środa, 28 grudnia 2016

Musisz przestać o mnie myśleć - 2

Stałam na skraju łąki, gotowa zawrócić, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Jednocześnie wiedziałam, że tego nie zrobię. Tuż obok potężnych ruin zamku rysujących się na tle ciemniejącego nieba zauważyłam sylwetkę Bernarda. Nie żebym się go nie spodziewała w tym miejscu. Po jego spiętej postawie wywnioskowałam, że również oczekuje mnie tu zobaczyć. Od naszego ostatniego spotkania na spektaklu minęło cztery dni, jednak miałam wrażenie, jakbym nie widziała go od roku. Na twarzy miał bujny zarost, ubrany był w jasne dżinsy i szarą bluzę.

Postawiłam pierwszy krok, trawa zupełnie wygłuszała moje kroki. Bernard był odwrócony plecami do mnie, mimo to z każdym ubywającym metrem dystansu czułam się coraz bardziej obserwowana. Minęłam tabliczkę z napisem "Tu nie straszy. Sprawdzone.", po czym znalazłam się tuż za plecami chłopaka. Odchrząknęłam.

Odwrócił się. Wydawał się na poły zirytowany, na poły uspokojony.

- Serio? Ruiny zamku? - otaksował wzrokiem otoczenie i mnie.

- To nie ja - odparłam, wzruszając ramionami.

- Ja też nie. Ale to twoja miejscowość - nie ustępował.

- Często zupełnie nieświadomie tu trafiam - wzruszyłam ramionami. Nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że byliśmy w tym miejscu.

- Chciałbym powiedzieć, że miło cię widzieć. Bo tak jest. Ale to nie zmienia faktu że muszę przygłuszyć tą wiadomość stwierdzeniem "Musisz przestać o mnie myśleć" - kiedy to mówił, popełniłam błąd spojrzenia mu w oczy, ale potem wbiłam wzrok w ruiny.

Nie odpowiadałam.

- Ty, szaleniec i ruiny zamku, w których nie straszy. To się nie zapowiada dobrze - Bernard zaczął się cicho śmiać.

- Nie myślę o tobie. To ty ciągle wracasz do mojej głowy - nie chciałam, by zabrzmiało to burkliwie, ale chyba mi nie wyszło. Byłam zła, że obarcza mnie winą za podświadomość, skoro na podstawie własnego przykładu doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da się jej wyłączyć.

- Cóż, to działa w obie strony. Wcale nie chcę wracać do twojej ślicznej główki. A, i nie demonizuj mnie tak.

- Ja cię... - zaczęłam, ale stwierdziłam, że może mieć rację. Poza tym, nie chciałam się z nim wiecznie kłócić, skoro nigdy go nie widywałam.

Oboje spojrzeliśmy na ruiny.

- Przecież to bez sensu - zaczął po chwili ciszy.

- Wiem - odparłam, ale zdecydowanie podeszłam do muru, za którym kryła się ciemność. - Jednak żadne z nas nie zrobi tego w samotności. Zsikałabym się ze stachu, a ty tam sam nie wejdziesz.

Wzniósł oczy do góry.

- Nie takie rzeczy się robiło. I to ty tam sama nie wejdziesz.

- To by było takie urocze - rzekłam. - Gdyby było prawdziwe.

- Co masz na myśli?

Posłałam mu wymowne spojrzenie i ruszyłam do wejścia zamku, ukrytego pod konarem drzewa złamanego przez wiatr.

- Nie musisz tego robić - usłyszałam głos Bernarda tuż przy uchu. Czułam, że trzyma się bardzo blisko mnie, by dodać mi otuchy, a może przekonać, bym tam nie wchodziła. Serce biło mi tak mocno, jak zwykło, kiedy był obok. Czułam wdzięczność, że nie wali jak młotem ze strachu, tylko z obecności człowieka, którego kochałam.

- Jestem mu to winna.

- A więc wiesz, kto to jest - w jego głosie wyczułam staranie, by nie zabrzmiało to oskarżycielsko.

- Wiem.

- Powiesz mi chociaż, dlaczego miałabyś być mu cokolwiek winna? - drążył dalej.

- Nie - ucięłam.

- Brzmi bardzo konkretnie.

Zatrzymałam się. Poczułam, jak wpadł torsem na moje plecy.

- Możesz przestać gadać? - odwróciłam się i spojrzałam w jego twarz. Była bliżej mojej, niż kiedykolwiek. - Czy aż tak bardzo się boisz?

Mimo, że wokół panował półmrok, widziałam wszystkie detale jego błękitnozielonych oczu. Jakby gdzieś między nami wyrósł blask bez żadnego źródła. Odsunęłam się trochę, a kąciki jego ust drgnęły.

- Jasne, że się boję. Na przykład tego, że już nigdy nie spotkam kogoś takiego jak ty - mówiąc to, cały czas wpatrywał się w moje oczy.

- Jeszcze nie umarłam. Mimo że było blisko, kiedy widywałam cię codziennie i nie mogłam z tobą porozmawiać.

- A teraz chcesz, żebym się zamknął - przekrzywił głowę tak samo jak kiedyś.

- Bo ta rozmowa nie powinna trafić do jego uszu. Chodź - zlapałam go za rękę i nie słuchałam protestów i żądań o ujawnienie osoby, która była z nami w tych ruinach. Wystarczająco miałam ochotę odwlec ten moment, bo wiedziałam, że będzie niezręczny.

Wiedziałam, gdzie iść, a skąd, Bóg raczył wiedzieć. Wkrótce dostaliśmy się do piwnic. Bernard już nie prostestował, uważając na ścięte stropy i kawałki murów walające się po podłodze. Z pewnością ta wycieczka po włościach nie była najbezpieczniejsza, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.

Szepnęłam Bernardowi na ucho, by nie zadawał pytań, gdy za drewnianą kratą zauważyliśmy leżące ciało nieprzytomnego chłopaka. A może mężczyzny. Nie potrafiłam wybrać jednego określenia. Był po prostu Julianem, a zastanawianie się nad tym, jak wiele w nim jest z mężczyzny, a ile z chłopaka, mogło mnie przyprawić o ból głowy.

Przypadłam do kraty i wyciągnęłam z kieszeni klucz, po czym zaczęłam majstrować przy kłódce. Odwróciłam się do Bernarda, a on stał kilka kroków za mną, wpatrując się oniemiały w Juliana.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to on? - podszedł i uklęknął obok mnie, po czym wziął kłódkę i klucz w dłonie.

- Wspomnienia. I tak jest ich między nami za dużo.

- Byłem na niego strasznie zły - pokręcił głową, uśmiechając się.

- Muszę przyznać że było to widać - przeniosłam wzrok na jego twarz.

Nie patrzył na mnie. Zajął się kłódką. Nie pytał, jak trafił tutaj Julian, skąd wiedziałam że to on, dlaczego jest w tym stanie, skąd mam ten klucz i skąd wiedziałam, jak tu trafić. Co najbardziej mnie ucieszyło - nie kwestionował powodu, dla którego trafiliśmy tu razem.

Nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Już po chwili weszliśmy do zaimprowizwanej celi, chwyciliśmy kolegę pod ramiona i wynieśliśmy, a może raczej wywlekliśmy go z zamku, pewnie lekko narażając jego zdrowie. Ani ja, ani Bernard nie należeliśmy do szczególnych osiłków, jednak Julian nie ważył dużo jak na dwudziestolatka.

Na zewnątrz dalej zachodziło słońce, a my zdecydowaliśmy się złapać autostop do Lublina. Nie mieliśmy czasu na czekanie na busa. Julian dalej był nieprzytomny, Bernard wyraźnie martwił się o kolegę, a ja sama nie wiedziałam, kiedy to się skończy.

Usiadłam na chwilę na poboczu. kiedy Bernard kładł Juliana na trawie, a potem machał na samochody. Nie zdążyłam się nawet podnieść, kiedy zielony sedan zatrzymał się obok nas.

- Do Lublina? - zapytał Bernard. Dostał pozytywną odpowiedź.

Podnieśliśmy Juliana z trawy. Tylne siedzenie było zafoliowane, więc położyliśmy tam chłopaka i musieliśmy zmieścić się obok niego, bo kierowca i jego żona zajmowali dwa przednie siedzenia.

Odwrócili się do nas. A wtedy ich rozpoznałam.

***

Twarz Stanisława zaczęła mi się rozmywać przed oczami, kiedy je otworzyłam, a głos Marii wyblakł tak szybko, jak się pojawił. Jednym zrywem wstałam z łóżka, otworzyłam okno i poczułam, że Bernarda nie ma w mieście. Odetchnęłam głęboko porannym powietrzem. Kopnęłam piętą stos pamiętników, które przeglądałam poprzedniego wieczoru. Szlag by to.

Wyciągnęłam z szafki największy kubek, jaki posiadałam i zrobiłam kawę. Przysięgłam sobie, wpatrując się w jej ciemną głębię, że już nigdy nie zasnę.

wtorek, 27 grudnia 2016

Musisz przestać o mnie myśleć - 1

Wszelkie podobieństwo do zdarzeń lub osób rzeczywistych jest nieprzypadkowe.

- Mogliśmy być tacy jak oni - powiedziałam, wychodząc z teatru.

Bernard spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

- Naprawdę chciałabyś, żeby piekło mieszało się do naszego życia?

Opowiadał nam kiedyś, w pociągu do Krakowa, że kiedyś prawie potrzebował egzorcyzmów. Może w ten sposób chciał, żebym przestraszyła się go i przestała go kochać. Muszę przyznać, że nie zadziałało. Byłam tylko bardziej zdezorientowana, ale dalej kochałam go tak bardzo, że sprawiało mi to fizyczny ból.

Potem zaczęłam się zastanawiać, czy nie wymyślił sobie tego pod wpływem zbyt wielu książek wchłoniętych na przestrzeni tak niewielu lat życia. Ale nie mogłam mu tego powiedzieć. Na ten moment i tak pozostawaliśmy w relatywnie przyjaznych stosunkach.

- Nie mam na myśli piekła - odparłam krótko, bo pod wpływem jego obecności traciłam oddech po wypowiedzeniu pięciu słów. Już czułam pieczenie w okolicy mostka. A może serca.

- Twój niepoprawny optymizm tak bardzo nie mieści się w mojej możliwości postrzegania świata, że wywołujesz we mnie frustrację. Jedynym optymizmem jest to, że wszyscy kiedyś umrzemy.

- Zgadzam się. Wszystkie inne optymizmy z tego wynikają i się w tym zawierają. A ten optymizm zmienny, który jest mi najbliższy, to taki, który wynika z pewności, że dostaniemy się do nieba - mówiąc to, spojrzałam na jego twarz i szukałam na niej kpiarskiego uśmiechu, ale tym razem nie stał przede mną ten Bernard. Stał przede mną ten, którego niegdyś udało mi się poznać w tańcu.

    - Szkoda, że nigdy nie rozmawiałaś ze mną w ten sposób, kiedy jeszcze się znaliśmy - pokręcił głową, spojrzał na budynek teatru i lekko się uśmiechnął. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało, znowu stanęło mi serce. Był taki przystojny, i znów miał na sobie ten sam szary garnitur i błękitną koszulę.

    - Mi też przykro z tego powodu. Ale lepiej późno, niż wcale.

    Chyba chciał się roześmiać z tego żartu zabarwionego smutkiem, ale tylko uśmiechnął się jeszcze szerzej. Objął mnie i westchnął, wypuszczając ciepły oddech w moje włosy. Miałam wrażenie, że oślepia mnie, pozbawia czucia i ogłusza, jednocześnie wzmacniając te zmysły o tysiąc procent. W jego obecności nic nie miało w sobie logiki.

    - Nie mamy czasu - znowu poczułam jego oddech we włosach. Jego ręce trzymały się mojej talii otulonej czerwoną suknią jak liny ratunkowej.

- Nigdy go nie mieliśmy - odparłam, czując że to już ostatni skrawek postrzępionej wstążki w mojej kieszeni trzyma nas w tym miejscu.

Odsunął się, trzymając mnie już tylko za jedną rękę. Dalej jednak na jego twarzy widniał lekki uśmiech.

