłę oryginalni.
8. Ludzie zawsze porównujący siebie do innych.
9. Stereotypy i przesądy. Potrafię być wręcz agresywna, kiedy je słyszę.
10. Kiedy ktoś jest przekonany, że wie lepiej, co jest dla mnie dobre.
11. Kiedy ktoś osądza mnie po pozorach, nie wiedząc, kim naprawdę jestem.
12. Kiedy mówię coś istotnego komuś kilka razy, a on tego nie pamięta.
13. Kiedy ktoś jest przekonany, że ludzie to świnie.
14. Hipokryzja. Mimo że mi też się czasem zdarza.
15. Niemożność znalezienia złotego środka.

czwartek, 9 lipca 2015

Czym pachnie Saska Kępa w lipcu, jak naprawdę działa warszawskie metro i niespodziewana miłość do Chopina, czyli Warszawa po raz trzeci

Po raz trzeci w ciągu roku byłam w Warszawie. Cieszę się z tego, bo chciałam poznać lepiej to miasto, które czasem trochę mnie przeraża, ale i fascynuje. Zamierzam wybrać się tam jeszcze raz, tym razem z najbliższymi przyjaciółkami, i wtedy będę już mogła powiedzieć, że poznałam Wawę.
Wczoraj - to jest w środę - obudziłam się o 6:30 i szybko, bo bez potrzeby nawet poganiana przez rodziców się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanie. Miałam na sobie wielki, gruby sweter z ciuchlandu, którego jeszcze nie nosiłam. Miało padać przez cały dzień, więc wcisnęłam w torbę kurtkę, wiedząc, że i tak jej nie założę. Nie żeby nie padało. Po prostu lubię moknąć. Umiarkowanie.
Wyszliśmy całą rodzinką (ja, moja siostra - Marta, i rodzice) na dworzec autobusowy położony praktycznie obok naszego osiedla.
Jechaliśmy Polskim Busem, który tak na marginesie bardzo przypadł mi do gustu. Miał wifi, wygodne fotele, kosztował 25 złotych w jedną stronę i było miejsce na nogi. Do Warszawy dojechaliśmy w planowym czasie, wysiedliśmy i poszliśmy na metro. Kupiliśmy bilety w biletomacie, przeszliśmy przez bramki (oczywiście rodzice mieli z tym trochę problemów).
Kiedyś, oglądając filmy i seriale kręcone w Nowym Jorku przyglądałam się, jak szalona jest idea nie zgubienia się wśród wszystkich stacji, linii i przystanków metra. Potem jeździłam kilka razy metrem w Bukareszcie, gdzie są 4 linie liczące razem 69,2 km, 51 przystanków, 259 pojazdów i 600 tysięcy pasażerów dziennie (tak, sprawdziłam to przed chwilą w Wikipedii). Po tym wydawało mi się, że i warszawskie metro jest jedną wielką plątaniną... jakże się myliłam! To chyba najprostszy system transportu w Warszawie. Jeśli nie pomylisz nowej linii ze starą. Przyznam szczerze - myślałam, że wygląda to bardziej tak, że są numery pociągów i musisz wbiec do odpowiedniego, przepychając się przez dzikie tabuny pasażerów.
Ale nie. Sprawa jest prosta - jedziesz albo na Kabaty, albo na Młociny. Trochę nie wiem, w jaki sposób linie krzyżują się na Świętokrzyskiej, bo jest tam z piętnaście zejść, wśród których można dostać oczopląsu. Zielone w kształcie M, niebieskie w kształcie M, niebieskie półokrągłe. Anyway. Pojechaliśmy do Centrum, wysiedliśmy i poszliśmy do mojego ulubionego Muzeum Chopina, w ktorym byłam już drugi raz i mogę powiedzieć, że szczerze uwielbiam to miejsce. Czułam się, jakbym znała i kochała muzykę Chopina od lat, a poza tym dowiedziałam się o niej i o nim wielu rzeczy, o których by mi nie powiedziano w zwykłym muzeum. W takim interaktywnym czujesz temat sobą, doświadczasz go na swój sposób, a nawet możesz dowiedzieć się czegoś o samym sobie... I ta nowoczesność połączona ze starością... mogłabym mieć taki dom *.* W moim pierwszym wpisie ze stolicy opisałam pierwszą wizytę w tym muzeum :) Smutno mi było stamtąd wychodzić :( Że nie wspomnę o wielu miejscach do siedzenia i pokoju słuchania!
Potem, już tylko z siostrą, ruszyłyśmy Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Rodzice wyszli z muzeum pół godziny przed nami i poszli coś zjeść. Wyszukałam najbliższe KFC, bo też już byłyśmy głodne. Zdjadłyśmy tam po B-smarcie i wypiłyśmy po półtora kubka SevenUpa z dolewki, oczywiście z jednego kubka (czy ktokolwiek kiedy jest z kimś w KFC tak nie robi? jestem tego ciekawa xD)
Po zjedzeniu longera i powiększonych frytek ruszyłyśmy w stronę Wisły ulicą w dół i po drodze przypadkowo spotkałyśmy Wydział Polonistyki na UW. Moja siostra właśnie skończyła pierwszy rok na KULu i powiedziała "Od początku podobała mi się ta ulica. Ciągnie swój do swego." Dalej było coś w rodzaju miasteczka akademickiego i parko-skwer. Ulica opadała w dół, ale my odwróciłyśmy się w końcu i zaczęłyśmy się wspinać z powrotem, mimo planów dojścia do Wisły, która, jak twierdzi Google Maps, była już blisko, a park okazał się być Parkiem Kazimierzowskim.
Poszłyśmy przez Krakowskie na Stare Miasto, w międzyczasie zostałyśmy naciągnięte na 6 zł przed dwóch wygadanych chłopaków zbierających na nawet nie wiem dokładnie co. Przeszłyśmy się kawałek Starówką, większą niż u nas, ale nie powiedziałabym, że ładniejszą. Usiadłyśmy na murze obok Barbakanu i nie chciało się nam ruszyć. Z sąsiedniej ulicy wyszli nasi rodzice i chwilę siedzieliśmy razem, a potem dali nam kasę na lody i poszli gdzieś jeszcze. My zeszłyśmy na dół, nieopodal rzeki, i szłyśmy wzdłuż niej do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, który łączy Starą Pragę i Stare Miasto. weszłyśmy na most i szłyśmy nim, a potem ulicą, która z niego wychodziła aż do Galerii Wolskiej, gdzie poszłyśmy do McDonalda na frappe. W Carefourze, jakkolwiek się to pisze, kupiłam sobie truskawkowe pianko-żelki z Haribo, ktore kojarzą mi się z wakacjami, i poszłyśmy dalej - do naszego następnego celu, czyli parku Skaryszewskiego, czyli warszawskiego Central Parku. Tak trochę mniej central, ale... anyway. Wyszłyśmy z niego po krótkim spacerze i skierowałyśmy się na eksplorowanie Saskiej Kępy. Faktycznie staje się ona w taką hipsterską, designerską, (chyba) spokojną i urokliwą dzielnicą jak Williamsburg w NY. Mam wrażenie, że Warszawa aspiruje coraz mocniej do Nowego Jorku, ale trochę inaczej go interpretuje i dodaje coś od siebie. Mówię, jakbym kiedykolwiek była w NY :P
Saska Kępa pachniała kwiatem lipy, jedzeniem serwowanym w urokliwych knajpkach i czymś jeszcze. Może to takie placebo. "To był maj, pachniała Saska Kępa."
W pewnym momencie na ulicy Paryskiej stwierdziłyśmy, że potrzebujemy przystanku i autobusu, który zabierze nas z powrotem do Śródmieścia, bo nogi nam właziły nie powiem gdzie. Autobus za dwadzieścia minut, i co z tego, dalej nie idę. Biletomat był w autobusie, ale tylko na kartę o.O i musiałam wysłuchać jaka to niedobra jestem bo stopuję pana kierowcę i musi mi sprzedać bilet, a nie może jechać. Poszłyśmy do Złotych Tarasów do toalety i przejechałyśmy metrem jeden przystanek, by dotrzeć na Świętokrzyską. Musiałyśmy jeszcze iść do innego wejścia, przy którym umówiłyśmy się z rodzicami, a potem, już z nimi, wrocić tam, skąd wyszłyśmy, ale cóż, trudno. Wróciliśmy na dworzec Wilanowska i czekaliśmy na autobus do Lublina, podziwiając zachód słońca pomimo autobusów zasłaniających nam połowę nieba.
Siadłyśmy z przodu, tam gdzie przed tobą jest tylko szyba, a pod tobą kierowca (autobus był piętrowy) i patrzyłam na drogę zafascynowana, że niedługo też będę tak jeździć. I trochę przerażona.
Po powrocie bylam wykończona, ale podobało mi się, że zwiedziłam trochę więcej Warszawy, niż pokazują na wycieczkach. Mam nadzieję, że za czwartym razem tego warszawoznawczego roku uda mi się zwiedzić jeszcze kilka dzielnic. Już nie mogę się doczekać, mimo że nawet nie wiem, kiedy mi się to uda.
Warszawa ma w sobie coś ciekawego - ma wiele twarzy, jeszcze więcej, niż myślałam, i zdecydowanie więcej, niż dzieci widzą na wycieczce szkolnej w podstawowce. Chciałabym poznać kogoś stamtąd, mieć tam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na temat stolicy naszego kraju i usłyszeć coś więcej. Wiem, że wielu jutuberów wypowiada się na ten temat, ale jednak to coś innego, niż wymienić spostrzeżenia, albo zobaczyć to miasto przefiltrowane przez kogoś bliskiego.
Odnoszę też coraz silniejsze wrażenie, że to miasto dla wielu jest odwykiem, ucieczką od codzienności, a dla mnie z pewnością wyzwaniem, bo zawsze, kiedy tam jestem, chcę iść samotnie przez ulicę albo galerię handlową, czuć tą energię zupełnie sama. Ale wiem już, że nie mogłabym pojechać tam zupełnie sama, bo czułabym się przytłoczona. Chociaż kto wie...