- Musisz przestać o mnie myśleć - odezwał się po chwili ciszy wypełnionej szumem miasta.

- Wiem.

Wpatrywałam się w jego oczy i widziałam w nich wszystko, po raz pierwszy od roku. Był koniec stycznia, a ciepły wieczór otulał nas obietnicą zapomnienia tego, co nigdy się nie wydarzyło.

- Muszę iść. Spóźnię się na pociąg - puścił moją rękę i ukłonił się, jeszcze raz wchodząc w rolę wytwornego gentlemana.

Odwrócił się i ruszył w kierunku dworca.

Nie zatrzymywałam go. Nie miałam do tego prawa. Nigdy nie należałam do jego świata, i pogodziłam się z tym już dawno.

***

W takim razie dlaczego przyśnił mi się w ten sposób? Obudziłam się z jednym wielkim pytaniem zamiast umysłu. Nakryłam głowę poduszką, skuliłam się pod kołdrą i zaczęłam śnić o tym, że mieszkam na wieży Trynitarskiej.

***

Obudził się jakby na kacu, nie wiedząc skąd to skojarzenie, skoro nigdy nie doświadczył kaca. Od pewnego czasu nienawidził swoich snów. Były zbyt realistyczne, kolory wibrowały intensywnością, ale co najgorsze, pojawiała się w nich bolesna przeszłość - ludzie, których zostawił daleko -niekoniecznie dawno - za sobą, miejsca i utwory, które mu się z nimi kojarzyły, i niezliczone godziny zmarnowane na pisaniu nieudanych tekstów.

Rozejrzał się dookoła i westchnął z ulgą. Przynajmniej obudził się tam, gdzie zasnął.

To z pewnością było absurdalne, ale miał czasem obawę, że może się nagle obudzić choćby na wieży Trynitarskiej. W jego życiu wszystko było możliwe i to samo wszystko było absurdalne.

czwartek, 28 lipca 2016

Przedział

Znalazłeś po prostu
względnie pusty przedział
I myślaleś że opuściłeś stację
Ale wciąż stałeś
a za oknami
przesuwał się green screen
myślałeś że już będzie wszystko
tak dobrze
tak pięknie
ale potem ujrzałeś
że to tylko efekty specjalne
a prawdziwy świat
zderza się z fikcją
ze złym finiszem
przedział - zacisze na czas podróży
w głąb życia
przestał wystarczać
wysiadłeś w tym samym miejscu
rozejrzałeś się
to była ta sama stacja
co trzy miesiące wcześniej
ten sam żałosny dworzec
a przedział był nieważny
już do końca dni
Wyrzucasz z pamięci schroniska
i ludzi - ostoje
a uczucia - schrony
budzą twój strach
Więc proszę
idź przed siebie
w panoramę miasta
sam

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pociąg

A więc znowu pociąg
nie wyszedłeś z przedziału
by ze mną stanąć przy oknie
upajać się wiatrem
bo bałeś się wiatru
że zbytnio cię porwie
na strzępy
i to już przestała być miłość
krótka ale pełna wzruszeń ramion
uniesień brwi
rozmów z sobą samym
i znowu wstałam o czwartej
i odwróciłam się by spojrzeć
za tobą po raz ostatni
zniknąłeś
rozpłynąłeś się we mgle
rozwianej wschodnim wiatrem
miotany podmuchami
dogasającej niepewności.

Ostatnio w wierszach prześladuje mnie tematyka pociągów, bo dużo nimi jeździłam. Nie uwzięłam się na nie, po prostu bardzo mi pasują do moich przemyśleń.

niedziela, 24 lipca 2016

Peron

Tamten peron pojawił się przed nami
Chciałeś mnie przepuścić
w drzwiach pociągu
może życzyć miłego dnia
i zniknąć we mgle za torami
ale wyskoczyliśmy razem
gnani twoim wschodnim wiatrem.
Ty chciałeś jechać tam gdzie zostało
twoje serce
ja gdziekolwiek
do Berlina, Bełżyc, Biłgoraja
ale zostaliśmy na peronie
próbując utrzymać równowagę
na walizkach.
I mijały mnie pociągi
mogłam do każdego wskoczyć
i mijały cię wagony
patrzyłeś tylko tęsknie na wschód
a ja znowu odwracałam wzrok
wiedząc, że nigdy nie będę nią.
Akle tamte dni
miesiące na peronie
straciłam rachubę
cztery albo trzy
najlepsze i najgorsze
bo miotałam się tkwiąc nieruchomo.
Załatałeś dziurę w moim sercu
Uśmiechnąłeś się
nie mówiąc ani słowa
wsiadłeś do pociągu
tego konkretnego.
Ja gdziekolwiek
znowu
pierwszy lepszy bilet
i tak jadę
wciąż przed siebie

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Nie chwal dnia przed zachodem słońca, czyli co za noc! Kocham i nienawidzę: polska służba zdrowia

Tak, tak. Kto normalny posługuje się opisem czegoś takiego, by przejść do swoich przemyśleń?
Tego dnia byłam zdeterminowana, by zrobić coś fajnego, produktywnego, bo od tygodnia miałam absolutne wakacje, a zdążyłam się tylko nachorować. I to miał być koniec tej słabej passy. Miał, ale nie był.
Ubrałam się ładnie, w musztardowy top, szare spodnie i jasnobrązową kurtkę z imitacji skóry, która jeszcze na mnie pasuje tylko dlatego, że podszewka jest rozpruta.
To była niedziela, cztery tygodnie temu. Poszłam do kościoła, wróciłam do domu na obiad, a potem wyszłam z moją siostrą na lody. Oprócz tego skończyłyśmy w KFC na B-smarcie, a potem w Stokrotce kupiłam sobie daktyle. Dlaczego w szczegółach o jedzeniu? Och, zaraz się dowiesz.
Wybrałyśmy się na koncert wiosenny lokalnego domu kultury, gdzie tańczyła moja koleżanka z byłej klasy. Swoją drogą, to zawieszenie między jedną a drugą szkołą jest zabawne. I będzie trwać dwa i pół raza dłużej, niż takie normalne, wakacyjne. A moja klasa już jest byłą klasą, mimo że mam wrażenie, że rozstaliśmy się przedwczoraj.
Rodzice siedzieli w domu, oboje męczeni jelitówką. Kiedy wracałyśmy do domu, mój tata zadzwonił do mnie, że mama też zaraziła się jelitówką. Pytał, jak się czujemy. Nie wiem, co ze mną jest nie tak, ale wkurzyłam się, bo już wiedziałam, że wywoła to efekt sugestii.
No i w drodze do domu byłam przygnębiona i zła, a mój brzuch czuł się coraz dziwniej.
Poszłam spać, modląc się o to, by ciężkość w żołądku nie chciała wydostać się na zewnątrz. Przewracałam się z boku na bok przez godzinę, po czym poderwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki.
I tak przez następnych kilka godzin pozybywałam się wszystkiego, co wcześniej wylądowało w moim brzusiu. Nie pamiętam jeszcze tak okropnego zatrucia pokarmowego. Byłam zdechła, ale nie mogłam zasnąć. Chciało mi się pić, ale cokolwiek przełknęłam, minutę później już lądowało w sedesie. Wzięłam chyba z pięć leków, ale wszystkie mi uciekły.
I wtedy zaczęła się największa zabawa. Mój tata zadzwonił na pogotowie, gdzie przekierowywali go cztery razy, aż w końcu połączyli z lekarzem w nocnym dyżurze w przychodni. Ten polecił kupić trzy opakowania leków. Moja mama pobiegła do apteki, ale wszystkie te leki po krótkim pobycie w moim żołądku też znalazły się na zewnątrz.
Wtedy miałam już tak dość, że nalegałam, by tata zawiózł mnie do szpitala. Było to około trzeciej w nocy. Wciąż miałam torsje i wymiotowałam już tylko żółcią, albo po prostu tylko mną trzęsło i zdzierałam sobie gardło, bo nie miałam czego zwracać.
Przynajmniej tyle dobrego, że wiem, że nigdy nie będę bulimiczką :P
Byłam już tak zmęczona, że włączył mi się tryb bycia nader rozmownej. Wtedy już nie kontroluję tego, co mówię, i jestem zupełnym przeciwieństwem normalnej siebie. A może w jakiś sposób nawet jestem fajniejsza xD
W jednym szpitalu powiedzieli nam, że mogliby dać mi kroplówkę, ale lepiej iść na zakaźny na inną ulicę, bo to może być salmonella. Nie do końca rozumiałam tego doktora, może z powodu tego, że ledwo stałam, a może dlatego, że miał dziwny akcent. Czy tylko mi się coś spaczyło w mózgu?
Pamiętam, że siadając na krześle, ledwo na nie trafiłam. Facet jeszcze coś mówił, a ja powoli odpływałam. Ale udało mi się jeszcze podnieść i dowlec się do samochodu, by przejechać z tatą do innego szpitala w dzielnicy obok.
Tam czekaliśmy pewnie z piętnaście minut, bo takich przypadków jak ja było tej nocy pięć, a pani doktor jedna. A może czekaliśmy dłużej. Dla mnie wydawało się to wiecznością. Starałam się być przytomna. O dziwo, torsje trochę zelżały. Dopiero kilka minut przed tym, jak pani doktor przyszła, znowu zadzwoniłam dzwonkiem. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak pielęgniarka przewraca oczami na niecierpliwą pacjentkę, a potem, słysząc odgłosy rzygania do siatki, podrywa się z fotela i rozpaczliwie myśli "Oby do siatki, oby do siatki!"
Zdążyłam tylko wykrztusić "Mogę do łazienki?" i pobiec, by reszta wylądowała w sedesie. Obejrzałam się w lustrze. A może tam nie było lustra? Tak czy inaczej, na pewno wyglądałam fatalnie. Że nie wspomnę o tym, w co byłam ubrana - mieszanka dresów, piżamy i wielkich, luźnych skarpet.
Potem rozmawiałam z lekarką, pielęgniarką i tatą przez wieczność, która dla nich pewnie trwała pięć minut. Pani doktor narzekała na tego doktora, który nas przysłał, że nie zadzwonił i nie uprzedził, że nie dał skierowania. Ja tylko patrzyłam na szafkę z jakimiś fiolkami i modliłam się o kroplówkę.
No i byłam też rozmowna. Ze zmęczenia.
Kiedy pielęgniarka wbijała mi igłę w żyłę, zaprezentowałam mojego wewnętrznego superbohatera, ale po pobraniu krwi musiałam wstać i przejść do sali obok. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie widziałam korytarza, wiedziałam, dokąd idę tylko dlatego, że trzymałam się ściany. A potem kiedy chciałam usiąść na łóżko-czymś, za pierwszym podejściem walnęłam w to coś jak Sim w ścianę. Chociaż czy Simy waliły w ścianę?
Za drugim podejściem udało mi się trafić tyłkiem w materac. Pielęgniarka podłączyła mnie do kroplówki i kilka chwil później już poczułam się lepiej. Zapytałam jej, czy będę się czuła mniej sucho, ale jej zmęczenie chyba nie dodawało punktow do rozmowności. Była młoda, nie więcej niż dziesięć lat starsza ode mnie. Odpowiedziała coś w stylu "Pewnie tak" i wyszła.
Miałam trzy butelki do skapnięcia, co zajęło trzy godziny. Potem godzinę czekałam na odłączenie, a następną - na lekarkę. Tak mi się wydaje. Ucięłam sobie kilka krótkich drzemek, bo przy wygodności tego "łóżka" nie mogłam liczyć na wiele. Oczywiście pragnęłam chrapać w niebogłosy przez cały ten czas, ale i tak było to dla mnie cudowne, że nareszcie mogę się przespać. Chociażby odrobinę.
Mój tata siedział obok i nie zmrużył oka przez cały ten czas, chociaż mówilam mu, żeby jechał do domu, a ja zadzwonię po niego, kiedy wyjdę. Tak to chyba jest, jak masz dzieci. Nie myślisz o sobie, kiedy coś im się dzieje.
Przyszła kolejna lekarka i mnie wypisała. Byla niesamowicie miła, jak ta poprzednia, tylko jeszcze bardziej.
I już nic więcej nie potrzebowałam do szczęścia. Tylko jeszcze chciałam przyjść do domu, wypić baniak wody i rzucić się na łóżko.
Wyszliśmy ze szpitala, ja w obszernych spodniach dresowych z Reeboka, bez stanika, w ogromnej koszulce mojego taty z pielgrzymki z lat 80. czy 90., kurtce i bluzie w garści. Drugą dłonią uciskałam gazik w zgięciu łokcia. Moje włosy, umyte poprzedniego wieczoru tuż przed wielkim atakiem wypróżniania, były związane w bardzo, bardzo, bardzo rozwalonego zawijasa-koczka.
Była chyba dziesiąta czy dziewiąta w poniedziałek, więc miasto było w pełnym, sprężnym trybie pracy. Ludzie ubrani zgodnie ze społecznymi normami, umalowane i uczesane kobiety, dobrze ubrani i ogoleni faceci...
I muszę cię zaskoczyć! A może i cię nie zaskoczę - nie czułam się źle wśród tej mieszanki. Może byłam zbyt zmęczona, by w ogóle się tym przejmować, ale przyglądałam się im i zdałam sobie sprawę, jak bardzo mnie nie obchodzi, co oni o mnie myślą. I jak bardzo nie powinnam oceniać innych po tym, jak akurat wyglądają. Poczułam się dobrze z tym, że mam na sobie oversizową koszulkę z podobizną Matki Boskiej Częstochowskiej, a pod koszulką brak stanika. Że mam podkrążone oczy, brak makijażu i dzwonowate dresy, a na tym wszystkim ciepłą kurtkę, mimo porannego upału.
Poczulam się właśnie w taki sposób szczęśliwa.
A potem przyjechałam do domu, spojrzałam na miasto, wypiłam dużą Cisowiankę i położyłam się w moim cudownym łóżku pod moją kochaną kołdrą. I spałam do wieczora. Tego dnia zjadłam tylko i wyłącznie paczkę chrupek kukurydzianych. Potem wypiłam jeszcze więcej wody i wróciłam do łóżka. Spałam. To było cudowne.
We wtorek odbyłam zasłużone lenistwo, a w środę poszłam do dwóch galerii handlowych i Biedronki. Zwykle uwielbiam chodzić, ale tym razem zdechłam. Kiedy wracałam do domu, gadałam do siebie. Potem padłam na kanapę przed telewizorem, jadłam wafle ryżowe i oglądałam serial paradokumentalny. Których nie znoszę, ale potrzebowałam jakiejś płytkiej rozrywki, przy której można ryć ze śmiechu jak neandertal.
Lepsze to od rzygania jak neandertal.
Ten dzień nauczył mnie wielu rzeczy. Nie tylko tego, żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale i by faktycznie nie ufać fast foodom. No i nie być pewnym wszystkiego. Bo to całe chorowanie pokrzyżowało mi trochę plany wczesnowakacyjne.
No i wyszło jeszcze coś dobrego! Nareszcie zrobiłam tą morfologię, za którą zabierałam się od dwóch lat.

Przez trudy do gwiazd na przykładzie pewnego humana

Motto naszej klasy, a może raczej temat przewodni, mógłby brzmieć "Przez trudy do gwiazd". I tu bynajmniej nie o ambicje chodzi.
Nie wszyscy mieli ambicje na takim samym poziomie. Niektórzy przedstawiali obraz wielkiego ich przerostu, a ci po drugiej stronie skali nie mieli ich wcale - i wcale nie w sensie negatywnym. Może dlatego tak trudno było mi się wpasować w ten schemat.
Trudno nam było cokolwiek zrobić. Wycieczka na koniec pierwszej klasy przybierała coraz mniejszy zakres i lokalizacje coraz bliższe Lublinowi. Trudno nam było się zebrać i pojechać gdzieś dalej. Dopiero kiedy jedna przedsiębiorcza osoba wzięła wszystko w swoje ręce, pojechaliśmy na wycieczkę dezintegracyjną. A to miejsce miało potencjał - zamiast w wolnym czasie uczestniczyć w podziale, wolałam samotnie biegać po pięknych polach i lasach, więc w gruncie rzeczy nie wspominam źle tej wycieczki. I cieszę się, że przedsiębiorcza osoba nas tam zabrała.
Plusy bycia samowystarczalnym ;)
Pamiętam, jak próbowałam - w stołówce siedziała połowa rozbitej klasy, a ja przyszłam tam z koleżanką, której jeszcze jako jedynej na mnie zależało. I kiedy Marysia powiedziała "Łucja zje z nami śniadanie, ok?", ja pomachałam im paczką musli i żartobliwie powiedziałam "Cześć, jestem Łucja."
Nie śmiali się, tylko spojrzeli na mnie jak na szpiega.
Pełnego zjednoczenia nigdy nie doczekaliśmy, ale w pewnym momencie, może w drugiej klasie, zapadł rozejm. I to wszystko było trudne do osiągnięcia.
Kiedy nadszedł czas planowania studniówki, musieliśmy spiąć się klasowo, szczególnie, że groził nam... brak studniówki dla naszej klasy. Tak to jest, jak chce na nią iść dziesięć osób. Ale bal i cała jego otoczka, przygotowania i strojenie klasy okazały się jednymi z najlepszych rzeczy w moim życiu.
I było to super trudne, żeby wszystkich przekonać. I tak nie poszło sześć osób, ale dwadzieścia to zawsze dwa razy więcej niż dziesięć. Dopiero ogarnianie czołówki i jej realizowanie przyniosło nam tak wiele zabawy, że nawet nie było aż tak wielkim trudem.
I tutaj zaczęło się "do gwiazd".
Polonez mieliśmy cudowny. Efekciarski, ale jednocześnie prosty. Mam wrażenie, że jednocześnie z całym jego dostojnym charakterem, pokazywał naszą młodzienczą energię. Co prawda trochę nam jej miejscami brakowało, ale wykrzesaliśmy to z siebie. Ach, młodzi emeryci życiowi.
Muszę jeszcze wspomieć o tym, jak w piątkę spędziłyśmy 12 godzin w szkole, zamieniając naszą salę w mieszankę pałacu królowej Kier, ogólnych inspiracji Alicją w Krainie Czarów i dużej dawki psychodeli. To były jednocześnie trudy i gwiazdy, bo dzień był cudowny, ale pod koniec zachowywałyśmy się jak naprute zombie, a nie obeszło się bez nerwów i kilku przypadków krzyku Bogu ducha winnych ludzi na Bogu ducha winnych ludzi.
Na pierwsze i pewnie ostatnie wspólne piwo poszliśmy zaraz po tym, jak przestaliśmy być klasą. A było nas tam dziewięcioro. Well.
Więc przez trudy do gwiazd! Przez cokolwiek przechodzi klasa, to się może skończyć. Trzeba tylko troszeczkę chęci i dużo modlitwy.
Było naprawdę słabo. Po pierwszej klasie połowa grupy chciała się przepisać do innych szkół. W tym ja. Ale zostałam, i bardzo dobrze, bo dwa miesiące później do naszej klasy doszła nowa uczennica, która została moją przyjaciółką. I pomyśleć, że mogłam jej nie poznać. I pomyśleć, że mogłam nie mieć takiej cudownej trzeciej klasy.
Ludzie i sytuacje się zmieniają. Dobrze jest czasem wytrzymać coś niemożliwego.

niedziela, 19 czerwca 2016

Jesteśmy tylko ludźmi, czyli wszyscy Polacy to jedna rodzina, ze wsi czy z Lublina

Przez pierwsze czternaście lat mojego życia mieszkałam na wsi. Potem jeszcze przez trzy lata pragnęłam tylko tego, by tam wrócić. Dopiero rok temu naprawdę przyznałam sama przed sobą, że wcale tego nie chcę. Że możliwość przeprowadzki wcale by mnie nie ucieszyła.
Wychowałam się bez gospodarstwa, miałam ze zwierząt tylko żółwia, a moi rodzice nie utrzymywali się z rolnictwa. Mimo to mieliśmy "działkę" przy domu-szkole, i to dość pokaźną jak na nasze potrzeby.
Odstawaliśmy. Ale nigdy nie czułam się tam jak intruz. Nikt nigdy nie powiedział mi w twarz, że jestem gorsza ani inna, chociaż jak teraz o tym myślę, to jestem pewna, że część ludzi patrzyła podejrzliwie na naszą rodzinę. Cóż, byłam dzieckiem. Miałam własny świat i zmartwienia w postaci tego, że nie podobam się Pawłowi czy też Damianowi, a moje najlepsze koleżanki wyzywają się wzajemnie od "debilek".
Jeszcze trzy lata po przeprowadzce snobowałam się na dziewczynę ze wsi. Pięć miesięcy temu mój kolega z klasy zapytał mnie, czy w weekendy jestem w domu, czy na stancji. Cóż, sama wprowadzałam wszystkich w błąd, więc nic dziwnego, że nie wiedział, że mieszkam z rodzicami na cały etat. Zdzieliłam się wtedy od środka w mózg i poczułam zażenowanie, że tak długo nie mogłam uznać Lublina za swój dom.
W ostatnie ferie pojechałam do przyjaciółki, mojej dawnej sąsiadki. I kiedy jechałyśmy do miasta (bo zabrałam ją ze sobą na dwa dni), nie mogłam doczekać się, kiedy będę w domu. Wieś już dłużej nim nie była.
I tak było z każdym powrotem do Lublina. Może po prostu się przyzwyczaiłam, ale przestałam się snobować na dziewczynę ze wsi. Tym bardziej nie zaczęłam snobować się na miastową. To by było okropne.
Ale za każdym razem, kiedy jestem na wsi, takiej prawdziwej, rolniczej, a nie oszukanej, gdzie już nikt nie uprawia ziemi, czuję się coraz bardziej intruzem. Nawet, jeśli ktoś wie, że wychowałam się na wsi, nie łączy tego faktu z tym, że dobrze znam jej zwyczaje, jej mechanizmy i nie wie, że rozumiem ludzi, którzy tam żyją. Nie wiedzą też tego, że miałam obsesję na punkcie powrotu do mojego zielonego raju. Skąd mają wiedzieć, że połowa moich snów wciąż dzieje się w Kosarzewie?
Ale rani mnie pytanie "Jak ci się podoba na wsi?"
Ja wiem, że to jest odruch albo chęć przerwania ciszy. Ale to nie zmienia faktu, że dźga mnie to w samo serce, w którym moja mała ojczyzna zostanie na zawsze, nie ważne, jak bardzo szczęśliwa bym była w największej aglomeracji świata. Po prostu to z nas nie wychodzi.
Pamiętajmy, że ludzie mają swoje historie i ile jest nas, tyle portretów psychologicznych. A każdy, gdziekolwiek by mieszkał, wychował się i dokądkolwiek chciałby wrócić, jest tak samo człowiekiem, jak ty. Takim samym, mimo że zupełnie innym.
Morze wszędzie szumi tak samo. Po raz kolejny przekonuję się, że to, co w Travemunde powiedziała mi Ewelina, jest uniwersalnym cytatem, który można odnieść do wszystkiego. Nie jestem już dziewczyną ze wsi ani dziewczyną z miasta. Za daleko mi też do kosmoplityzmu. Jestem dziewczyną z Polski. Która czasem ma ochotę emigrować, ale, jak to powiedział nasz katecheta w trzeciej klasie, jak się kogoś kocha, to nigdy nie jest ok.

Już czas

Słyszałam walca
nie próbując dojrzeć tańczących par
Stał tuż przede mną
nie mogłam nic dostrzec
a może właśnie widziałam wszystko.
W tłumie pięknych ludzi
tak samo piękni jak oni
Lata świetlne od siebie
a tak blisko
A potem już nic nie wiedziałam
a może właśnie wiedziałam wszystko.
A czas uciekał, choć wciąż gdzieś był
Biały Królik zdążył do Krainy Czarów
my nie dobiegliśmy do siebie
nim rozległ się dla nas ostatni dzwonek.
Samowar wrócił z powrotem do kuchni
i kurzy się na najwyższej półce
my się zdążyliśmy przed nim zakurzyć.
Te wszystkie zegarki zniknęły z półek
Światełka zgasły, ucichła muzyka
tekturowe ptaki odleciały z klatki
a my staraliśmy się je znaleźć
zamiast szukać dróg do siebie.
I nastał koniec, łez tylko kilka
kurzy się dyplom na najniższej półce
miraż pojawia się w wizjerze.
Chwytamy plecaki, już nie tak piękni
i każdy rusza w swoją stronę
może kiedyś któryś ze szlaków
złączy nam Królik z Krainy Czarów.