Nie jestem jakąś wielką fanką miast, szczególnie tak wielkich, ale zwolenniczką doświadczenia miejsc. Nie zwiedzenia. Doświadczenia. Mam nadzieję, że doświadczę jeszcze wielu miejsc w taki sposób.

poniedziałek, 6 lipca 2015

DIY, czyli najlepszy sposób na nudę + 10 moich diys + ja nie umiem bez dygresji

DIY, czyli Do It Yourself, czyli Zrób To Sam, to jeden z najlepszych sposobów na nudę. A skoro są wakacje, w pewnym momencie nuda jest nieunikniona, nawet, jeśli macie zaplanowany grafik na całe dwa miesiące.
Uwielbiam robić coś kreatywnego i zmieniać w ten sposób wygląd mojego pokoju. Inspirację czerpię oczywiście z YouTube'a, którego oglądam zdecydowanie zbyt wiele. Mój ulubiony kanał, na który udaję się po pomysły, to LaurDIY. Pomocna jest też AlishaMarie, ale to w ogóle moja ulubiona youtuberka, więc pewnie nie oceniam obiektywnie jej filmów z diy :P
Ale do czego zmierzam? Do pokazania rzeczy, które zrobiłam sama :D Może kogoś to zainspiruje?

1. Zwykłe pudło oklejone poszarpanymi wycinkami z gazet. Trzymam w nim trampki i baleriny.
2. Zasłona na regał - w nagłych wypadkach, czytaj goście idą, na pewno będzie niezastąpiona, by zakryć bałagan. Wybrałam tkaninę, wycięłam odpowiedni rozmiar i przymocowałam pineskami do szafki, a potem również posługując się pineskami, dodałam kokardki i związałam. Przywodzi mi to na myśl moskitierę i dodaje trochę więcej niebieskości tej stronie pokoju. Tak, wiem, że muszę jeszcze tylko uprasować tą tkaninę ;P Dopiero kiedy ją wczoraj powiesiłam, zorientowałam się, że naprawdę tego potrzebuje.
3. "To go", czyli gdzie chcę pojechać. Takie coś chodziło mi głowie już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałam, w jakiej formie to zrobić. Zastanawiałam się, czy bawić się z mapą i szpilkami, czy raczej przyklejać karteczki na ładnym tle.  Więc, zamiast pakować plecak, by pojechać na osiemnastkę przyjaciółki, grzebałam w gazetach. Spóźniłam się i na autobus, i na bus. Jeszcze nie skończyłam tego wyklejać, ale ogólny zarys jest już widoczny, a ja mam materiały ^^ Zamierzam jeszcze zrobić coś podobnego, ale z miejscami, gdzie byłam.
4. Girlanda z pasków materiału. Okeej. Robiłam ją wczoraj. To nie do końca miało tak wyglądać. Ale moja siostra powiedziała, że przypomina jej to szuwary, a ja akurat byłam w "syrenim" humorze, więc w sumie mi podpasowało. Chyba coś z tym jeszcze zrobię - może dodam białych sznurków? Ten pomysł znalazłam na kanale LaurDIY. Jej wyszło to perfekcyjnie, ale było w zdecydowanie ciepłej kolorystyce, grubsze i gęstsze.
5. To zielone zdjęcie zrobiłam 5-6 lat temu, i przedstawia koronę kasztanowca i jarzębiny widzianą z żabiej perspektywy. Uwielbiałam zawsze to zdjęcie. Słońce, ktore świeci przez szczeliny między liśćmi, jest jak światełko na końcu zielonego tunelu. No i oczywiście jest to kasztanowiec, pod którym spędziłam dużą część dzieciństwa. Właśnie dlatego napis głosi ""Feels like home". Ta mała, biała kartka pod spodem to cytaty, które głoszą, by kochać ludzi, a na tej wyżej jest napisane, że Bóg nie daje ci ludzi, ktorych chcesz, ale tych, ktorych potrzebujesz, bo to oni cię kształcą. Napis na dole "Sleep 8 hours, work 18" to moje motto na ten rok. Wycięłam go z różnych gazet. Ma wiele znaczeń. Po pierwsze, śpij osiem godzin. Po drugie, dawaj z siebie więcej, bo niemożliwe jest możliwe, doba może wydawać się dwie godziny dłuższa, jeśli nie będziesz siedział na tyłku. Po trzecie, cyfra 18 to w tym roku słowo klucz - chciałam, by osiemnaste urodziny nie były tylko pustą okazją do dostania prezentów i kawałkiem plastiku, chciałam naprawdę zapracować na to, by czuć się dorosła. I jeśli mam być szczera, już nie czuję się siedemnastolatką, mimo że do urodzin pozostały dwa miesiące.
6. Wazon z kwiatkiem. To moje najwcześniejsze diy, ktore jeszcze mam. Zrobiłam go 3 lata temu na zajęciach artystycznych w gimnazjum. To zwykła szklana butelka oblepiona gipsem zabarwionym żółtym barwnikiem. Nie lubię storczyków, ale ten sztuczny wygląda całkiem nieźle, wetknięty w wazon.
7. Kanapa z kołdry, poduszek, oparcia od narożnika i narzuty. Wszystko miałam, a niebieską narzutę kupiłam w ciuchlandzie za 1,5 zł. Kiedy już na niej usiądę, nie dam rady wstać. Jest super wygodna! Zrobiłam ją dwa dni temu i jestem z siebie dumna, bo sama wpadłam na ten pomysł. Ta, wiem, odkrywcze.
8. Dashwood to nazwa lasu z mojej powieści, z której nawiasem mówiąc jestem niesamowicie dumna, bo ma już 275 stron! Ten znak mógłby wisieć nad drogą przy wjeździe do lasu, ale wisi nad moim biurkiem i dmucha we mnie weną :P Wycięłam litery z tektury i pomalowałam z jednej strony, a potem przykleiłam je klejem do sznurka, wbiłam gwoździe i zawiązałam na nich jego końce. Nic prostszego ;)
9. To kolekcja moich pocztówek z miejsc, gdzie byłam. Jest tam Rumunia, Neapol, Martina Franca, Muszyna, Chłapowo, Pompeje, Troki, Kraków, Bieszczady, Wilczy Szaniec... Pojutrze jadę do Warszawy, więc moja kolekcja jeszcze się powiększy. Nie mogę się doczekać, kiedy cała ściana będzie wyklejona wspomnieniami.
10. Wieszak. Inspirację zaczerpnęłam z... targu. Właściwie to moja mama podpowiedziała mi ten sposób wieszania ubrań. To świetny sposób, by zrobić trochę miejsca w szafie i dodać pokojowi koloru - a w mojej szafie go nie brakuje. Tu akurat wywiesiłam niebiesko-brązowo-szare tonacje, by trochę uspokoić kolory, których było w moim pokoju za dużo. Linę kupiłam 6 lat temu w Klukach jako pamiątkę - była to kiedyś rybacka wioska, zamieniona teraz na przepiękny skansen. Za 10 wieszaków zapłaciłam w chińskim sklepie 3 złote (!). By coś powiesić, rozluźniam splot liny i wkładam wieszak w szczelinę.