Summer moments

I didn't even know him that well
met him once or twice
I only knew he was a player
We drove there with my friend
and stepped out of the car
talked for a while
nothing special
nothing much
I knew no one well enough
But he took us for a ride
in his cabrio
with the roof down
the sun was setting
and it was
that kind of happiness
in the moment we were free
no regrets or wasted chances
expectations or desires
in the moment we felt alive
the music from the speakers
so loud and memorable
suitable for all of us.
He and his friends
were the only guys
I felt so comfortable with
Just a friendship that
could last for hours
or more.
No unsaid things
and no hesitation
laugh and a thousand of smiles
no pressure, just the moment.
No tension, best buddies
not a single bitter disappointment.
They walked out of her flat
saying good night
smiling, knowing it was perfect
it was right
it was friendship
and no matter what comes next.

Deszcz

Popatrz za okno na szare jednostki
wśród pospolitej szarej masy
Widzącej w deszczu
tylko szarość
Spójrz jak zielony jest świat
oczyszczony szarą wodą
przyjrzyj się wodzie
jaka jest przejrzysta
Spójrz na swoją szarą twarz
popatrz za okno na strugi
roześmianej wody
spokojnie ukołysane wiatrem
korony drzew zielone
zarumienione stokrotki
perlistym śmiechem trząsane
zobacz, stańmy tam
na zewnątrz
wyjdźmy stąd
spłynie z nas szarość
raz na zawsze
deszcz zmyje z nas strach
obawy, smutek, żal, niepewność
odejdzie to wszystko
i tylko chodnik będzie szary
zobaczymy jak zza chmur
przychodzi do nas słońce
I kiedy tylko znowu
wpełznie na nas szarość
na końcu powróci deszcz
zmyje z nas to wszystko
raz na zawsze...

niedziela, 1 maja 2016

Spotkanie po roku i kawałek Polski w ludziach

Był poniedziałek, już drugi ranek wymiany. Obudziłam się w pokoju Michelle, na rozkładanej sofie, w otoczeniu mnóstwa przedmiotów. Dobrze czułam się w jej pokoju, przypominającym osobistą galerię życia. Podobnie jak u mnie, na ścianach brakowało już miejsca dla plakatów z Harry'ego Pottera, pocztówek, półek z figurkami, map Śródziemia, napisów, flag UK... Półki zastawione były gęsto pamiątkami, książkami i innym tego typu rozgardiaszem, szafy wyklejone od góry do dołu pocztówkami, na drzwiach wisiał wieszak z torbami - oczywiście jedna z napisem "London", inna z flagą Wielkiej Brytanii. Nie umknęło mojej uwadze to, w jakim t-shircie przywitała mnie Michelle w sobotę - był ozdobiony herbem Hogwartu.
Pewnie ludzie tacy jak moja siostra dostaliby tam oczopląsu, ale ja czułam się jak u siebie. Na poziomie ozdabiania swojej przestrzeni życiowej zdecydowanie zakliknęłyśmy.
Ale wróćmy do tego, że się obudziłam. Byłam przekonana, że jest jeszcze ciemno, ale nie pasowało mi to, że przecież Monika - mama Michelle - miała nas obudzić o 6. A może 6:30? Nie pamiętam dokładnie. Aż tak ciemno nie mogło być, szczególnie, że tam robiło się jasno wcześniej, niż w Polsce. I, ostatecznie, był dopiero koniec września.
Zapytałam Michelle trochę nieprzytomnie, czy jest jeszcze ciemno. Mruknęła podobnie nieprzytomne "No" i odsłoniła zewnętrzne żaluzje, a do pokoju wlało się słońce. Które, nawiasem mówiąc, świeciło mocno, ale tylko w oczy, podczas gdy prawie zupełnie nie grzało. Rano na dworze było przenikliwie zimno, a potem pojawiał się ten rodzaj temperatury, kiedy w kurtce robi ci się gorąco, a kiedy ją zdejmiesz, w samym swetrze jest zbyt zimno.
O niemieckich śniadaniach już mówiłam, więc pominę ten epizod, szczególnie, że mam mało czasu. Za dwa i pół dnia piszę maturę z polskiego. Dlaczego więc piszę teraz notkę o poniedziałku w Niemczech? Ponieważ mózg paruje mi epokami literackimi. No i zawszę chcę pisać w nieodpowiednich momentach.
Do szkoły zawiozła nas Monika. Rodzice Michelle przypadli mi do gustu. Bardzo przypominali moich - wcześniej emerytowany nauczyciel i wciąż pracująca nauczycielka, oboje około pięćdziesiątki. Rodzina stereotypowych Niemców, troszeczkę nudnawa, ale przemiła. Duży, przytulny dom, jedno szesnastoletnie dziecko, dwa Ople, w każdym z dziesięciu dżemów osobna łyżeczka, nawet w łazience na dole patrzą na ciebie ze zdjęcia zrobionego w Neapolu, kiedy załatwiasz swoje potrzeby.
Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Anię, bo poprzedniego dnia w ogóle nie miałam szansy jej spotkać - poszła na mecz z Julią, zamiast na grę miejską, polegającą na spisywaniu połowy odpowiedzi na zadania z Wikipedii, a resztą nawet nie podzielili się z nami - sami zajęli się wszystkim, nawet liczeniem drzew na dziedzińcu Sparrenburgu i okien w starym ratuszu.
W szkole zebrała się w końcu nasza grupa. Integrowaliśmy się, tańczyliśmy belgijkę, graliśmy w zabawną grę, gdzie każdy wylosował przywitanie i musiał znaleźć drugą osobę, która wylosowała to samo. Ja wylosowałam przytulenie, więc po prostu przytuliłam tych, których znałam, i patrzyłam, czy ktoś nie robi tego, co ja. Wysoki i całkiem przystojny chłopak, który ostatniego dnia wymiany okazał się Polakiem z pochodzenia - nikt nie raczył o tym ani mnie, ani Ani, ani Eweliny poinformować - okazał się być drugim "przytulaczem". Więc po prostu podeszłam i go przytuliłam, a on to odwzajemnił. Musieliśmy potem pokazać wszystkie nasze powitania i powiedzieć skąd pochodzą. Nasze było uniwersalne. Pokazaliśmy nasze - i rozległo się "Awwwww...".  Tak, to było zapewne urocze :P
Najlepszą grą bez wątpienia było coś, co zmuszało do współpracy. Anna rozkleiła na podłodze od ściany do ściany długi pasek taśmy papierowej, na którym wszyscy staneliśmy w ciasnej linii. Nie mogliśmy z niej zejść, ale musieliśmy ustawić się w kolejności alfabetycznej imion. Więc trzymaliśmy się ciasno, noga przy nodze, ramię w ramię, a kiedy przechodziliśmy, podawaliśmy sobie ręce. Najbardziej bała się Ellen, która miała złamaną rękę i jeden błędny ruch kogokolwiek groził jej upadkiem na tą właśnie rękę. Na szczęscie nic takiego się nie stało. Zapytała mnie, jaka jest moja literka, i kiedy powiedziałam "eł", spojrzała na mnie w konsternacji. No tak. "It's like el" - poprawiłam się.
Tego dnia mieliśmy jeszcze "pracę projektową", podczas której pewnien osobnik doprowadzał Anię do szału, bo krytykował ją za ciche mówienie przy prezentacji, a w niej po prostu dogorywała jakaś infekcja. Wygłosiłam swoje kwestie o jedzeniu w czasach świetności Hanzy i budowie okrętów. Michelle stwierdziła, że poradziłam sobie najlepiej z naszej trójki (osobnik, Ania i ja). 
Po pokazaniu nam szkoły mogliśmy wracać do domów. Obiad jadłyśmy tego dnia w domu - ryż na mleku z przecierem jabłkowym - niebo w gębie. Potem zaczęłam negocjować z Michelle wyjście na miasto i potencjalne spotkanie z Vanessą. Dalsze godziny zawierały jechanie do centrum, krótkie spotkanie z Anią, Julią i pewnie kimś jeszcze, ale zupełnie nie pamiętam, kto to był. No i oczywiście były z nami Ewelina i Josefine. W DM kupiłam dwa żele z Balea, Eosa i rozświetlacz. Wszystko niedostępne w Polsce. Michelle spojrzała na mnie z "lol" na twarzy. "Sorry" - powiedziałam - "YouTube geek."
Kupiłyśmy trochę pamiątek.
A potem zadzwoniła do mnie Vanessa i Michelle umówiła się z nią, byśmy mogły się spotkać.
Vanessa była u mnie w poprzednim roku na wymianie. Jest stuprocentową Polką z pochodzenia, ale urodziła się w Niemczech i wychowała na Niemkę. Byłam niesamowicie podekscytowana, że mogę się z nią znowu spotkać. Nie mogłam uwierzyć, że minął już rok, odkąd ją poznałam.
Co więcej, jest chyba jedyną osobą, której palenie potrafię znieść. Nawet jakiś czas po pierwszej wymianie przypominał mi o niej smród papierosów, i mimowolnie się uśmiechałam, zamiast ostentacyjnie się rozkaszleć. Przestałam w ogóle to robić dzięki niej, bo przekonałam się, że nie powinnam oceniać ludzi po pozorach. Co mi do ich płuc.
Zauważyłam ją już z daleka. Szła uśmiechnięta, szybkim krokiem, i od razu mnie przytuliła. Przywitała się też z Eweliną, a potem poznała Josefine i Michelle. Moja hostka lustrowała ją przez jakiś czas wzrokiem i rozmawiała z nią, nawet nie próbowałam zrozumieć, o czym. Niemiecki nie był moją mocną stroną.
W końcu zaczęłyśmy iść w stronę ścisłego centrum i zaczęłyśmy rozmawiać o tym, co u nas. Po drodze spotkałyśmy nauczycielkę angielskiego z Marienshule, która zajmowała się wymianą. Lubiła Vanessę, a Vanessa ją. Michelle i Josefine też ją znały, więc przez chwilę rozmawiały. Pani W-coś (nie potrafię napisać poprawnie tego nazwiska) ucieszyła się, że spotkałyśmy się z Vanessą, bo skojarzyła, że bylam jej poprzednią hostką.  
Vanessa najpierw pokazała mi kawałek miasta, kiedy odłączyłyśmy się od dziewczyn. Po raz kolejny stwierdziłam, że Bielefeld bardzo mi się podoba. Jechałyśmy autobusem, a potem zadzwoniłam do taty Michelle, i powiedziałam. że jestem z Vanessą, która odwiezie mnie potem do domu. Sygnał był strasznie słaby. Musiałam się drzeć, by mnie usłyszał. Tak samo, jak kiedy Vanessa do mnie zadzwoniła.
Szłyśmy przez park, naprawdę ładny i cichy. Obok była szkoła muzyczna, gdzie Vanessa chodziła kiedyś na gitarę, a dalej arena sportowa. Pojechałyśmy kawałek Stadtbahnem i znalazłyśmy się przy uniwersytecie. Tam też bardzo mi się podobało - dalej był już tylko kampus, las, nieliczne domki, obok supermarket. Kolej miejska nawet już, wydaje mi się, dalej się nie ciągnęła.
Poszłyśmy do mieszkania, gdzie Vanessa żyła sobie z rodzicami i bratem. Poznałam ją rok wcześniej w Lublinie i nigdy nie wiązałam jej z innym miejscem, niż Lublin i Kraków, gdzie byliśmy na wycieczce. Dziwnie było poznać ją w jej naturalnym otoczeniu, ale i było to świetne uczucie - jak wiele jest światów na tym... świecie.
Jej rodzice mówili połączeniem śląskiej gwary, czegoś jeszcze - może trochę mazurzenia? - i oczywiście niemieckiego. Ta mieszanka wydawała mi się tak zabawna i fascynująca zarazem, że nie mogłam przestać się im przysłuchiwać. Nie wiadomo było do końca, kiedy zaczynali żartować, kiedy mówić poważnie, a kiedy złośliwie. Była to taka językowa jazda bez trzymanki.
Jej mama pochodziła ze Śląska, a tata z Mazur. Mieli książkę o wsi, z której pochodziła jej mama. Przypomniało mi to publikacje o Krzczonowie, w których tworzeniu pomagali moi rodzice. Czułam się tam, w niemieckim mieście, w ich domostwie swojsko, jak w domu. Vanessa chyba to zauważyła. Zresztą powiedziałam jej o tym, kiedy poszłyśmy do Penny - supermarketu po drugiej stronie ulicy. Kupiłyśmy mleko czekoladowe i coś jeszcze. Kiedy wróciłyśmy, zrobiłyśmy tosty, zjadłyśmy coś na obiad i siedziałyśmy z jej mamą przy herbacie.
Myślę, że po prostu człowiek nosi dom w sobie. Tak jak powiedziała Ewelina, morze wszędzie szumi tak samo.
Na tej wymianie zaczęłam doceniać rolę rodziców. Stęskniłam się za swoimi. Poczułam, że chcę zostać w domu i mimo że wciąż, nawet teraz, dwa dni przed maturą, ciągnie mnie do studiowania w nieznanym mieście, chcę zostać w Lublinie. Ale to tylko taka dygresja.
Obie zdziwiły się, że nigdy nie jadłam flaków, mieszkając od urodzenia w Polsce, podczas gdy oni ciągle je jedzą. Chciały mnie nimi poczęstować, ale nie miałam już miejsca na nic w żołądku.
Nie znałam też ulubionego polskiego piosenkarza mamy Vanessy (cóż, nie moje pokolenie), więc puściła mi jego piosenkę z rozmarzeniem. Opowiadały mi o tym, jak były na Taize, i słuchałyśmy pieśni stamtąd.
Ten wieczór był przemiły. Zdecydowanie na czele listy najlepszych momentów z wymiany. Czułam się wtedy odrealniona, zupełnie niepasująca do rzeczywistości. Jakbym śniła. Ale to była prawda.
Na pół godziny przed moim wyjściem od Vanessy w domu pojawił się jej brat. Zapytał mnie zabawną polszczyzną, jak mi się podoba w Bielefeld. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że bardzo, i że jest o wiele większe, niż myślałam.
Pojawiła się również przyjaciółka Vanessy, Sara, również Polka z pochodzenia, tyle że nawet nie próbowała mówić po polsku, za to rozumiała wszystko. Lepiej niż ja i niemiecki.
Vanessa usadziła mnie na siedzeniu pasażera, Sarę i brata z tyłu, a sama usiadła za kółkiem, i zawiozła mnie do Michelle. W drodze jeszcze rozmawiałyśmy - i nie mogłam uwierzyć, że ten wieczór dobiega końca.
Wysiadłyśmy z samochodu, Vanessa mnie objęła i ja ją, i obie próbowałyśmy nie płakać. Pożegnałam się z jej bratem i Sarą, a potem odwróciłam się i zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi domu Michelle.
Przybiegła, by mi otworzyć, a ja wiedziałam, że spada jej kamień z serca. Niewykluczone, że obawiała się, że nie dotrę do hostów w jednym kawałku.
Oglądałam z nimi trochę serialu - brytyjskiego z niemieckim dubbingiem, ale przez tyle języków słyszanych jednego dnia zrobiła mi się sieczka z mózgu. Nawet nie boląca, ale jakby nieobecna.
Porównywałam moją host family i rodzinę polskich emigrantów, którą poznałam tego dnia. Były zupełnie inne, obie na swój sposób cudowne, ale jednak sercem skłaniałam się ku polskiej.
Wow, ta wymiana naprawdę wielu rzeczy mnie nauczyła. Doceniania różnorodności.
Vanessa od razu wydała mi się szczęśliwsza. Schudła, miała nowe okulary, szerzej się uśmiechała, szła z większą sprężyną w krokach. Czy da się w ogóle tak powiedzieć po polsku? Ale jak to brzmi xD
To dziwne, jak zupełnie przypadkowy człowiek, ktorego spotykasz po raz drugi w życiu, nagle okazuje się dla ciebie taki ważny. I niesamowite. Nie mogę się doczekać trzeciego spotkania. Bo na pewno kiedyś nastąpi.  