Jak widzicie, uwielbiam bawić się kolorami i nie wytrzymałabym mieszkania w całym białym albo szarym pokoju, które są przecież teraz tak modne. I nie potrafię napisać posta o DIY bez dygresji. Ale wiele rzeczy ma za sobą jakąś historę, prawda? :)

Teraz zamierzam przygotować wielki kolaż na pustą ścianę (przestawiłam szafę z tamtego miejsca, wgl robiłam wielkie przemeblowanie) między pocztówkami a wieszakiem. Może kiedy już go skończę, wstawię tu jakieś zdjęcia ;)

sobota, 4 lipca 2015

Koszmary dorosłych

Kiedy dowiedziałam się, że przeprowadzamy się z powrotem do Kosarzewa, nie byłam z tego faktu zadowolona. Usiadłam ciężko na łóżku i westchnęłam. Dobrze mi się mieszkało w mieście i mimo że lubiłam od czasu do czasu odpocząć na wsi, wiedziałam już, że ciężko mi będzie bez wszystkiego na miejscu: bez sklepu za rogiem i ulubionej galerii handlowej, bez Starego Miasta niemal obok. Mimo wszystko przyzwyczaiłam się do mieszkania w Lublinie. Jeszcze cztery lata temu myślałam, że całe życie będę mieszkać na wsi.
Poza tym, Kosarzew też zmienił się diametralnie. Nie chciałam codziennie patrzeć na szkołę, w której jest już tylko zerówka i trzy pierwsze klasy. W sumie około czterdziestu uczniów. Plac zabaw i trawnik zostały zamienione w wielki plac zabaw, identyczny z każdym innym placem zabaw na świecie. Trawa została wydeptana, a potężna lipa obok mojego ogródka złamała się przez zbyt silny wiatr. Zupełnie, jak ja.
Jechałam tam, będąc jednym wielkim resentymentem. Przekonywałam się, że tego właśnie chcę, Słuchałam Coming Home w wykonaniu Cimorelli. One przeprowadziły się już dwa razy - najpierw z Sacramento do Malibu, a potem z Malibu do Nashwille, czyli o wiele, wiele dalej.
Po dojechaniu zajęłyśmy z Martą bibliotekę. Posiadanie takiego wielkiego domu mnie nie cieszyło, a wręcz smuciło. Okazało się bowiem, że szkoła jest zamykana, dlatego możemy w niej zamieszkać. Nie chciałyśmy na razie być same w wielkich pomieszczeniach z wysokimi sufitami, gdzieniegdzie trącącymi ścierką. Wstawiłyśmy nasze łóżka do biblioteki uprzątniętej z prawie wszystkich regałów i wypakowaliśmy meble z ciężarówki, ale byliśmy tym tak zmęczeni, że położyliśmy się wcześnie spać. Rodzice w klasie na przeciwległym rogu szkoły, a my w bibiotece.
Bałam się wyjść o tej porze na dwór, mimo że chciałam pójść do Kingi i zrobić jej niespodziankę z mojego powrotu do domu. Zostałam w łóżku i rozmyślałam. Nie wiedziałam, jak będą teraz wyglądać nasze relacje, bo dotąd widywałyśmy się dwa razy w roku. Mimo to wciąż uważałam ją za moją najlepszą przyjaciółkę. Jedną z najlepszych. Tęskniłam za nią. Była moją jedyną kotwicą tutaj, kiedy rozwiały się wszystkie inne więzi z ludźmi stąd. W końcu czternastoletnia już przyjaźń nie mogła tak po prostu zniknąć, nie przetrwać próby czasu i odległości. Poprzednio nie widziałyśmy się osiem mięsięcy, dlatego teraz te dwa miesiące były jak nic.
W nieszczelnych, drewnianych oknach świszczał wiatr. Przykryłam się kołdrą po uszy i skuliłam, co prawdopodobnie pomogło mi zasnąć po tym dziwnym dniu.
Rano, zanim otworzyłam oczy, pomodliłam się przez chwilę, by to był tylko sen. Ale nie. Widok zza okna przedstawiał zniekształcony przez starego typu szyby parking i drzewa dookoło, a dalej, na horyzoncie, majaczyły pola.
Westchnęłam. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo się zmieniłam i że przyzwycziłam się do miasta, dopóki się z niego nie wyprowadziłam.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Dopiero wtedy naprawdę się obudziłam. W Lublinie. Zlana potem, przerażona tym, kim byłam we śnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy bym się tak zachowywała, gdyby to nie był sen. Ale wiem, że nie. Wczoraj byłam w Kosarzewie i tak jak za każdym razem upewniłam się, że skakałabym ze szczęścia, gdybym mogła tam wrócić.
A więc tak wyglądają koszmary, kiedy jest się prawie dorosłym - pomyślałam wtedy i stwierdziłam, że to jest gorsze od tych typowych snów z potworami przemykającymi przez korytarz sąsiadów.

piątek, 3 lipca 2015

Przypadkowe fakty o mnie

1. Wkurza mnie tykanie zegara. W moim pokoju go nie ma, i chyba dlatego tak się od niego odzwyczaiłam, śpiąc tu już półtora roku. Kiedy nocuję u kogoś w pokoju, w którym jest zegar, zaśnięcie graniczy z cudem. Moja przyjaciółka na stancji ma tak upierdliwie tykający, że kiedy u niej nocuję, zamykam go w szafie xD Brzmi to tak, jakby ktoś stukał w klawiaturę w wampirzym tempie.
2. Uwielbiam jeziora, jeziorka, morza, oceany, baseny, wodospady, rzeki, strumienie, potoki, umiem i kocham pływać od dziesięciu lat, a moim ulubionym serialem zawsze był "H2O - wystarczy kropla". Teraz z niecierpliwością czekam na kolejny sezon "Mako Mermaids". Oczywiście chciałam być syreną, kiedy inne dziewczynki chciały być księżniczkami.
3. Nie boję się pająków, i wciąż boli mnie szyja od wczorajszego patrzenia z zafascynowaniem na jednego, który robił nade mną pajęczynę.
4. Urodziłam się 1 września. Dlatego początek roku szkolnego nigdy nie był dla mnie problemem ani wielką tragedią, bo mam wtedy urodziny ^^
5. Nie jestem przyzwyczajona do liczenia czasu w latach kalendarzowych. Kiedy mówię "w tamtym roku", najczęściej mam na myśli rok szkolny.
6. Po prostu zawsze byłam blisko szkoły - nie dość, że moi rodzice to nauczyciele, to jeszcze tam mieszkałam, rok szkolny zaczynałam okrągłym rokiem życia, no i (do czasu) nauka nie sprawiała mi problemów.
7. Chodzę do Biskupiaka (XXI Liceum Ogółnokształcące im. św. Stanisława Kostki w Lublinie), do humana. 
8. Przyjaciele są dla mnie tak ważni, że zdarza mi się zaniedbywać przez to inne rzeczy.
9. Jestem w CimFam (fandom zespołu Cimorelli) od trzech lat.
10. Mam obsesję na punkcie wymian międzynarodowych typu Comenius i marzę o tym, by kiedyś przy czymś takim pracować. Byłam z Comeniusa w Rumunii i we Włoszech. Teraz uczestniczę w wymianie do Niemiec, i jadę tam we wrześniu ^^
11. Sen jest według mnie panaceum na wszystko. I jeszcze kilka innych rzeczy.
12. Chciałabym w przyszłości być bardziej powiązana z Krakowem, a nawet przeprowadzić się gdzieś w te okolice. Nie wiedziałam, że miasta w ogóle można kochać, a co dopiero po dwóch nieudanych wizytach i jednej bardzo udanej.
13. Zawsze, kiedy mówię do kogoś "nie zgadniesz, co mi się śniło", ma ochotę zrobić sobie popcorn i przygotować się na pół godziny milczenia. Moje sny są niesamowicie bogate w szczegóły i bardzo często inspiruję się nimi przy pisaniu czegoś. Przypominają często niedorzeczny film. "Ferdydurke", "Proces" czy "Sklepy cynamonowe" przy moich snach wysiadają.
14. Nie obchodzę imienin w pierwszym terminie po urodzinach, ale 25 czerwca, bo moi rodzice stwierdzili, że tak będzie fajnie, kiedy urodziny będę miała na początku roku szkolnego, a imieniny na końcu. Taka klamra.
15. Bardzo powoli nudzą mi się piosenki, filmy i książki. W przeciwieństwie do mojej siostry, która po pięciokrotnym przesłuchaniu piosenki nudzi się nią.
16. Mój absolutnie ulubiony film to Mamma Mia. Obejrzałam go pewnie z dziesięć razy, i marzę o obejrzeniu tego musicalu na Brodwayu. Bliższe spelnienia wydaje się marzenie na zobaczenie go w Romie, która podjęła się realizacji polskiej wersji w tym roku.
17. Najlepiej odpoczywam sama albo z najbliższymi przyjaciółkami.
18. Zdarza mi się udawać, że chcę być sama, by nie dać ludziom zobaczyć, jak źle się z tym czuję.
19. Kiedy ktoś twierdzi, że w mieście jest ciemno po zmroku, mam ochotę turlać się ze śmiechu. Równie dobrze mógłby być dzień na niektórych ulicach.
20. Potrafię o 21 wejść w uliczkę koło cmentarza, którą nigdy wcześniej nie szłam, nawet za dnia. I wyjść z niej, zadowolona, w punkcie, do ktorego chciałam trafić.
21. Zdarza mi się iść przed siebie ulicą, którą nigdy wcześniej nie szłam, i założyć, że chcę dotrzeć gdzieś, gdzie już byłam, i trafić tam bez mapy ani nawigacji czy pytania o drogę. Mam dobrą orientację w terenie.
22. Pierwszą rzeczą, którą kupiłabym po wygraniu w totka, jest fontanna z czekoladą. A drugą dom na wsi.
23. Już nigdy nie będę miała biologii, fizyki ani chemii. W trzeciej klasie czeka mnie tylko kochana geografia.
24. Zdecydowanie za dużo czasu spędzam przed YouTubem. Starałam się to ograniczać, ale efekty są krótkotrwałe.
25. Zawsze mam wenę w najmniej odpowiednich momentach. Jak teraz, kiedy powinnam spać, ale piszę tego posta.  