sobota, 9 kwietnia 2016

Zacznijmy od końca, czyli co się zdarzyło w Travemunde

Nic we wspomnieniach nie jest uporządkowane. A już na pewno nie w tych. Więc zacznijmy od końca. Od ostatniego dnia ostatniej wymiany.
Nie czułam w Lubece, że jestem jakoś blisko morza. Miasto wyglądało jak wyjęte z bajki. Gotyckie kamienice, bramy i kościoły, największe Stare Miasto na wyspie w Europie. Nie zdążyliśmy zobaczyć tam wszystkiego. Założę się, że w Lublinie by nam się to udało.
Ale to jest już zupełnie inna historia. A może i trochę powiązana, ale zostańmy w Niemczech.
Dopiero rano tego dnia dowiedzieliśmy się, że jedziemy do Travemunde (z umlautem nad u, wybaczcie, ale naprawdę nie chce mi się szukać go w tej klawiaturze albo wklejać z innych źródeł). Dawnego portu Hanzy, a teraz po prostu portu i dzielnicy Lubeki.
Byłam do granic możliwości podekscytowana. Dowiedzieliśmy się tego - zdaje mi się - podczas śniadania. Kocham niemieckie śniadania. Nie wiem, czy robią to tylko wtedy, kiedy chcą dobrze wypaść przed Polakami, którzy są dla nich wielkim turystycznym rynkiem zbytu, ale wystawiają na stół wszystko, co mają - nigdy nie zapomnę masła orzechowego z firmy Rapunzel. Przyjmę każdą ilość :P Dżemy, kremy czekoladowe, sery, szynki, organiczne pomidorki, ogórki, bułki trzech rodzajów i pięć rodzajów chleba. Nie tylko w schronisku młodzieżowym. W prywatnym domostwie też.
Skoczyłyśmy jeszcze raz do naszego pokoju, by po raz ostatni usiąść na walizkach, rzucić okiem na widok przedstawiający jakieś podwórko i mnóstwo, mnóstwo dachów - może ktoś inny uznałby go za niezbyt ciekawy, ale mi bardzo się podobał. Miał swój klimat.
Ania zatrudniła ktoregoś z chłopaków do znoszenia naszych walizek, co przyjęłam nieznacznym wzniesiem oczu do góry - naprawdę nie były aż takie ciężkie. Dzięki temu, że wyciągnęłam grubszą kurtkę i wzięłam ją potem do autobusu, zmieściłam do bagażu wszystkie osiem opakowań żelków Haribo i Trolli. Ich zakup nie był najmądrzejszym posunięciem, bo są tam droższe, niż w Polsce, ale przynajmniej po powrocie miałam pasujący prezent dla koleżanki kończącej akurat osiemnaście lat, mogącej ze wszystkich słodyczy jeść właściwie tylko żelki.
Sama nie wiedziałam, czy jestem smutna, czy szczęśliwa, że za dwadzieścia cztery godziny będę odsypiać wymianę w swoim własnym łóżku. Cieszyłam się, że wracam do Lublina i z zaskoczeniem stwierdziłam, że to tam jest mój dom. Ale byłam naprawdę przybita, że nie zaprzyjaźniłam się z moją host student, Michelle, tak bardzo, jak rok wcześniej zżyłam się z Vanessą. Przynajmniej oszczędziło mi to łez.
Miałam już też trochę dość tego, że każdą chwilę spędzam z ludźmi. Muszę czasami pobyć w zupełnej samotności, inaczej strasznie się męczę. Jedyne momenty sam na sam ze swoimi myślami miałam pod prysznicem i kiedy poszłam w piątek do schroniska, by odnieść nasze zakupy.
No i nie było bez znaczenia, że po prostu na poprzedniej wymianie integracja była o wiele lepsza.
Jechaliśmy do Travemunde dość krótko. Typowa niemiecka droga, równa jak stół, między dwoma taflami nudnych ekranów dźwiękoszczelnych. Fascynujące. Bardziej zresztą zajmowało mnie to, że oblałam się wodą i miałam na spodniach pokaźną plamę - w idealnym miejscu. Naprawdę wyglądało to, jakbym nie zdążyła do toalety. Na szczęście bardzo szybko wyschłam.
Wysiedliśmy z autobusu i po krótkim spacerze dotarliśmy do portu. To był tylko kanał między dwoma betonowymi nabrzeżami, ale kiedy poszliśmy dalej, port był coraz szerszy, doki coraz większe, a w końcu naszym oczom ukazała się plaża. Prawdziwa, nadbałtycka plaża, taka, jakiej nie widziałam od czterech lat. Za czterdzieści minut mieliśmy spotkać się przy autobusie. Nie było to dla mnie wiele czasu na przywitanie się i pożegnanie z morzem, więc miałam ochotę biec, ale się powstrzymałam. Tylko wyprzedziłam wszystkich o kilka kroków.
Pas piachu był szeroki i ciągnął się daleko w lewo, a po prawej ograniczało go nabrzeże przeradzające się w coś na kształt mola wcinającego się w Bałtyk. Kamienne płyty prowadziły na molo, ale ja z nich zeszłam, by poczuć pod butami grząskość piasku. Wiem ze zdjęć, które robiła wtedy Ania, że przez cały czas szczerzyłam się jak głupi do sera, i parłam naprzód, tam, gdzie morze spotykało się z piaskiem. Na brzegu leżało mnóstwo glonów, ale woda była zaskaująco - jak na Bałtyk - czysta.
Wystrzeliłam i przykucnęłam tuż przy wodzie. Wpatrywałam się w morze i wdychałam jod. Czułam się w jakiś sposób, jakbym wróciła do domu, mimo że po raz pierwszy byłam w Travemunde, w ogóle po raz pierwszy byłam w Niemczech.
Doszłam do wniosku, że morze po prostu takie jest. Ewelina powiedziała, że każde morze szumi tak samo. I nie mogłam się z nią nie zgodzić. Był w tym nie tylko sens dosłowny, ale stwierdziłam też, że chodzi o to, że wszędzie możesz znaleźć jakąś cząstkę domu, że wszędzie jest wszystko, czego potrzebujesz, tylko musisz tego poszukać. Posłuchać tego szumu.
Kiedy wreszcie udało mi się oderwać od gapienia się w fale, znowu przypomniałam sobie, że mam w torbie długopis z nazwą moejgo gimnazjum - symbol przeszłości, w której się babrałam, zamiast odważnie stawić czoła rzeczywistości i poczuć się w niej dobrze.
Zrobiłyśmy sobie kilka zdjęć, a potem wyciągnęłam długopis i już sama poszłam do samego końca mola, tam, gdzie stała niewielka latarnia. Oparłam się o murek okalający nabrzeże i patrzyłam to w głębię Bałtyku, to na ogromny statek wypływający z portu. Długopis trzymałam w rękach nad wodą. W końcu mentalnie i psychicznie opuściłam już do końca przeszłość i wypuściłam długopis z rąk. Zniknął natychmiast, z cichym szelestem, bez wielkiego "chlup". Spojrzałam na ledwie zauważalne kręgi rozchodzące się od tego miejsca i rozbijające z jednej strony o beton, a z drugiej rozpływające z powrotem w tafli wody. Spojrzałam w dal, tak daleko, jak mogłam. Statek odpływał coraz dalej, aż w końcu był tylko maleńką kropką na horyzoncie.
Wróciłam do Ani i Eweliny. Ewelina wiedziała, co zamierzałam zrobić i zrozumiała ten symbol - obie mamy trochę nierówno pod sufitem, chociaż nie powiedziałabym, że nadajemy na tych samych falach.
Musiałyśmy już wracać, i gdyby nie nasze hostki niemalże biegnące przed nami, niewykluczone, że nie znalazłybyśmy drogi w tak ograniczonym czasie. Nawet się nie dowiedziały, jak dużo im zawdzięczamy. Wyciągałam nogi jak mogłam, by nie stracić ich z oczu, ale musiałam się pilnować i odwracać do tyłu, by Ania z Eweliną nie straciły z oczu mnie. Desperację potęgował fakt, że poprzedniego dnia spóźniłyśmy się do muzeum i pani od niemieckiego czekała tylko na nas.
Na szczęście kiedy dotarłyśmy do autobusu całe zziajane i spocone, okazało się, że połowy osób jeszcze nie ma. Nie tylko dla nas czterdzieści minut okazało się zbyt krótkim czasem na spacer po plaży i powrót do miejsca zbiórki.
Pojechaliśmy na obchody 25-lecia upadku muru berlińskiego, z ktorych pamiętam głównie zatłoczone muzeum, piękną pogodę, zatłoczone stragany z piwem, projekcję krótkiego filmu, z którego zrozumiałam mniej więcej dziesięć procent, i zatłoczone budki z jedzeniem. Kupiłam sobie banana w czekoladzie u dziewczyny, która ni w ząb nie potrafiła mówić po angielsku, więc dogadałyśmy się na migi. Banan był dobry, ale polewa miała w sobie zbyt dużo mleka.
I to był ostatni przed dworcem w Lubece punkt programu. Kiedy autobus ruszył, poczułam rozpacz pomieszaną z ulgą i desperacją.
W drodze na dworzec objechaliśmy wyspę ze Starym Miastem - kolejny piękny widok. Wysiedliśmy - Niemcy z torbami, poduszkami i siatkami z jedzeniem. My - polska strona wymiany, jako że mieliśmy wolne ręce, zaoferowaliśmy wszelką pomoc w ciągnięciu walizek. Po dotarciu na peron wszyscy zaczęli się przytulać i co poniektórzy pochlipywać. Mi nie chciało się płakać. Byłam trochę rozdarta, ale coraz bardziej skłaniałam się ku radości, że wracam do Polski.
I wtedy nastąpił najlepszy, bo spontaniczny, punkt programu. To było, szczerze mówiąc, spełnienie jednego z moich marzeń.
Dwie osoby zaczęły tańczyć belgijkę, którą tańczyliśmy wcześniej kilka razy podczas "pracy projektowej" w szkole. Dołączyły do nich inne pary, ale tak na sucho... Więc ktoś wyjął przenośny głośnik Bluetooth i włączył belgijkę, powierzając pani od niemieckiego pieczę nad muzyką i ustawiając ją w środku. Zajeliśmy prawie całą szerokość peronu, okrążając stos walizek i toreb. Ludzie patrzyli na nas zewsząd, co prawda nie było ich tam dużo, ale mieliśmy co najmniej trzydziestoosobową publiczność. Zaczeliśmy tańczyć. To była najlepsza belgijka w moim życiu! Przebija nawet tą ze studniówki.
Kilka osób nas nagrywało. Niestety nie wiem, czy ktoś od nas ma po tym jakąś pamiątkę. Ale i tak nigdy o tym nie zapomnę.
Na końcu biliśmy sobie brawo - nie tylko za belgijkę, ale za całą wymianę. Do aplauzu dołączyli obsrwatorzy z innych peronów. To był pierwszy, prawdziwie nieplanowany flash mob, w którym uczestniczyłam.
Dostaliśmy piętnaście minut na siku, podczas których z braku monet przecisnęłam się z Anią przez bramkę przy automacie do płacenia za toaletę. Takie tam break the rules kiedy bardzo chce ci się siku.
Zrobiłam sobie selfie z Michelle, pomachaliśmy Niemcom ostatni raz i odeszliśmy do autokaru, którym dostaliśmy się z powrotem do Lublina.
Nie chciałam w ogóle spać w drodze. Ani się uczyć. Chciałam jeść, gadać, oglądać filmy, słuchać muzyki. Niestety, tylko ja. Ludzie powyciągali poduszki, koce, podręczniki, zbiory zadań... no cóż. Udało mi się co prawda porozmawiać z chłopakiem z matfizu - o prawie jazdy. On zdał tydzień przed wymianą, a ja wkrótce miałam mieć pierwszy egzamin i wszystko zdać za pierwszym razem - skąd miałam wiedzieć, że praktykę zdam dopiero w lutym? Taaa.
Jadłam przez całą drogę. Kochane niemieckie słodycze. Oglądaliśmy dwa filmy - Jak w niebie i Nietykalnych. Trochę sobie pogadaliśmy. Było w porządku, ale jeszcze raz - integracja rok wcześniej była o wiele lepsza. Miejscami za dobra, bo potem chciałyśmy rzucić się na tory, kiedy Niemcy odjeżdżali. Może i dobrze, że tym razem nikt nie miał myśli samobójczych w imię zatrzymania pociągu. Czy też autobusu.
Kiedy zbliżaliśmy się do granicy, obudziłam Anię. Strasznie się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam wielki znak "Witamy w województwie lubuskim!". Przestawiło mi się coś w oczach i zobaczyłam "lubelskim". Śmiałam się, że już właściwie prawie jesteśmy.
Tak bardzo się cieszyłam! Czułam się taka spokojna i pewna, że chcę zostać w Polsce. Podobnie czuła się moja najlepsza przyjaciółka, ktora wracała z wymiany tego samego dnia, kiedy ja jechałam do Niemiec. Byłyśmy nawet w tym samym landzie, ale trochę się rozminęłyśmy.
Weszłam do sklepu na stacji benzynowej i z wielkim zacieszem na twarzy poprosiłam o Cisowiankę. Aż mi łzy do oczu napłynęły.
Wjechaliśmy do Lublina. Siedziałam jak na szpilkach. Górki Czechowskie, McDonald's, tam się szło do Karoliny, Czechów, Tysiąclecia.
Przywitał nas wielki, nowy billboard z Palikotem, panoszący się między Novą a dworcem. Cóż. Niektórzy stwierdzili, że wracają do Bielefeld. Ale ja nie. Chciałam tylko wylądować w moim własnym łóżeczku.
Ten dzień zdecydowanie wiele zmienił. Pokochałam Lublin i naprawdę nie twierdzę, że wrzucenie długopisu do Bałtyku było dobre dla środowiska naturalnego albo że miało jakiś wpływ na to, że coś się zmieniło.
Po raz pierwszy tak bardzo czułam, że wracam do domu, wjeżdżając do Lublina. Nie miałam wanderlust. Miałam tylko ochotę chodzić i chodzić po moim mieście.
Co nie zmienia faktu, że w Travemunde odczułam wielki sens studiowania w Gdańsku.
To było na tyle na ten ostatni dzień ostatniej wymiany. Pewnie o wielu rzeczach zapomniałam i przypomnę sobie za godzinę. Ale takie są wspomnienia! Totalnie poszarpane.