środa, 1 lipca 2015

Ulubieńcy czerwca!

Miesiąc minął tak szybko, że ledwie się obejrzałam, ale miałam kilka swoich ulubionych rzeczy w czerwcu, no i czy wakacje to nie jest dobry czas na nową serię, która zawsze mi się podobała?

Aplikacja - Snapchat!
Jedzenie - Pizza!
Książka - Bolesław Prus "Lalka". Stasiu proszę, spotkajmy się na maturze. Proooooszę!
Film - "Za jakie grzechy, dobry Boże", "Holiday"
YouTuber - Radzka, Aspyn Ovard, Alisha Marie (ona to raczej all time fav <3)
Kosmetyk - Krem BB z Eveline do cery mieszanej i tłustej (no, ten zielony)
Ubranie - Czarna bluza-sweatshirt z H&M z napisem "Keep calm and get over it" i luźne, wzorzyste portki
Piosenki - Cimorelli - cały album "Hearts on Fire", Miley Cyrus - "You'll always find your way back home"
Budzik - Pachelbel Canon in D
Inne - planer tygodnia, prowadzenie pamiętnika

Zastanawiam się czasem, czy nie powinnam mieć takiej kategorii jak "ulubiona piosenka miesiąca Cimorelli".

Randomowe myśli

Tak bardzo stresowałam się ostatnio szkołą i wszystkim innym, że w ogóle nie czułam, że zbliżają się wakacje. A teraz - bum, są! Wow. Może są inne i ich nie czuję dlatego, że chodzę na wykłady do szkoły prawa jazdy. Ale to i tak dziwne. Zawsze dni pod koniec roku szkolnego były dla mnie ulubionymi w roku, ale teraz raczej byłam zła na siebie, że nie cieszę się nimi tak, jak zwykle.

Nie mogę uwierzyć w to, że za jakieś dwa tygodnie będę jeździła samochodem. To wszystko stało się tak szybko! Pamiętam, kiedy mam straszyła mnie dziesięć lat temu, że będę musiała sobie sama prasować ubrania, kiedy dorosnę. Chciałabym mieć teraz takie problemy!

Stwierdzam, że mam wenę, a chwilę później siedzę przed tabletem z palcami na klawiaturze i gapię się w ekran. Czy ktoś też ma takie problemy?

Chciałabym coś narysować, namalować, stworzyć, ale nie mam teraz ani pomysłu, ani nie umiem specjalnie rysować czy malować. Lubię robić diy, ale nie mam materiałów :P

Nie wiem, dokąd zmierza ta notka. Naprawdę nie wiem.

Kiedy pomyślę sobie o tym, jak daleko zaszłam z moją powieścią, rozpiera mnie duma. W ciągu trzech lat napisałam 270 stron, jedne są lepsze, a inne gorsze, ale grunt to to, że trzymam się tej historii i tak bardzo ją pokochałam, że nie znudziła mi się. Już jest takiej grubości, że dobrze wyglądałaby na półce z książkami, ale do końca zaplanowanej pierwszej części zostało jeszcze kilka wydarzeń, więc nie mogę się doczekać, kiedy ją skończę. Każde pół nowej strony, świeżo napisanej, jest dla mnie czymś wyjątkowym. Nigdy z niczego nie byłam tak dumna, jak z mojej powieści. Może tak się dzieje dlatego, że jest to bardzo osobiste rozliczenie się z moją historią i historią moich przyjaciół i przyjaźni, ludzi, którzy wiele dla mnie znaczą... albo znaczyli. Albo nie chcę się przyznać, że wciąż znaczą.

Wrzesień, wrzesień, wrzesień. Tak wiele będzie się działo! Na samym początku - moje osiemnaste urodziny. Cieszę się z tego, że nie są tylko pustą liczbą, bo, jeśli mam być całkowicie szczera, nie czuję się już na siedemnaście lat. W tym samym momencie nie mogę w to uwierzyć.
Po dwutygodniowym odcinaniu kwitków od osiemnastki przyjdzie pora na wycieczkę do Krakowa i Zakopanego - jeśli w ogóle uda się nam ją zorganizować, w co nawet ja wątpię, a ja rzadko wątpię w wycieczki. To nie wróży dobrze :P Jeśli uda się nam, będę najszczęśliwszą osobą na ziemi, bo kiedyś uważałam Kraków za przereklamowane turystyczne miasto, ale dziesięć miesięcy temu się w nim zakochałam. Nawet chciałabym się kiedyś przeprowadzić w jego okolice.
Potem - to już na 100% - jedziemy do Niemiec na wymianę. Mam poważną obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. Zawdzięczam im najlepsze rzeczy w moim życiu. Szkoda trochę, że ekipa z poprzedniego roku nam stopniała, i to poważnie, bo są to chyba tylko cztery osoby z dziesięciu albo i z większej liczby. Cóż, wycieczka do Rzymu to poważna konkurencja. Sama się dziwię, dlaczego nie wolę jechać do Rzymu. To znaczy właściwie się nie dziwię, bo to pokazuje, jaką mam obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. A we Włoszech już byłam. Co prawda w Rzymie nie, ale na wymianie <3

Czasem wyobrażam sobie siebie w takiej ramce z Trudnych Spraw - "Łucja, 18l. Jako jedyna Polka nie była w Niemczech." No a teraz będę ^^

Chyba postawię sobie wyzwanie pisania codziennie - albo bloga, albo opowiadania, albo powieści. Chyba powinnam tak zrobić. Zdecydowanie muszę.