niedziela, 25 października 2015

Wspomnienia z Comeniusa: Rumunia - początek

Stwierdziłam, że mogłabym w końcu spisać trochę wspomnień z poprzednich wymian. To, co teraz opiszę, miało miejsce 5 lat temu.

25 maja 2011
Uwielbam się pakować, nie powiedział nikt nigdy. Nie poszłam tego dnia do szkoły, by zdążyć wszystko uprasować i ogarnąć. W moim brzuchu narastało uczucie bezgranicznego podekscytowania - po raz pierwszy jechałam na wymianę, na dodatek do kraju, który nigdy wcześniej nie zapadł mi w pamięć na tyle, bym piszczała z radości na samą myśl. Ale nie mogłam się doczekać, oglądając w internecie krajobrazy Rumunii. Pan od angielskiego zadbał, byśmy chcieli tam pojechać. Miał same dobre wspomnienia związane z tym miejscem i wciąż podkreślał jego wartość, na spotkaniach Comeniusa pokazywał nam galerie zdjęć z Bukaresztu iTransylwanii, a niewiele wspominał o reszcie krajów partnerskich, które na pierwszy rzut oka wydawały się o wiele ciekawsze - Portugalia, Włochy i Turcja? Kto by nie chciał!
Uległam tym namowom, tak jak i większa część grupy. Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób chciało tam jechać. Mieliśmy napisać, gdzie chcielibyśmy trafić. Moje "podanie" podziałało - pewnie nie bez znaczenia było to, że wspomniałam o moim zamiłowaniu do długich podróży.
W perspektywie miałam 24 godziny w busie. Może jestem dziwna, ale nie mogłam się tego doczekać. Zostałam wychowana, jeżdżąc co roku małym seicento do rodziny w Wielkopolsce. W erze, kiedy nie jechało się autostradą przez trzy czwarte drogi. No, tak czy inaczej, długa jazda sama w sobie jest dla mnie wielką atrakcją.
Ale wróćmy do głównego wątku.
Na przerwach (wtedy jeszcze mieszkałam w szkole) wpadała mama, by zobaczyć, czy nie przewróciła się na mnie szafa, kiedy chciałam wyrzucić z niej całą zawartość, albo żeby porwać z ławy zeszyt, który zostawiła tam poprzedniego wieczoru podczas sprawdzania wypracowań. Tęsknię za mieszkaniem nad szkołą. Moi rodzice pewnie też. Już wtedy nie chodziłam tam do szkoły, bo niestety nigdy nie było tam gimnazjum.
Około 18 byłam już pod żółtym budynkiem szkoły. Nie jechała z nami moja najlepsza przyjaciółka, ale właśnie w tym wyjeździe pokładałam nadzieję, by bliżej poznać moje koleżanki. Wyszłam z samochodu z moją siostrą Martą i z rodzicami.
Karolina z równoległej klasy, którą znałam tylko z widzenia, siedziała w samochodzie z jakąś dziewczyną z kręconymi włosami i Pauliną z mojej klasy.
Starsza siostra Karoliny, którą już znałam, bo przyjaźniła się z moją siostrą, podeszła do nas. Przeszło mi przez myśł, by pójść do dziewczyn w samochodzie Karoliny, ale skoro miałam z nimi spędzić kolejną dobę, chciałam pobyć trochę z siostrą i jej przyjaciółką. Zastanawiałam się, gdzie jest Natalka z mojej klasy.
Kiedy dziewczyny wyszły z samochodu, wyraźniej dojrzałam dziewczynę z kręconymi włosami i zrozumiałam, że to jest właśnie Natalka. Zrobiła sobie trwałą? Zakręciła włosy? Zwykle miała je ciasno ściśnięte w kucyk. Potem dowiedziałam się, że zawsze miała kręcone włosy, ale od początku roku szkolnego, czyli kiedy ją poznałam, po prostu tego nie zauważałam. Właśnie przez ten kucyk.
Staliśmy chwilę w grupce i rozmawialiśmy, nadjechali Damian, Bartek, Dominika i Ewelina, czyli ludzie z drugich klas, oraz pan od angielskiego i jego żona, ucząca angielskiego w Hiszpanii - przyjechała do Polski, by wyruszyć z nami do Rumunii. Kto jeszcze? Kamil z klasy Karoliny. I pan dyrektor, czyli jeden z moich ulubionych nauczycieli z gimnazjum. Uczy informatyki.
Myślałam, że usiądę z Natalką, ale bus okazał się... busem, i siedziałam na pojedynczym siedzeniu. Nawet się z tego cieszyłam, bo nikt nie będzie mi się wtryniał z nogami, by ułożyć się do spania. A za mną nikt nie siedzał, więc mogłam odchylić się tak bardzo, że prawie leżałam. I wyciągnąć nogi jak najdalej przed siebie.
Damian siedział za przejściem, więc miałam idealne miejsce do gadania z nim i podziwiania jego poczucia humoru i innych rozlicznych zalet. Jeśli to czytasz, Damian - wszystkie się w tobie podkochiwałyśmy. Ale przeszło nam szybko, a ty studiujesz teraz w Danii, więc... nie bierz tego do siebie, hahahah xD
Jechaliśmy przez Kosarzew, czyli moją wieś, pomachałam szkolnemu boisku i domowi mojej przyjaciółki - sąsiadki. Mój dom - szkoła - był niewidoczny z drogi, ukryty za szpalerem drzew na wzgórzu.
Damian zabrał Paulinie Bravo, śmiał się z horoskopów i artykułów, dorysowywał młodemu Bieberowi czarne zęby, piegi i te sprawy, na głos zaśmiewaliśmy się z fotostory.
Po drodze podziwialiśmy piękny zachód słońca gdzieś nad Sanem, jedliśmy żelki i szałwię z Verbeny, ja słuchałam piosenki Natalii Kills - Mirrors. Na replayu. Wtedy jeszcze używało się mp3 zamiast telefonu ze słuchawkami. Może z wyjątkiem Karoliny, która zawsze miała wszystko pierwsza.
Oczywiście, jakżeby inaczej, chciało mi się siku. Odpięłam pas, bo strasznie cisnął mnie w pęcherz, ale już na Słowacji musiałam go zapiąć.
W końcu zatrzymaliśmy się na stacji. Pan od angielskiego wtedy po raz pierwszy strzelił swoim ulubionym żartem - że kiedy przestaje kołysać, dzieci się budzą. Bo faktycznie, kiedy bus się zatrzymał, wszyscy automatycznie się budzili. Może to dlatego, że byliśmy raczej pół na jawie, pół we śnie. Kierowca kupił winietę na autostradę, a my poszliśmy do toalety. 
Potem wszyscy odpłyneli w krainę snu.
Śmieszne, bo nigdy wcześniej nie przejeżdżałam przez Węgry, a chciałam je zobaczyć chociaż przez szybę busa. Niestety, obudziłam się krótko przed granicą Rumunii i zobaczyłam tylko równą jak stół autostradę, wschód słońca i krajobraz przypominający sawannę. Niemniej był to bardzo ładny widok.
Kontrola trwała bardzo krótko. Ktoś otworzył drzwi busa, kierowca podał mu plik już wcześniej zebranych paszportów, facet przejrzał je szybko i oddał. Mogliśmy ruszać w dalszą drogę.
Zatrzymaliśmy się na stacji. Pamiętam bardzo dobrze, jak było zimno, a my chodziliśmy w rybaczkach i koszulkach z krótkim rękawem. Było bardzo wcześnie, ale słońce mocno już świeciło. Niewiele czasu upłynęło, zanim zrobiło się gorąco.
Po obu stronach drogi widać było góry, z czasem coraz bliżej nas i coraz większe. Przejeżdżaliśmy przez miasto, które niewiele różniło się od Lublina: podobna architektura, podobne tempo życia, tylko szyldy były w innym języku, a ludzie mieli inną urodę - zdecydowanie bardziej południową. Na każdej latarni powiewała niewielka flaga Rumunii. Zwrócił nam na to uwagę pan od angielskiego (będę go nazywać "panem Angielskim", jak kiedyś powiedziała nasza ulubiona polonistka)
Niedługo potem wjechaliśmy w niekończącą się sieć serpentyn. Jechaliśmy po czymś, co przypominało praskę do ziemniaków - w tę i z powrotem, w tę i z powrotem.
Nie pamiętam już, czy więcej spałam, czy patrzyłam za okno, ale starałam się zobaczyć tak dużo, jak mogłam. To był dzień pełen niesamowitych widoków. Pamiętam most między dwiemia ścianami głębokiego wąwozu, jazdę brzegiem rzecznego jaru... rzeczy milion razy lepsze niż nudna niemiecka autostrada. W Rumunii szkoda było spać i przegapić takie widoki, podczas gdy w Niemczech grzechem by było się nie zdrzemnąć. Na pewno kojarzycie uczucie, jakie się rodzi podczas jazdy przez Bieszczady, Tatry, Pieniny. U nas to tylko skrawek kraju, a tam tak wygląda ponad połowa.