wtorek, 30 czerwca 2015

Gorsze momenty

Miesiąc mnie tu nie było, ale w końcu, już w wakacje znalazłam kroplę weny dla tej tu parodii bloga. Zresztą przed kim ja się usprawiedliwiam? Nieważne. Minione dwa tygodnie upłynęły mi w niespodziewanie beznadziejnym humorze, czułam się jak kompletna porażka. Tak, tak, wiem, że moje porażki nie są mną, ale nawet największy optymista - a musicie wierzyć, że kto jak kto, ale ja optymistką jestem - ma swoje gorsze dni. I trzeba to zaakceptować, chociaż jest to super trudne.
Najgorsze było to, że ten beznadziejny nastrój przypadł na dni tuż przed końcem roku szkolnego, kiedy powinam skakać ze szczęścia. Tydzień temu w sobotę była kolejna osiemnastka - z grona najlepszych przyjaciółek zostałam już tylko ja i Carol, a ona ma urodziny za dwa tygodnie!
Nie dość, że się starzeję, to jeszcze nie potrafię zrozumieć, że to jest najlepszy czas, jak mi wszyscy mówią. To znaczy nie starzenie się, ale to, co jest teraz, czyli osiemnastki i dorastanie. Moje przyjaźnie wykonują gwałtowne rotacje i skomplikowane, nagłe zwroty akcji, za którymi nie potrafię nadążyć. Nie zdałam próbnej matury z matmy, pani krzyczała na mnie pod tablicą, w wyniku czego próbowałam powstrzymać łzy cisnące się mi do oczu, ale to była porażka. Do końca lekcji nie podniosłam na nią wzroku i siedziałam, wgapiona w zeszyt, odpychając od siebie myśli, że i tak wszyscy widzą, jaki ze mnie słabeusz. Myślałam, że jestem silna, ale każdy, nawet najsilniejszy człowiek potrzebuje czasem rozpłakać się tak, by ktoś to widział. Po końcu lekcji pobiegłam do łazienki i zamknęłam się w kabinie, by się uspokoić. Cała się trzęsłam, nie wiem, czy z wściekłości, czy z bezradności, czy dlatego, że uświadmiłam sobie swoją słabość. Po lekcjach, a szczególnie po przygnębiającym 20-leciu międzywojennym na polskim miałam ochotę rzucić się na łóżko, ryczeć i nie wstawać do wakacji. Ale że umówiłam się z przyjaciółkami na kupowanie prezentu tej, ktorej osiemnastka miała odbyć się w sobotę, zmusiłam się do wstania. Zresztą wiedziałam, że  poprawią mi humor. Trochę poprawiły, ale tylko te, ktore chciały mnie słuchać. Poszłam potem z Carol na naleśniki z Nutellą, które też niewątpliwie pomogły.
Ale następnego dnia znowu czułam się jak g****. Próbowałam poprawić sobie humor na wszystkie możliwe sposoby. Weekend był trochę lepszy, ale jedna z sytuacji nie wyglądała lepiej, już mniejsza o to, która. Zaczynał się ostatni tydzień przed wakacjami. Wydawało mi się, że jest super, ale we wtorek zaczęłam stresować się zapisami na kurs prawa jazdy, tymi papierami i zaśwadczeniami, tą całą biurokracją i papierologią. Na szczęście szkołę prawka wybrałam dobrą, bo teraz bardzo mi się tam podoba. (OSK LUZ)
Poszłam do urzędu w czwartek, zdjęcie nie takie, powiedziano mi że takie może być, ale przepraszam PANIĄ zdjęcie z lewym profilem odsłoniętym uchem bla bla bla. Zgoda od PANI rodzica i oświadczenie o czymśtam musi PANI podpisać i PANI pesel tutaj proszę.
A więc tak wyglądają koszmary dorosłych ludzi.
Nie wiem, dlaczego aż tak bardzo mnie to wkurza. Mam nadzieję, że uda mi się przywyknąć do tego, że jestem tylko numerem w ewidencji.
W środę był mega zalatany dzień. Próbna podstawowa matura z angielskiego poszła mi świetnie, rozszerzona też nie była zła, a potem pojechałam z Asią do Outlet Center, po czym poszłam na pocztę po imieninową przesyłkę, a potem pojechałam do Plazy po rajstopy i górę od stroju kąpielowego, bo we wtorek bardzo chciałam pójść na basen, ale moja góra od stroju była innego zdania. Kupiłam, skoczyłam do Stokrotki po coś na ząb i poszłam do przyjaciółki. Siedziałyśmy dwie godziny i gadałyśmy, a potem (przynajmniej w definicji moich rodziców) zrobiło się tak późno, że musiałam jechać do domu. Stwierdziłyśmy, że przeprowadzimy się kiedyś na Wyżynę krakowsko - częstochowską, bo tam jest bajkowo i blisko do innych bajkowych miejsc. Proste, hahahahahaha.
W czwartek byłam w urzędzie miasta, ale potem naleśniki z przyjaciółkami ze szkoły (cieszycie się, mamo, tato? mam przyjaciółki w szkole, tak, jak chcieliście) zdecydowanie mnie rozchumrzyły, bo dyskutowałyśmy o wymianie do Niemiec i prezentacji. Mam obsesję na punkcie wymian młodzieżowych. Poza tym, uwielbiam te dziewczyny. Potem poszłam na basen po raz pierwszy od stycznia. Straszne, co nie? Pływam od dziesięciu lat i kocham to, ale nie mam na to czasu. To znaczy mam, ale nie mogę się zebrać.
Piątek, czyli ostatni dzień roku, upłynął spokojnie. Byłam na zakończeniu i już zdążyłam zatęsknić za Asią, która mieszka tak daleko, że jeśli nie przyjadę - a mnie zapraszała - to zobaczymy się za dwa miesiące. Pojechałam już z zestawem dobrych papierów do urzędu i oddałam je, a kiedy wracałam przez Park Saski, zobaczyłam mojego kolegę z gimnazjum. Powiedzieliśmy sobie cześć, stał z kolegami, którzy zawyli "Uuuuuu, Krzychu!!!" po tym, jak odeszłam. No a potem pojechałam do Tarasów Zamkowych i spotkałam się z Marysią, Justyną i Karoliną. Miałam dziwny, refleksyjno-smutno-radosny nastrój.
Coż mogłam robić w domu? Obejrzałam trochę filmów na YT i ucięłam sobie trzygodzinną drzemkę, podczas której połowa świata myślała, że nie żyję, a połowa, że jestem ranna. A reszta, że się obraziłam. Pięć połączeń nieodebranych i dwa esemesy. 
To już chyba był z grubsza koniec beznadziejnej passy. Zaczęły się wakacje, których wciąż nie czuję, ale może to dlatego, że wczoraj i dzisiaj miałam wykłady w LUZie. Są całkiem przyjemne. Jak na razie polecam, Lublin ulica Szkolna.
Nie wiem, po co piszę tego posta, ale chyba głownie po to, żeby powiedzieć komukolwiek kto to czyta, że naprawdę, nieważne że ktoś mówi ci, że jesteś słaby, albo masz gorsze dni. Każdy z nas je ma. Każdy z nas jest człowiekiem. Daj sobie czasem chwilę na odpoczynek, na szczerą rozmowę z kimś zaufanym o tym, co cię trapi, albo na kilka dni czy godzin samotności, odwyku od świata. Ja próbowałam się rzucić w wir spraw do załatwienia i zajęć, ale dla mnie tym razem to nie podziałało. Sposób wracania do siebie nie musi być zawsze taki sam. W końcu warto próbować nowych rzeczy.
Jutro chyba jadę do mojego "hometown", wybaczcie za te anglicyzmy, ale uwiebiam to słowo. Mam nadzieję, że zobaczę się z moją najlepszą od 14 lat przyjaciółką. Poza tym, nie mogę doczekać się września! Tyle rzeczy się szykuje!
Napisanie tej notki zajęło mi dwie godziny. To jest naprawdę męczące! Nie dziwię się tym profesjonalnym blogerkom, że mówią, że to czasem potrafi być naprawdę ciężka praca.
 

wtorek, 26 maja 2015

Kwiaty we włosach potargał wiatr, jak dogadać się z małpą i jazda ośnieżoną kolejką górską w maju, czyli co humaniści robią w stolicy, czyli drugie podejście do Warszawy

Co ja mam z tymi długimi tytułami? Wybaczcie.
Jaka normalna klasa jedzie na klasową wycieczkę do Warszawy już drugi raz w roku? Nasza. Ach, czekajcie! Nie zaliczamy się, bo o naszej klasie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest normalna. No i jeszcze kilka innych rzeczy powiedzieć o niej nie można. Stop rambling, honey. Ok.
Z tym pomysłem wyskoczył Karol około miesiąc temu. Warszawa. Nie byłam przekonana, no ale co się będę kłócić. Odzywać. Potem "ZOO!" Od jakiegoś czasu chodziła za mną ochota, by wybrać się do zoo, mimo, że nigdy nie lubiłam koncepcji ogrodów zoologicznych. Więc z chęcią pojechałam. Nie miałam wyboru, bo nie było opcji, żebym nie jechała. Mam obsesję na punkcie wycieczek.
Dzień zaczął się o 5:30, kiedy obudziłam się i do 7:00 się szykowałam. O siódmej wyszłam do Biedronki po żarełko na drogę do Wawy, a pół godziny później miałam MPK na dworzec (jechaliśmy pociągiem ^^). Na przystanku czekała już na mnie Asia, która jechała ze mną, bo topografię Lublina zna na trasie szkoła - stancja - księgarnia - Krakowskie - Plaza :P
Dotarłyśmy bez zbędnych zawirowań i ekscesów losu, stanęłyśmy na peronie z grupką obywateli naszej szacownej klasy, musiałam ich na chwilkę opuścić, by udać się do kibelka, gdzie oczywiście okazało się, że akurat muszę mieć problemik z żołądkiem (czy cokolwiek było za to odpowiedzialne). Zawsze przygotowana Asia poczęstowała mnie Stoperanem i szybko mi przeszło ^^ Naprawdę nie wiem dlaczego o tym piszę, czy ja jestem normalna?
Hmm. Nope.
Wsiedliśmy do pociągu. Przez cały czas Marysia z duszą na ramieniu wypatrywała Justyny, która się spóźniała, ale kiedy już siedzieliśmy w przedziale, zobaczyłyśmy ją na peronie, Marysia wyszła po nią, ale, o ile się nie mylę, droga do drzwi była zakorkowana. Wychyliłam się przez okno, pomachałam i tak nas znalazła ^^
Siedzieliśmy w przedziale tak - ja, Marysia, Asia, Ewelina i czterech chłopaków, w większości pasjonatów polityki. A że dopiero co ogłoszono, że Duda został prezydentem, dyskusja była niesamowicie żywa, chłopaki byli w dobrych humorach (wszyscy byli za PiSem). Ja jednak zatkałam się słuchawkami ze względu na moją ignorancję polityczną, ale też i to, że po prostu chciałam posłuchać DZIEWIĘCIU cudownych, nowych piosenek Cimorelli (mixtape Hearts on Fire). Asia uczyła się do sprawdzianu z angielskiego.
W połowie podróży zaczęły się rotacje na korytarzu, wszyscy cisnęli się do okien, by "umyć włosy na sucho", powietrzyć twarz, potargać niemiłosiernie włosy i po prostu poczuć ten train trip vibe. Piotrek kłócił się z Karolem o dostęp do okna jak małe dziecko o zabawkę :P Ja jadłam włosy Marleny i suszyłam ząbki do bocianów.
Bartek z Aśką wdali się w żywą dyskusję o ich ulubionym kraju - Rosji. Chciałam wyciągnąć ją na korytarz do okna, bo była to jej pierwsza podróż pociągiem ever, ale była za bardzo wciągnięta w tą dyskusję. A ja spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakbym... no, jakbym stała przy oknie w jadącym pociągu. Tak, właśnie tak. Nie mam innych słów.
Wysiedliśmy w Warszawie Wschodniej. Szliśmy do zoo przez bodajże Pragę, a potem przez park.
W zoo zauważyłam, że puch dmuchawca jest jakiś podejrzanie gęsty i obfity, a ja zaczynam kaszleć, przy czym mój nos odmawia posłuszeństwa. Tak, jak można się domyślić, moje cudowne uczulenie na topolę, które dwa lata temu jakoś się zmaterializowało pod koniec czerwca, kiedy w Lublinie pyliła topola, tym razem obudziło się pod koniec maja. Czy w Wawie one zawsze pylą w maju? Powiedzcie mi! Kiedy wrociłam do Lbn, żadnego puchu w powietrzu nie było, a naprzeciwko moich okien rośnie kilka tych drzew, co osobiście niemożebnie mnie denerwuje.
Ale wroćmy do wycieczki. Po raz pierwszy od pewnie pięciu czy sześciu lat byłam w zoo. Podobały mi się szczególnie małpy - są fascynujące! Od przesłodkich, ćwierkających pigmejek przez sfochanego szympansa do samotnego goryla, którego towarzyszy nie ma od jakiegoś czasu i niedługo mają wrócić. Są takie ludzkie! To aż przerażające, kiedy przypomnisz sobie serię "Planeta Małp".
Nie wiem, czy się nie mylę, i czy to była prawdziwa glicynia, czy jakaś podróbka, bo wyglądała trochę licho, ale to pewnie ze względu na klimat, ale o czym to ja mówiłam? Ach, tak! Widziałam glicynię. Dodam ją jako pierwsze zdjęcie po tekście notki. Mam absolutną obsesję na punkcie glicynii. Są przepiękne.
Po dwóch godzinach spacerowania między egzotycznymi zwierzętami wyszliśmy z zoo, przeszliśmy przez most na Wiśle, zachaczyliśmy o Plac Zamkowy i poszliśmy Krakowskim Przedmieściem w stronę Saskiego. Gdyby nie ta Wisła i brak Starego Miasta po drodze, mogłabym równie dobrze mówić o Lublinie. Ale zauważyłam, że Wawa jest teraz naprawdę zielonym miastem. Wielki plus :)
Pod grobem nieznanego żołnierza usiedliśmy po popatrzeniu na zmianę warty, a potem przeszliśmy przez Saski w stronę centrum handlowego Blue City. Po kolejnych dwóch kilometrach połowa klasy się zbuntwała i dalej jechaliśmy autobusem.  
Wiedziałam, że Blue City jest wielkie i że wygląda imponująco na zdjęciach, i nie zawiodłam się. To coś jest naprawdę duże.
Zaczęliśmy wchodzić coraz wyżej, i połowa miała wielką rozkminę, dlaczego zmierzamy w stronę strefy kibica klubu przepraszam ale nie pamiętam jakiego. Okazało się, że tam było to kino 5D, do którego szliśmy.
Polegało to na tym, że są cztery fotele, ruszające się w rytm efektów specjalnych (i oczywiście z pasami, bo jakby nie one, ja bym wypadła na sto procent), wiatraczek, duży ekran, i jedna z fajniejszych rzczy, czyli kamera pozwalająca obsługującemu i innym klientom obserwować reakcje oglądających. Ja. Ewelina, Marysia i Justyna chciałyśmy obejrzeć film polegający na tym, że masz bardzo realistyczne wrażenie jechania starą, opuszczoną, nieużywaną, oblodzoną i ośnieżoną kolejką górską. Nazywało się to Snow Rider. Darłyśmy się i piszczałyśmy. Wiedziałyśmy, że ten film we wszystkich wywołuje największe emocje, mimo że trwa tylko trzy minuty. Zostałyśmy o tym uprzedzone. Przede wszystkim: NIE MA CO SIĘ BAĆ. Na początku jest troszeczkę przerażająco, ale po wyjściu chce się jeszcze raz. Ja specjalnie usiadłam na tym fotelu, na którym na poprzednim filmie siedziała Marlena - i najbardziej nią rzucało. Trzymałyśmy się za ręce - z prawej Ewelina, z lewej Justyna, a obok niej Marysia.
Potem, wciąż się trzęsąc i nie mogąc przestać gadać o wrażeniach z kolejki, poszłyśmy coś zjeść - ja, Justyna i Asia w Subwayu, Marysia w North Fish, a Ewelina w Thai woku. Asia się uczyła.
Potem przeniosłyśmy się do Costa Coffee na deser, zamówiłyśmy sobie po kawie czy gorącej czekoladzie (ja), i po ciastku lub bez :P Ja wzięłam cudowne Oreo Cookie Pie, które jadłam we wrześniu w Krakowie i się w nim zakochałam, aczkolwiek oddałam Justynie to, czego nie mogłam zmieścić, bo się zasłodziłam. Aśka nic nie wzięła, tylko się uczyła, a Marysia probowała ją przekonać, by nie robiła tego na wycieczce. Kiedy wreszcie byłyśmy zdolne do tego, by się podnieść, pobieżyłyśmy do New Yorkera. Zastanawiałam się nad kilkoma parami okularów przeciwsłonecznych, ale stwierdziłam, że muszę się po nie wybrać w Lublinie z siostrą. Potem pofrunęłyśmy do Matrasu, ja oczywiście, jak to ja, odłączyłam się od ferajny na chwilę i "zdzwonimy się", pobiegłam do TK Maxa, przez Carry, H&M, Hebe, Rossmana, The Body Shop, jeszcze zahaczyłam o spożywczy, gdzie stwierdziłam, że warszawskie życie wcale takie szybkie nie jest, i tym sposobem znalazłam ferajnę godzinę później, na zbiórce przy wyjściu.
Poszliśmy na dworzec, tym razem zachodni. Tam odbijało nam i tańczyłyśmy kawałki naszej zumby z wuefu na peronie, wymyślałyśmy jakieś dziwne kroki (no dobra, ja, bo Marysia uczy się właśnie układu na w-f, Justyna jest tancerką, a Ewelina tańczy tańce dawne, a Asia... ona się uczyła). Ogólnie robiłyśmy wiochę ^^. Kiedy pociąg się zatrzymał, biegliśmy do odpowiedniego wagonu. Wyprzedziłam prawie wszystkich :D
Tym razem siedzieliśmy praiwe tak samo, tyle że zamiast Piotrka była Justyna, a chłopaki i tak często wychodzili. Ja ciągle czymś częstowałam, bo gdzie ja, tami żarcie, to jasne. Zdjęłyśmy buty i zrobiłyśmy dyskotekę w przedziale, Aśka się uczyła. Było super. Naprawdę super. Była integracja. Graliśmy w mafię. Jakoś za Dęblinem przyszedł do nas nauczyciel od wosu, z którym jechaliśmy jako drugim opiekunem oprócz wychowawczyni. Powąchał powietrze w przedziale i powiedział "Chyba coś wam tu zdechło." Taa, to były te buty. Roześmialiśmy się tak piskliwie, że jakaś bajka :D
Polskie Koleje Powolne tego dnia były zaskakująco punktualne, nie było źle, więc dotarliśmy w miarę planowaną porą do Lublina. Odwieźliśmy Aśkę po drodze. Byłam super zmęczona, ale też bardzo szczęśliwa.