Pamiętam oczywiście też pustą, rozpadającą się wioskę bliżej północnej granicy i starą kobietę patrzącą się na nasz bus znudzonym wzrokiem. Nie będę udawać, że tego tam nie było, bo to jest wszędzie, także w Polsce.
Kilka godzin przed Bukaresztem wjechaliśmy na autostradę, która i tak była o wiele bardziej interesująca - panele wyciszające bardzo często albo były przezroczyste, albo w ogóle ich nie było, więc wciąż mogliśmy podziwiać krajobrazy.
Do stolicy wjechaliśmy około szóstej, może siódmej wieczorem. Kiedy przebijaliśmy się przez korki, wszyscy poczuliśmy ten szczególny rodzaj motylków w brzuchu, zarezerwowany dla wymiany. Czułam go od tamtej pory jeszcze cztery razy i mam nadzieję, że to nie koniec.
Wiedziałam, że będę mieszkać z Natalką i Karoliną, ale obawiałam się, że sobie z czymś nie poradzę, obawiałam się mówienia po angielsku. Byłam jednak bardzo podekscytowana.
Dojechaliśmy pod szkołę - nie tą, do której chodzili nasi hości, ale jakąś inną - nie mam pojęcia, dlaczego. Może miała większy parking? Nie pamiętam już dokładnie.
Wyszliśmy z busa. Uczniowie goszczący musieli przejść chyba z drugiej strony szkoły, bo dopiero zmierzali w naszą stronę.
Okazało się, że zajmuje się nami trójka: Laura, Edi i Rares, a mieszkanie pożycza nam rodzina innego chłopaka ze szkoły, którego nigdy nie poznałyśmy. Laura, Edi i Rares przedstawili się nam i pojechali do domów, a nami zajęły się mamy Ediego i Raresa. Odstawiły nas do mieszkania, po czym wróciły po pana dyrektora, dla którego albo zabrakło miejsca w hotelu, albo po prostu nikt nam nie powiedział, że będzie z nami mieszkać, tak czy inaczej jakoś bardzo nam jego obecność nie przeszkadzała.
Miałyśmy dwa pokoje - jeden należał do dwunasto- może trzynastoletniego chłopca, a drugi do jego rodziców. Dostał mi się - jakżeby inaczej - ten pierwszy, ale przynajmniej nie musiałam spać w jednym łóżku z Karoliną ani Natalką.
Meble były niebiesko - jasnobrązowe, a na ścianach wisiały plakaty ze Spidermanem i robotami. Ściany były chyba białe, a tuż pod oknem znajdowała się korona drzewa, na którym przępięknie darła mordki chyba z setka ptaków. Nawet nie potrzebowałam nastawiać budzika. Naprawdę się z tego cieszyłam.
Natalka i Karolina udawały, że są zadowolone z pokoju, który faktycznie przedstawiał się lepiej od mojego, ale po kilku dniach spania w jednym łóżku jeszcze bardziej się nie lubiły.
Tego dnia chyba już tylko poszłyśmy spać po męczącej podróży.
Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś skończyć pisać przynajmniej o Rumunii. Wydarzyło się tam wiele świetnych rzeczy i zawsze będę wspominać to z nostalgią.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Kasztanowe zegary i matura, czyli na pół filozoficzny bełkot

Wspinałam się szerokimi schodami na kościelne wzgórze. Pod moimi stopami kruszyły się brązowe, już opadłe liście kasztanowców. Uwielbiałam ten cichy szelest jesiennych liści, ale ten był zupełnie inny, było w nim coś wyjątkowego. Czas - była połowa sierpnia. Kasztanowce zrzucają liście znacznie wcześniej, niż inne drzewa - przez liczne choroby, głównie spowodowane szkodnikami.
Uderzyło mnie, że kasztanowce są wskaźnikami czasu. Takimi naturalnymi zegarami. Kiedy kwitną na wiosnę, czas zdać maturę lub trzymać za kogoś kciuki. Potem przekwitają, co oznacza, że wakacje są już bardzo blisko. Kiedy ich liście spadają wcześniej, są jak uczniowie, którzy muszą wrócić do szkoły, podczas gdy liście sąsiednich drzew - jak studenci - wciąż mają lato, mają bliżej do słońca. Czasem, również przez choroby, kwiaty na kasztanowcach pojawiają się na jesień. Wtedy nam, maturzystom, nad głową wiszą deklaracje o zdawanych przedmiotach, a nauczyciele sieją w nas ziarna niepewności o przyszłość uzykanych procentów.
Potem oczywiście gałęzie upodabniają się już do innych drzew i starają się jakoś przetrwać zimę. Jak my.
Na początek wiosny nieśmiało wypuszczają nowe zielone pączki, na co maturzyści krzyczą z rozpaczy i zaszywają się w swoich pokojach nad podręcznikami.
I kwitną. Ta dam. Czas na maturę.
I z powrotem. Tyle że teraz już - mam nadzieję - z zaangażowaniem nie nas, a kolejnych roczników.
O kurczę. Przedstawiłam ten rok jako podporządkowany pod maturę. Chyba wcale tak nie myślę.
Idę się uczyć.

Hahahahahaha, żart.

piątek, 7 sierpnia 2015

Jak przetrwać upały?

1. Bierz zimne/chłodne prysznice.
2. Nalej zimną wodę do miski i włóż do niej stopy. Podobno ochładza się wtedy cały organizm. Nie wiem dokładnie, jak to działa, bo nie aspiruję do bycia biolchemem, ale tak czy inaczej działa.
3. Pij dużo wody. Ja ostatnio wypijam chyba cztery litry dziennie, a przynajmniej takie mam wrażenie. I rzadko sięgam po inny napój. Nawet nie muszę się starać, samo tak jakoś wychodzi. Nie narzucam sobie też strasznie restrykcyjnych ograniczeń, więc nie mam wyrzutów sumienia po wypiciu czegoś innego. Aczkolwiek jestem z siebie niesamowicie dumna, bo byłam kiedyś uzależniona od coli.
4. Wlej wodę do pojemnika z atomizerem i spryskaj się nią.
5. Myj głowę wtedy, kiedy najbardziej potrzebujesz ochłodzenia, czyli na przykład rano, kiedy słońce zaczyna palić, albo po całym dniu, kiedy jesteś zlany potem. Przez głowę też ucieka dużo ciepła, a schnące włosy chłodzą. Nie susz włosów suszarką, chyba że zimnym nawiewem.
6. Niektórzy uważają, że na nich to nie działa, ale ja lubię szybką jazdę na rowerze czy rolkach, bo wtedy sama wytwarzam sobie wiatr.
7. Myśl o tym, jak bardzo będziesz za nimi tęsknić w zimie.
8. Śpij pod prześcieradłem, chyba że potrafisz zasypiać bez przykrycia.
9. Jeśli mieszkasz nad wodą zdatną do kąpania, bądź taki dobry i zapraszaj ludzi na całe lato.
10. Na yolo ucieknij nad jezioro/morze/do Arktyki.
11. Rozłóż dmuchany basen w domu. Albo na balkonie.
12. Jedz arbuza na wszystkie możliwe posiłki.
13. Zaopatrz się w klimę/wiatrak/wachlarz/hektolitry zimnej wody.

wtorek, 14 lipca 2015

Piszę wiersze?

Bez tytułu

Chciałabym zgłosić nieprzygotowanie
do dorosłego i odpowiedzialnego życia
mieć jakąś ochronę
na drogach życia
wąskich i krętych.
Czuć, że nie muszę
bać się przyszłości
i wiedzieć chciałabym
że mam komu ufać
że mam komu wierzyć.

Dziesięć minut

To było jak dziesięć minut szczęścia
w stosunku do wszystkiego
Dziesięć minut
kiedy myślałam, że miłość
przetrwa wszystko
przetrwała... ale tylko moja
bo wciąż pamiętam
600 sekund
sześćset słownie
możesz wystawić fakturę
rachunek zysków i strat
wszystkich chwil
które dała ci miłość
możesz pisać żegnaj
cztery razy do roku
i tak nigdy cię nie pożegnam
nie wyrwę z serca
mogę tylko schować w kąt
zapełnić pustkę nowymi uczuciami
pustkę a może właśnie pełność
zapełnić pełność smutku żalu goryczy
rozpaczy nie rozpaczy
miłością ciepłem bezpieczeństwem
zapełnić czy zagłuszyć
pokochać czy odrzucić
Czy prostym szczęściem
ze słońca ciepła przyjaźni codzienności
da się wypełnić dziurę
którą wypaliło
te proste dziesięć minut.