niedziela, 17 maja 2015

31 momentów, które robią mi dzień

Jakiś czas temu już o tym pisałam. Teraz przedstawiam dzień w momentach od rana do wieczora.

1. Kiedy budzę się przed budzikiem i jestem wyspana.
2. Kiedy przez rolety przebija się słońce do mojego pokoju.
3. Kiedy mam wenę, by zrobić na śniadanie coś pysznego albo kiedy po prostu coś już czeka w lodówce.
4. Kiedy moje włosy układają się same w taki sposób, że nie muszę nic z nimi robić.
5. Kiedy jestem zadowolona z tego, jak się ubrałam.
6. Kiedy na dworze jest ciepło.
7. Kiedy ktoś ciepło przywita mnie w szkole.
8. Kiedy po w-f-ie jestem #zwłoki #workout.
9. Kiedy rozmawiam z kimś, z kim zwykle nie rozmawiam, lub z kimś, z kim rzadko mam na to czas.
10. Kiedy nauczyciel pochwali mnie lub klasę.
11. Kiedy odezwę się na lekcji.
12. Kiedy widzę, jak w klasie opadają nastroje "rozbicia dzielnicowego".
13. Kiedy ktoś, kogo kiedyś znałam, powie mi cześć.
14. Kiedy ktoś się do mnie po prostu uśmiechnie.
15. Kiedy jest dobry obiad.
16. Kiedy przy obiedzie rozdają też deser.
17. Kiedy lekcje mijają szybko.
18. Kiedy po przyjściu do domu robię coś konstruktywnego.
19. Kiedy zapomnę o tym, co dostałam na deser w szkole i znajduję to potem w torbie.
20. Kiedy Cimorelli wrzucą filmik na YT.
21. Kiedy Alisha Marie/vlogbby11 wrzuci filmik na YT.
22. Kiedy nie mam wiele zadane na następny dzień.
23. Kiedy zrobię sobie jednoosobową imprezę we własnym pokoju lub jednoosobową wycieczkę rowerem nad zalew.
24. Kiedy Cimorelli robią jakąś niespodziankę lub coś ogłaszają.
25. Kiedy napiszę fragment powieści/opowiadania.
26. Kiedy dotrę do jakiegoś ważnego punktu w powieści czy opowiadaniu.
27. Kiedy spotykam się z przyjaciółką/przyjaciółkami.
28. Kiedy jest cudowny zachód słońca.
29. Kiedy w całej mojej spontaniczności idę na... spacer.
30. Kiedy mam czas porozmawiać i pobyć trochę z moją siostrą.
31. Kiedy mogę położyć się spać ze świadomością, że nie zmarnowałam tego dnia.

niedziela, 3 maja 2015

Filmowy weekend majowy

W weekend majowy jak na razie obejrzałam siedem filmów. Już mi się mieszają, ale postaram się krótko napisać coś o nich (bo może ktoś będzie potrzebował, by mu coś polecić? Mam nadzieję, że pomogę). Kiedy wcześniej leżałam dwa dni z wybitym palcem u nogi (tym małym, takie toto mikre a tak potrafi dać w kość), obejrzałam jeszcze raz Wild Child, więc też zaliczę ten film do weekendu filmowego :P Oto filmy w kolejności chronologicznej mojego oglądania:

Wild Child (Zbuntowana Księżniczka)
Dlaczego oni nadają takie głupie polskie tytuły fajnym amerykańskim filmom? Już mogli zostawić Wild Child, bo i tak wiele osób tak na to mówi. No dobra, grunt, że nie nazwali tego doslownie, "Dzikie Dziecko". Brrr.
Mam duży sentyment do tego filmu, bo jego zwiastun leci na płycie tuż przed moim ukochanym, najlepszym, najradośniejszym na świecie filmem Mamma Mia. Kiedy pierwszy raz włączyłam Mamma Mię, stwierdziłam, że muszę obejrzeć Wild Child. Zajęło mi to jakieś dwa lata, by w końcu to zrobić (zapomniałam? odkładałam na później? nie wiem). Bardzo, bardzo, bardzo mi się spodobał sposób, w jaki Poppy się zmienia. Uwielbiam dynamicznych bohaterów :) Emma Roberts jest genialna w roli tej rozpuszczonej nastolatki. Alex Pettyfer... czy muszę dodawać coś więcej?
Przy tym filmie można się pośmiać, i to porządnie, trochę wzruszyć, ot taka lekka, ale jakże genialna komedia z morałem. Koniecznie obejrzyj, jeśli lubisz takie filmy.

Śniadanie do łóżka
Zaczęłam oglądać ten film z siostrą, ale potem stwierdziłyśmy, że musimy już iść spać. Dokończyłam go sobie w czwartek wieczorem, w perspektywie mając cudowny, wolny piątek.
Może Karolak i Socha trochę do siebie nie pasują, ale tutaj byli nawet momentami uroczy. Najlżejsza komedia romantyczna, jaką kiedykolwiek widziałam (a przynajmniej tak mi się wydaje). W rozmowie z siostrą określiłam to jako "taki lekki film który można sobie włączyć w tle, malując paznokcie". No i miewałam fazy na tą tytułową piosenkę Piaska.
Film jest godny polecenia na jakiś babski wieczór czy coś takiego... Nie wciąga jakoś bardzo, bo i tak wiadomo, że skończy się dobrze, ale czasem właśnie takie filmy są potrzebne. Jest dobry. I tyle.

Miss Agent II
Wydaje mi się, że pierwszą część obejrzałam 6-7 lat temu, i chyba faktycznie tak było. Druga mnie nie zawiodła. Właściwie zaskoczyło mnie, kiedy zobaczyłam w proponowanych "Miss Agent II". Śmiałam się najbardziej z relacji Gracie i Sam. Sandra Bullock i Regina King wypadły świetnie w tym duecie. Było mi trochę szkoda, że Gracie pogrzebała dawną siebie pod butami od Manolo, i w ogóle nie ogarniałam, jak tak szybko można się tak diametralnie zmienić. To akurat było lekko sztuczne ze strony scenarzystów, ale wybaczmy im to za chociażby postać Sam czy ich dialogi. Nie mogłam też zrozumieć, dlaczego Gracie nie podbija do Jeffa. I dlaczego ta cała Cheryl... shut up, Łucja! Nie spojleruj :D
Kolejna lekka komedia, którą mogę polecić w tej notce. Bez obaw, dalej będzie trochę więcej urozmaicenia :P

Akademia Wampirów
No i zaczęły się retrospekcje, które prześladowały mnie w kolejnych filmach. A to Lissa (swoją drogą, propsy za imię, if you know what I mean - jeśli nie, sprawdź posty z Renegade :D) wskrzeszała ptaka, a to swoją... spoiler alert.
Lucy Fry. To po pierwsze - miałam obsesję na punkcie H2O. Wciąż kocham ten serial. Mako Mermaids też kocham. A Lucy grała tam moją najmniej ulubioną syrenę ze wszystkich (no, może oprócz Charlotte :P). Co oczywiście nie zmienia faktu, że dobrze mi się kojarzyła, więc stwierdziłam, że czemu nie, obejrzę sobie ten film.
Czy możemy porozmawiać o Rose?! Głównie z jej powodu nie mogę doczekać się drugiej części. Może nawet uda mi się pożyczyć od kogoś książkę. Żebym jeszcze miała czas ją przeczytać między tymi wszystkimi lekturami na poziomie rozszerzonym :( Rose przybliża widzowi ten pokręcony wampirzy świat. Jej postać jest świetna. Mam nadzieję, że zgadza się z książką. Proszę, powiedzcie, że tak!
Naprawdę dobry film. Jest w nim tyle gwałtownych zwrotów akcji, że czasem nie da się połapać. Czy Moroi są dobrzy? Nie! A, czekaj, tak! A może jednak nie? Nie, nie są... Czekaj, stop, są! A może jednak... Uh, druga część prawdę ci powie. Chociaż mam wrażenie, że wcale tak nie będzie. Chyba naprawdę muszę to przeczytać.

Dla ciebie wszystko
(to tu właśnie retrospekcje zaczęły mnie prześladować, ale nie aż tak, jak następnego dnia)
Historia miłości z przeszłości zaczęła się dość Pamiętnikowo, ale skończyła inaczej.
Kiedy zobaczyłam, jak spotkali się po dwudziestu latach, by uczcić pamięć przyjaciela, odżyła we mnie nadzieja. Na końcu filmu paradoksanie podskoczyła jeszcze bardziej. No bo w końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, co nie? 
Czy muszę mówić, że starsza Amanda wyglądała bardziej jak matka starszego Dawsona? W pierwszych scenach myślałam, że nią jest. James Marsden to według mnie największe ciacho dzisiejszego kina. Michelle Monaghan niekoniecznie do niego pasuje, ale można się przyzwyczaić. W młodszym duecie podobała mi się bardziej Liana Liberato, wręcz nie mogłam oderwać od niej wzroku. Genialna, utalentowana aktorka. Czy to tylko ja, czy ona faktycznie wygląda jak Małgorzata Socha? Luke Bracey w roli młodszego Dawsona jakoś bardzo nie pasował do Liany, ale też grał świetnie. Wszyscy byli niesamowici w graniu, tylko z tym dopasowaniem do partnera coś mi troszkę zaszwankowało.
A teraz aspekt wyciskarki łez. Ryczałam jak fontanna. Do płaczu doprowadziło mnie nie tylko to, że musieli się rozstać, ale i destrukcyjny wpływ ojca na życie jego syna, mimo, że Dawson próbował na wszelkie sposoby uciec od tego czegoś, co oni zwali "rodziną".  Więcej nie zdradzę, po prostu obejrzyj ten film.

Wyśpiewać marzenia (tytuł "Rags" podoba mi się co najmniej kilka razy bardziej)
(tutaj retrospekcje zupełnie dały mi spokój)
I powrot do lekkich filmów! Nickelodeon po prostu zrobił naprawdę dobry film o tym, że trzeba być sobą. Takie trochę Renegade (znowu odsyłam do mojego opowiadania :D)
Max Schneider. Uwielbiam go! Świetnie śpiewa i jest przystojny, a w tym filmie pokazuje kawał aktorskiego talentu. Gra zwykłego chłopaka z wielkim talentem muzycznym. Keke Palmer u jego boku gra supersympatyczną, ale zupełnie zagubioną w przemyśle muzycznym piosenkarkę, której największym marzeniem jest śpiewać własne piosenki, a nie te napisane przez modnych tekściarzy. Tatuś nie pozwala. Potem jednak jej tata tak trochę z kosmosu zmienia zdanie i bam, możesz śpiewać co chcesz. To było trochę dziwne, no ale dobra, spoko, to tylko film, a nie rzeczywistość.
No. To jest taka bajka o Kopciuszku, tylko że tutaj Kopciuszek jest chłopakiem i ma na imię Charlie, a zła macocha i siostry... też zostają zastąpieni facetami.
Lekkie, do obejrzenia, polecam :)

P.S. Kocham cię
I to właśnie był ten film, w którym retrospekcje atakowały mnie ze wszystkich stron.
Dlaczego nigdy go nie oglądałam, skoro tyle o nim słyszałam? Anyway. Hilary Swank i Gerard Butler wypadli w porządku, ale przyćmiła ich Lisa Kudrov, świetna w roli szalono-feministyczno-kobieco-jeszczejakiejś przyjaciółki.
Holly sama o sobie mówi, że jest poważnie świrnięta. Nie można zaprzeczyć. Jej mąż jest co najmniej upierdliwy w mojej opinii. Według mnie trochę do siebie nie pasowali, mimo że tak bardzo się kochali, że przez rok po jego śmierci jej wariactwo wzrosło pięćdziesięciokrotnie.
Dobra, nawet nie mam ani nigdy nie miałam chłopaka, ale chcę mieć w przyszłości dużą rodzinę. Rzadko myślę o tym, co by było, gdyby mój mąż umarł, bo nie chcę o tym myśleć. Zdałam sobie sprawę, że ja też popadłabym w pięćdziesięciokrotnie większe wariactwo, niż mam teraz. Czy to zdanie jest wgl poprawne gramatycznie? Ty mi powiedz, Carol, biolchemie, powiedz humanowi. (nie jestem nawiedzona, po prostu wiem, że moja przyjaciółka to czyta).
Może nawet William bardziej pasował do Holly? Może to dobrze, że Gerry umarł? Zabijcie mnie za te słowa, ale tak sobie myślę.
Całkiem dobry film, pomimo podobno ogromnej niezgodności z książką (nigdy nie mialam okazji przeczytać).

Zostań, jeśli kochasz
Tutaj retrospekcje znowu się zaczaiły i ŁUBUDU!!! BAM.
Zaczęło się niewinnie. Wręcz bardzo niewinnie. Adam niby taki rockman, a romantyk, Mia, grzeczna, grająca na wiolonczeli córeczka rodziców z rockowymi zamiłowaniami (jakby byli podmienieni przy porodzie).
Chloe Mortez i Jamie Blackley? Nareszcie jakaś filmowa para, która do siebie pasuje! Przynajmniej z wyglądu. Ta aktorka jest przepiękna, a aktor przystojny. Razem - cute.
Mia wychodzi ze swojego ciała po wypadku i chodzi dookoła, dowiadując się po kolei o ofiarach, widzi, jak jej chłopak biegnie do szpitala na spotkanie z nią w śpiączce. Chyba nie do końca Mia zdawała sobie sprawę, że nikt jej nie widzi. Tak przynajmniej mi się wydawało. Retrospekcje są połową filmu i trochę za bardzo go tną, jak na mój gust, ale "robią" całą historię. Po kolei Mia przypomina sobie swoje życie sprzed wypadku, zawieszona między życiem a śmiercią.
Kolejna książka na liście lektur do przeczytania.
Iiiii... jest tu Liana Liberato! <3 Gra przyjaciółkę Mii i wygląda już trochę mniej jak Socha, a bardziej jak Amanda Bynes, ale ma mniejsze pole do popisu, więc mogę jej to wybaczyć :D
A tak na marginesie, czy komuś oprócz mnie Mia chwilami przypominała Jennxpenn? Miałam wrażenie, że jej dublerka to ona :D

Wybaczcie ten ciąg wypocinowych recenzjo-opiso-sprawozdań filmowych. Mam nadzieję, że może komuś się przydadzą te... przemyślenia! Tak to można chyba nazwać? :)