Wiedziałam, że ta chwila kiedyś nastąpi i będę musiała tu wrzucić jakiś wiersz. Mam właśnie teraz na to ochotę.
Większość z nich nie ma rymów ani regularnej budowy. Właśnie takie najlepiej mi się pisze. Nie widzę potrzeby zmuszania się do rymów, skoro ani mi się to nie podoba, ani tego nie czuję. A poza tym takie wiersze są jakieś takie... oklepane, pospolite, przedszkolne, nie wiem. Nie chcę tu nikogo obrażać, bo na przykład moja przyjaciółka pisze - a przynajmnej pisała - bardzo dobre rymowane wiersze, więc to się zdarza. Ale ja nie jestem wirtuozem sztuki lirycznej, ja po prostu piszę, co mi siedzi w duszy i wylewam siebie.
Plus, te pisałam ponad rok temu, więc nie do końca się mają do tego, co teraz. Bo są bardzo osobiste, i tylko z dystansu czasu mogę na nie patrzeć bez gwałtownych emocji.

niedziela, 12 lipca 2015

Rzeczy, które mnie wkurzają

Zwykle wkurzają mnie właśnie takie posty, ale w tym momencie muszę się jakoś wyżyć.
1. Starsze osoby, które nie potrafią wyciszyć telefonu przed wejściem do kościoła, a potem, kiedy rozdzwoni im się na mszy obciachowym dzwonkiem, nie wyłączą tego, tylko udają, że to nie ich komórka.
2. I te osoby, które rozglądają się wtedy po kościele.
3. Kiedy ktoś za bardzo przejmuje się tym, co inni o nim myślą.
4. Kiedy ktoś narzeka na swoje ciężkie życie tak, że zatruwa innym dzień.
5. Ludzie, którzy nie potrafią docenić tego, co mają.
6. Kiedy ktoś nie rozumie, że czasem trzeba trochę pobyć samemu.
7. Ludzie na siłę oryginalni.
8. Ludzie zawsze porównujący siebie do innych.
9. Stereotypy i przesądy. Potrafię być wręcz agresywna, kiedy je słyszę.
10. Kiedy ktoś jest przekonany, że wie lepiej, co jest dla mnie dobre.
11. Kiedy ktoś osądza mnie po pozorach, nie wiedząc, kim naprawdę jestem.
12. Kiedy mówię coś istotnego komuś kilka razy, a on tego nie pamięta.
13. Kiedy ktoś jest przekonany, że ludzie to świnie.
14. Hipokryzja. Mimo że mi też się czasem zdarza.
15. Niemożność znalezienia złotego środka.

czwartek, 9 lipca 2015

Czym pachnie Saska Kępa w lipcu, jak naprawdę działa warszawskie metro i niespodziewana miłość do Chopina, czyli Warszawa po raz trzeci

Po raz trzeci w ciągu roku byłam w Warszawie. Cieszę się z tego, bo chciałam poznać lepiej to miasto, które czasem trochę mnie przeraża, ale i fascynuje. Zamierzam wybrać się tam jeszcze raz, tym razem z najbliższymi przyjaciółkami, i wtedy będę już mogła powiedzieć, że poznałam Wawę.
Wczoraj - to jest w środę - obudziłam się o 6:30 i szybko, bo bez potrzeby nawet poganiana przez rodziców się umyłam, ubrałam, zjadłam śniadanie. Miałam na sobie wielki, gruby sweter z ciuchlandu, którego jeszcze nie nosiłam. Miało padać przez cały dzień, więc wcisnęłam w torbę kurtkę, wiedząc, że i tak jej nie założę. Nie żeby nie padało. Po prostu lubię moknąć. Umiarkowanie.
Wyszliśmy całą rodzinką (ja, moja siostra - Marta, i rodzice) na dworzec autobusowy położony praktycznie obok naszego osiedla.
Jechaliśmy Polskim Busem, który tak na marginesie bardzo przypadł mi do gustu. Miał wifi, wygodne fotele, kosztował 25 złotych w jedną stronę i było miejsce na nogi. Do Warszawy dojechaliśmy w planowym czasie, wysiedliśmy i poszliśmy na metro. Kupiliśmy bilety w biletomacie, przeszliśmy przez bramki (oczywiście rodzice mieli z tym trochę problemów).
Kiedyś, oglądając filmy i seriale kręcone w Nowym Jorku przyglądałam się, jak szalona jest idea nie zgubienia się wśród wszystkich stacji, linii i przystanków metra. Potem jeździłam kilka razy metrem w Bukareszcie, gdzie są 4 linie liczące razem 69,2 km, 51 przystanków, 259 pojazdów i 600 tysięcy pasażerów dziennie (tak, sprawdziłam to przed chwilą w Wikipedii). Po tym wydawało mi się, że i warszawskie metro jest jedną wielką plątaniną... jakże się myliłam! To chyba najprostszy system transportu w Warszawie. Jeśli nie pomylisz nowej linii ze starą. Przyznam szczerze - myślałam, że wygląda to bardziej tak, że są numery pociągów i musisz wbiec do odpowiedniego, przepychając się przez dzikie tabuny pasażerów.
Ale nie. Sprawa jest prosta - jedziesz albo na Kabaty, albo na Młociny. Trochę nie wiem, w jaki sposób linie krzyżują się na Świętokrzyskiej, bo jest tam z piętnaście zejść, wśród których można dostać oczopląsu. Zielone w kształcie M, niebieskie w kształcie M, niebieskie półokrągłe. Anyway. Pojechaliśmy do Centrum, wysiedliśmy i poszliśmy do mojego ulubionego Muzeum Chopina, w ktorym byłam już drugi raz i mogę powiedzieć, że szczerze uwielbiam to miejsce. Czułam się, jakbym znała i kochała muzykę Chopina od lat, a poza tym dowiedziałam się o niej i o nim wielu rzeczy, o których by mi nie powiedziano w zwykłym muzeum. W takim interaktywnym czujesz temat sobą, doświadczasz go na swój sposób, a nawet możesz dowiedzieć się czegoś o samym sobie... I ta nowoczesność połączona ze starością... mogłabym mieć taki dom *.* W moim pierwszym wpisie ze stolicy opisałam pierwszą wizytę w tym muzeum :) Smutno mi było stamtąd wychodzić :( Że nie wspomnę o wielu miejscach do siedzenia i pokoju słuchania!
Potem, już tylko z siostrą, ruszyłyśmy Nowym Światem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Rodzice wyszli z muzeum pół godziny przed nami i poszli coś zjeść. Wyszukałam najbliższe KFC, bo też już byłyśmy głodne. Zdjadłyśmy tam po B-smarcie i wypiłyśmy po półtora kubka SevenUpa z dolewki, oczywiście z jednego kubka (czy ktokolwiek kiedy jest z kimś w KFC tak nie robi? jestem tego ciekawa xD)
Po zjedzeniu longera i powiększonych frytek ruszyłyśmy w stronę Wisły ulicą w dół i po drodze przypadkowo spotkałyśmy Wydział Polonistyki na UW. Moja siostra właśnie skończyła pierwszy rok na KULu i powiedziała "Od początku podobała mi się ta ulica. Ciągnie swój do swego." Dalej było coś w rodzaju miasteczka akademickiego i parko-skwer. Ulica opadała w dół, ale my odwróciłyśmy się w końcu i zaczęłyśmy się wspinać z powrotem, mimo planów dojścia do Wisły, która, jak twierdzi Google Maps, była już blisko, a park okazał się być Parkiem Kazimierzowskim.
Poszłyśmy przez Krakowskie na Stare Miasto, w międzyczasie zostałyśmy naciągnięte na 6 zł przed dwóch wygadanych chłopaków zbierających na nawet nie wiem dokładnie co. Przeszłyśmy się kawałek Starówką, większą niż u nas, ale nie powiedziałabym, że ładniejszą. Usiadłyśmy na murze obok Barbakanu i nie chciało się nam ruszyć. Z sąsiedniej ulicy wyszli nasi rodzice i chwilę siedzieliśmy razem, a potem dali nam kasę na lody i poszli gdzieś jeszcze. My zeszłyśmy na dół, nieopodal rzeki, i szłyśmy wzdłuż niej do mostu Śląsko-Dąbrowskiego, który łączy Starą Pragę i Stare Miasto. weszłyśmy na most i szłyśmy nim, a potem ulicą, która z niego wychodziła aż do Galerii Wolskiej, gdzie poszłyśmy do McDonalda na frappe. W Carefourze, jakkolwiek się to pisze, kupiłam sobie truskawkowe pianko-żelki z Haribo, ktore kojarzą mi się z wakacjami, i poszłyśmy dalej - do naszego następnego celu, czyli parku Skaryszewskiego, czyli warszawskiego Central Parku. Tak trochę mniej central, ale... anyway. Wyszłyśmy z niego po krótkim spacerze i skierowałyśmy się na eksplorowanie Saskiej Kępy. Faktycznie staje się ona w taką hipsterską, designerską, (chyba) spokojną i urokliwą dzielnicą jak Williamsburg w NY. Mam wrażenie, że Warszawa aspiruje coraz mocniej do Nowego Jorku, ale trochę inaczej go interpretuje i dodaje coś od siebie. Mówię, jakbym kiedykolwiek była w NY :P
Saska Kępa pachniała kwiatem lipy, jedzeniem serwowanym w urokliwych knajpkach i czymś jeszcze. Może to takie placebo. "To był maj, pachniała Saska Kępa."
W pewnym momencie na ulicy Paryskiej stwierdziłyśmy, że potrzebujemy przystanku i autobusu, który zabierze nas z powrotem do Śródmieścia, bo nogi nam właziły nie powiem gdzie. Autobus za dwadzieścia minut, i co z tego, dalej nie idę. Biletomat był w autobusie, ale tylko na kartę o.O i musiałam wysłuchać jaka to niedobra jestem bo stopuję pana kierowcę i musi mi sprzedać bilet, a nie może jechać. Poszłyśmy do Złotych Tarasów do toalety i przejechałyśmy metrem jeden przystanek, by dotrzeć na Świętokrzyską. Musiałyśmy jeszcze iść do innego wejścia, przy którym umówiłyśmy się z rodzicami, a potem, już z nimi, wrocić tam, skąd wyszłyśmy, ale cóż, trudno. Wróciliśmy na dworzec Wilanowska i czekaliśmy na autobus do Lublina, podziwiając zachód słońca pomimo autobusów zasłaniających nam połowę nieba.
Siadłyśmy z przodu, tam gdzie przed tobą jest tylko szyba, a pod tobą kierowca (autobus był piętrowy) i patrzyłam na drogę zafascynowana, że niedługo też będę tak jeździć. I trochę przerażona.
Po powrocie bylam wykończona, ale podobało mi się, że zwiedziłam trochę więcej Warszawy, niż pokazują na wycieczkach. Mam nadzieję, że za czwartym razem tego warszawoznawczego roku uda mi się zwiedzić jeszcze kilka dzielnic. Już nie mogę się doczekać, mimo że nawet nie wiem, kiedy mi się to uda.
Warszawa ma w sobie coś ciekawego - ma wiele twarzy, jeszcze więcej, niż myślałam, i zdecydowanie więcej, niż dzieci widzą na wycieczce szkolnej w podstawowce. Chciałabym poznać kogoś stamtąd, mieć tam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać na temat stolicy naszego kraju i usłyszeć coś więcej. Wiem, że wielu jutuberów wypowiada się na ten temat, ale jednak to coś innego, niż wymienić spostrzeżenia, albo zobaczyć to miasto przefiltrowane przez kogoś bliskiego.
Odnoszę też coraz silniejsze wrażenie, że to miasto dla wielu jest odwykiem, ucieczką od codzienności, a dla mnie z pewnością wyzwaniem, bo zawsze, kiedy tam jestem, chcę iść samotnie przez ulicę albo galerię handlową, czuć tą energię zupełnie sama. Ale wiem już, że nie mogłabym pojechać tam zupełnie sama, bo czułabym się przytłoczona. Chociaż kto wie...

Nie jestem jakąś wielką fanką miast, szczególnie tak wielkich, ale zwolenniczką doświadczenia miejsc. Nie zwiedzenia. Doświadczenia. Mam nadzieję, że doświadczę jeszcze wielu miejsc w taki sposób.